jomswiking
28.06.05, 21:21
Dzien dobry wszystkim.
'...co robimy, kim jesteśmy, jak żyjemy...'
No i teraz ja...
Niestey zycie poszlo mi nie tak.
Skonczylem liceum, pozniej studium policealne ze skutkiem otrzymania
tytulu 'technika geodety'.
Pracowalem w zawodzie 7 lat, ale przyszla zla koniunktura, co doprowadzilo do
tego, ze 4 lata spedzilem na bezrobociu.
Studiowalem matematyke, a dokladniej 'Matematyke w nauczaniu poczatkowym',
ale nie skonczylem, gdyz stracilem prace, a wiec i dochodzy i usunieto mnie z
listy studentow na 5 miesiecy przed obrona [!!!]. Nie wrocilem juz na studia.
W marcu 2001 ozenilem sie z piekna i wspaniala kobieta, z ktora zylismy razem
cztery lata przed slubem.
Gdy oboje stracilismy prace trzeba bylo kombinowac, zeby jakos zyc. Robilem
rozne rzeczy. Niektorych sie wstydze, ale jakos zylismy. Najgorsze zaczelo
sie, gdy juz nie bylo innych mozliwosci zarobku, jak tylko handel marycha.
Wszystko bylo by ok, gdyby nie to, ze sami zaczelismy ja uzywac i tak
zmarnowalismy dwa pieprzone lata. Goraco pragnalem powrotu do normalnego
zycia, ale... nie udawalo nam sie.
W efekcie w zeszlym roku, dokladnie w moje 30 urodziny moja ukochana zona
oznajmila mi, ze ma zamiar odejsc ode mnie i z dniem 30 lipca rzeczywiscie
odeszla... DO MOJEGO NAJLEPSZEGO PRZYJACIELA.
Chociaz minal juz prawie rok, nie podnioslem sie po tym ciosie, gdyz kocham
ja bardzo i caly czas za nia tesknie.
Najgorsze bylo to, ze oni mieszkaja okolo 200 metrow ode mnie i codziennie
przechodzilem pod ich oknami, a i nie raz widzialem ich razem na ulicy.
Zaczalem dostawac autentycznego swira i gdyby nie paru znajomych zrobilbym
cos strasznego i strasznie glupiego, bo juz dwa razy mi moj wlasny miecz z
reki odbierano, gdy bylem w drodze do pewnego domu okolo 200 metrow od mojego.
Przemyslawszy wszystko spakowalem sie i wyjechalem z kraju do Anglii.
Przezylem na wyjezdzie wiele nieciekawych sytuacji, wlacznie z tym, ze
agencja, ktora mnie tu sciagnela zostawila mnie na ulicy z dwoma funtami w
kieszeni i kazala sobie radzic samemu. Jakos sobie poradzilem. W chwili
obecnej nadal siedze w Anglii, w miejscu, ktorego nienawidze, mam robote,
ktorej nie cierpie, mieszkam z ludzmi, z ktorymi nie mam wogole wspolnego
jezyka [wywodze sie z kregow 'metalowych', a mieszkam z hip-hopkami jakimis.
Ja ich toleruje, ale oni nawet nie probuja tolerowac mnie i codziennie
probuja poszarpac mi nerwy, ale nauczylem sie cierpliwosci].
Codziennie mozg zatruwaja mi mysli o zonie, ktora stracilem, o pracy w swoim
zawodzie, ktorego jestem pasjonatem, o tym, ze zaraz bedzie 31 lat na karku i
chcialo by sie jakis dom i rodzine miec, a moj bilans jest na minus...
Ech...
Podobno co nas nie zabija, to nas wzmacnia. W takim razie musze byc juz
cholernie mocnym czlowiekiem. Szkoda tylko, ze tego sam nie czuje. Przez
stracona milosc czuje sie totalnie slaby.
Taki to typowy RAK - romantyk niepoprawny ze mnie...
Ale co poczne, jesli po prostu za nia ciagle tesknie? Pojawialy sie jakies
kobiety od lipca zeszlego roku, ale zadna z nich nie mogla dorownac tej
jedynej, ktorej juz nie mam... Zbyt wysoko postawila poprzeczke...
Ech... Dosc juz...
MIR!