on-na
03.08.12, 16:29
Zastanawiam się, kiedy wreszcie moje starsze dziecko wyjdzie z okresu buntu. Bo zaczęła w wieku 14 m-cy (normalka: ryki na spacerach, uciekkanie, tarzanie się po chodniku, walenie głową o dywan, próby bicia) i co dalej, to "fajniej".
W wieku 3 lat bunt 2-latki przybrał tylko na sile, przestała walić głową o dywan, ale ryki o byle co stały się częstsze.
Można było się umawiać np. przed pójściem do sklepu "nie kupujemy" - za 2 min. zaczynała się żebranina o zabawkę a gdy nic nie wskórała - ryki na cały sklep. Identycznie z jedzeniem - na spacerach jęczała, że pada z głodu/pragnenia, ze łzamiw oczach domagała się np. pizzy, czy kanapki, czy zupy pomidorowej - wstępowaliśmy do restauracji/baru, mała skubała kęs-dwa i odsuwała z obrzydzeniem: "Nie jestem już głodna...".
Teraz ma prawie 7 lat i doprwadziła do mistrzostwa strzelanie fochów i tzw. pyskowanie. Tj. odpowiadanie tonem królewny-grymaśnicy, któa za wszelką cenę stara sie postawić na swoim.
Mamy teraz spore wydatki, uprzedzaliśmy, że musimy ograniczyć przyjemności a w nią właśnie jakby diabeł wstąpił. Potrafi jęczeć o byle pierdułę, zachciewa jej się dosłownie wszystkiego na co rzuci okiem: kupuję gazetę, ona chce breloczek wiszący obok, kupuję pampersy - ona chce płyn do kąpieli (choć w domu jest inny i to określonej marki i odpowiedniego składu, bo ma kłopoty ze skórą) albo mydło ("bo tak ładnie pachnie!"), robię zakupy spożywcze - jęczy o ciastka/chrupki/czekoladki, choć nie ma sensu tego kupować, bo ona wcale za tym nie przepada.... Jak dostaje od gości to tygodniami leżą te słodkościw szafce, w ogóle ich nie chce, bo woli domowe ciasta i desery! To jest po prostu takie wypraszanie w ramach "bo chcę".
Wie, że rano spieszymy się do pracy a po drodze musimy zdeponować jej młodszego brata do żłobka: codziennie wstaje jak najwolniej można, wykłóca się o ubranie (choć wczoraj sama je sobie wybrała) "ja się rozmyśliłam i tego nie włożę!", jeśli zrobię zupę mleczną (też jak było ustalone) nagle zaczyna wybredzać, że wolałaby tosta i na odwrót. Po moim powrocie z pracy zaczyna się domagać już-teraz wysłuchania jakiejś arcyważnej wiadomości typu "A Glorii pies nasikał na dywan u niejw domu, wiesz?" - przy czym strzela focha, że ja w progu nie rzucam wszystkiego i w tej minucie nie siedzę na kanapie z oczami szeroko otwartymi z podziwu, chłonąc te sensacje.
Ja rozumiem, że dla niej to jest news dnia: ale muszę zdeponować niemowlę,umyć ręce, rzucić torby do kuchni, poukładać zakupy, buty zdjąć z nóg!!! I mówię: "kochanie, pozwól mi odzipnąć - mów, ja cię słucham, ale jednocześnie ukłądam, OK?" GUzik - od razu jest foch i obraza obnoszona przed parę godzin. Jeśli wozi się z fochami do iweczora, to pytam, czy w takim razie z wieczornego czytania nici i słyszę wtedy oburzony wrzask: "NIE MASZ PRAWA MI NIE CZYTAĆ!!!! Pani w zerówce nam mówiła, że rodzice MUSZĄ czytać dziecku 20 min. dziennie, codziennie!"
Zwrot "nie masz prawa!!!" powtarza siię jak mantra - codziennie.
Mam już po grzywkę i nie wiem jak to będzie, kiedy wejdzie w wiek dojrzewania: chyba wyląduję w Tworkach...
Palca na nią nie zagnę, ja byłam "wychowywana" pasem ojca, przy cichej aprobacie mojej matki, doskonale pamiętam swój strach i to upokorzenie... Ale od tłumaczenia już mi gardło i łeb puchną, codziennie walka o jakieś pierdy i tłumaczenie po raz n-ty tego samego, do bólu i znoju... Gdyby tyle wysiłku co w te wieczne utarczki wkładała w swoje ćwiczenia na pianinie, to grałaby już jak sam Zimmermann, ale to też osobny temat. Trzeba ją zaganiać do ćwiczeń a jak proponuję, że skoro nie, to nie ma sensu, żeby isę uczyła gry, bo bez ćwiczeń postępów nie będzie - ryk "Nie masz prawa mnie wypisywać z gry!".
Też macie takie numerki w domu, czy mi się trafił wyjątkowy egzemplarz...?