No więc to był czop... Potem były njakie skurczyki nocami i rankami, a dzionkami cisza. W czwartek poszłam do pani dr na kontrolę i okazało się, że jest rozwarcie na 2 palce.Spoko. W sobotę miałam jechać do szpitala zajmować miejsce, bo jak wspomniałam tam jest remont i nie przyjmują pacjentek do porodu z zewnątrz, a mi zależało... Ale wieczorem zadzwoniła lekarka, że jeśli nic się nie dzieje to spokojnie mam przyjechać w niedzielę rano na jej dyżur. OK. Na miejscu okazało się, że mam 5 cm rozwarcia i idę do boksu, bo dzisiaj rodzimy , takie rozwarcie to ociupka oksy i na pewno zaraz będzie po wszystkim. Ja się ucieszyłam, że to już i, że spoko, że nawet zaakceptowałam to oksy choplerne, ale mój mąż miał słuszne przeczucie, że jeszcze będę tą oksytocyne przeklinać.Bo muszę tu powiedzieć, że plan był zupełnie inny: czekamy na naturalnie przychodzące skurcze w domku i w ostatniej chwili jedziemy do szpitala. Tyle, że ja spanikowałam z tym remontem, bałam się że mnie odeślą do takiej rzeżni, w której byłam na patologii wczesniej. No i dałam się grzecznie podłączyć...Była 10 rano, przez 4 godziny kompletnie NIC, raptem 6 cm i dupa blada.Przyszła pani dr i pan dr i przebili mi pęcherz, no i się zaczęło. Na początku było spoko, troszkę mi podkręcili oksy i poczułam wreszcie, że zaczął się poród.
Było do wytrzymania chociaż ciężko, co się ruszyłam to się ze mnie lały wody, siedziałam sobie na takim stołeczku z dziurą, mąż za mną i ja przesapywałam skurcze a on mi masował plecy. Po prawie 4 godzinach tych bolesnych skurczy poprosiłam o wannę. Pano dr zbadała mnie i stwierdziła, że tylko 7 cm , czyli prawie nic się nie rusyło, no ale dobra ryzyk fizyk idziemy do wanny, oksy podkręcone do 9 j/h.
Weszłam do wody i genialne uczucie ulgi, zwłaszcza, że nie miałam już siły i było mi cholernie zimno. Błogostan nie twał zbyt długo, nagle przyszedł ten straszny ból-gwałtownie i znienacka- nałożyły mi się skurcz normalny z pierwszym partym-myślałam, że umrę. Darek poleciał po położną a ona mówi: "wychodzimy jest 9 cm, to się pani nie nasiedziała" No to na łóżko, i jak dobiegła lekarka to już było 10 i mały sie pchał. Potem już tylko parte i czułam jak mnie rozrywa, więc zawołałam, że chyba pękam i mnie nacięły. Wtedy juz poszło jak po maśle najpierw główka, drugi stęk i ramionka z resztą ciałka, zaraz pięknie odeszło łożysko. Mały od razu się wydarł, dali mi go na brzuch, a my z Darkiem nie mogliśmy uwierzyć, że taki duży jest

Ostatni etap porodu trwał 10 min. Z całego serca cieszę się, że już po wszystkim, ale chyba zrobię to przynajmniej jeszcze raz

Żałuję tylko , że dałam sie wrobić w tą oksy, następnym razem jeśli wszystko będzie ok, to pojadę na ostatnią chwilę, a nie wcześniej i będę rodzić w wodzie. Termin miałam na 15 i 15 mały się urodził, ale popędzany, oksytocyną i przebiciem pęcherza. Więcej tak nie dam się wrobić. Muszę tutaj powiedzieć jeszcze, że bardzo dumna jestem i wdzięczna mojemu mężowi bo był przy mnie cały czasdzielnie mi pomagał i gdyby go nie było to nie miłabym siły, żeby to wszystko przejść. Witek jest super, jak mi go przynieśli po badaniu to już był różowiutki i gładki, a na nasępny dzień rano lekarki na obchodzie dziwiły się ,że wcale nie wygląda na noworodka, tylko jak niemowlak. Teraz sobie śpi w wózku, pod nim w koszu wózkowym nasza Kicia, która jest strasznie przejęta jak mały płacze i chodzi koło niego z zatroskana miną

Kurcze, ale jestem szczęśliwa!!!
Trzymajcie się dziołchy, nie jest tak źle, da się wytrzymać, byle skupić się na dziecku i oddychaniu, a nie na swoich odczuciach, jak myślałam, żeby dobrze oddychać to naprawdę było mi łatwiej. No trzymam kciuki za te co jeszcze poród przed nimi i dziękuję wszystkim za pamięć o cichej myszy i jej Witku