madziulec
13.05.08, 18:45
To jedna z najbardziej bulwersujących spraw wśród tysięcy przypadków ojców,
którym byłe żony odmawiają prawa do widzenia z dziećmi. Waldemar Z. nie
widział swojej córki przez osiem lat - jego sprawa grzęzła w sądach i nigdzie
w Polsce nie był w stanie dojść sprawiedliwości. Teraz czeka na rozprawę przed
Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Jego przypadek stał się
dla fundacji helsińskiej ostatecznym sygnałem, by stworzyć społeczny projekt
zmian w prawie rodzinnym - pisze "Dziennik".
Waldemar Z. wyprowadził się od żony na początku 2000 r. Nie przypuszczał, że
rozstaje się również z dzieckiem. Zrozumiał to, gdy żona zaczęła mu utrudniać
kontakty z córką. I tak jak inni ojcowie w podobnej sytuacji wierzył, że
pomogą mu sądy. "W marcu 2000 r. złożyłem pierwszy pozew o uregulowanie moich
spotkań z córką. Już w czerwcu miałem w ręku orzeczenie. Mogłem widywać ją raz
w tygodniu i spędzić z nią tydzień wakacji w roku" - opowiada.
Wyrok pozostał jednak tylko na papierze. Sprawy nie polepszył też drugi
werdykt sądu, który zapadł kilka miesięcy później i dawał ojcu prawo do
częstszych kontaktów z dzieckiem. Nie pomógł również kurator, który miał
sprawować nadzór nad spotkaniami. Z. wywalczył co prawda jeden weekendowy
wypad do babci w 2002 r., ale zapłacił za niego ogromną cenę. Po kilku dniach
dowiedział się, że jest oskarżony o molestowanie seksualne córki - według
psychologów rodzinnych jedno z najczęstszych "brudnych zagrań" byłych żon. "W
tej sprawie uratował mnie przypadek" - opowiada "Dziennikowi" mężczyzna:
"Zacząłem nagrywać rozmowy z żoną. Udało mi się podsłuchać i zarejestrować na
taśmie, jak instruuje dziecko, co ma mówić na tatusia, oraz to, jak grozi mi,
że zrobi ze mnie pedofila".
Znów był przekonany, że wygra - miał w ręku koronny dowód. Prokuratura po
zbadaniu autentyczności nagrań skierowała sprawę do sądu, oskarżając matkę o
składanie fałszywych zeznań. I nic. Sprawa ciągnie się do dziś. Bez
konsekwencji. Nadal też ciągnie się sprawa o uniemożliwianie ojcu kontaktów z
dzieckiem.
Waldemar Z. rozrysowuje kolejne etapy swojej walki. Początek sprawy - około 2
miesięcy - to okres od momentu podjęcia decyzji o wystąpieniu na drogę sądową
poprzez otrzymanie porady prawnej aż do wniesienia wniosku. "Nie widziałem w
tym czasie córki" - opowiada. Mniej więcej w trzecim miesiącu sprawy sąd
przyjął wniosek i wyznaczył termin pierwszej rozprawy. Wyznaczył też dokładne
terminy widzeń z dzieckiem. Matka złożyła odwołanie. Z reguły po około pięciu
miesiącach sąd rozpatruje taki wniosek. Zazwyczaj go odrzuca. Tak stało się i
teraz. "Żona jednak nie zamierzała respektować wyroku" - mówi.
Dlatego po około roku walki o dziecko zaskarżył jego matkę przed sądem. Trzy
miesiące później była rozprawa, matka nie stawiła się - przedstawiła
zwolnienie, sąd wyznaczył kolejny termin. Waldemar Z. znowu przeżył
rozczarowanie. "Sąd nie ukarał żony. Jedynie ją upomniał i dał dwa miesiące
na... poprawę" - mówi. Na odwołaniach minęły mu kolejne miesiące. Bez
możliwości spotkania z dzieckiem. W 2003 r. Waldemar Z. miał na koncie
pierwsze zwycięstwo w sądzie. Pyrrusowe. Sąd ukarał matkę dziecka grzywną.
Jeden tysiąc złotych.
"W takiej atmosferze upłynęło 55 miesięcy, ponad cztery lata. Moja córka
poszła w tym czasie do szkoły, ja nie mogłem patrzeć jak dorasta" - opowiada
mężczyzna. Poznał też całą gamę sądowych chwytów. "Matka dziecka może w
nieskończoność wydłużać tę farsę. Może zażądać wyłączenia sędziego lub całego
sądu, co daje jej kolejne 3 do 6 miesiące zwłoki, może nie stawiać się na
rozprawach, zmieniać miejsce zameldowania, a to łączy się z przeniesieniem akt
do innego sądu, i tak do upadłego" - wylicza.
W końcu po latach walki Z. zaczął szukać innych sposobów rozwiązania problemu.
W 2006 r. trafił do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, gdzie znany prawnik
Zbigniew Hołda pomógł mu napisać skargę do Trybunału Praw Człowieka w
Strasburgu. Zarzuca w nim polskim sądom opieszałość i brak pomocy w zmuszeniu
byłej żony do respektowania wyroków. Tymczasem według Konwencji Rady Europy:
"Sąd powinien wszcząć wszelkie działania, które mają doprowadzić do egzekucji
kontaktu z dzieckiem".
Gdy sprawa Z. czeka na rozpatrzenie w Trybunale, jego córka rośnie i coraz
bardziej oddala się od ojca. Co prawda Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło
właśnie projekt zmian w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym, jednak w żaden
sposób nie zmienia on sytuacji 200 tys. ojców walczących w Polsce o dzieci. I
dlatego Fundacja Helsińska przygotowuje listę pomysłów, którą wkrótce przekaże
ministerstwu.
Są na niej m.in.: konieczność utworzenia instytucji, które pomagałyby sądom w
dopilnowaniu egzekwowania prawa, podwyższenie stawek grzywny za
niedostosowanie się do wyroku, umocnienie pozycji i praw kuratora, zwiększenie
liczby mediatorów rodzinnych, przyspieszenie procesu orzecznictwa, zwiększenie
liczby środków przymusu, jeśli np. rodzic utrudnia drugiemu kontakt z
dzieckiem, sąd może zdecydować o obniżeniu alimentów. Ojcowie walczący o
dzieci chcą także, aby w kodeksie znalazł się zapis o możliwości naprzemiennej
opieki nad dzieckiem. "Zdaniem fundacji obecna nowelizacja kodeksu w ujęciu
ministerstwa ma charakter fasadowy i zasadniczo nie zmienia nic w kwestii
egzekwowania wyroków w sprawach kontaktów rodziców z dzieckiem" - mówi
"Dziennikowi" dr Adam Bodnar, sekretarz zarządu HFPC. "Rozpoczęliśmy dyskusję
i podjęliśmy działania, które mamy nadzieję zmienią tę niezwykle trudną
sytuację, w jakiej znaleźli się polscy rodzice".