Wojna o sól - to wojna między mną a moim mężem.
On wychowany w domu, gdzie soli używa się chyba workami (moja teściowa
wszystko baaardzo mocno soli, a jeszcze sobie każdy "posypuje" dodatkowo), ja
wolę lekkie solenie i więcej oryginalnego smaku potraw; często używam też
innych niż sól przypraw (co w domowej kuchni mojego męża i jego rodziny jest
raczej rzadkością). Nie przesadzam oczywiście, soli używam, ale nie "zabijam"
nią smaku jedzenia tylko podkreślam.
I o tę sól toczymy bój - a dokładnie o solenie dań dziecka.
Mój mąż się złości, że:
1.
Mały je "za mało słone", na pewno mu to nie smakuje
2.
dlatego nie chce jeść - moje dziecko trochę "niejadkuje"; i tak mi z tym
trudno, karmię synka czasem prawie dwie godziny żeby coś zjadł (jest tu wiele
osób, które mnie z pewnością rozumieją...), a mój mąż mi tłumaczy, że to po
prostu wina za słabego solenia (!!!!) i że jak wreszcie dziecku będę
przyprawiać jak należy, to poczuje smak i chyba oszaleje ze szczęścia i
bedzie wcinało tylko mu się uszy będą trzęsły (???)
Ja się złoszczę, że:
1.
dziecko nie potrzebuje tyle soli co jego tatuś, bo lepiej od niego czuje smak
jedzenia
2.
co wiąże się z powyższym, dziecko nie ma jeszcze zmysłu smaku wypaczonego
nadmiernym przyprawianiem - jak mój mąż na przykład, dla którego soli musi
być prawie biało; dziecko ma zmysł smaku o wiele czulszy i lepiej odbiera
nawet bardzo subtelne smaki
3.
nie chcę dziecku namieszać w gospodarce wodnej organizmu, a sól ma tu dużo do
powiedzenia (zwłaszcza jej nadmiar)
4. zalecam i mężowi, i teściowej jako poważnym nadciśnieniowcom nie nadużywać
soli, bo tylko sobie zaszkodzą.
Świetnie się z mężem rozumiemy, ale na ten temat toczymy zażarte dyskusje. On
z tą solą coś ma, zawsze, nawet u swojej mamy, która soli nie żałuje, zanim w
ogóle spróbuje jakiegokolwiek dania musi je posolić i dopiero bierze widelec
do ręki...
Przepraszam, że Wam tak marudzę, ale muszę się gdzieś wygadać