W końcu ciepło tak jak lubię. Prawie całe dnie na dworzu. Po jutrze wracam do pracy po macierzyńskim, ach jak mi się nie chce

Wolałabym zostać z dziewczynami w domu. Nie nacieszyłam się jeszcze młodszą.
Zdążyłam się też najeść strachu. Wracałam z córkami z placu zabaw. Starsza trochę się oddaliła. Byłam pewna że w końcu się zatrzyma i poczeka na mnie jak to zwykle robiła. Nigdy nie oddalała się na odległość większą jak 10-20 metrów a i tak oglądała się co krok czy za nią się idzie. Tymczasem tego dnia oddalała się z każdą chwilą coraz bardziej. Odrwóciła się, więc pomachałam by wróciła a ona tego nie zrozumiała, odmachała mi wesoło i znów ruszyła do przodu. Przed nią była ruchliwa ulica. Akurat godziny szczytu. Prawie biegłam za nią ale z wózkiem nie byłam w stanie jej dogonić. Wołałam, krzyczałam ale mnie nie słyszała.
Stanęła przy przejściu i wyciągnęła rękę w stronę samochodów, autobusu by się zatrzymały. A mi się już malował obraz jej leżącej na jezdni... Chwilę się jeszcze wahała i przeszła sama!
Potem już tylko przyspieszyła i zniknęła. Sama dotarła do klatki, sama zadzwoniła domofonem i pojechała windą. Gdy weszłam zadyszana i z duszą na ramieniu do domu zdziwiła się czemu jestem taka smutna. Ona była z siebie dumna.