annasi23
02.02.07, 21:45
Ja jestem na wychowawczym - mamy ośmiomiesięczną córeczkę, mąż pracuje i to
bardzo dużo.
Staram się utrzymać dom w jako-takiej czystości, bo mała zasuwa po podłodze,
no ale wiecie jak to jest, małe dziecko ciągle czegoś chce, trudno przy nim
sprzątać, a poza tym ciągle się rzeczy rozkłada to tu to tam bo dziecko
ryczy, trzeba przewinąć, nakarmić, przenieść, oderwać od kontaktu/szuflady
itd. Więc właściwie ciągle sprzątam po sobie i po małej, tak musi być, nie ma
rady.
Ale takie grubsze sprzątanie - mycie łazienki, odkurzanie, wycieranie kurzy,
mycie podłóg - chciałabym, żeby mąż mi w tym pomógł, wydaje mi się, że mam
prawo tego wymagać, bo ja jestem cały dzień na nogach w ruchu, trochę mi
plecy wysiadają.
Jak proszę o to męża to on deklaruje zamiar zrobienia tego czy owego, ale w
rezultacie odkłada to w nieskończoność i koniec końców ja to robię. No i nie
wiem jak to zmienić. Nie można przeczekać, po podłoga musi być odkurzona i
umyta raz na jakiś czas, bo inaczej córcia te kurze wytrze ubrankiem albo
pozjada. Kibelek musi być umyty raz na jakiś czas, nie może czekać
tygodniami. No i nie mogę tego wyegzekwować. Z reguły kończy się kłótnią, ja
to robię wkurzona, wtedy mąż podchodzi i mówi daj ja to zrobię - i robi, ale
po jakich przejściach!
Nie ma oczywiście mowy o tym żeby sam z własnej woli zrobił to czy owo, nawet
drobniejsze rzeczy - opróżnił zmywarkę, nastawił pranie, pościelił łóżko.
Tylko jeżeli go o to wyraźnie poproszę. I często po kilkukrotnym proźbach, a
i to nie zawsze.
W swoim pokoju ma NIESAMOWITY bajzel. Ja tego nie ruszam - jego sprawa. Nie
sprząta tego tygodniami. Gdyby on miał się zajmować porządkami w domu, całe
mieszkanie by tak wyglądało.
Mąż jest bałaganiarzem - niczego nie odkłada na miejsce, nie sprząta po
sobie, po prostu nie ma takiego nawyku. A ja chodzę i sprzątam po nim. I
ciągle go proszę żeby sprzątnął to czy tamto i sama siebie nie mogę słuchać.
On też się chyba uodparnia na moje gadanie - ale nawyków nie zmienia. Ja się
wkurzam na niego, on na mnie, ja na siebie. Robię się zrządzącą babą.
Nie wiem jak mam do niego trafić. Tłumaczyłam mu i na spokojnie, i przy
każdej kłótni mu mówię że mi ciężko, że gdybyśmy oboje dbali o porządek, to
byłoby łatwiej i przyjemniej. Może on to nawet rozumie, ale jak przychodzi co
do czego, to mu się odechciewa.
Ile my się o to nakłóciliśmy. Naprawdę czasami boję się że to doprowadzi do
jakiegoś kryzysu.
Oprócz tego jest naprawdę wspaniałym mężem i ojcem.
Muszę zaznaczyć że bardzo dużo pracuje, jest pracownikiem naukowym, ostatnio
ma naprawdę pełno rzeczy na głowie, zdarza mu się wracać do domu w nocy.
Pracuje również w większość weekendów. No i sama nie wiem czy w związku z tym
wymagać czy nie. Na grubsze sprzątanie machnęłam ostatnio ręką, jest
zmęczony, widzę to, a poza tym naprawdę nie ma kiedy. Ale to zostawianie
wszystkich rzeczy byle gdzie, na podłodze - czy wymagam za dużo? (w tym
pytaniu nie ma ironii, proszę, oceńcie!) A jeśli nie to jak to wyegzekwować?
Bywają też luźniejsze okresy, z wolnymi weekendami i wieczorami - wtedy chyba
mam prawo wymagać pomocy, przecież też bywam zmęczona.
Jako tata sprawdza się w 100%, nie miga się od opieki, jak tylko może zajmuje
się dzieckiem, kąpie jeśli jest w domu o tej porze, kocha małą okropnie.
No i wogóle poza tym sprzątaniem jest kochany, oddany, uczciwy, wyrozumiały,
dowcipny i och i ach.
Ale do prac domowych ma dwie lewe ręce - od sprzątania i gotowania z daleka.
Mam zaakceptować sytuację taką jaka jest? Pogodzić się, zacisnąć zęby i
sprzątać sama? Czy walczyć z nim? A jeśli tak to jak?
Aha, ostatnio wkurzył mnie okropnie. Wrócił do domu, zabawki porozrzucane na
kocu, miseczki córci na stole, w zlewie naczynia. Staram się takie rzeczy
sprzątać na bierząco, ale akurat tak się złożyło że nie mogłam. A on wtedy:
nie chcesz zatrudnić kogoś do sprzątania? Ale mamy bałagan w domu.
Ja się wkurzyłam, bo on palcem nie kiwnął żeby ten bałagan zredukować. Tylko
stwierdził.
A tę panią od sprzątania forsuje pr zy każdej naszej kłótni od sprzątania. A
ja nie chcę, z wielu powodów. Byłoby mi głupio - nie pracuję i jeszcze
wynajmuję kogoś żeby za mnie sprzątał. Źle bym się czuła, gdyby ktoś kręcił
się po moim domu. A poza wszystkim naprawdę uważam, że gdybyśmy razem
zajmowali się porządkami, każde w zależności od ilości wolnego czasu i sił,
to osiągnelibyśmy cel w postaci czystego domu.
Uff, ale się rozpisałam. Musiałam, bo narastało.