virtual_moth
09.03.04, 22:04
Znowu to samo, znów historia jak z kiepskiego melodramatu...
Długo zastanawiałam się, czy opisać te historię na forum publicznym. Jednak
zdecydowałam się, bo po prostu potrzebuję wsparcia, potrzebuję dobrej rady.
19 miesięcy temu zaszłam w nieplanowaną, niechcianą ciążę. Jednak ojcem
dziecka miał zostać człowiek, z którym mieszkałam, którego kochałam i z
którym rozmawiałam o ślubie.
Przez pierwsze miesiące ciąży czułam się dość dobrze, nie licząc typowych
dolegliwości typu nudności, senność itd. Potem jednak wszystko zaczęło się
zmieniać. Rosłam, powoli stawałam się ociężałą słonicą. Pojawiły się poważne
zaburzenia pamięci, kłopoty z koncentracją, rozdrażnienie, depresja. Wciąż
nie potrafiłam się pogodzić z tym, że będę miała dziecko. Mimo USG, mimo
szczerych chęci, nie potrafiłam zaakceptować tego faktu.
Przestałam mieć ochotę na seks. Wstydziłam się swojego ciała nie przed nim,
ale przed sobą. myślałam jednak, że spotka się to ze zrozumieniem ze strony
mojego niemęża.
Na początku celibatu było w porządku. Około 6 miesiąca coś zaczęło się
zmieniać w jego zachowaniu w stosunku do mnie. Nie podejmował już prób
zblizeń, z czasem też przestaliśmy okazywać sobie czułość. Nieługo potem
zaczęło mu wszystko we mnie przeszkadzać. Kiedy pierwszy raz mi ubliżył,
byłam w takim szoku, że nie potrafiłam w żaden inny sposób zareagować, jak
tylko histrycznym płaczem bez słów. Czas jednak goił rany i zaczęłam go
usprawiedliwiać. Nie potrafiłam okazywać mu czułości, byłam cały czas
rozdrażniona, chłodna. On nie miał przez dłuższy okres czasu pracy, żyliśmy w
stresie i strachu przed wielką niewiadomą. I tak jakoś szło...
Pod koniec 8 miesiaca przez przypadek przeczytałam maila, którego wysłał do
jednego ze swoich licznych internetowych znajomych. Było tam napisane, że
jest mu przykro, ale jego domowe gestapo nie wyjedzie z miasta póki co
(planowałam krótki wyjazd do rodziny, który odwołałam). Zbaraniałam. Było
późno w nocy, on spał. Zaczęłam grzebać w jego poczcie i w archiwum gg.
Znalazłam rozmowy gg dwuznaczne w treści, między nim a jakąś, nazwijmy ją J.
Zwracała się do niego per "kochanie", były "buziaczki" itp, jednak tylko z
jej strony.
Całą noc przeryczałam. Na drugi dzień zaczęłam drążyć temat. Okazało się, że
na czacie wszyscy mówią o swoich stałych partnerkach "gestapo", a J. to jakaś
tam nieistotna znajomość z czata, która lubi rozdawać pieszczotliwe
określenia, bo po prostu taką ma naturę.
Łyknęłam to. Z trudem, ale pogodziłam się z faktem, że flirtuje być może z
jakimiś panienkami z czata. Zbagatelizowałam sprawę. Nie mógł mnie zdradzać -
był bezrobotny, ja siedziałam na zwolnieniu, byliśmy nierozłączni.
Nie dalej jak tydzień po tym zdarzeniu miał pojechać w weekend do swojej
rodziny. Wrócił na drugi dzień, mimo że miał tam pozostać dłużej. Wcisnął mi
jakąś nieprawdopodobną historię, która nawet we mnie (ogłupiałą ciążą)
wzbudziła poważne wątpliwości. Drążenie tematu nie pomagało. Mimo że
udowodniłam mu kłamstwo jakoby był u rodziny (zadzwoniłam do jego rodziców),
nie chciał powiedzieć nic więcej. Po prostu nie miał mi nic do powiedzenia.
Podejrzewałam, gdzie był. Podczas jego nieobecności weszłam na czat i
podsłuchałam rozmowę o zlocie uczestników. Zlot miał się odbyć w
miejscowości, w której mieszkaliśmy.
Przypomniałam sobie o panience, z którą flirtował na gg. Wszystko zaczynało
układać mi się w przerażającą całość, jednak mój niemąż po prostu milczał jak
zaklęty.
Na drugi dzień, po kolejnej nieprzespanej i przepłakanej nocy wpadłam na
desperacki pomysł (to był jeden z pierwszych dni niemęża w nowej pracy).
Napisałam list do pierwszej lepszej osoby z jego kontaktów na gg (a było ich
sporo). Prosiłam w nim o dyskrecję, opisałam swoje uczucia, swoje upodlenie,
swój stan, swoje wątpliwości co do wierności niemęża i zapytałam na końcu,
czy może mi powiedzieć, czy był na owym zlocie.
Odpowiedzi nie doczekałam się. Gdy niemaz wrócił z pracy długo rozmawiał z
kimś przez gg. Okazało się, że rozmawiał z B., osobą, do której wysłałam
list. Po tej rozmowie otworzył się. Na początku był wściekły, że się
wygłupiłam i napisałam do najmniej odpowiedniej osoby (jakaś poważna pani
doktor, mężata i dzieciata, z którą miał konsultować przebieg mojej ciąży),
potem mówił coś o mojej monstrualnej głupocie itd. Na końcu przyznał, że
rzeczywiście był na zlocie. Skłamał, bo bał się, ze będę go podejrzewać o
zdradę z J, która także była na tym zlocie. Zapewniał, że do nieczego nie
doszło, że to naprawdę nic nie znacząca znajomość. Bał się, że go "nie
puszczę" na zlot, bo zawsze bagatelizaowałam jego przywiązanie do znajomości
z czata.
Odetchnęłam z ulgą. Było mi wstyd za ten idiotyczny list do B, za moją
histerię, za idiotyczne podejrzenia. Przestałam być zła na to, ze całe
wieczory spędza na rozmowach na czacie. Pomyślałam, ze skoro go to rozrywa,
skoro daje mu radość, to na pewno nic nie może być w tym złego. Tym bardziej
ze ja, w moim stanie, nie mogłam mu zapewnić ciekawych rozmów.
Cały czas jednak nie opuszczało mnie uczucie, że coraz bardziej się ode mnie
oddala...
Potem był szpital i poród. W tym czasie najdotkliwiej odczułam jego obcość.
Odwiedził mnie dwa razy, ale był zdawkowy, gdzieś się spieszył (nowa praca,
konieczność dyspozycyjności). Było mi bardzo przykro, że przy opuszczaniu
szpitala (z malutka, zdrową córeczką) ciągle mnie popędzał, denerwował się, a
po odstawieniu mnie do domu pognał z powrotem do pracy.
Ciągle jednak go usprawiedliwiałam.
Potem były trudne miesiace wczesnego macierzyństwa. Mała miała kolki, byłam
sama w domu przez większą część dnia. Niemąż coraz bardziej się ode mnie
oddalał. Przy próbie rozmów obwiniał mnie za zaistniałą sytuację. Miałam być
chłodna, niechętna do rozmów, nie dało się ze mną dogadać...
Powróciły pretensje, potem wyzwiska. Znów nie mogło być mowy o zbliżeniach.
Oboje wiedzieliśmy, że jest źle. Jednak mimo to pojawiały się rozmowy o
próbach ratowania naszego związku, obietnice poprawy (zarówno z mojej, jak i
jego strony), chwile nadziei.
Po odstawieniu Małej od piersi (miała 5 mięsiecy), zaczęłam dochodzić do
siebie. Poprawiła mi się pamięć, zdolność normalnego myślenia, depresja z
każdym dniem słabła. Zaczęłam brać aktywny udział w coraz rzadszych
kłótniach. Też wyzywałam, zaczęłam się bronić. Raz zagroziłam rozstaniem. To
nas, o dziwo, uleczyło. Zaczęliśmy powoli przybliżać się do siebie. Jednak
niemąż wciąż czatował. Spędzał przy komputerze cały wolny czas. A ja? Ja
bagatelizowałam. Poza tym zaczęłam w końcu cieszyć się córeczką...
Odstawienie od piersi i powrót do normalności zbiegł się w czasie z naszą
przeprowadzką do mojego rodzinnego miasta. Zrobiliśmy to po podjęciu wspólnej
decyzji. Z nadzieją na lepszą przyszłość.
Zaczynało nam się coraz lepiej układać. Był jednak jeden minus. Niemąż nie
mógł znaleźć pracy. Po 3 miesiącach zapadła więc decyzja o jego powrocie do
poprzedniej pracy i naszej rozłące. Ja miałam wprowadzić się do mojej mamy, a
on miał wynająć mieszkanie w mieście, z którego uciekliśmy. Planowaliśmy moje
dołączenie do niego po spłacie zaciagniętych długów i uregulowaniu wszystkich
spraw finansowych.
Mimo porażki przy próbie ułożenia sobie życia w innym mieście zdawało się, że
wszystko zaczyna się układać. Przynajmniej w relacjach między nami...
Po dwóch tygodniach rozłąki przyjechał mnie odwiedzić. Wtedy po raz pierwszy
od tylu miesięcy kochalismy się.
Te z Was, które doczytały do tego momentu czeka nagroda w postaci
nieoczekiwanego zwrotu akcji, że pozwolę tak to sobie ująć, he he.
Po miesiącu rozłąki dostałam maila od... no właśnie. Od pani B., szacownej
pani doktor. Podała swój nr gg i prosiła o kontakt w sprawie mojego niemęża.
Spodziewałam się najgorszego, jednak zanim porozmawiałam z B, próbowałam coś
wyciagnąć od samego bohatera historii. Bez skutku. Mówił coś tylko o podłych
ludziach,