minka2403
03.01.09, 14:51
Dopoki bylam na urlopie wychowawczym - nie mialam z tym problemu, maly wstawal
o 6.30 - 7.00, zasypial 10-30 - 12.00, budzil sie o 13.00-14.00 i o 20.00 po
kapieli padal, a my mielismy wieczor dla siebie. Na spacery wychodzilam z nim
albo zupelnie rano tak zeby na te 10.00 byc w domu albo po spaniu. Teraz
wszystko sie wywrocilo do gory nogami. Zaczelo sie od tego, ze babcia uwaza,
ze spacer o 9.00 rano to dla dziecka za wczesnie, bo za zimno, bo mgla, bo
szaro, a po spaniu, czyli np. o 15.00, jest juz za pozno, bo za zimno, bo
mgla, bo robi sie ciemno... A zatem albo wcale nie wychodzi na spacer (bo
pada, ma padac, bo byc moze bedzie padalo) albo wychodzi np. o 10.00 - kiedy
normalnie maly juz szykowal sie do swojej zwyczajowej drzemki i wraca z nim do
domu ok. 12.00. Wynik jest taki, ze on sie zupelnie poprzestawial, jest tak
rozbudzony, ze albo idzie spac o 13.00 (i wtedy to jest jeszcze wczesnie) albo
w ogole zasypia dopiero o 15.00 czy coraz czesciej pada o 16.00 - 17.00. Nie
musze Wam mowic, ze chodzenie spac o 24.00 - 1.00 w nocy nie jest moim hobby.
Moj maly nawet jak wstanie o 15.00, to juz jest wieczor przerąbany, bo pojdzie
spac ok. 22.00-23.00. Dlatego tak tych por spacerow, zasypiania pilnowalam.
Tesciowa w ogole nie wiaze tego przestawienia z zaburzeniem ustalonego rytmu
dziecka, tylko twierdzi, ze on robi sie wiekszy i nie bedzie juz spal jak maly
dzidzius. Ehh... Rano maly wstaje o 9.00-10.00. Jak mowie, ze bede go budzic o
7.00, wychodzac do pracy, to babcia mowi, ze szkoda dziecka, ze skoro spi
sobie tak slodko rano, to znaczy, ze potrzebuje, itd. Cholera jasna, no!
Przepraszam, ze to takie dlugie, ale wiem, ze tylko wy zrozumiecie, o co mi
chodzi. No i do tego maly (ktory do tej pory szczesliwie nie chorowal,
rozlozyl mi sie na calego). Mowilam, ze dla odpornosci podstawa sa codzienne
spacery i skonczy sie jakimis infekcjami, ale teraz juz nikt nie pamieta ze
ostrzegalam i tylko pyta sie babcia: ojej, ale skad mu sie ta choroba wziela?