Czy mam prawo?

20.04.05, 08:56
Postawić szczęscie swoje nad szczęsciem swoich dzieci? Czy mam prawo rozbić
latami wypracowywany układ, który przestał działać juz dawno temu? Czy
powinnam jednak nieść przez zycie ten krzyż, który z własnej nieprzymuszonej
woli włożyłam na barki 11 lat temu? Czy dzieci, które teraz nie widzą świata
poza własnym ojcem nie powiedzą mi tak ja kiedys swojej matce: Mamo dlaczego
nie odeszłas? Dlaczego musielismy na to wszystko patrzec?...
A moze takie własnie jest moje przeznaczenie? Godzić sie na wszystkoe
upokorzenia, rozczarowania, frustracje i brak dobrych uczuć w imie miłości do
dzieci?
    • dyrgosia Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 09:23
      Jedno nie wyklucza drugiego. Nie spotkałam jeszcze szczęśliwych dzieci
      nieszczęśliwej matki.
      Oczywiście nikt Ci nie powie co masz robić ,to Twoje życie. Jeśli odpowiada Ci
      rola męczennicy to nie ma sprawy, jeśli nie nie ma co się zasłaniać dobrem
      dzieci....
      • tata_malolata Re: Czy mam prawo... do powtarzania MITÓW ????? 25.04.05, 10:11
        Droga Moderatorko !

        Dziwię się, że pozwalasz sobie - pełniąc ta funkcję - na tak otwarty
        subiektywizm (zresztą nie pierwszy raz, jak obserwuję od kilkunastu dni).


        MIT nr 1
        --------

        Powtarzasz MIT:
        " Nie spotkałam jeszcze szczęśliwych dzieci nieszczęśliwej matki"

        Może zadajmy sobie takie proste pytanie.
        Czy jeśli mężczyźnie jest kiepsko ze swoją żoną to MA PRAWO
        powiedzieć: "odchodzę bo jestem nieszczęśliwy i moje dzieci - widząc to - są
        też nieszczęśliwe" ??????

        Czy takie usprawiedliwienie rozbicia rodziny w ustach mężczyzny byłoby
        akceptowalne ? Chyba nie. A w takim razie dlaczego dopuszczasz stosowanie
        takiego argumentu przez kobiety ?

        Co więcej - od mężczyzny wymagane byłoby "puknięcie się w gowę" gdyby mówił coś
        o szczęściu własnym. I może słusznie - przecież KAŻDA (?) z Was powiedziałaby
        takiemu facetowi: "opamiętaj się, nie bądź egoistą, NAJWAŻNIEJSZE jest dobro
        rodziny, zapewnienie przyszłości dzieciom". A i ja bym tak rzekł.

        Szczęście matki lub ojca jest jednym z elementów, które sprzyjają udanemu
        dzieciństwu. Jednak rodzice - nawet jeśli nie mają problemów emocjonalnych w
        małżeństwie - niejednokrotnie mają i inne problemy. Dziś najczęściej bywają to
        problemy z pracą i utrzmaniem. Czy bezrobotna matka - nieszczęśliwa z tego
        powodu, popadająca w depresję - powinna być pozbawiana opieki nad dziećmi
        bo "Dzieci nieszczęsliwej matki nie mogą być szczęśliwe ? Może lepiej byłoby im
        w domu dziecka? ". To oczywiście całkowite "reductio ad absurdum" ale obrazuje
        bardzo dobrze "wybiórczość" mitu o nieszczęśliwych dzieciach nieszczęśliwej
        matki.



        MIT nr 2
        --------

        Mit nr 2 brzmi: "kobieta - męczennica"
        (dyrgosia napisała: "Jeśli odpowiada Ci rola męczennicy to nie ma sprawy...")

        Tak - są kobiety TOTALNIE zdominowane, "upupione"....
        Z pewnością ich niemało.

        Ale nie każda, która głosi swe męczeństwo jest rzeczywiście męczennicą.
        TO SPORE NADUŻYCIE nazywać męczeństwem "odwijanie rękawów koszuli przed
        praniem" (autentyczny problem małżeński przedstawiony kiedyś na tej stronie).

        Męczeństwo polegające na znudzeniu się partnerem i znoszeniu jego obecności,
        słów, oczekiwań, konieczności liczenia się z drugą osobą - moim skromnym
        zdaniem NIE JEST POWODEM WYSTARCZAJĄCYM do ogłoszenia statusu "kobiety-
        męczennicy".

        Znów zaproszę Was do zadania sobie pytania: czy mężczyzna "umęczony"
        narzekaniem ("nie jesteś taki romantyczny jak kiedyś") i wymaganiami żony
        ("kupmy nowe firanki"), ograniczeniami ("na piłkę z kolegami? zwariowałeś") i
        wyrzeczeniami ("po co ci nowy amortyzator do roweru?") wynikającymi z życia
        rodzinnego miałby prawo robić z siebie "męczennika"?
        CHYBA BYŁBY ŚMIESZNY.


        PODSUMOWANIE:
        Oba twierdzenia ładnie brzmią. Nawet dość wiarygodnie. W powszechnym odczuciu
        przecież "słaba płeć" jest bardziej wrażliwa, bardziej bezbronna. Tak, tak,
        niemal każdy uwierzy, że to ONA jest pokrzywdzona i tylko jedno miała wyjście.

        Oba twierdzenia są jednak MITAMI i mają jeden cel - usprawiedliwić odejście.
        Odejście kobiety ma się rozumieć.



        Pozdrowienia.
        t_m
        • dyrgosia Re: Czy mam prawo... do powtarzania MITÓW ????? 25.04.05, 16:01
          > Droga Moderatorko !
          >
          > Dziwię się, że pozwalasz sobie - pełniąc ta funkcję - na tak otwarty
          > subiektywizm (zresztą nie pierwszy raz, jak obserwuję od kilkunastu dni).
          >
          Moja wypowiedz jest subiektywnie osobista. Wypowiadam sie jako ja a nie jako
          moderator.
    • grey-pippin Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 09:59
      Po czesci sama sobie dalas odpowiedz
      > krzyż, który z własnej nieprzymuszonej
      > woli włożyłam na barki 11 lat temu?
      sama podjelas pewne decyzje kiedys, teraz jest czas na to by podjac kolejne
      decyzje, bo czy zostaniesz czy odejdziesz czy moze zawalczysz o swoja pozycje w
      tym zwiazku to wszystko wymaga decyzji. Sama stwarzasz swoje zycie i masz
      obowiazek wobec siebie robic to najlepiej jak potrafisz, stawiasz pytania i
      sama sobie na nie najlepiej odpowiesz, bo to od Twoich wyborow zalezy jak
      bedzie wygladalo nastepne 11, a potem kolejne 11 lat. To bardzo trudne, podjac
      decyzje i realizowac plany, ale czy nie trudniejsze jest stanie z bezsilnie
      zacisnietymi piesciami i z dusza wyjaca w srodku, czy to na pewno latwiejsza
      droga ?
      Czasem rozwiazania nie musza byc drastyczne choc wydaje sie ze juz nie ma
      innego wyjscia, czasem mozna wybrac mniejsze zlo, a to potem je rozmienic na
      jeszcze mniejsze, a czasem mozna silna wola pokonac takie trudnosci o jakich
      nam sie nie snilo. Tak ze zycze Ci by w kubeczku-malutkim pojawil sie napoj tak
      mocarny ze pozwoli Ci gory poprzenosic smile
    • olkit Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 13:15
      > Czy powinnam jednak nieść przez zycie ten krzyż, który z własnej
      > nieprzymuszonej woli włożyłam na barki 11 lat temu?

      Co 9 czy 7 (nie pamiętam) lat wszystkie komórki ciała człowieka ulegają
      wymianie na nowe, więc już nie jesteś tym samym człowiekiem, co wtedy wink
      A tak serio - wówczas była to na pewno decyzja najlepsza z możliwych (bo
      inaczej byś jej nie podjęła). Dziś sprawy mają prawo wyglądać zupełnie inaczej.
      Dzieci nie muszą przecież zrywać kontaktu z ojcem, jesteście na pewno oboje
      odpowiedzialni i kochający, ułożycie sobie te kontakty właściwie.
      Twoim przeznaczeniem jest być szczęśliwą. Jeśli szczęście daje Ci trwanie w
      związku, to trwaj (można za szczęście uważać życie zgodne z sumieniem, mimo
      narastających problemów). Jeśli nie - rozwiąż go.
      Olka
    • an-da Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 13:25
      może nie wpadaj w schemat: dzieci są szczęśliwe tylko w pełnej rodzinie?
      zresztą sama masz takie właśnie doświadczenia,
      a może porozmawiaj z dziećmi i zapytaj się jak się czują w rodzinie, jak
      odbierają rodziców, jakie odbierają uczucia, czy miłości, bliskości i
      bezpieczeństwa, czy też może besilności, złości, lęku o mamę, czy im się
      podoba, jak rodzice się odnoszą do siebie.
      • milcha1 Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 19:46
        Możesz odejść jeśli układ ci nie pasuje. Ale pozostałym członkom rodziny
        zapewne jest dobrze, więc może tylko ty odejdź. Niech dzieci pozostaną z ojcem.
        • an-da Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 11:57
          a może jednak zapytać zamiast z góry przesądzać???
    • kini_m Re: Czy mam prawo? 20.04.05, 23:25
      Drogi Malutki Kubeczku
      Zazwyczaj się wypowiadam z myślą o ratowaniu związku.

      Tym razem powiem że:
      Może rozbicie rodziny to nie będzie postawienie dobra swojego ponad dobrem
      dziecka.
      O ile nadal będzie miłość, niezakłócona, bez krępowania życia rodzinnego
      (pomimo zmiany życia).
      Męża nadal można kochać - jako człowieka, już nie jako mężczyznę.

      Pozostanie napewno jeden problem:
      Dzieci chcą mieć oboje rodziców razem. Po rozstaniu będą próbowały różnych
      zabiegów aby Was łączyć. Nie wystarcza im sytuacja - że gdzieś (indziej) jest
      mama a gdzieś (indziej) jest tata.

      Piszesz: "Mamo dlaczego nie odeszłas? Dlaczego musielismy na to wszystko
      patrzec?..."
      - Nie wiem jak wielkie u Was są konflikty. Dzieci nie uchronisz przed
      konfliktami - to błędna ścieżka. Jakąś ich ilość wręcz muszą zaobserwować aby
      wiedzieć co to za problem, a też nauczyć sobie z nimi radzić.
      Wg mnie nauka rozwiązywania konfliktów to jedna z podstawowych umiejętności
      (której nie nauczy samodzielny rodzic).
      Błędem jest robienie dzieciom piekła ale też i nieba na ziemi.

      W rodzinie jest ważne i jakość, i trwałość.
      Jedno nie może zbyt wiele przerosnąć drugiego, drugie pierwszego.
      Jeśli tak się dzieje potrzebne są kroki zaradcze.

      Nie pomijając dobra dzieci, zawsze masz prawo dążyć do własnego szczęścia.
      Wszyscy szukamy złotego środka.

      (I znowu bardziej się wypowiedziałem jak o ratowaniu związku - choć nie bardzo
      zamierzałem.)
      • kubeczek_malutki Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 09:24
        Dziękuje wszystkim za wypowiedzi. Wiadomo, że i tak decyzję co zrobić dalej
        muszę podjąc sama..chyba jednak najtrudniejszą decyzję w moim życiu...kini_m
        nie bardzo rozumiem co chcesz powiedziec przez zdanie: "męza nadal można kochac
        jako człowieka, nie jako mężczyznę". Czy myślisz ze gdybym kochała go jako
        człowieka miałabym w ogole takie myśli by odejsc? Przestałam go kochac jako
        człowieka, bo zawiódł mnie na wielu płaszczyznach, przez wiele lat zawodził i
        robi to nadal. Prosiłam, błagałam, skamlałam wręcz, by ratowac ten związek,
        wielokrotnie i za kazdym razem słyszałam ten sam tekst: to ze jest Ci żle to
        Twój problem, mi jest dobrze, dlatego jeżeli chcesz cos naprawiac to napraw
        samą siebie...i był czas ze uwierzyłam, że ma rację, uwierzyłam, że takie
        własnie jest zycie: ze zazwyczaj jedna strona daje a druga bierze. Ale po
        latach zaczęłam się rozglądać i zauwazyłam ze to jest nienormalne, takie
        myślenie, jezeli tworzymy rodzinę, to musimy oboje cos z siebie dac i oboje cos
        dostac. Tak, przestałam go kochac, bo nie było go w chwilach kiedy najbardziej
        go potrzebowałam, dla niego wtedy byli znajomi, piwko, inne kobiety, a dla mnie
        wrzeszczące dzieci, pieluchy i wstawanie do dzieci co noc. Bardzo szybko
        zaczęłam pracowac po urodzeniu dzieci, ale domowe obowiązki spadły na mnie, bo
        to przeciez on potrzebował odpoczynku...I co z tego ze teraz kiedy dzieci
        wyrastają z pieluch jest mi pozornie łatwiej by dalej isc tą samą drogą? Nie
        wymarze z pamięci tych wszystkich złych sytuacji, czasu kiedy musiałam czaic
        sie za rogiem gdy podnosił na nas rękę...Mam o tym wszystkim zapomniec, bo jego
        szaleńcza faza zdaje sie mijac? A co ze mną?...Tak, przestałam go kochac, bo
        wypaliłam sie przez te wszystkie lata w tej jednostronnej miłosci. On zapytany
        o uczucia do mnie milczy nieprzerwanie od lat. Wazne są tylko dzieci...
        • kubeczek_malutki Re: Czy mam prawo?- do milcha 21.04.05, 09:33
          Mam nadzieje ze Twoja wypowiedz to wypowiedz z przymrózeniem oka, nie na serio.
          Jezeli tak, przydałby sie odpowiedni emotikon za drugim razem...moje dzieci są
          dla mnie najważniejsze, gdyby nie były, nie miałabym tego dylematu, dzieci są
          małe jeszcze, myśle ze gdyby były starsze byłoby mi jeszcze trudniej w podjęciu
          tej decyzji...
        • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 11:19
          Hej dziewczyny i TY kubeczku Oskara za cierpliwość.Pomyślcie całe lata
          potrafimy przebywać w cieniu "Pana męża","Pana ojca"naszych dzieci i tłumaczyć
          w duchu jego zachowanie.Całymi latami prosimy, błagamy,skamlemy i szukamy winy
          w sobie.Myślimy"może to znowu moja wina","pewnie ma racje","on tak ciężko
          pracuje","miał prawo tak się zachować bo jest zestresowany" i takie tam
          jeszcze.A gdzie tu miejsce dla nas,gdzie nasze potrzeby,to na naszych barkach
          stoi cały dom. Kubeczku to toksyczny układ i odetnij się od niego jak
          najszybciej,szkoda życia czasu i bycia z kimś kto swoim zachowaniem sprawił,iż
          przestałaś go kochać.Tak naprawde pragniemy normalności,partnerstwa,ciepła i
          zrozumienia czy to,aż tak wiele?A związek to dwoje ludzi+ dzieci, a nie
          samamama i "Pan mąż"nastawiony roszczeniowo i jak tu któraś mama pisała
          który"najął sobie żonę".Życie jest za krótkie by być przy kimś kto nawet nie
          stara się być dobrym mężem,a samotne mamy już nie kłują w oczy jak 20 lat
          temu.Nie ma się co bać.Przemyś czy zrobiłaś wszystko by ratować wasze
          małżenstwo (to bardzo ważne),jesli tak sprawa prosta.Co do dzieci cierpią o
          wiele bardziej gdy mają nieszczęśliwą mamę.A w ziązku bez miłości gdzie robi
          się za połączenie pralkosprzątaczkokucharkokochanki nie da się normalnie
          funkcjonować.Otwórz okno zaczerpnij powietrza ,słonko świeci dla Ciebie, czas
          na zmiany i już.
          • kubeczek_malutki Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 11:50
            Nie jestem juz kochanką mojego męza, nie sypiamy ze sobą od jakiegos roku, moze
            półtorej, to oczywiscie nie problem dla niego, a jezeli dla mnie to mam z nim
            cos zrobic- droga wolna- to jego słowa....
            • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 12:02
              To już nic Ci kubeczku nie zostało no i mąż wspaniałomyślnie dał Ci wolną
              ręke.Odetnij pępowinę i zacznij żyć. Na wegetacje przyjdzie czas po 90-
              ce.Pozdrawiam ciepło
        • an-da Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 12:14
          za kazdym razem słyszałam ten sam tekst: to ze jest Ci żle to
          Twój problem, mi jest dobrze, dlatego jeżeli chcesz cos naprawiac to napraw
          samą siebie...i był czas ze uwierzyłam, że ma rację, uwierzyłam, że takie
          własnie jest zycie: ze zazwyczaj jedna strona daje a druga bierze.

          I tu twój mąż miał rację, tylko ty źle to zinterpretowałaś
          zresztą do takiej właśnie interpretacji jesteśmy wychowywane przez całe życie,
          więc to nie tylko twoja wina, ale jeżeli chcesz coś naprawić w SWOIM życiu, to
          napraw SAMĄ SIEBIE, czyli zobacz że ty też jesteś człowiekiem, który ma
          niezbywalne prawo do kształtowania swojego losu i jeżeli zależy ci na szczęściu
          swoim i swoich dzieci, to dąż do tego, czyli zdrowy egoizm, asertywność,
          stawianie granic itd. Może okazać się, że nie po drodze ci dalej ze swoim
          obecnym mężem, a może się okazać, że spojrzy na ciebie ze zdziwieniem i zacznie
          okazywać szacunek, może się też okazać, że ty już go wtedy i tak nie będziesz
          chciała wink)) a może zechcesz??? różnie się w życiu układa
          to tak dla pokrzepienia serca, jesteś silna jeżeli tyle wytrzymałaś, więc
          starczy ci siły i na zmianę swojego życia
          dla mnie pomocna była myśl, że nie chcę żeby kiedyś mój ukochany syn zaczął
          mnie traktować tak jak jego ojciec mnie traktuje, a przecież dzieci uczą się
          przez naśladownictwo
          ta myśl popchnęła mnie do zmiany życia
          • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 12:23
            An-da mądra z Ciebie kobitka.Pozdrawiam
        • moniq27 Re: Czy mam prawo? 25.04.05, 11:53
          Wiesz, opisujesz moją historię. Też tkwię w układzie gdzie są równo podzielone
          prawa i obowiązki. On ma prawa, ja obowiązki. Dzięki dziewczynom z forum o
          przemocy w rodzinie zyskałam siłę, żeby się umieć powiedzieć "nie" (dlatego
          teraz rozpoczęła się wojna). Chcę też zapisać się do psychologa, żeby sobie w
          głowie wszystko poukładać.
          Podobnie jak Ty, nie kocham go od dawna. Nie wiem jak Twój pan i władca, ale
          mój jest bezwzględny, pełno w nim agresji, nienawiści nawet wobec innych, uważa
          się za boga, dlatego cały czas ze strachu siedziałam cichutko.

          Jeśli chcesz, to pogadajmy przez maila gazetowego.

          Pozdrawiam
          Moniq
        • amb25 Re: Czy mam prawo? 25.04.05, 15:13
          Czy dobrze zrozumiałam, że on Cię bił?
      • chalsia Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 10:40
        > Wg mnie nauka rozwiązywania konfliktów to jedna z podstawowych umiejętności
        > (której nie nauczy samodzielny rodzic).

        Większej bzdury od dawna nie przeczytałam (co do tego, ze nie nauczy
        rozwiązywania konfliktów samodzielny rodzic).,
        Chalsia
      • an-da Re: Czy mam prawo? 21.04.05, 12:04
        nie nauczą również poprawnie rozwiązywać konfliktów oboje rodzice, którzy sobie
        sami z tym nie radzą
        do tej nauki nie potrzeba DWOJGA, tylko umiejętności bycia asertywnym (tzn. nie
        robić krzywdy, ale i nie pozwolić na zrbienie krzywdy sobie)

        w życiu osoby samotnie wychowującej dziecko jest również mnóstwo konfliktów, na
        bazie których można dziecko uczyć ich rozwiązania
    • kini_m Re: Czy mam prawo? 22.04.05, 08:58
      Malutki Kubeczku:
      "męza nadal można kochac jako człowieka, nie jako mężczyznę". Czy myślisz ze
      gdybym kochała go jako
      człowieka miałabym w ogole takie myśli by odejsc?"
      - Nie zmienić rozczarowania w nienawiść (i jego pochodne), po rozejściu
      dogadywać się do tego co wspólne (dzieci).
      - Twoich myśli nie łączę z uczuciem do niego (może bardziej z uczuciami od
      niego). Twoje myśli to Twoje potrzeby których on nie umiał dostrzec. Nie
      dostrzegając Ciebie (lub bojąc się dostrzegać).

      Ale wiem co piszesz - ja też skamlałem u stóp mojej pani, nie umiała nic
      przebaczać. Najgłupszy błąd urastał do wielkiej zadry. Liczyło się tylko to co
      mi sie nie udało, to co z siebie dobrego dawałem - nigdy się nie liczyło, bo to
      przecież normalność.
      No właśnie. Wtedy gdy zaczynamy w to wierzyć, że on ma rację - zaczynamy
      skamleć.

      Jeśli moja wypowiedź wygląda z przymrózeniem oka - to pewnie dlatego że Twoje
      słowa budzą mnie do pisania wbrew moim własnym dążeniom (rataowania związku). I
      tak to nieskładnie wygląda.

      Na pewno po tym co piszesz nie chcę źle komentować Twoich myśli o odejściu.
      I właśnie sobie przypomniałem - że w sumie się cieszę - że moja druga "mama"
      (od przyjaciela) znalazła szczęście przy kimś innym, po wypalonym małżeństwie.
      (3/4 dzieci to zakceptowało, 1/4 - to najstarsze, już dorosłe, nie
      zaakceptowało)

      Chalsia piszesz że: "Większej bzdury od dawna nie przeczytałam (co do tego, ze
      nie nauczy
      rozwiązywania konfliktów samodzielny rodzic).,"
      - Ja tak uważam bo - równie dobrze może wychować dziecko samotny ojciec przy
      piwku z kumplami, co samotna matka dziecko przy pogaduchach z przyjaciółkami.
      Oboje takie dzieciaki będą pozbawione obserwacji sytuacji prowadzenia
      konfliktów.
      Bo co to za umiejętność prowadzenia konfliktów rozwinie się przy piwku, jak i
      na pogaduchach?

      An-da piszerz że: "nie nauczą również poprawnie rozwiązywać konfliktów oboje
      rodzice, którzy sobie sami z tym nie radzą do tej nauki nie potrzeba DWOJGA,
      tylko umiejętności bycia asertywnym"
      - Uważam że nie całkiem tak jest, bo:
      1. O ile rodzina nie jest głęboko patologiczna, między konfliktami jest też
      istotna ilość (celowo nie podaje ilości - ile, tu wg własnego uznania) dobrego
      życia - to dziecko dość sprawnie będzie odróżniało co dobre a co złe, i w
      naturalny (intuicyjny) sposób starało się naśladować tylko dobre wzorce. I jest
      duże prawdopodobieństwo że samo będzie umiało "odsiać te plewy".
      2. Moich rodziców nie nauczono asertywności, nieraz skakali sobie do gardła,
      bywało że trzeba było ich rozdzielać - a jakoś umiem sie dogadywać z ludźmi. Co
      więcej - czasem wracam do rodziców w roli rozjemcy w dyskusjach. Daję im coś
      czego niby sami mnie nie nauczyli.

      Ale aby tak się stało musi zajść jedna rzecz (co widzę po sobie):
      Dziecko musi odnaleźć brakujące w domu zaspokojenie emocjonalne gdzieś indziej,
      poza domem.
      Musi dostać swoistego "utrwalacza" dla tych prawidłowych postaw które odsiewa
      od tych złych.
      Musi być aktywną mlodzieżą (mowa o nieco starszym wieku), która kreuje swoje
      życie - i to na miare swoich możliwości. Nie może polegać tylko na rodzinnym
      kieracie.
      (Np. dla mnie to było harcerstwo - gdzie miałem "substytut", drugiego ojca -
      wymagań i wyrozumienia, albo rodziny przyjaciół - gdzie miałem "substytut",
      drugą matkę - czułą i zawsze wysłuchującą. Mogą być inne takie miejsca.)
      Dzieci nie zawsze uczą się przez nasladownictwo - to nie takie wprost
      przełożenie. (Uczą się też przez róznicowanie wzorców, nie tylko przez
      sumowanie.)

      Jeśli dziecko nie będzie miało równoległej alternatywy (nie patrzeć na to jak
      na ucieczkę) dla rodzinnego kieratu, takiego zastępczego "utrwalacza"
      pozytywnych postaw - no to wtedy faktycznie może ugżąść w tym bagnie i
      konieczna będzie terapia, która też już nic nie gwarantuje.

      (Mam wrażenie że jest pewien graniczny choć elastyczny dla każdego wiek - do
      którego młody człowiek jeszcze więcej chłonie a po którym juz więcej oddaje. I
      jesli się przed tym wiekiem nie zdąży ze stworzeniem, nadrobieniem odpowiednich
      warunków wychowawczych - wtedy jest problem.)
      • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 22.04.05, 16:56
        Kini_m piszesz,że uważasz iż samodzielny rodzic nie nauczy dziecka
        rozwiązywania konfliktów,próbujesz sprowadzić to do wychowywania dziecka przez
        rodzica pijaka czy nieodpowiedzialną matkę.Choć przykład nietrafiony,przy piwku
        dopiero można sobie poobserwować "sytuacje prowadzenia konfliktów".Wystarczy
        exiu alkoholik,(Moja córuchna napatrzyła sie ile wlezie)a moja rodzina nie była
        patologiczna.Mam pytanie czy Ty naprawdę uważasz,że jest coś takiego jak DOBRY
        konflikt?Ha widać mało jeszcze wiesz o życiu.Wspólczuje dzieciństwa i
        dorastania skoro musiałeś autorytetów szukać poza domem (w harcerstwie jak i u
        mamy przyjaciela).Jeśli dziecko nie będzie miało alternatywy dla rodzinnego
        kieratu może ugrzązć w "tym bagnie".Jakim bagnie o czym Ty piszesz masz na
        myśli siebie bo nijak to sie ma do sytuacji Kubeczka?A może swoich
        rodziców,którym dorosły syn rozwiązuje konflikty.Wiesz co?Kobiecie należy się
        szacunek może słyszałeś o czymś takim.Dom,w który kobieta nie ma szacunku od
        swojego męża jest chory.I choćby stanęła na głowie nic dobrego z tego nie
        wyniknie ani dla niej ani w przyszłości dla dzieci.Powielą życie swojej mamy i
        tyle.Czy Ty przypadkiem tego nie robisz?
      • an-da Re: Czy mam prawo? 27.04.05, 13:15
        ależ ty się czepiasz...i nadinterpretujesz
        no dobrze wyjaśniam, co autorka miała na myśli: dzieci się uczą od rodziców nie
        poprzez prawienie im morałów, tylko przez naśladownictwo, czyli jeżeli tatuś
        wciąż powtarza dziecku: nie kłóć się z kolegami, a sam co wieczór robi pokazową
        awanturę w domu, to dziecko raczej przejmie PRZEZ NAŚLADOWNICTWO awanturnictwo
        taty (lub przez zaprzeczenie mimikrę ślimaka), a nie umiejętności
        konstruktywnego rozwiązywania konfliktów (brak wzorców)
    • kini_m Re: Czy mam prawo? 24.04.05, 17:26
      Kasjo
      Dziękuję za wnikliwe przeczytanie moich słów
      Odpowiadam:
      > próbujesz sprowadzić to do wychowywania dziecka przez
      > rodzica pijaka czy nieodpowiedzialną matkę.
      Nie, tego nie próbuję. Tylko dwie rzeczy nie maja granic: wszechświat i ludzka
      głupota (A.Einstein).
      Więc uważam że są granice. Takie jakie wskazałaś.
      Choć i to nie zawsze dotyczy. Bo alkoholików są różne rodzaje - bywają bardzo
      bierni alkoholicy, którzy krzywdzą biernością (a nie agresją). Wcale taki się
      nie konfliktuje, a wręcz dosłownie ucieka od konfliktów do wódki. Bo im żona
      robi piekło w domu (przykład: moi niedoszli teściowie).

      > Choć przykład nietrafiony,przy piwku
      > dopiero można sobie poobserwować "sytuacje prowadzenia konfliktów".Wystarczy
      > exiu alkoholik,(Moja córuchna napatrzyła sie ile wlezie)
      Konflikt miedzypłciowy uważam za bardziej wymagający, niż konflikt pomiędzy
      wsatwionymi panami "łapiącymi się za czuby" lub paniami "skaczącymi sobie z
      pazurami" - którzy i tak następnego dnia są zgodni/-ne. Rozumiem że pisałaś
      przez przekorę.

      > Mam pytanie czy Ty naprawdę uważasz,że jest coś takiego jak DOBRY
      > konflikt?
      Oczywiście. Każdy psycholog Ci powie że nie można dziecku robić nieba na ziemi,
      równie jak piekła.
      (Mowa o konflikcie - jako róznicy zdań, ścieraniu się opini, a nie
      urządzaniu "jatek")

      > Wspólczuje dzieciństwa i dorastania skoro musiałeś autorytetów szukać poza
      domem
      Nie współczuj.
      W sytuacji gdy 80% rodzin jest dysfunkcjonalnych - należy WSPÓŁCZUĆ tym którzy
      nie umieja poszukiwać autorytetów (poza domem).
      A zamykają sie jedynie na to co odziedziczyli z domu (np. DDA).

      > Jeśli dziecko nie będzie miało alternatywy dla rodzinnego
      > kieratu może ugrzązć w "tym bagnie".Jakim bagnie o czym Ty piszesz masz na
      > myśli siebie.
      Cóż, zadajesz pytanie, więc odpowiem:
      To wnioski różnicujące mnie i moją panią. Ona odziedziczyła zachowania i
      realizację modelu rodzinnego wprost po rodzicach (szerzej mogę na priva).
      Nawet jej ojciec to przyznał gdy rozmawiałem z nim o naszych problemach : "Tak
      [tu imię pani] ma w sobie coś z mamy." (wypowiedziane w kontekście niepokojącym)

      > bo nijak to sie ma do sytuacji Kubeczka?
      To oczywiście jest temat nico rozszerzjący ponadto o czym Kubeczek mówi.
      Nie musisz bronić - bo ja nie atakuję.

      > A może swoich rodziców,którym dorosły syn rozwiązuje konflikty.
      Być może bingo.
      Wiem że mój ojciec wychował się gdzie nie miał konfliktów z własnym rodzicami
      (jak pomiedzy rodzicami samymi było nie wiem).
      I być może brak uczestnictwa w konfliktach (międzypokoleniowych) sprawił że
      dziś ma z tym problemy.
      A tak właściwie - dom w którym dorosłe dziecko nie jest dopuszczane do
      dorosłych konfliktów to coś nie normalnego.
      Nawet pedagog na badaniach w RODK pytał się o koalicje rodzinne w konfliktach w
      domu rodzinnym - bo to norma.

      > Wiesz co?Kobiecie należy się szacunek może słyszałeś o czymś takim.
      > Dom,w który kobieta nie ma szacunku od
      > swojego męża jest chory. I choćby stanęła na głowie nic dobrego z tego nie
      > wyniknie ani dla niej ani w przyszłości dla dzieci.
      I mężczyźnie też.
      Ja miałem taką sytuację że moja pani ma neurotyczne usposobienie.
      Zazwyczaj przy różnicy zdań, ścieraniu się opini - o ile w 10 minut nie
      osiągnęła swojego celu -
      to po 10 minutach nie wytrzymywała - i nad głową dziecka w moją strone
      leciały: "Ty h....., Ty ch......".
      (Częstotliwość bardzo obfita.)
      W ostatnim roku zmieniła ton wyrażania, już nie robiła tego krzykiem, a z
      bardziej opanowaną zjadliwością: "Obiektywnie rzecz mówiąc jesteś ch...... i
      każdy kto ciebie zna to przyzna."
      A finał (2 dni przed rozstaniem) był taki że przez przypadkowe przydepnięcie
      jej klapka zostałem na ulicy skopany przez trzymającą na rękach moją córkę
      panią. A gdy próbowałem się bronić to jeszcze wciągała dziecko do konfliktu
      słowami: "Patrz jaki tatuś agresywny (kopiąc mnie)". (Podaruję sobie opisy
      poprzednich ataków.)

      > Powielą życie swojej mamy i tyle.
      Oczywiście - jeśli nie zajdą okoliczności o których mówiłem.
      Lub inne możliwe warianty wyrwania się z rodzinnej patologi.

      > Czy Ty przypadkiem tego nie robisz?
      Właśnie.
      Mogłem uznać że mój związek nie ma racji bytu już po 1,5 roku.
      A jednak ciągnąłem go przez dalsze 3,5 roku.
      I robiłem, co tylko byłem w stanie wymyślić, aby nie wpadł w toksyczne
      uwarunkowanie (lub wyciągnąć go z tego, bo sam się zapadałem w depresję).
      Bo kochałem ją taką miłością jak to opisała Kangurzyca.
      (Prawdziwa miłość wszystko zwycięży. Wszystko, ale tylko prawdziwa.)
      I wciągałem te wszystkie przykrości w siebie jak w gąbkę, niewiele oddając na
      zewnątrz.
      Ale to kosztowało mnie depresję.
      I wiesz co - moja pani do dzisiaj nie rozumie czemu mi się udzielała depresja -
      bo na badaniach w RODK zaczęła wypomniać mi depresję. Ona nadal cały czas
      jeździ po mnie jak po łysym....

      Pozdrawiam, Kini_m
      PS: Kasjo - proszę polemizujmy, a nie przepychajmy się - bo moja autopsja też
      jest bolesna.
    • tata_malolata Re: Czy mam prawo? 25.04.05, 10:35
      kubeczku _malutki !

      Prawo masz. Tylko nie ze wszystkich praw trzeba korzystać.

      Skorzystasz zapewne bo już się nad tym zastanawiasz.
      Ale ja namawiałbym Cię do chwili na analizę sytuacji:
      - czy problem nie tkwi wyłacznie w "Twojej głowie"?
      - czy on wogóle wie o problemie ?
      - jeśli wie to czy wie jak on jest poważny ?

      Po drugie pytania do samego siebie:
      - czy wolisz pokonywać problemy (nawet przez wiele miesięcy/lat)niż przed nimi
      uciekać
      - czy jesteś gotowa na np. pójście do psychologa
      - czy jesteś gotowa wysłuchać krytyki, przyznać się do błędów i sama siebie
      zmieniać

      Jeśli tak - to jesteś "dobrym materiałem" do naprawy rodziny i kwestią jest już
      tylko czy on odpowie twierdząco na takie pytania.


      Piszesz też:
      > ... dzieci, które teraz nie widzą świata poza własnym ojcem ..."

      To dobre, że mimo swej niechęci do niego potrafisz przyznać, że jest chyba
      niezłym tatą. A to już dużo. Chyba nie przepadałyby za alkoholikiem, brutalem,
      złośliwcem, nudziarzem... .

      Może nie jest tak źle ?

      • kkokos drogi, jak zwykle przemądrzały t_małolata, 25.04.05, 14:55
        czytaj uważniej, zanim się zaczniesz wymądrzać. Tak, wnioskując z
        wcześniejszych od twojej wypowiedzi kubeczka, jej mąż jest brutalem. W tym
        kontekście twoja pośrednia rada dla kubeczka, by popracowała nad sobą i się
        zmieniła, jest co najmniej nietaktem
        Po drugie i trzecie - tak, zdarzają się dzieci, które uwielbiają ojców brutali
        i alkoholików. Sama uwielbiałam swego ojca alkoholika. Fakt, dzięki temu, że
        moja matka go w porę kopnęła w tyłek, jako dziecko stosunkowie niewiele
        odczułam jego alkoholizm poza tym, że widywałam go raz na parę lat, bo wiecznie
        się umiawiał i nie przychodził. Gdy podrosłam, zrozumiałam więcej i jako
        dorosła osoba jestem jej głęboko wdzięczna, że "nie musiałam na to patrzeć", by
        zacytować kubeczka.
        I nie była to sytuacja wyjatkowa - moja przyjaciółka jest przerabia teraz to
        samo. Jej syn też uwielbia swego zakolholizowanego rozwiedzionego ojca. Więcej,
        ilekroć matce, skądinąd bardzo pilnującej się, by źle o ojcu nie mówić, wyrwie
        się jakiś cień zawodu, że znów zapił i coś zawalił, chłopiec rzuca się na nią
        niemalże z pięściami, bo "tatuś jest dobry, a ty jesteś zła".

        ale ciebie przecież nie interesuje sytuacja kubeczka, ty po prostu masz kolejną
        okazję, by poprowadzić swoją krucjatę....

    • kubeczek_malutki Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 10:11
      Przepraszam ze nie odpisywałam, i to tez chyba mój ostatni post. Mój mąż złamał
      hasła do mojejpoczty, wyśledził mnie na forum, kontroluje ciągle. Sytuacja jest
      bardziej skomplikowanaq niz Wam sie wszystkim wydaje. Nie mogę o tym pisac na
      forum. Myśle o psychologu, ale boje sie ze to mnie jeszcze pogrązy (on nie che
      rozwodu, a ja juz tak dłuzej nie potrafie...), boje sie ze zrobi ze mnie
      wariatkę w sądzie. Duzo róznych moich przemyśleń było w tych mailach..Nie mogę
      mu wybaczyc ze to zrobił. Ktos tu wspomniał o braku szacunku....jak mam zyc z
      kims takim pod jednym dachem? Mam wrazenie ze jestem w bagnie, z którego nie ma
      juz wyjscia....
      • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 11:08
        Hej Kubeczku tak nie wolno!
        Nie wolno Ci się bać,nie pozwól się zdominować.Jesteś silna zobacz,wytrzymałaś
        w tym bagnie tyle czasu.Masz prawo do szczęścia,masz prawo do życia.Nawet z
        najgorszej sytuacji jest wyjście.Twój mąż stara się kontrolować Twoje życie,a
        tak naprawde jest człowiekiem słabym,za którym nie stoi żadna
        argumentacja.Tylko tacy ludzie śledzą,kontrolują,chcą znać Twoje myśli.Jest
        takie stare przysłowie:krowa,która dużo ryczy mało mleka daje.Mój ex znęcał się
        na de mną pięć długich lat (od czasu urodzenia córki).Odeszłam,a też straszył
        mnie,że zrobi ze mnie wariatke(i że nią jestem opowiada naszym wspólnym
        znajomym).Opowiada,że porwie mi dzieci za każdym razem kiedy się widzimy.I co?I
        nic.Jest małym żałosnym człowieczkiem.Zakompleksionym prymitywem,na którego
        widok z nerwów robiło mi się niedobrze.Wróciłam do rodziców,choć dom samotnej
        matki też rozważałam.Mieszkamy w malutkim pokoiku.Spimy w jednym łóżku córka po
        prawej,syn po lewej.Miejsca jest tyle,żeby zrobić dwa kroki w lewo dwa w prawo
        I wiesz co ?Każdy następny dzień przynosi spokój,siłę i chęć życia.Musisz się
        wyrawć z tego piekła.Wszyscy mamy prawo do szczęścia.Kubeczku może uda Ci się
        to przyczytać myślami jestem z Tobą.Sciskam Cię serdecznie i pozdrawiam.
        • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 12:04
          Nikt jej nie każe tkwić w związku z mężem brutalem. Ale pewnie brutalem był od
          dawna a nie dopiero od kilku tygodni.
          zastanawiające odkryłaś to pewnie dopiero po ślubie i urodzeniu dzieci?
          Jak można mieć dzieci z facetem który cię tłucze?
          Dla mnie to skrajna nieodpowiedzialność.
          Jeśli cię tłucze to co jeszcze robisz na tym forum? Pakuj manele zabieraj
          dzieci żeby więcej nie musiały patrzeć na przemoc domową i poświęć życie aby
          wyprostować im psychikę.
          Najważniejsze są dzieci.
          Żyjemy w 21 wieku gdzie kobieta może decydować o swoim losie a nie być bezwolną
          kukłą.
          • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 13:42
            Milcha1,kurcze nie zdążyłam się zorientować się czy jesteś facetem czy kobitką
            Twoje posty są bezosobowe.Intencje masz dobre,ale wypisujesz denerwujące
            bzdety.Nie wiem czy dane Ci było zauważyć ale Kubeczek nic o biciu nie wspomina?
            Skąd Ci się to wzięło.Druga sprawa czy Tobie się wydaje,że wychodząc za
            mąż,każda z nas wie,że ten będzie się znęcał i bił.Ma to wypisane na
            czole:"Jestem brutalem",I zapewniam Cie ,że natura z takich ludzi wyłazi
            najczęściej po przyjściu na świat dzieci.I widzisz po raz kolejny dziewczyna
            musi uciekać od męża zostawiając życiowy dorobek,bo swym zachowaniem wykancza
            ją psychicznie.
            • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 13:59
              "czasu kiedy musiałam czaic
              sie za rogiem gdy podnosił na nas rękę..." to z postu głównej zainteresowanej.
              A co do męża brutala. Tak, o tym czy facet jest brutalem wiadomo przed ślubem
              tylko trzeba chcieć dostrezc pewne sprawy a nie przymykać na nie oczy. chyba że
              pobrali się po kilku dniach. Jest jeszcze jedna ewentualność: facet uszkodził
              sobie organicznie mózg i zmieniła mu się osobow.ść to się zdarza lub rozwinęła
              się u niego choroba psychiczna.
              Nikt mi nie wciśnie, że facet z dnia na dzien z troskliwego, czułego,
              kochjącego faceta zmienia się w damskiego boksera.
              Ale jak ktoś ma różowe okulary to potem musi mieć twarde co innego.
              • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:09
                Jestem w związku małżeńskim o charakterze partnerskim.
                Nigdy nie miałam "Pana i władcy" ponieważ nie przystałabym na taki układ. Nie
                wyszłabym za człowieka, który chciałby sobie nająć żonę. A już urodzić
                brutalowi dwójkę dzieci to naprawdę pożal się Boże zwykła nieodpowiedzialność.

                Prawdopodobnie takie kobiety powielają schematy z domu rodzinnego, bądź mają
                jakieś deficyty emocjonalne. Ale jest na to rada, są terapie, psycholodzy,
                grupy wsparcia. Ale trzeba chcieć się ratować w miarę szybko a nie doprowadzać
                jeszcze do narodzin dzieci, które pon9szą największe straty i ubytki. I
                najprawdopodobniej powielą scenariusz domu rodzinnego.
              • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:14
                Fakt moja wina-przeoczyłam.Czyli Twim zdaniem wychodząc za mąż trzeba
                kalkulować na zimno.A ja myślałam,że jak się kogoś bardzo kocha to zwykle
                patrzy się na niego przez różowe okulary.I wyobraz sobie mój ukochany ex
                zmieniał się z dnia na dzień.Wpływało na to wiele czynników: niepowodzenia w
                pracy,skrywane kompleksy i inne kobiety.A może "organicznie mózg uszkodził",jak
                nie patrzyłam.
              • chalsia Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 18:34
                > A co do męża brutala. Tak, o tym czy facet jest brutalem wiadomo przed ślubem
                > tylko trzeba chcieć dostrezc pewne sprawy a nie przymykać na nie oczy. chyba
                że
                >
                > pobrali się po kilku dniach. Jest jeszcze jedna ewentualność: facet uszkodził
                > sobie organicznie mózg i zmieniła mu się osobow.ść to się zdarza lub
                rozwinęła
                > się u niego choroba psychiczna.
                > Nikt mi nie wciśnie, że facet z dnia na dzien z troskliwego, czułego,
                > kochjącego faceta zmienia się w damskiego boksera.


                A wiesz, mylisz się. Przez naście lat bycia razem 2 razy (i to daaawno temu)
                może doszło do małej szarpaniny, w tym raz po drinkach (obydwoje byliśmy na
                rauszu). Nigdy bym się więc po swoim eksie nie spodziewała zachowań brutalnych.
                Jednak w ciągu 2 lat od jego odejścia kilkukrotnie posuwał się w stosunku do
                mnie do przemocy fizycznej (mocna szarpanina, pobicie, znieszczenie mienia,
                przepychania).
                Chalsia
                • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 19:23
                  Ale były przesłanki. Szarpanina. Poza tym mogła u niego zaistnieć choroba
                  psychiczna lub organiczne uszkodzenie mózgu czyli to co opisałam wcześniej. lub
                  też zaczął nadużywać alkoholu- to również sprzyja przemocy.
                  • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 19:30
                    Mój jak nadużywał,był o wiele milszy i nigdy mnie nie tknął po pijanemu.Widać
                    jednak pewnie to "organiczne uszkodzenie"wink
                  • chalsia Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 23:54
                    milcha1 napisała:

                    > Ale były przesłanki. Szarpanina. Poza tym mogła u niego zaistnieć choroba
                    > psychiczna lub organiczne uszkodzenie mózgu czyli to co opisałam wcześniej.
                    lub
                    >
                    > też zaczął nadużywać alkoholu- to również sprzyja przemocy.

                    Nie zaistniała ani choroba psychiczna, ani organiczne uszkodzenie mózgu, ani
                    nie zaczął nadużywać alkoholu (przynajmniej nie sądzę - znając go nascie lat -
                    i jego historię rodzinną też).
                    A szarpanina jedna czy dwie przez naście lat to NIE JEST przesłanka. Bo jesli
                    by iść tym tropem, to każdy rodzic dający choć raz klapsa dziecku (albo
                    szrapiący je 3 razy na przestrzeni nastu lat) by się kwalifikował na brutala,
                    damskiego/męskiego boksera, etc.
                    Chalsia
            • kubeczek_malutki Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:15
              kasjo, dzięki za poparciesmilewytłumacze sie: zdazało sie ze mój mąz bił mnie,
              hmm, bił, to chyba za duzo powiedziane, zdazyło mu sie rzucic mną o scianę,
              poddusic, i takie tam...i wiecie co? długo myślałam (a moze nadal tak myśle) ze
              prowokowałam te sytuacje, ze zasłuzyłam sobie na to, bo raczej mówiłam o tym co
              myśle o nas i naszym zyciu, ale czy on miał prawo podnosic na mnie rękę? Teraz
              śmieje mi sie w twarz , ze nie zrobiłam obdukcji, ze nic na niego nie mam i
              zaden sąd nie da mi rozwodu, bo są małe dzieci, a on przeciez nie zgadza sie na
              rozwód....
              milcha, nie było tak przed ślubem, chociaz związek zawsze był burzliwy, z
              emocjami, moze to było nierozsądne wiązać sie z kims takim, ale ja go po prostu
              kochałam, wierzyłam przez lata, ze sie zmieni, no i to poczucie winy (które
              cały czas w sobie nosze) ze moze to jest tak jak on mówi: ze to ja jestem tym
              złym człowiekiem i największą egoistyczną świnią jaką zdażyło mu sie spotkac?
              toksycznosc w ukłądzie własnie na tym polega: by jedna ze stron ciągle widziała
              wine w sobie, tak było i tak jest, znowu jestem na tym samym etapie, nie wierze
              ze cos jeszcze mozna zmienic....
              • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:32
                Dlatego ratuj się i dzieci. Najszybciej jak można. Dziecięca psychika jest
                bardzo delikatna.
                Jest wiele org. kobiecych, które pomagają kobietom w takiej sytuacji, jest
                niebieska linia. Trzeba tylko otrzasnąć się z niemocy. Chcesz aby twoje dzieci
                doratsały w strachu? Zastanów się już nie nad swoim życiem ale ich. Kobieto na
                litość boską opamiętaj się.

                Kasjo- zamiast zimnej kalkulacji jest jeszcze coś co nazywa się rozum. I jeśli
                przed ślubem facet odzywa się do mnie niegrzecznie, reaguje agresywnie, nie daj
                Bóg popycha to powinien się włączyć rozum i myślenie. A nie cała w skowronkach
                i w różowych okularach wskakuję w związek małżeński z kimś takim. Człowiek
                oprócz uczuć i emocji posiada jeszcze rozum, więc należy z tego korzystać.
                • milcha1 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:33
                  I jeszce jedno jak popełnisz błąd to wyciągaj wnioski a nie ładuj się w
                  następne kłopoty.
                  • an-da Re: Czy mam prawo? 27.04.05, 13:36
                    Milcha, to wszystko, co piszesz ma sens, tylko wytłumacz mi dlaczego jest tyle
                    kobiet, które są maltretowane fizycznie i psychicznie i nie odchodzą od "pana i
                    władcy", część z nich to inteligentne, wykształcone dziewczyny?
                    mówisz, że aby nie powielać wzorców wyniesionych z domu wysarczy się zastanowić
                    i wyciągnąć wnioski. To dlaczego one tego nie robią???
              • kasjo3 Re: Czy mam prawo? 26.04.05, 14:39
                Swietnie Cię rozumiem u mnie było podobnie.Ja się odważyłam i odeszłam.Takie
                myślenie Kubeczku prowadzi do załamania psychicznego,ja doszłam nawet do
                tego,że skoro jestem taka do kitu to może ze sobą skończe.Tak nie wolno.Każdy z
                nas jest wartością sama w sobie i ma prawo do życia,spokoju i szczęścia.Są
                jeszcze dzieci nasze największe skarby.To dla nich trzeba być bardzo silnym.
                Trzymaj się ciepło i nie daj się złamać.
                Milcha1 zlokalizowałam Cię jako kobitkę pozdrawiam.
    • an-da Kubeczku - szukaj pomocy sama nie dasz rady!!!! 27.04.05, 13:40
      a tu wklejam pomocne linki

      Re: Powody do niepokoju
      omama 23.02.2005 09:26 + odpowiedz


      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24028
      - to jest forum zamknięte, ale jest i otwarte eksperckie:
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=529



      • Re: Powody do niepokoju
      ninaninanina 23.02.2005 09:29 + odpowiedz


      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=529
      Bezpieczenstwo kobiet, był tam test -poszperaj w wyszukiwarce- dla
      nowopoznanych czy tez stałych partnerow, czy sa potencjalnymi agresorami,
      damskimi bokserami.

      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24028
      Przemoc w rodzinie,napisz do Robin z prośba o przyjęcie.

      pzdr
    • an-da jeszcze raz 27.04.05, 13:46
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24028
      • milcha1 Re: jeszcze raz 27.04.05, 18:31
        Zgadzam się, póki oczywiście nie dzieje się to czyimś kosztem.
    • kini_m Re: Czy mam prawo? 30.04.05, 01:11
      Milcha
      Masz rację że za różowe okulary przedślubem - płaci się po ślubie.
      Ale z kolei jakieś deficyty emocjonalne - ma każdy, bo inaczej ludzie nie
      schodzili by się w pary.
      I ostatecznie powtórze za Olikiem:
      "Wybrać... tak sobie myślę ile tak naprawdę w tym jest naszego wyboru?"

      Kubeczku_Malutki
      "ale ja go po prostu kochałam, wierzyłam przez lata, ze sie zmieni"
      To jest chyba jakiś defekt. Też miałem takie poczucie. Ba, nadal mam.
      Ale coś mi samemu tu nie pasuje, bo podobno nie można skupiać się na
      zmienianiu drugiej osoby.
      Wtedy już się miesza kto jest przemocowcem a kto ofiarą - bo takie jest właśnie
      stanowisko przemocowca.
      (A może też i się okazać że obie strony wobec siebie stosują przemoc - i żadna
      o tym nie wie.)
      • chalsia Re: Czy mam prawo? 30.04.05, 23:23
        Kini_m, idąc Twoim tokiem rozumowania każda dyskusja, każda sytuacja, gdy się
        chce kogoś (kogokolwiek) nakłonić do swojego zdania/przekonać to przemoc. Idąc
        dalej - każdy człowiek to świnia.
        Chalsia
        • kini_m Re: Czy mam prawo? 01.05.05, 16:13
          Chalsia - blisko jesteś (...tylko oczywiście nie każda dyskusja).
          Od przekonywania do wymusznia jest niewielka granica.
          I nieraz każdy ją przekracza. Choć twierdzi że wcale tego nie robi.
          Cała kwestia jest w wyczuciu tych granic.
          Jak rozpoznać?
          Po intencjach, czy chcesz:
          - aby robić swoje w życiu
          czy jednak
          - aby druga osoba robiła to co ty uważasz za słuszne.

          Od razu podam przykład:
          - jeśli on nie myje naczyń, nie robi obiadu, nie sprząta itp.
          A Ty mu mówisz:
          - "Jeśli nie zaczniesz tego, owego i tamtego to się rozwodzę i idę do sądu."
          To jest wymuszenie, przemoc emocjonalna, (użyję Twojego słownictwa: świnia).

          Oburzające?
          Ale prawdziwe - bo taki problem należy rozwiązać
          a) terapią rodzinną
          b) negocjacją, wspólnym kontraktem na którym każda ze stron wypisze czego jej
          brakuje, czego realizacji oczekuje - i na tej podstawie się to realizuje i
          dopiero wtedy rozlicza.
          (Bo skąd obiektywnie wiesz że Ty nie masz poważnych braków. Podstawowy
          obiektywizm tworzymy dopiero przez zestawienie min.2 przeciwstawnych
          subiektywizmów.)
          (Choć ja z niechęcią podchodzę do związku jak do kontraktu handlowego, to
          jednak nie bardzo widze inne sposoby.)

          A jaka różnica?
          W podanym przykładzie Ty stawiałaś warunki (co Ty chcesz najbardziej osiągnąć)
          ale nie dawałaś (co On najbardziej potrzebuje). Bo zrobienie obiadu, wypranie
          gaci i sex - to nie są najwazniejsze rzeczy jakich potrzebuje mężczyzna.

          To mnie zdumiewa - że chyba większość wypowiadających się dziewczyn sama dąży
          do negatywnej weryfikacji związku.
          A za właściwą zmianę postawy uważają wyłącznie zdecydowane postawienie wymagań
          mężczyźnie.
          Bo ona przecież gotuje, pierze, i daje sex - czyli daje to co mężczyźnie
          rzekomo najbardziej potrzebne. A to gó...no prawda.
          To jest zakończenie związku na własne życzenie (kiedyś coś podobnie juz Rosa
          powiedziała o podcinaniu gałęzi.)
          Przyczyn takiej porażki nie należy szukać w związku (partnerze) ale we własnym
          wychowaniu (braku umiejetności dyskusji, braku empati, poczuciu wyższości -
          zwłaszcza gdy te rzeczy zarzuca się partnerowi.)
          Namąciłem, co? Wiem, że może trudno to skapować.
          Pozdrawiam,
          Kini_m
Pełna wersja