Muszę się wyżalić. Przykro mi strasznie. Przed chwilą przeczytałam na innym
forum posta, w którym ktoś się żalił na studentów medycyny na porodówkach.
Wiem, że można kiepsko trafić, ale pamiętajcie, że studenci medycyny, a ja
się do nich zaliczam, to nie cyborgi. Przed żadnymi praktykami tak się nie
marudzi jak przed położniczymi, ale potem w trakcie praktyk bardzo dużo osób
zmienia zdanie i potem wybiera specjalizację gin-poł. My sobie przecież
zdajemy sprawę, że przy nas przychodzi na świat nmowy CZŁOWIEK i dla wielu z
nas to przywilej. Ja miałam praktyki w najgorszym szpitalu na świecie,
molochu z dobrą opinią, w którym nikt nie przejmował się rodzącymi - nikt,
poza nami. Położne piły herbatkę, a my (ja i kolego z roku) w tym czasie
zajmowaliśmy się dziewczynami non stop. Bardzo miło wspominam. Jakoś nie
przerażało nas to, że ktoś przy nas bardzo cierpi, byliśmy na to w końcu
przygotowani, chociaż na początku było strasznie, cieszyliśmy się po prostu,
ze możemy komuś pomóc, potrzymać za rękę czy przynieść szklankę wody i
podnieść na duchu. Któregoś dnia rodziła u nas w szpitalu młoda dziewczyna,
miała chyba 17 lat kompletnie załamana, chłopak ją zostawił, kiedy była w
zaawansowanej ciąży, miała wszystkiego dosyć i bardzo nie chciała tego
dziecka, planowała oddać je do adopcji, chociaż jej rodzice byli temu bardz
przeciwni. I akurat tak się złożyło, że "dyżur" miał Rafał. Nie odstepował
dziewczyny przez kilkanaście godzin na krok, chociaż mógł iść do domu już po
pięciu, a była sobota wieczór, strasznie przejęty, chodził z nią po
korytarzu, rozmawiał, opowiadał, jakie to fajne są takie dzieci małe i że sam
chciałby takie mieć, że jej synek pójdzie kiedyś do szkoły, potem na medycyne
i będzie taki fajny jak Rafał, więc może warto, bo kto by przegapił taką
szansę posiadania Rafała. I w tym stylu przez cały czas. I wiecie co,
dziewczyna zmieniła zdanie, synka nazwała Rafał, i teraz na pewno jest
szczęśliwą mamą. Nie zdziwiłabym się, gdyby mi ktoś powiedział, że to dzięki
Rafałowi kocha teraz swojego małego Rafałka i za nic w świecie nikomu by go
nie oddała. A ja pamiętam, jak asystowałam przy porodzie rodzinnym, tatuś
dziecka siorbał nosem ze wzruszenia, mamie też kilka łez poleciało, a ja
ryczałam w kącie jak bóbr... i jeszcze potem w nocy popłakiwałam w poduszkę,
w dalszym ciągu ze wzruszenia. A następnego dnia wpadłam na oddział,
zobaczyć, co tam z nimi, i jak zobaczyłam to dziecko, znowu mnie coś ścisnęło
w gardle, aż pani mama na mnie popatrzyła i powiedziała, żebym przestała, bo
wpędzam ją w kompleksy w kwestii wzruszeń. Pamiętajcie, proszę, proszę, że my
też jesteśmy ludźmi, a nie maszynami do obserwowania i robienia notatek. Nie
jest tak, że stoimi z założonymi rękami i patrzymy, jesteśmy w końcu
lekarzami i chcemy być potrzebni!!! Myślę, że naprawdę się przydajemy,
jesteśmy w końcu młodymi idealistami

)))). niedługo wielu z nas zeżre
rutyna, ale teraz chcemy, naprawdę, bardzo chcemy się do czegoś komuś
przydać!!!