Dodaj do ulubionych

Uśmiech losu

14.12.03, 15:33
Witajcie!!! Mam pytanie do wszystkich byłych samotnych (samodzielnych) e-
mam. Czy są tutaj takie, które ułożyły sobie życie u boku nowego partnera?
Czy spotkały kogoś naprawdę szczególnego?? Opowiadajcie swoje historie. Jaki
on jest? Jak zaakceptował dziecko (dzieci)? Czy jesteście szczęśliwe, czy
uważacie to za prawdziwy uśmiech losu?? A może jest odworotnie - może
żałujecie, że dałyście się "namówić" na kolejny związek i kolejną porażkę???

Pozdrawiam.

Kasia - 37 tydzień.
Obserwuj wątek
    • kruszynka301 Re: Uśmiech losu 14.12.03, 17:33
      Pierwszy mąż odszedł, kiedy córa miała 3 tygodnie. Parę miesięcy zajęło mi
      przystosowywanie się do nowej sytuacji,.Byłam przerażona, bo eks to była moja
      miłość licealna i nie miałam kompletnie żadnych innych doświadczeń z facetami,
      nie uważałam się również za kobietę atrakcyjną. Wiedziałam jednak, że Agusia
      powinna mieć tatę, a ja też nie chciałam zostać sama.
      Powoli zaczynałam sie przyzwyczajać do nowej sytuacji, zaczęłam chodzic na
      basen, na rower, i po raz pierwszy ze znajomymi studentami zaczęłam odwiedzać
      puby. 5 lat mieszkałam w Krakowie podczas studiów i wstyd się przyznać,
      NIGDZIE nie chodziłam..... Eks był typem naukowca, a ja nie przypuszczałam, że
      zaliczanie kilkunastu pubów od 8 wieczorem do 8 rano może być takie
      ekscytujące.... Na szczęście córa okazała się wyjątkowym śpiochem, więc
      zostawiałam ją uśpioną z rodzicami, a sama jechałam do Krakowa. W sumie
      wszędzie, gdzie chodziam, poznawałam facetów; czy to w pubie, czy na basenie,
      czy w końcu na czacie.
      Traktowałam to wszystko z przymrużeniem oka, jako zabawę, znajomości urywałam
      po pierwszym, góra drugim spotkaniu. Ale muszę przyznać, że się świetnie
      bawiłam.
      Na czacie żadnego z mężczyzn nie traktowałam serio, zresztą im też w większości
      chodziło o rozmowę - jak mogło być inaczej, skoro opisywałam siebie, że mam
      1,40 m wzrostu i ważę 70 kg....wink)))).
      Ze znajomymym z czatu umówiliśmi sie na wianki. Wiedzieliśmy dużo o sobie, ale
      nie mieliśmy pojęcia, jak wyglądamy - właściwie to oboje byliśmy przekonani, że
      jesteśmi puszyści i raczej nie mieliśmy złudzeń co do naszego wyglądu, ale
      świetnie nam się rozmawiało, oboje mieliśmy duże poczucie humoru.
      Okazało się, że mój "puszysty" znajomy w rzeczywistości ma 1,84 m wzrostu, jest
      bardzo przystojny, i w realu jeszcze lepiej nam się rozmawia.
      Poznaliśmy się w sobotę (na czacie rozmawialiśmy ze sobą parę nocy, ale to się
      mało liczy), we wtorek stwierdziliśmy, że jedziemy razem na tydzień na
      Słowację, a po powrocie zamieszkaliśmy razem.
      Arek bez problemów zaakceptował Agusię, wiedział o niej od początku naszej
      wirtualnej znajomości. Zamieszkaliśmy razem, kiedy Agusia miała równy roczek, i
      tak na dobrą sprawę malec wogóle nie pamięta, że był okres, kiedy Arka z nami
      nie było.
      Jestem teraz bardzo szczęśliwa - minęły już 2,5 lata, mieszkamy razem, nie mamy
      żadnych problemów - jestem o wiele szczęśliwsza niż z pierwszym mężem.
      No i ponownie przekształciliśmi się w domatorów..........
      • wrednababa Re: Uśmiech losu 14.12.03, 19:55
        oj jak bardzo chcialabym napisac rownie optymistyczna wersje co moja
        przedmowczyni..niestety...mja corcia ma prawie 4 lata...a ja sie wlasnie
        rozstalam z kolejnym partnerem...nie wiem czy to jakies fatum...ale to juz
        drugi..ktory nie sprostal...nie wiem czy kiedykolwiek uda mi sie poznac kogos
        wartosciowego..kto pokocha moje dziecko rownie mocno, bo jesli chodzi o sex..to
        jest multum chetnych..wlasciwie bez przerwy poznaje kogos kto ma ochote zostac
        moim "przyjacielem"..ale jesli chodzi o bycie ojcem..niestety.
        mam nadzieje ze wkrotce to sie zmienisad((
        pozdrawiam wszystki samotne
    • darcia73 Re: Uśmiech losu 16.12.03, 12:51
      W moim przypadku przyjaźń przekształciła się w miłość. Mój obecny partner
      (nazwijmy go MM)jest byłym kolega mojego eksa. Kiedy pierwszy raz mój jeszcze
      wtedy mąż przyprowadził go do naszego domu, już mi się spodobała jako człowiek.
      Poczułam do niego wielką sympatię. Zresztą z wzajemnością  Potem dowiedziałam
      się o zdradzie męża. MM jeszcze zanim mnie poznał wiedział, ze jego kolega ma
      zonę i kochankę. Ją spotkał wczesniej niż mnie. Ale kiedy potem zaczelismy
      spedzac razem czas, ponieważ mój eks i MM prowadzili wspolne interesy,
      stawierdził, że się we mnie zakochal. Nie mogł zrozumieć mojego eksa i nie miał
      zadnych wyrzutów sumienia z powodu swojego uczucia do mnie, bo wiedział, w
      przeciwieństwie do mnie o tamtej i mój eks opowiadał mu, że mnie juz nie kocha.
      Potem zaszłam w ciążę. Wiadomosc o ciązy i zdradzie mojego meża spadły na mnie
      prawie jednoczesnie. O tamtej babie dowiedziałam się od mojej teściowej.
      Starsznie to przeżyłam, tym bardziej, ze miałam urodzic dziecko mojego eksa i
      wtedy jeszcze bardzo go kochałam. Nie chciałam, aby był ze mną na siłę,
      rozmawiałam z nim spokojnie, dałam mu wybór: możesz być z emna a le nie musisz,
      nie wyrzucę Cie z mojego mieszkania, jeżeli wybierzesz tamtą, dam Ci czas na
      pryzstosowanie się do nowej sytuacji, ale bądź ze mna szczery. Mój eks
      opowiedział, ze mnie kocha i chce być ze mną i zebysmy rozpoczęli wszystko od
      nowa. Niestety to było wielkie kłamstwo, bo on romansu nie zakonczył. Kiedy
      wyszło to na jaw, nie mogłam już go kochać. Coś we mnie pękło. Nie mogłam już
      mu ufac, bo DRUGI raz mnie zawiogł. Wtedy do akcji wroczył MM. Dzięki niemu nie
      zwariowałaam. Był moim najlepszym przyjacielem. Rozmawiał, wspierał, zawoził do
      lekarza (moja ciąza była zagrożona) i chodził na badania. Byłam gruba i brzydka
      a on był zawsze przy mnie, nawet wtedy, kiedy leżałam już na porodowce,
      przyszedl mnie odwiedzic, bo bardzo się martwił. Był pierwsza osoba, która
      zobaczyła mojego synka (ja byłam w narkozie, mialam cesarkę. Razem wybieralismy
      mu imię. Musze przyznać, ze nawet nie wiem kiedy się zakochałam. Jest nam
      razem bardzo dobrze, chociaz jeszcze nie mieszkamy ze soba, ale staramy się
      spędzac tak duzo czasu jak to możliwe. Niestety on mieszka 50 km od mojego
      miasta. Nasze rodziny sa bardzo konserwatywne, a my nie chcemy dodatkowego
      piekiełka. W sierpniu planujemy śłub. Jego stopsunek do mojego synka jest
      poprawny. Sam jeszcze nie wie, co do niego czuje. Na pewno jest do Przemka
      bardzo przywiązany. Praktycznie zna mojego synka od “brzuszka”. A mój synek za
      nim przepada i mowi do niego “tata”.
      • darcia73 Re: Uśmiech losu 16.12.03, 13:01
        dodam jeszce, że MM jest bardzo opanowany, a jego spokoj dzialaja na mnie i
        mojego nadpobudliwego synka jak balsam na duszę. Nawet, kidy przemus coś zbroi,
        i MM podnosi głos zwrcajac mu uwagę, nie ma w tym ani troche agresji. Myślę,z e
        mam wielkie szczęscie, ze spotkałam na swojej drodze takiego człowieka. Nie
        jest obłudny, zawsze mówi to co mysli, nawet jesli nie jest to przyjemne dla
        moich uszu.
        • konkubinka Re: Uśmiech losu 16.12.03, 14:39
          oj mam w tej kwestii troche do dodania.Jestem kobieta ktora lubi mezczyzn i nie
          wyobraza sobie bez nich zycia.
          Po rozstaniu z mezem poznalam pewnego pana , ktory byl "bez przeszlosci"Oj bylo
          bardzo milo tylko ze po jakims czasie zrozumialam ze to len.Poniewaz majac
          dziecko musialam byc w miare stabilna a jednoczesnie lubilam urozmaicenie bylm
          lakomym kaskiem.Nawet sie nie obejrzalam jak bylam w dlugach.I tak jakos
          zakonczylam ten zwiazek.Zmienilam prace , towarzystwo i spotkalam
          M.Ustabilizowany , spokojny , po rozwodzie.Pracowity , zlota raczka ,
          uczynny .Nie za piekny - to tez dobrze.Opiekunczy!Ach!No i tak dwa lata razem
          ale na przychodne.Raz on u mnie raz ja u niego.Wspolne wyjazdy , wypady.W koncu
          kupil mieszkanie i jakos tak wyszlo ze po co mam wynajmowac jak wiekszosc czasu
          jestesmy razem.No i zamieszkalam.I to byl moj blad.
          Zaczela sie wojna o jego corke , o to zeby zaakceptowal mego syna.W koncu cos
          sie zmienilo na lepsze.Zdecydoalismy sie na dziecko.A tu nagle znowu:wrocila
          niechec do mego syna.I tym sposobem dzieki mnie ma normalny kontakt z corka ,
          ma drugie wspaniale dziecko a ja zaluje.Bo moj syn nie jest szczesliwy.Naprawde
          brakuje mu akceptacji a ja jestem w kropce i nie wiem co robic.
          Jednak abstrachujac od moich problemow chyba nie wyobrazalabym sobie zycia bez
          mezczyzny.
          • nooleczka Re: Uśmiech losu 16.12.03, 15:38
            O rety, konkubinko, jestes więc żywym przykładem, że nie powinnam się
            wprowadzać do mojego faceta smile
            Jak już pisałam chyba na macochach, jestem samodzielna mama z 6-letnim synkiem,
            no i mam partnera, też z synem, 10-letnim. Mimo że znamy sie już od 5 lat, nie
            mieszkamy razem. Jerzy potrafi być wspaniałym ojcem dla mojego małego i mój
            synek za nim przepada, mimo że Jerzy potrafi być surowy, kiedy synek coś
            narozrabia. Ale zmienia się jak kameleon, kiedy w pobliżu pojawi się jego syn.
            Wtedy mój synek jest be, a jego cacy. więc unikam jak mogę tych spotkań we
            czworo. Są takie chwile, kiedy jestem szczęśliwa, kiedy Jerzy i mój synek bawią
            się razem jak szaleni, a mnie serce rośnie smile Ale wiem jednocześnie, że np.
            nie mogę liczyć na mojego faceta np. w kwestii materialnej, on nie będzie łożył
            na moje dziecko, nie będzie kupował mieszkania, żebyśmy mogli wszyscy razem
            zamieszkać itp. Mimo wszysto wciaż mam nadzieje, ze bedzie lepiej.
            Konkubinko, a Ciebie podziwiam, że mimo uprzedzeń Twojego faceta do Twojego
            syna, jestes w stanie zajmować się jego córką. No to jak to jest, Ty dla niej
            masz serce i czas, a Twój facet nie odpłaca tym samym dla Twojego syna?!! Ja
            bym chyba całkowicie się przestała do tej córki odzywać. Albo zachowywałabym
            się do niej w identyczny sposób w jaki zachowuje się Twój facet w stosunku do
            Twego syna. Moze napiszesz mi coś więcej o tej sytuacji w wątku "faworyzowanie"
            na macochach?

            pozdrawiam serdecznie, ANia
            • dondon Re: Uśmiech losu 16.12.03, 17:13
              Aniu , ja narazie nie mam sily pisac o tym.Nie umiem sobie tego poukladac.Ale
              dzieci traktuje jako dzieci poprostu.Nic mi nie da ze zmienie sie dla Gosi i ja
              zawiode bo ona mi ufa.Wciaz probuje cos zdzialac.I wciaz mam nadzieje choc
              coraz wiecej glosow slysze zeby rzucic to wszystko.Ale rzucic?Zostac sama ,
              kolejna porazka?I to matka sma z dwojgiem dzieci , kazde z innym?
              Ale ty to przemysl.Duza role gra jeszcze to , u kogo bedziecie mieszkac.Bo ja
              niestety jestem uu niego.
              • nooleczka Re: Uśmiech losu 16.12.03, 17:41
                dondon napisała:
                > coraz wiecej glosow slysze zeby rzucic to wszystko.Ale rzucic?Zostac sama ,
                > kolejna porazka?I to matka sma z dwojgiem dzieci , kazde z innym?
                > Ale ty to przemysl.Duza role gra jeszcze to , u kogo bedziecie mieszkac.Bo ja
                > niestety jestem uu niego.

                Dondon, moja imienniczko smile Ja na poczatku mojego zwiazku z Jerzym też
                chciałam się do niego wprowadzić. Ale jakoś nie wypaliło i teraz jestem z tego
                zadowolona. Nie powiem, żeby mi było super, bo mieszkam niestety z rodzicami i
                naprawdę mam tego serdecznie dosyć sad Czasami mam wrażenie że ich ulubionym
                zajęciem jest ciosanie kołków na mojej głowie, a stwierdzenie "sama jesteś
                sobie winna" słyszę bardzo często.
                Trafiłaś w sedno tym stwierdzeniem o strachu przed kolejną porażką. Myślę że
                tego boimy się najbardziej i perspektywy bycia całkiem samą sad W dodatku z
                dzieckiem/dzieciakami na karku.
                Dla mnie zapaliło się w tym roku światełko w tunelu, podpisałam umowę o budowę
                mieszkania lokatorskiego (na własnościowe mnie nie stać). Mam nadzieję, że za 2
                lata uda mi się wprowadzić na swoje (nie tak całkiem, bo lokatorskie, ale
                jednak czynsz jest duuzo niższy niż jakbym chiała wynajmować). I Tobie też
                polecam to rozwiązanie. Za 2 lata mogłabyś się od niego wyprowadzić i rozważyć,
                czy nadal chcecie mieszkać razem czy nie.

                Pozdrawiam i trzymaj się
                Ania
                • dondon Re: Uśmiech losu 16.12.03, 22:34
                  Aniu kochana , kad jestes?
                  Chetnie cos ci podpowiem le juz na priv bo nie wypada roztrzasac rzeczy
                  dluuuuuugich tu na forum
                  Ania
                  aimsnnopy@poczta.onet.pl
                  • nooleczka do dondon 17.12.03, 12:59
                    jestem z wawy. wyslalam Ci na priv dzisiaj mail, czy dotarł?

                    pozdrawiam, Ania
    • burza4 Re: Uśmiech losu 17.12.03, 14:47
      Uśmiech, choć czasem krzywy... Mój mąż świetnie się dogaduje/dogadywał z moją
      córką, zaakceptowali się bardzo szybko. Schody się zaczęły, kiedy jego udział w
      wychowaniu się zwiększył, ale o tym pisałam na macochach. Do tego te hormony i
      trudny wiek. Nadal się lubią, mój mąż rozpuszcza ją jak dziadowski bicz, nie
      bardzo potrafi jej odmówić czegokolwiek, dużo rozmawiają, młoda mu się zwierza,
      mąż jej dogaduje z tytułu jakiegoś marcina z równoległej klasy (ki czort?!) i
      wydawałoby się idylla. Ale nich jej tylko przypomni, że miała wynieść śmieci!
      Afera gotowa. Czepiamy się! Znęcamy się nad nią nieomal! Jakoś jak mieszkałyśmy
      we dwie, wynosiła kubełek bez słowa skargi... Cięzko wypośrodkować te relacje.

      A tak w ogóle to mój mąż jest świetnym facetem, choć swoje wady ma. A my w
      ogóle mamy oboje dość mocne charakterki, ja dość długo byłam sama i
      samowystarczalna, sama podejmowałam wszystkie decyzje i teraz trudno mi
      przychodzi kompromis. Na szczęście mój mąż jest nadal mocno zakochany i jemu
      przychodzi łatwiej. Córka dorasta, ja siwieję (chyba normalna kolej rzeczy).
      Od wczoraj np. mam złe przeczucia, bo młoda jest do rany przyłóż, na zwróconą
      uwagę zamiast pyskować szczebiocze .... Coś się musi za tym kryć!!!

      Myslę, że my, samodzielne, mamy pewną przewagę - bagaż doświadczeń. Wiemy już,
      że nic nie przychodzi samo. Jak mamy dość rozumu w głowie, to potrafimy
      wyciągnąć wnioski i dostrzec także własne błędy. To nas zabezpieczy na
      przyszłość - i może ustrzeże przed popełnieniem kolejnych. Zdaje się że na
      porażki w życiu nie przychodzą same - kazdy na nie jakoś "pracuje" - albo
      aktywnie, albo przez zaniechanie. Co najważniejsze - wiemy też, że przeszłyśmy
      chrzest bojowy i jesteśmy w stanie sobie poradzić. Słowem - JESTEŚMY DEBEŚCIARY!
      • chalsia Re: Uśmiech losu 17.12.03, 15:57
        Ano właśnie, pozdrawiam Cię Burzo, Też DEBEŚCIARA Chalsia (aczkolwiek w 100%
        samodzielna smile).

        A co do tego:

        A my w
        > ogóle mamy oboje dość mocne charakterki, ja dość długo byłam sama i
        > samowystarczalna, sama podejmowałam wszystkie decyzje i teraz trudno mi
        > przychodzi kompromis. Na szczęście mój mąż jest nadal mocno zakochany i jemu
        > przychodzi łatwiej.

        I życzę Ci, oby tak było zawsze.
        U mnie w moim byłym małżeństwie było bardzo podobnie (bez "długo byłam sama" -
        reszta sie zgadza), ale jakas erozja uczuć nastapiła i być może eksowi po
        kjakimś czasie nie starczało już miłości i przestało mu to przychodzić w ogóle.
        Pisze to tak ku przestrodze.

        Chalsia
        • burza4 Re: Uśmiech losu 18.12.03, 11:18
          Chalsiu - w drugim związku moja "dojrzałość" przejawia się m.in. tym, że też
          dążę do zgody i nie muszę koniecznie udowodnić czyje na wierzchu. Nasze
          sprzeczki tez inaczej wyglądają - staramy sie, żeby była to raczej
          konstruktywna dyskusja na temat, bez wątków ubocznych typu wtykanie sobie szpil
          czy licytowanie "bo ty nigdy, a ja zawsze". Kiedyś tzw. ambicja nie pozwalała
          mi machnąć ręką i kazała trwać w wyniosłej pozie, teraz zrozumiałam, że
          niepotrzebnie sama siebie męczę, bo mi też jest źle kiedy się poprztykamy. Źle
          mi się śpi jeśli nie jesteśmy wtuleni w siebie.
          Zresztą - w stosunku do pierwszego małżeństwa mam do czynienia z zupełnie
          innymi problemami. To co było kiedyś problemem nr 1 w tym związku w ogóle nie
          istnieje - przede wszystkim nie ma spędzającego sen z powiek problemu wiązania
          końca z końcem (choć to akurat sama osiągnęłam dość szybko po rozwodzie); mój
          mąż prawie w ogóle nie pije (okazjonalnie dobre winko do kolacji), jest
          superodpowiedzialnym, zaradnym facetem; prawdziwym oparciem dla mnie - czyli
          tym, czym mój pierwszy mąż nigdy nie byłby w stanie być. Nasze problemy teraz
          są zupełnie innego kalibru - głownie dotyczą spraw wychowawczych i tak naprawdę
          są to drobiazgi, a nie żaden ostry konflikt; sęk w tym, że nakłada się na to
          dorastanie mojej córki i w rezultacie daje z małej chmury duży deszcz.

          Miałam wrażenie że pierwszego męża powinnam wychowywać na równi z dzieckiem,
          poza tym miłość pierwszego męża przejawiała się głównie (jeśli nie jedynie) w
          słowach nie popartych żadnymi czynami (choćby przyniesieniem za mnie cięzkich
          zakupów), mój drugi mąż nie dość, że mówi, to jeszcze udowadnia to na każdym
          kroku.

          I pomyśleć, że myślałam, że zawsze będę już sama - wszyscy faceci dookoła
          zajęci, kazdy by się chętnie umówił, ale coż z nich za pożytek. A jak się trafi
          jakiś wolny, to jakiś popapraniec. Życie pokazuje, że co ma wisieć nie utonie.
          Mój mąż orbitował w mojej okolicy, dla mnie był dobrym znajomym i ostatnim
          facetem, na którego bym zwróciła uwagę (patrzyłam na niego jak na kumpla do
          tego stopnia, że jak wydusił z siebie deklarację uczuć, to ryknęłam
          śmiechem...); także ostatnim, którego bym podejrzewała o zainteresowanie moją
          osobą. Dziewczyny - bądźcie czujne!
    • farciara.mamita.franka Re: Dary losu są różne... 18.12.03, 14:39
      Jestem sama-mama czteroletniego Franka. Co starsze forumowiczki znają nas oboje
      i moją historię. Historia podobno lubi się powtarzać... W tym momencie to już
      rozdroże, a nie zakręt. Ale po kolei...
      Mój ukochany B, opuścił mnie pewnego pięknego zimowego wieczora.Chciał być
      sam.. ponieważ dzieli nas 3,5 roku (ja jestem starsza), wtedy był jeszcze
      niegotowy na jakiekolwiek wiązanie (nie dziwne 21lat). Rozstanie, on z babką ja
      z kimś nowym. Zaszłam w ciąże. W skrócie ojciec biol. w czasie ciąży był super.
      Ale niestety - mitoman. Na krótko przed ślubem pookazywały się różne rzeczy...
      Dzień przed ślubem - odwołałam, gości, ślub, orkiestrę itd.Rozstałam się z nim
      i tyle go widzieli. (nawet nie zadzwonił czy urodziłam).
      Mój B wrócił do już "nas" jak byłam w 7 miesiącu.
      Jutro odchodzi. Chce iść inną drogą, dla niego karate, klubbing, w lato surfing
      to całe życie. Ja nie mam na to czasu, ani pieniędzy... Nie podzielam jego
      pasji, a raczej po prostu teraz nie mogę... Prowadzę sklep, wychowuję cudownego
      syna... Teraz martwy sezon w branży ledwo wiążę koniec z końcem.

      Domek z kart runie sruuuuuuuuu!! I pęknie mi serce.
      Łudziłam się zbyt długo...
      Pomocy, dziewczyny.

      ps. Jak już odchoruję te 6lat, obiecajcie że umówimy się i pójdziemy na
      podryw,ok?
      • konkubinka Re: Dary losu są różne... 18.12.03, 16:36
        Droga mamo Franka
        Nie udaje nam sie co?
        Ja na podryw nie chodze , bo same napataczaja mi sie te oryginały.
        Pozdrawiam i zycze wytrwalosci.
        • burza4 Dziewczyny! 18.12.03, 16:51
          Może istotnie powinnyście wyskoczyć "na dzikich chłopów" jak mawiała moja
          przyjaciółka? A może odczekać? Mi zaczęło układać się życie dopiero po 30-tce.
          Może ja dojrzałam? Może faceci w międzyczasie dorośli do swojej roli?

          Konkubinko - w duchu świąt i poprawy humoru proponuję założyć nowy wątek - pt.
          randka z dziwakiem!

          Na początek przytoczę anegdotkę od znajomych - facet parę lat po rozwodzie i
          odejściu kolejnej partnerki umówił się na randkę. Siedział sobie w knajpce z
          dziewczyną i opowiadał o sobie - że jest rozwiedziony, że był 2 lata w związku
          ale to się rozpadło. Dziewczę popatrzyło na niego uważnie i stwierdziło "wiesz
          co - z tobą musi być coś nie tak". Po czym wstała i wyszła... Opowiadał to
          zatroskany własnej byłej żonie (z którą pozostali w przyjaznych stosunkach).
          Nie pocieszyła go zbytnio, przypominając uprzejmie, że od 10 lat powtarzała mu
          to samo...

          Od siebie - przypomniałam sobie właśnie - miałam takiego wytrwałego adoratora,
          facet miły, kulturalny, przystojny. Tyle, że był szychą u naszego klienta, więc
          ogólnie rozpieszczony. Podrywał mnie wytrwale, acz subtelnie. W końcu przy
          którejś rozmowie uległam i stwierdziłam, że ok. umówię się z nim na te lody czy
          kawę. I mało nie padłam trupem, jak w tym momencie padło pytanie "a kto
          płaci?". Gentelman, nie ma co.
          • chalsia Re: Dziewczyny! 19.12.03, 00:07
            To ja już nie mam na co czekać. A na dodatek nie mam szczęscia jak Konkubinka
            bym potykała się na facetach.

            sad((

            Chalsia
            • burza4 Re: Dziewczyny! 19.12.03, 09:55
              Chalsiu - nigdy nie wiadomo, co nas czeka za nastepnym zakrętem życia. Nigdy
              nie nalezy się zrazać i tracić nadziei. Czasem jest tak, że miłość jest gdzieś
              w pobliżu, trzeba tylko dać jej szansę. A czasem trzeba poczekać. Moja
              teściowa, pani po 70-tce, po śmierci tescia gasła w oczach, a teraz ma szalenie
              miłego absztyfikanta i zdecydowanie odżyła. Moja osobista ciocia, znana w
              rodzinie z rozlicznym romansów, dopiero po 50 związała się na stałe.

              No ale, ale - nie mówcie mi, że nie miałyście żadnych randek, z których dałoby
              się pośmiać???
              • chalsia Re: Dziewczyny! 19.12.03, 13:01
                Minęło juz (dopiero ?) 1,5 roku od rozstania i nie miałam żadnej randki (nie
                tylko śmiesznej ale w ogóle). Takie życie mamy małego dziecka mieszkajacej i
                pracującej na zadupiu, gdzie dzień sprowadza sie do podsumawania "dom-praca-
                dom".

                Pozdrawiam,
                Chalsia
      • skrzyniaa Re: Dary losu są różne... 19.12.03, 10:30
        Farciara !!!
        Kupę lat odkąd się widziałyśmy. Tak mi przykro, że Wam nie wyszło. Aż płakać
        mi się chce. Ja mam już za sobą dwa nieudane związki od naszego spotkania w
        Wawie. Lulka zostawiłam dla „A”, a „A” zostawił mnie dla 10 lat młodszej bez
        zobowiązań. Również był 4 lata młodszy ode mnie, i również miałam dla niego
        zbyt mało czasu. Widywaliśmy się praktycznie tylko późnymi wieczorami i nocą.
        Uciekł w momencie, kiedy doszedł do wniosku, że musiałby się zobowiązać na
        poważny stały związek. A ja głupia stara baba zakochałam się jak nastolatka.
        Nie miałam pojęcia, że jeszcze coś takiego mnie spotka. I znowu same .
        Napisz jak znajdziesz trochę czasu skrzynia.b@interia.pl
        Pozdrawiam Was wszystkie.
        Wciąż samotna, samodzielna i szukająca skrzynia.
      • stynka Re: Dary losu są różne... 22.12.03, 13:29
        Kochana farciaro!

        Musimy się spotkać. Nic tu pisać nie będę. Bez pół litra tego nie razbieriosz i
        tak...
        Całujemy mocno Ciebie i Franka!

        stynka i Jach
        • farciara.mamita.franka Re: Dary losu są różne... 23.12.03, 14:02
          Spotkamy się, jakoś po tych Świętach.
          Farcik mnie opuścił chwilowo ;-(
          Jade do rodziców i wracam chyba w sobotę.
          A dziś jeszcze muszę spotkać się z B, ma prezent dla Franka, nie przeżyję...
          padnę, albo nie dojadę przez te pigóły na uspokojenie...
          Uściskaj Jacha!
          Iwa
          gg 1044985
    • haribo Re: Uśmiech losu 02.01.04, 02:20
      No dziewczyny, czy do żadnej już los się nie uśmiechnął?????
    • ania_rosa Re: Uśmiech losu 03.01.04, 19:54
      no, no, ja się dopiszę smile
      Zaczynając jak Farciara: jestem Rosa*, wcześniej było mnie tu dużo, obecnie
      przeniosłam się na inne forum, ale nadal- jak widać wink- zaglądam na Samodzielną.
      Od czasu ostatniego spotkania z Samodzielnymi (własciwie pierwszego, potem były
      inne, ale nigdy w tym samym składzie) wiele się w moim zyciu wydarzyło. Po
      pierwsze: rozstałam się z męzemsmile))))))) Nareszcie! I jestem bardzo szczęsliwa.
      Za dwa tygodnie pierwsza rozprawa, mieszkam już sama.
      I jak napisał ktoś przede mną: nigdy nie wiadomo, co się wydarzy za najbliższym
      zakrętem. Tkwiąc w moim żałosnym małżenstwie byłam święcie przekonana, że nigdy
      z nikim się nie zwiążę z powodu moich rozlicznych- jak przekonywał mnie mąż-
      wad i przywar. Stało się zupełnie inaczej. W lipcu wyjechałam za granicę i
      wydarzyło się tam parę spraw, po których byłam już pewna, że to poczatek końca.
      Po moim powrocie próbowałam jeszcze ratować małżeństwo, ale skończyło się tym,
      że mój mąz wyjechał na miesiąc do Indii, co dośc mocno- z różnych względów-
      przezyłam. Trzy dni po jego wyjeździe poznałam mężczyznę, z którym obecnie
      jestem i mam zamiar jeszcze długo być wink)) Znajomośc potoczyła się
      błyskawicznie, zapadła decyzja o rozwodzie i podziale majątku. W tym czasie
      uświadomiłam sobie, że już od dawna nie kochałam meza, a trzymały mnie przy nim
      dziecko i lojalnośc małżeńska. Spadły mi klapki z oczu. Powiem szczerze, że
      nigdy bym nie przypuściła, że moje uwalnianie się z bagna, którym było moje
      małżeństwo, przebiegnie w taki sposób czyli: w atmosferze zdrowej miłosci do
      drugiego człowieka i od drugiego człowieka , a także poczucia własnej wartości
      oraz siły. Teraz mało co jest w stanie mnie zmóc, a już najmniej były (wkrótce)
      mąż. Co do spraw "dzieckowych": wszysctko układa się dobrze, choć powoli.
      Staram się stopować mojego Obecnego w Jego zapędach rodzicielskichwink bo nie
      chcę fundować Kubie traumy.
      Muszę już kończyć, bo Ukochany woła mnie na kolację smile))))
      Pozdrawiam wszystkie Samodzielne. To niekiedy okrutne i pochrzanione zycie
      płata nam rózne niespodzianki. Niektóre bywają piękne.
      Rosa

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka