Gość: sebalda
IP: *.89.98.152.static.crowley.pl
02.02.12, 11:01
Zależy mi na opinii też pani Justyny, ale podobny wątek wkleję na forum Wychowanie, bo ma chyba większy zasięg.
Mój mąż jest flejtuchem. Jesteśmy z pokolenia, gdy matki z reguły nie pracowały, siedziały w domu z dziećmi, nie uczyły synów sprzątania po sobie. My, współczesne, pracujące matki, wiemy, że synów trzeba przyuczać, włączamy ich w prace domowe, mój syn na przykład lubi gotować i robi to świetnie. Niemniej jest jeden słaby punkt: jego pokój.
Na forach często spotykam się z postawą nowoczesnych matek: jego pokój - jego problem. Uznajemy, że naturalną rzeczą, przyrodzoną wręcz, jest nieopisany bałagan w pokoju przeciętnego nastolatka. Żeby się nie denerwować, najlepiej do tego pokoju w ogóle nie wchodzić. Proszę syna raz w tygodniu o posprzątanie pokoju, z wielkim ociąganiem to robi, ale już w poniedziałek w tym pokoju jest tak, jakby wybuchła tam bomba. Odpuszczam, to niereformowalne, w końcu to już duży chłopak (16 lat), chce mieszkać w syfie, jego sprawa. Rzeczywiście nie muszę tam wchodzić.
Ale teraz mam taką refleksję. Czy przez to odpuszczenie bałaganu w pokoju nie daję przyzwolenia na to, że można żyć w takich warunkach? Czy jak syn się ożeni, jego żona też będzie się tak denerwować jak ja na swojego nieporządnego i niereformowalnego męża? Mam poczucie odpowiedzialności za syna, co zrobić, by wiedział, że nie wolno się zapuszczać? Czy rzeczywiście odpuszczanie porządku w pokoju syna jest dobre?