Dodaj do ulubionych

Dzieci sensem naszego życia?

IP: *.* 26.10.01, 08:57
Przeglądając ostatnio posty trafiłem na znamienny pogląd "to właśnie dzieci są sensem naszego życia" - nawiasem mówiąc to wypowiedź faceta. Chciałbym abyśmy panowie podzielili się paroma refleksjami na ten temat, choćby dla rozruszania tego smętnego forum. Czy faktycznie dzieci są sensem naszego życia? Czy naprawdę jest ono tak ubogie w inne doznania, że dziecko wypełnia nam całość naszej egzystencji (w wymiarze bardziej duchowym bo fizycznie na pewno w 90%), czy cała reszta naprawdę przestała nas obchodzić? A gdzie miejsce na mecze, piwko z kolegami, wędki, koncert, czas poza domem, poza dzieckiem. Poza domem-ulem, gdzie razem z żonami wpasowujemy się w role królowych pszczół.Czy z takiego podejścia bierze się poczucie winy gdy mamy serdecznie dość wrzaskow o 4 rano i rodzą się nam pod kopułą dziwne myśli.Czy naprawdę uczestnictwo w porodzie to najważniejsze wydarzenie życia czy tylko politycznie poprawna odpowiedź na forum.Czy potrafimy sobie uczciwie odpowiedzieć na te pytania. Zwracam się głównie do facetów bo 90% postów na emamie utwierdza mnie, że tak - dzieci są sensem naszego życia i jesteśmy z tego powdu szczęśliwe. A może, panowie, mamy fajne, normalne żony, z którymi można jeszcze pogadać o czymś innym niż kupka, nie rozpływają się z zachwytu nad osiągnięciami potomstwa (i "mężostwa")na forum i nie przeżywają kryzysów małżeńskich co tydzień i nie wychowają dzieci pod namiotem z folii a"la Michael Jackson. Czego i wam życzę.
Obserwuj wątek
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 26.10.01, 16:40
      Myśle, że powinieneś rozróżnić sens życia od tego co się w życiu robi (na codzień). Z punktu widzenia biologii dzieci są sensem naszego życia. Nie bardzo rozumiem też Twoje wnioski, że jeśli dziecko jest sensem życia, to cała reszta nie istnieje. To że dziewczyny piszą na e-dziecku o dzieciach to chyba normalne - po to to forum zostało stworzone. Nie rozumiem w czym problem. Jeśli chcesz pogadać na inne tematy to wal śmiało chętni do dyskusji się znajdą.
      • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 29.10.01, 08:48
        Proponuję ponowne przeczytanie postu. Pozdrawiam.
        • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 29.10.01, 19:34
          Przeczytalam ponownie i w 100% zgadzam sie z KvM.
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 29.10.01, 21:21
      Ja też przeczytałam Twój post ponownie.Możesz być pewny, że większość żon to normalne kobiety, które - mimo, że rozpływają się z zachwytu nad nowymi umiejętnościami maluchów - potrafią też uczestniczyć w życiu pozadomowym.W moje istnienie dziecko wniosło wiele nowych, nie znanych dotąd uczuć, przewartościowało mój nieco już skostniały system wartości. Biologicznie rzecz ujmując dzieci są sensem naszego życia. Wcale jednak nie oznacza to, że przestajemy istnieć w społeczeństwie i stajemy się jednotematyczni i problemotwórczy.Wiesz, przez pierwszy rok życia Eleonory faktycznie nie chodziliśmy do teatru, kina, na koncerty i imprezy (szczególnie nie mogłam odżałować niedzielnych wieczorów z salsą). Utrzymywaliśmy za to kontakty z dzieciatymi znajomymi,z którymi rozprawialiśmy nie tylko o dzieciaczkach. Poza tym nie miałam nic przeciwko temu, by Krzysiek spotykał się ze swymi "motoryzacyjnymi kumplami", robił rowerowe wypady, zajmował się swoimi pasjami. Dzieci "kradną" nam ogromną część czasu, ale nie musi to prowadzić do zaniedbania naszych własnych potrzeb.Co do namiotu ochronnego.Masz wrażenie, że matki i ojcowie przesadzają z troskliwością, są przewrażliwieni?Może to wynika (to przewrażliwienie) ze społecznego (rodzinnego) nacisku i trochę z braku wiedzy?Nam, na szczęście, nikt nie "podpowiadał". Małą od samiuteńkiego początku zajmowaliśmy się sami. Jesienią i zimą utrzymywaliśmy nocą w domu temperaturę 18,5 , w dzień 20. Kąpaliśmy w nie za ciepłej wodzie (inni określali ją jako "za zimną"), nie żałowaliśmy spacerów, nie utrzymywaliśmy w mieszkaniu sterylnej czystości. Nie wpadaliśmy w panikę, gdy sturlała się z materaca - co zaowocowało tym, że gdy zaczęła chodzić i zachaczać głową o "przeszkody", nie uderzała w płacz lecz sprawdzała ręką, czy głowa cała i szła dalej. Pozwalamy jej się brudzić ziemią, chlapać w zimnej wodzie - co uwielbia. Dbamy tylko o bezpieczeństwo. Wrócę jeszcze do kwestii "dzieci sensem naszego życia".Pytasz, czy nasze życie jest tak ubogie w inne duchowe doznania, że poświęcamy tę sferę tylko dziecku?Myślę, że to nie ma wiele wspólnego z pojawieniem się potomka. Kto wcześniej był bogaty duchowo, pełen pasji i ciekawości świeta, ten nie zatraci tego będąc rodzicem. Masz tu na forum liczne przykłady takich osób ( Gosia26 - piję m.in. do Ciebie). Faktem jest, że notoryczne przemęczenie przytępia nasze zmysły i intelekt, ale to jest zupełnie inna rzecz. Wystarczy, że dogadamy się z naszymi partnerami i ustalimy sprawiedliwe reguły rodzinnego współżycia.Przyznam Ci się, że nie jestem pewna, czy odniosłam się do Twojego postu, ale napisałeś go w sposób taki "nie wprost". Jak kobieta chi, chi...:-) Dorka :-)Ja też przeczytałam Twój post ponownie.Możesz być pewny, że większość żon to normalne kobiety, które - mimo, że rozpływają się z zachwytu nad nowymi umiejętnościami maluchów - potrafią też uczestniczyć w życiu pozadomowym.W moje istnienie dziecko wniosło wiele nowych, nie znanych dotąd uczuć, przewartościowało mój nieco już skostniały system wartości. Biologicznie rzecz ujmując dzieci są sensem naszego życia. Wcale jednak nie oznacza to, że przestajemy istnieć w społeczeństwie i stajemy się jednotematyczni i problemotwórczy.Wiesz, przez pierwszy rok życia Eleonory faktycznie nie chodziliśmy do teatru, kina, na koncerty i imprezy (szczególnie nie mogłam odżałować niedzielnych wieczorów z salsą). Utrzymywaliśmy za to kontakty z dzieciatymi znajomymi,z którymi rozprawialiśmy nie tylko o dzieciaczkach. Poza tym nie miałam nic przeciwko temu, by Krzysiek spotykał się ze swymi "motoryzacyjnymi kumplami", robił rowerowe wypady, zajmował się swoimi pasjami. Dzieci "kradną" nam ogromną część czasu, ale nie musi to prowadzić do zaniedbania naszych własnych potrzeb.Co do namiotu ochronnego.Masz wrażenie, że matki i ojcowie przesadzają z troskliwością, są przewrażliwieni?Może to wynika (to przewrażliwienie) ze społecznego (rodzinnego) nacisku i trochę z braku wiedzy?Nam, na szczęście, nikt nie "podpowiadał". Małą od samiuteńkiego początku zajmowaliśmy się sami. Jesienią i zimą utrzymywaliśmy nocą w domu temperaturę 18,5 , w dzień 20. Kąpaliśmy w nie za ciepłej wodzie (inni określali ją jako "za zimną"), nie żałowaliśmy spacerów, nie utrzymywaliśmy w mieszkaniu sterylnej czystości. Nie wpadaliśmy w panikę, gdy sturlała się z materaca - co zaowocowało tym, że gdy zaczęła chodzić i zachaczać głową o "przeszkody", nie uderzała w płacz lecz sprawdzała ręką, czy głowa cała i szła dalej. Pozwalamy jej się brudzić ziemią, chlapać w zimnej wodzie - co uwielbia. Dbamy tylko o bezpieczeństwo. Wrócę jeszcze do kwestii "dzieci sensem naszego życia".Pytasz, czy nasze życie jest tak ubogie w inne duchowe doznania, że poświęcamy tę sferę tylko dziecku?Myślę, że to nie ma wiele wspólnego z pojawieniem się potomka. Kto wcześniej był bogaty duchowo, pełen pasji i ciekawości świeta, ten nie zatraci tego będąc rodzicem. Masz tu na forum liczne przykłady takich osób ( Gosia26 - piję m.in. do Ciebie). Faktem jest, że notoryczne przemęczenie przytępia nasze zmysły i intelekt, ale to jest zupełnie inna rzecz. Wystarczy, że dogadamy się z naszymi partnerami i ustalimy sprawiedliwe reguły rodzinnego współżycia.Przyznam Ci się, że nie jestem pewna, czy odniosłam się do Twojego postu, ale napisałeś go w sposób taki "nie wprost". Jak kobieta chi, chi...:-) Dorka :-)Ja też przeczytałam Twój post ponownie.Możesz być pewny, że większość żon to normalne kobiety, które - mimo, że rozpływają się z zachwytu nad nowymi umiejętnościami maluchów - potrafią też uczestniczyć w życiu pozadomowym.W moje istnienie dziecko wniosło wiele nowych, nie znanych dotąd uczuć, przewartościowało mój nieco już skostniały system wartości. Biologicznie rzecz ujmując dzieci są sensem naszego życia. Wcale jednak nie oznacza to, że przestajemy istnieć w społeczeństwie i stajemy się jednotematyczni i problemotwórczy.Wiesz, przez pierwszy rok życia Eleonory faktycznie nie chodziliśmy do teatru, kina, na koncerty i imprezy (szczególnie nie mogłam odżałować niedzielnych wieczorów z salsą). Utrzymywaliśmy za to kontakty z dzieciatymi znajomymi,z którymi rozprawialiśmy nie tylko o dzieciaczkach. Poza tym nie miałam nic przeciwko temu, by Krzysiek spotykał się ze swymi "motoryzacyjnymi kumplami", robił rowerowe wypady, zajmował się swoimi pasjami. Dzieci "kradną" nam ogromną część czasu, ale nie musi to prowadzić do zaniedbania naszych własnych potrzeb.Co do namiotu ochronnego.Masz wrażenie, że matki i ojcowie przesadzają z troskliwością, są przewrażliwieni?Może to wynika (to przewrażliwienie) ze społecznego (rodzinnego) nacisku i trochę z braku wiedzy?Nam, na szczęście, nikt nie "podpowiadał". Małą od samiuteńkiego początku zajmowaliśmy się sami. Jesienią i zimą utrzymywaliśmy nocą w domu temperaturę 18,5 , w dzień 20. Kąpaliśmy w nie za ciepłej wodzie (inni określali ją jako "za zimną"), nie żałowaliśmy spacerów, nie utrzymywaliśmy w mieszkaniu sterylnej czystości. Nie wpadaliśmy w panikę, gdy sturlała się z materaca - co zaowocowało tym, że gdy zaczęła chodzić i zachaczać głową o "przeszkody", nie uderzała w płacz lecz sprawdzała ręką, czy głowa cała i szła dalej. Pozwalamy jej się brudzić ziemią, chlapać w zimnej wodzie - co uwielbia. Dbamy tylko o bezpieczeństwo. Wrócę jeszcze do kwestii "dzieci sensem naszego życia".Pytasz, czy nasze życie jest tak ubogie w inne duchowe doznania, że poświęcamy tę sferę tylko dziecku?Myślę, że to nie ma wiele wspólnego z pojawieniem się potomka. Kto wcześniej był bogaty
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 29.10.01, 21:21
      duchowo, pełen pasji i ciekawości świeta, ten nie zatraci tego będąc rodzicem. Masz tu na forum liczne przykłady takich osób ( Gosia26 - piję m.in. do Ciebie). Faktem jest, że notoryczne przemęczenie przytępia nasze zmysły i intelekt, ale to jest zupełnie inna rzecz. Wystarczy, że dogadamy się z naszymi partnerami i ustalimy sprawiedliwe reguły rodzinnego współżycia.Przyznam Ci się, że nie jestem pewna, czy odniosłam się do Twojego postu, ale napisałeś go w sposób taki "nie wprost". Jak kobieta chi, chi...:-) Dorka :-)Ja też przeczytałam Twój post ponownie.Możesz być pewny, że większość żon to normalne kobiety, które - mimo, że rozpływają się z zachwytu nad nowymi umiejętnościami maluchów - potrafią też uczestniczyć w życiu pozadomowym.W moje istnienie dziecko wniosło wiele nowych, nie znanych dotąd uczuć, przewartościowało mój nieco już skostniały system wartości. Biologicznie rzecz ujmując dzieci są sensem naszego życia. Wcale jednak nie oznacza to, że przestajemy istnieć w społeczeństwie i stajemy się jednotematyczni i problemotwórczy.Wiesz, przez pierwszy rok życia Eleonory faktycznie nie chodziliśmy do teatru, kina, na koncerty i imprezy (szczególnie nie mogłam odżałować niedzielnych wieczorów z salsą). Utrzymywaliśmy za to kontakty z dzieciatymi znajomymi,z którymi rozprawialiśmy nie tylko o dzieciaczkach. Poza tym nie miałam nic przeciwko temu, by Krzysiek spotykał się ze swymi "motoryzacyjnymi kumplami", robił rowerowe wypady, zajmował się swoimi pasjami. Dzieci "kradną" nam ogromną część czasu, ale nie musi to prowadzić do zaniedbania naszych własnych potrzeb.Co do namiotu ochronnego.Masz wrażenie, że matki i ojcowie przesadzają z troskliwością, są przewrażliwieni?Może to wynika (to przewrażliwienie) ze społecznego (rodzinnego) nacisku i trochę z braku wiedzy?Nam, na szczęście, nikt nie "podpowiadał". Małą od samiuteńkiego początku zajmowaliśmy się sami. Jesienią i zimą utrzymywaliśmy nocą w domu temperaturę 18,5 , w dzień 20. Kąpaliśmy w nie za ciepłej wodzie (inni określali ją jako "za zimną"), nie żałowaliśmy spacerów, nie utrzymywaliśmy w mieszkaniu sterylnej czystości. Nie wpadaliśmy w panikę, gdy sturlała się z materaca - co zaowocowało tym, że gdy zaczęła chodzić i zachaczać głową o "przeszkody", nie uderzała w płacz lecz sprawdzała ręką, czy głowa cała i szła dalej. Pozwalamy jej się brudzić ziemią, chlapać w zimnej wodzie - co uwielbia. Dbamy tylko o bezpieczeństwo. Wrócę jeszcze do kwestii "dzieci sensem naszego życia".Pytasz, czy nasze życie jest tak ubogie w inne duchowe doznania, że poświęcamy tę sferę tylko dziecku?Myślę, że to nie ma wiele wspólnego z pojawieniem się potomka. Kto wcześniej był bogaty duchowo, pełen pasji i ciekawości świeta, ten nie zatraci tego będąc rodzicem. Masz tu na forum liczne przykłady takich osób ( Gosia26 - piję m.in. do Ciebie). Faktem jest, że notoryczne przemęczenie przytępia nasze zmysły i intelekt, ale to jest zupełnie inna rzecz. Wystarczy, że dogadamy się z naszymi partnerami i ustalimy sprawiedliwe reguły rodzinnego współżycia.Przyznam Ci się, że nie jestem pewna, czy odniosłam się do Twojego postu, ale napisałeś go w sposób taki "nie wprost". Jak kobieta chi, chi...:-) Dorka :-)
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 02.11.01, 11:26
      Jezeli ktos cierpi na brak sensu zycia, to decyzja o poczeciu dziecka na pewno nie jest tu rozwiazaniem. W takim sensie dzieci nie sa sensem zycia. Ale znam pary, ktore sie decyduja na dziecko, bo wszystkiego innego juz doznali, wszedzie juz byli, itepe. Dla mnie to troche egoizm. Mimo, ze jestem szczesliwa matka, nie do konca rozwiklalam problem dlaczego chcemy miec dzieci.dzieci nie powinny byc sensem w tym znaczeniu, ze uzalezniamy sie od nich, zaczynamy zyc ich zyciem - przeciez kiedys trzeba bedzie pozwolic im odejsc, usamodzielnic sie.Dlatego warto miec w zyciu tez jakis inny, bardziej uniwersalny cel.Natomiast moga byc sensem zycia w takim kontekscie, ze zajmuja wysoka pozycje w naszej hierarchii wartosci - np. jesli dziecko jest chore, to martwie sie tym i wazniejsze jest pobyc wtedy z nim w domu niz isc na dlugo oczekiwany mecz z piwem i kolegami. Mnie tez czasem mierzily kobiety rozprawiajace tylko o tzw."zupkach, kupkach". teraz juz ich tak latwo nie krytykuje - niech kazdy rozmawia o tym, o czym lubi. Mezczyzni rozprawiajacy o sporcie sa moim zdaniem sto razy nudniejsi, a jakos sie tym nie przejmuja. A fakt, ze jestesmy na stronie edziecko swiadczy tylko o tym, ze wychowanie dzieci nie jest nam obojetne - co nie znaczy, ze jest to jedyna rzecza, jaka nas w zyciu interesuje. Pytanie w temacie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.pozdro, kama
      • Gość: guest Poczucie winy (czas dla dziecka) IP: *.* 12.12.01, 10:41
        Panowie, obecne czasy do najłatwiejszych nie należą, ja w tym kontekście chciałbym poruszyć problem czasu poświęconemu małemu dziecku. Otóż u mnie sytuacja przedstawia się tak, że skutkiem konieczności wymagającej czasowo pracy mało czasu zostaje mi dla naszej rocznej córki. Pół biedy gdyby żona siedziała w domu opiekując się córą, niestety, ona również musi pracować. Również ma czasowo wymagającą pracę czy też mówiąc językiem dziesiejszej poprawności "jest aktywna w różnych formach doskonalenia zawodowego". Ta "aktywność" powoduje rzecz jasna skrócenie kontaktru z dzieckiem.W tej sytuacji główny ciężar wychowania małej niosą dziadkowie (Bogu dzięki za nich!). Starają się z tej roli wywiązywać wspaniale nas jednak gnębi świadomość, że jednak to my powinniśmy być z córą częsciej. W związku z tym mam czasem poczucie winy, jakieś dziwne wrażenie jakby umykającego ukradkiem ważnego czasu, tracenia czegoś istotnego. Czy ktoś z was przeżywa podobne rozterki? A jeśli tak to jak sobie radzicie? Zwracam się do ludzi z podobną sytuacją, bo kiedyś od znajomego usłyszałem "dobrą radę", że powinienem - jego przykładem - poszukać innej pracy. Opowiedział mi o swoim bohaterskim wyczynie gdy zrezygnował z pracy za 8 tys. zł miesięcznie, wspaniałomyślnie godząc się na pracę za nędzne 4,5 tys. netto po to, by więcej być w domu. Tego typu rady, gdy bezrobocie u mnie sięga 22% nie są specjalnie budujące. Czy ktoś ma podobne odczucia?
        • Gość: guest Poczucie winy (czas dla dziecka) IP: *.* 12.12.01, 10:44
          Daję ten wątek na ogólne forum, bo pierwszy nie wszedł tam, gdzie chciałem.Panowie, obecne czasy do najłatwiejszych nie należą, ja w tym kontekście chciałbym poruszyć problem czasu poświęconemu małemu dziecku. Otóż u mnie sytuacja przedstawia się tak, że skutkiem konieczności wymagającej czasowo pracy mało czasu zostaje mi dla naszej rocznej córki. Pół biedy gdyby żona siedziała w domu opiekując się córą, niestety, ona również musi pracować. Również ma czasowo wymagającą pracę czy też mówiąc językiem dziesiejszej poprawności "jest aktywna w różnych formach doskonalenia zawodowego". Ta "aktywność" powoduje rzecz jasna skrócenie kontaktru z dzieckiem.W tej sytuacji główny ciężar wychowania małej niosą dziadkowie (Bogu dzięki za nich!). Starają się z tej roli wywiązywać wspaniale nas jednak gnębi świadomość, że jednak to my powinniśmy być z córą częsciej. W związku z tym mam czasem poczucie winy, jakieś dziwne wrażenie jakby umykającego ukradkiem ważnego czasu, tracenia czegoś istotnego. Czy ktoś z was przeżywa podobne rozterki? A jeśli tak to jak sobie radzicie? Zwracam się do ludzi z podobną sytuacją, bo kiedyś od znajomego usłyszałem "dobrą radę", że powinienem - jego przykładem - poszukać innej pracy. Opowiedział mi o swoim bohaterskim wyczynie gdy zrezygnował z pracy za 8 tys. zł miesięcznie, wspaniałomyślnie godząc się na pracę za nędzne 4,5 tys. netto po to, by więcej być w domu. Tego typu rady, gdy bezrobocie u mnie sięga 22% nie są specjalnie budujące. Czy ktoś ma podobne odczucia?
          • Gość: guest Re: Poczucie winy (czas dla dziecka) IP: *.* 12.12.01, 11:15
            chyba każdy pracujący rodzic ma wyrzuty sumienia, że nie spędza z dzieckiem więcej czasu, że ten czas mu przecieka między palcami, że znów minął tydzień, i ten ciuągły pośpiech, ja też to przerabiam stale, zwłaszcza, że Olą opiekuje się niania, więc niby obca osoba... myślę, że pozostaje się nam z tym pogodzić .... innego wyjścia nie ma, chyba,że się jest rentierem (cha, cha!). Poza pracą są jeszcze inne obowiązki domowe, rodzinne, zakupy, itp. , obiad trezba ugotowac i pozmywać (lepiej zmywać czy stawiać dom z klocków z dzieckiem, dylemat godny rozważenia; np. myśmy wczoraj zabrali Olkę do OBI i KOMFORTU, bo wolałam być z nią w sklepie, niż żeby była beze mnie, świetnie się bawiła biegając między półkami, gaworzyła z ojcem na tylnym siedzeniu i kazała sobie kupić wodę na stacji benzynowej bo chce pić i już... nie jest to może ideał spędzania czasu z dzieckiem, ale zawsze ... staram się być z maleńką w sobotę i niedzielę, chociaż czasami pracuję i w week-end kilka godzin i oddaję małą do babci... poza tym zrezygnowałam z porzadnictwa (brudno jest? aha, kurze poczekają do świąt....) trzeba jakoś wywazyć co nie jest łatwe, przyznaję na własnym przykładzie. w każdym razie pozdrawiam - maria p.s. "biedny ten znajomy, strasznie mi go żal, tak się poświęcić dla dziecka, i to własnego, tylko 4,5 tys netto !, jak on biedaczysko żyje? może mu trzeba jakąś paczkę przesłać..., ja się nota bene chetnie poświęcę za 4,5 tyś netto...., a nawet za 4,5 brutto!"
            • Gość: guest Re: Poczucie winy (czas dla dziecka) IP: *.* 12.12.01, 11:37
              Dzięki za wypowiedź. Przypomniała mi się jeszcze jedna możliwość: mężuś powinien zarobić na utrzymanie domu co pozwoliłoby mamusi w pełni zająć się córką. Moje kochanie ma czasem momenty, że mnie w ten sposób uświadamia. A co do znajomego: "sukces życiowy" jaki odniósł widać przekonał go, że może udzielać tego typu rad (co zresztą w niczym nie zmienia faktu, że i tak mu zazdroszczę :-)Pozdro
              • Gość: guest Re: Poczucie winy (czas dla dziecka)-odp do Trurl IP: *.* 12.12.01, 12:12
                Oj Trurl, i tak i nie, po pierwsze w dzisiejszych czasach nie każdy mężuś wzorem znajomego ma możliwość zarabiania tzw. kokosów i utrzymywania domu, rózne są zawody, możliwości, nie każdy jest prawnikiem, informatykiem czy wybitnym bankowcem-finansistą; poza tym ta idea jest mi z gruntu obca .... ja nie mogłabym zupełnie nie pracować i nie być niezależna finansowo, po pierwsze po co się kształciłam kilkanaście lat, po drugie wyszłam za mąż prawie przed 30tka będąc kobietą pracujacą, niezależną i samorządną,.... pojęcie utrzymywania rodziny mnie jeży, bo w domyśle ciągnie za sobą wydzielanie, patrzenie na ręce, narzekania, itd. Uważam natomiast, że kobiety mające dzieci, w ramach np. polityki prorodzinnej Państwa, powinny po prostu pracować na 1/2 lub 3/4 etatu, jeśli chcą i/lub muszą pracować, a resztę czasu poświęcać domowi i rodzinie, powinni taką możliwość mieć także panowie, czmu nie, tylko, żeby te 1 1/2 etatu starczało na godne życie... a to już całkiem inna sprawa. Ja muszę pracować z powodów ekonomicznych, ale gdybym nie musiała to też bym pracowała, może społecznie, może w inny sposób, ale myślę, że spełniamy się w różnorodny sposób, nie tylko jako żony, matki i kochanki, ale także jako pracownik. Tylko sobie nie pomyśl, że jestem jakąś pfuj wojujaca feministką, nic z tych rzeczy... pozdrowionka z 21 piętra wieżowca w którym pracuję brrrr - maria
                • Gość: guest Re: Poczucie winy (czas dla dziecka)-odp do Trurl IP: *.* 12.12.01, 12:57
                  Maria:Oj Trurl, i tak i nie, po pierwsze w dzisiejszych czasach nie każdy mężuś wzorem znajomego ma możliwość zarabiania tzw. kokosów i utrzymywania domu, rózne są zawody, możliwości, nie każdy jest prawnikiem, informatykiem czy wybitnym bankowcem-finansistą; poza tym ta idea jest mi z gruntu obca .... ja nie mogłabym zupełnie nie pracować i nie być niezależna finansowo, po pierwsze po co się kształciłam kilkanaście lat, po drugie wyszłam za mąż prawie przed 30tka będąc kobietą pracujacą, niezależną i samorządną,....Trurl:Jesteś więc przykładem tzw. nowoczesnej, samoświadomej kobiety. Nie chodzi mi zrezstą o zupełne zagonienie kobiety do garów ale raczej o odpowiednie "rozłożenie akcentów". Tzn. jednak uważam, że zasadniczy ciężar utrzymania domu powinien ponosić facet. Kobieta zaś przede wszystkim powinna dbać o domowe ognisko.Maria:pojęcie utrzymywania rodziny mnie jeży, bo w domyśle ciągnie za sobą wydzielanie, patrzenie na ręce, narzekania, itd. Uważam natomiast, że kobiety mające dzieci, w ramach np. polityki prorodzinnej Państwa, powinny po prostu pracować na 1/2 lub 3/4 etatu, jeśli chcą i/lub muszą pracować, a resztę czasu poświęcać domowi i rodzinie, powinni taką możliwość mieć także panowie, czmu nie, tylko, żeby te 1 1/2 etatu starczało na godne życie... a to już całkiem inna sprawa. Ja muszę pracować z powodów ekonomicznych, ale gdybym nie musiała to też bym pracowała, może społecznie, może w inny sposób, ale myślę, że spełniamy się w różnorodny sposób, nie tylko jako żony, matki i kochanki, ale także jako pracownik. Tylko sobie nie pomyśl, że jestem jakąś pfuj wojujaca feministką, nic z tych rzeczy... pozdrowionka z 21 piętra wieżowca w którym pracuję brrrr - maria Trurl:Uważaj więc na nisko lecące samoloty ;-) Z tymi etatami to święta prawda, jak pisałem nie chodzi mi o odcięcie matek, żon i kochanek od aktywności zawodowej czy jakiejkolwiek innej ale o odpowiednie proporcje. Znam trochę kobiet w takim układzie jaki opisuje i wierz mi, że to, że pracują tylko dla przyjemności i ewentualnie na jakiś kosemtyk podczas gdy mąż troszczy się o zasadnicze finanse to wychodzi im i ich związkom tylko na dobre. Choć zdaję sobie sprawę, że można podać przeciwne przykłady ale ja takowych nie znam (przynajmniej na ten moment sobie nie przypominam ale to może kwestia niskiego ciśnienia i że śnieg pada). A przy okazji taki układ doskonale pobudza męską dumę, co by nie mówić, facet lubi czuć kontrolę nad sprawami.Z ukłonami.
                  • Gość: guest Re: Poczucie winy (czas dla dziecka)-odp do Trurl NO 2 IP: *.* 12.12.01, 15:12
                    coś mi się dzisiaj zachciało polemizować .... nie wiem czy mój facet lubi mieć kontrolę nad sprawami, ale wiem napewno, mój facet jest nietypowy; ma nietypowy zawód bardzo nieekonomiczny, poza tym finanse go nie interesują, słowo ZUS lub rachunek źle mu sie kojarzy, nie pamięta numeru konta w banku, zreszta nigdy tam nie jeździ, nie używa komórek i boi się karty kredytowej, ale jak to się mówi ma inne zalety i wychodząc za niego wiedziałam co biorę. Na zmianę zawodu jest za późno, charakteru chyba też, chociaż czasami wolałabym żeby przychodziły na konto 30ego dwie pensje... Może zresztą ja też jestem nietypowa kobitka .... ale to na zupełnie inny postowy temat. czy może piszesz z warszawy, bo u mnie śnieg faktycznie pada... - maria
                    • Gość: guest Re: Facet pod kontrolą IP: *.* 13.12.01, 09:14
                      Maria mama Oli napisała/ł:> coś mi się dzisiaj zachciało polemizować .... nie wiem czy mój facet lubi mieć kontrolę nad sprawami, ale wiem napewno, mój facet jest nietypowy; ma nietypowy zawód bardzo nieekonomiczny, poza tym finanse go nie interesują, słowo ZUS lub rachunek źle mu sie kojarzy, nie pamięta numeru konta w banku, zreszta nigdy tam nie jeździ, nie używa komórek i boi się karty kredytowej, ale jak to się mówi ma inne zalety i wychodząc za niego wiedziałam co biorę.Widziały gały co brały - także pod tym wzgledem jesteś kryta. Zresztą z Twojej charakterystyki wynika, że małżonek nie jest aż taki nietypowy. Sam znam kilka podobnych związków, faceci w nich realizują się jako intelektualiści, pasjonaci czegoś tam, "artystyczne dusze", etc. Radzą sobie lepiej czy gorzej - podobnie jak inni. duży jednak plus, że wiedziałaś co bierzesz, gorsza jest sytuacja oczekiwań jednego z partnerów, że partner będzie ewolułował w żądanym przez nas kierunku.Na zmianę zawodu jest za późno, charakteru chyba też, chociaż czasami wolałabym żeby przychodziły na konto 30ego dwie pensje... Może zresztą ja też jestem nietypowa kobitka .... ale to na zupełnie inny postowy temat. czy może piszesz z warszawy, bo u mnie śnieg faktycznie pada... - mariaKażdy o sobie myśli, że jest nietypwy i wyjątkowy, to chyba zupełnie normalne ;-) Myśmy kiedyś z małżonką też zastanawiali się nad "nietypowym" odwróceniem ról. Czysto teoretycznie co prawda ale eksperyment był ciekawy: ona bierze na siebię troskę o utrzymanie domu, ja pracuję w domu. Z czysto logicznego punktu widzenia nie wyglądało to bynajmniej źle. Prac domowych się nie boję, miałbym - przy odpowiednim planowaniu - znacznie więcej czasu na "realizację siebie": na hobby, zainteresowania, pasje. Mógłbym bardziej zadbać o swoje potrzeby intelektualne i fizyczne, realizować plany, które teraz - ze względu na brak czasu - odłożone są do akt. Krótko mówiąc wygladało to całkiem całkiem. Co mnie powstrzymuje to męski honor i obawa przed "przypominaniem" ze strony żony kto tu rządzi ;-) Jak wiadomo kobiety mnają wyjatkową zdolność wyciągania ze skarbca przeszłości odpowiadających im na daną chwilę rzeczy. Czytałem kiedyś wynurzenia jednego faceta, który był jakiś czas utrzymankiem żony. Tak się chłopina tym przejął, że zamknął się w sobie, zaczął unikać seksu z żoną, a jeśli już to miał problemy z erekcją. Wszystko wróciło do normy jak znalazł pracę i się dowartościował. I jak tu nie wierzyć w męski honor.Z ukłonami
                      • Gość: Anias Re: Facet pod kontrolą - do honorowego Trurl IP: *.* 19.12.01, 16:11
                        Tak się składa, że parę lat temu zarabiałam cztery razy więcej od mojego męża - fakt, że trudno powiedzieć, że był wówczas na moim utrzymaniu, bo również pracował i spokojnie by się za to utrzymał. Teraz sytuacja się odwróciła. Naprawdę nie zauważyłam, żeby z tego powodu wtedy cierpiał jego "męski honor" (o kłopotach z erekcją nie mówiąc), tak jak teraz nie cierpi mój "kobiecy honor". Tak się po prostu złożyło. Nie zawsze ilość zarabianych pieniędzy zależy od naszych chęci, wykształcenia czy operatywności. Są jeszcze inne czynniki: koniunktura, szczęście, sytuacja rodzinna (dzieci) itd. Najważniejsze w naszym związku (oczywiście oprócz miłości) jest chyba to,że jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi - wspieramy się nawzajem, dajemy z siebie wszystko i wiemy, że ta druga strona też daje z siebie wszystko, a już na pewno, nie mierzymy swojej wartości ilością przyniesionych pieniędzy.Znam jeszcze dwa szczęśliwe małżeństwa, gdzie żona zarabia dużo więcej, ale mężom też nic nie brakuje - mają swoje ciekawe prace w których są dobrzy i się spełniają - na zakompleksionych nie wyglądają, a często z dumą podkreślają jakie mają wspaniałe, mądre żony.Pozdrawiam i radzę nabrać trochę dystansu do tych "męskich" i "kobiecych", które tak nam były wpajane. W dzisiejszych czasach to już po prostu nie zdaje egzaminu.
                        • Gość: guest Re: Facet pod kontrolą - honorowo IP: *.* 20.12.01, 11:53
                          Anna mama Marka napisała/ł:> Tak się składa, że parę lat temu zarabiałam cztery razy więcej od mojego męża - fakt, że trudno powiedzieć, że był wówczas na moim utrzymaniu, bo również pracował i spokojnie by się za to utrzymał. Teraz sytuacja się odwróciła. Naprawdę nie zauważyłam, żeby z tego powodu wtedy cierpiał jego "męski honor" (o kłopotach z erekcją nie mówiąc), tak jak teraz nie cierpi mój "kobiecy honor". Tak się po prostu złożyło. Nie zawsze ilość zarabianych pieniędzy zależy od naszych chęci, wykształcenia czy operatywności. Są jeszcze inne czynniki: koniunktura, szczęście, sytuacja rodzinna (dzieci) itd. Najważniejsze w naszym związku (oczywiście oprócz miłości) jest chyba to,że jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi - wspieramy się nawzajem, dajemy z siebie wszystko i wiemy, że ta druga strona też daje z siebie wszystko, a już na pewno, nie mierzymy swojej wartości ilością przyniesionych pieniędzy.> Znam jeszcze dwa szczęśliwe małżeństwa, gdzie żona zarabia dużo więcej, ale mężom też nic nie brakuje - mają swoje ciekawe prace w których są dobrzy i się spełniają - na zakompleksionych nie wyglądają, a często z dumą podkreślają jakie mają wspaniałe, mądre żony.> Pozdrawiam i radzę nabrać trochę dystansu do tych "męskich" i "kobiecych", które tak nam były wpajane. W dzisiejszych czasach to już po prostu nie zdaje egzaminu.Za pozdrowienia dziękuję, za rady też, choć sam decyduję do jakich spraw podchodzę z dystansem a do jakich nie. Nie jest dla mnie nowiną, że są jak najbardziej udane małżeństwa, które funkcjonują w sposób jaki opisałaś. to zreszta w niczym nie zmienia faktu, że są także takie, którym taki układ nie odpowiada. Może obracam się w bardziej konserwatywnym środowisku, które nie do konca akceptuje wszystkie feministyczne nowinki. Myślę zresztą, że jednym z owoców "zrównania ról" jest zanik pozytywnych męskich wzorców. Efekty widać - coraz więcej dziwadeł ni to chłop ni baba, nie mówiąc już, że niektóre kobiety wydają się bardziej męskie od mężczyzn.Role męskie i kobiece nie wynikają tylko z kulturalnych wzorców, to raczej te wzorce wynikają z pewnych głębszych biologicznych uwarunkowań, jeszcze nie było kultury ani wzorców kulturowych kiedy jakiś człowiekowaty walczył z dzikim zwierzem by zaimponować samicy by móc z nią mieszać geny. W każdym razie w narodku naszym nie brakuje kobiet, którym bliskie są przestarzałe wzorce kultury. I które oczekują ról męskich od swoich mężów wpędzając je ich nieraz w straszliwe kompleksy.Ukłony
                          • Gość: Anias Re: Facet pod kontrolą - honorowo IP: *.* 20.12.01, 23:53
                            Trurl napisała/ł:> Nie jest dla mnie nowiną, że są jak najbardziej udane małżeństwa, które funkcjonują w sposób jaki opisałaś. to zreszta w niczym nie zmienia faktu, że są także takie, którym taki układ nie odpowiada. Może obracam się w bardziej konserwatywnym środowisku, które nie do konca akceptuje wszystkie feministyczne nowinki. Wydaje mi się, że to kto ile w małżeństwie zarabia niewiele, albo wręcz nic nie mówi o funkcjonowaniu takiego związku. Ciekawa jestem co takiego jest dla Ciebie "feministyczną nowinką"? To,że kobieta w ogóle pracuje, czy to, że nie daj Boże, uda jej się zarobić więcej?> Myślę zresztą, że jednym z owoców "zrównania ról" jest zanik pozytywnych męskich wzorców. Efekty widać - coraz więcej dziwadeł ni to chłop ni baba, nie mówiąc już, że niektóre kobiety wydają się bardziej męskie od mężczyznCzyżby prawdziwy mężczyzna potrzebował dostawać od kobiety "fory", bo "zrównanie ról" sprawia, że czuje się zagrożony, nie dorównuje jej i wpada w kompleksy?Dla mnie prawdziwy mężczyzna wspiera swoją kobietę i pozwala się jej rozwijać, jest dumny z jej sukcesów. Nie musi z nią rywalizować, i czuć się lepszy, bo ma poczucie własnej wartości. A z tymi dziwadłami - to najmniej męscy (według mnie) mężczyźni jakich spotkałam w swoim życiu najbardziej pokreślali swoją "męską rolę", czasami w sposób żałosny. Co do "kobiecości" - pozostawiam ocenę mężczyznom. > Role męskie i kobiece nie wynikają tylko z kulturalnych wzorców, to raczej te wzorce wynikają z pewnych głębszych biologicznych uwarunkowań, ...Naprawdę nie lekceważę natury, powiem więcej - wcale nie oddała bym mężczyznom daru rodzenia dzieci, karmienia piersią itp. Kiedy urodził się Marek zrezygnowałam z pracy na tyle na ile było to konieczne - na szczęście miałam taką możliwość. Doskonale wiem, że w pewnych sprawach tata nie zastąpi mamy i wcale się przeciw temu nie buntuje, ale równocześnie nie pokazuje mężowi, że są sprawy na których on się nie zna. Niestety wiele kobiet udowadnia mężom, że nie potrafią dziecka przewinąć, umyć, nakarmić hołdując tak zwanemu "tradycyjnemu" podziałowi ról. Dlaczego? bo odreagowują kompleksy, w które dały się mężom wpędzić. Ja nie muszę tego robić, bo kiedyś tam już się sprawdziłam i w innej roli. Poza tym uważam, że nic tak nie zbliża dziecka z ojcem jak zwykłe, codzienne, czasem prozaiczne czynności.Pozrawiam
                            • Gość: guest Re: Facet pod kontrolą - honorowo IP: *.* 21.12.01, 15:31
                              Anna mama Marka napisała/ł:>Ciekawa jestem co takiego jest dla Ciebie "feministyczną nowinką"? To,że kobieta w ogóle pracuje, czy to, że nie daj Boże, uda jej się zarobić więcej?I to i to ;-)A powaznie to: Wesołych Świąt!
                              • Gość: Anias Re: Facet pod kontrolą - honorowo IP: *.* 21.12.01, 23:03
                                To ja już nie mam więcej pytań i może jednak wrócę na emamęWesołych Świąt
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 12.12.01, 13:45
      Gregor napisała/ł:> Przeglądając ostatnio posty trafiłem na znamienny pogląd "to właśnie dzieci są sensem naszego życia" - nawiasem mówiąc to wypowiedź faceta. Chciałbym abyśmy panowie podzielili się paroma refleksjami na ten temat, choćby dla rozruszania tego smętnego forum. Czy faktycznie dzieci są sensem naszego życia? Czy naprawdę jest ono tak ubogie w inne doznania, że dziecko wypełnia nam całość naszej egzystencji (w wymiarze bardziej duchowym bo fizycznie na pewno w 90%), czy cała reszta naprawdę przestała nas obchodzić? A gdzie miejsce na mecze, piwko z kolegami, wędki, koncert, czas poza domem, poza dzieckiem. Poza domem-ulem, gdzie razem z żonami wpasowujemy się w role królowych pszczół.Czy z takiego podejścia bierze się poczucie winy gdy mamy serdecznie dość wrzaskow o 4 rano i rodzą się nam pod kopułą dziwne myśli.Czy naprawdę uczestnictwo w porodzie to najważniejsze wydarzenie życia czy tylko politycznie poprawna odpowiedź na forum.Czy potrafimy sobie uczciwie odpowiedzieć na te pytania. Zwracam się głównie do facetów bo 90% postów na emamie utwierdza mnie, że tak - dzieci są sensem naszego życia i jesteśmy z tego powdu szczęśliwe. Rozumiem Twój sarkazm - sam nieraz doświadczam podobnych uczuć - wszystko kręci się wokół dziecka i wszystko ma być temu podporządkowane. Ale chyba aż tak źle nie jest? Zawsze zostaje jakiś mały azyl na hobby czy wspólne z kolegami (najlepiej bez żon) oglądanie meczu. Ja sam chętnie - o ile nie koliduje to z mymi obowiązkami - staram się oddawać tego typu przyjemnosciom, ot taki mały łyk świeżego powietrza przed zanurzeniem się w codzienność. Część osób zrozumiała zdaje się Twoje pytanie jako pytanie o dziecko jako sensie życia w sensie egzystencjalnym (w sensie przeznaczenia czy ostatecznego celu życia), a tu chodzi o coś tak niewinnego ;-)
    • Gość: guest Re: Dzieci sensem naszego życia? IP: *.* 18.12.01, 11:17
      "Dzieci są sensem naszego życia" -to chyba jednak prawda. Wszystko toczy się dokoła nich -gdy są małe, gdy już idą do szkoły, gdy dojrzewają i wreszcie gdy wkraczają w dorosłe życie. Tego nie da się odwrócić w żaden sposób -można jednak uczycić z tego coś więcej niż rutynę. Można przecież już z kilkuletnim brzdącem pojechać na wycieczkę w góry czy do lasu, można dla niego urządzić ognisko czy grilla, można z nim pójść na mecz czy koncert, by dać mu poznać pełnię otaczającego świata. Trzeba jednak ciągle być rodzicem -pokazując świat, zwracać uwagę na dobro i zło, pijąc piwo czy mocniejszy alkohol -nie doprowadzać siebie do upodlenia w oczach dziecka. I w ten sposób z dzieckiem w centrum uwagi można czerpać przyjemność z wielu rzeczy, nie popadając w rutynę. Mój synek ma dopiero 16 miesięcy i nie wiem, jak moje poglądy zrealizuję w jego życiu. Wiem jednak, że będę się bardzo starał. Pozdrawiam Sławek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka