Melduję się po dosyć długiej przerwie, ale te z Was, co maja już dzieci
wiedzą jak trudno się pozbierać z czasem, dzień zlewa się z nocą i nie da się
zaplanować jednej godziny!
24.05 w poniedziałek byłam u lekarza i została zaplanowana cesarka na 26.05.
na środę. Zaplanowana po długich debatach, bo jak wszystkie wiecie, chciałam
rodzić naturalnie. Zabrakło jednak czegoś bardzo ważnego: wsparcia lekarza
prowadzącego (czyt. odbierającego poród), żeby skrócić: za dużo mogło się w
moim przypadku wydarzyć sytuacji, w których i tak wylądowałabym na stole,
więc zostało mi zaproponowane cięcie „na zimno”, z dużym wyprzedzeniem w
stosunku do wyliczonego terminu (6.06.). Wiem, ze ogonek tych, co mi w tej
chwili zazdroszczą jest równie długi jak ten, co mnie potępią za ta decyzję,
ale nie traktuję tego co się stało jak decyzji, tylko jak zbieg okoliczności.
Ponieważ „wskazania” były z tych z pogranicza, liczyłam na to, że sprawa
rozwiąże się jakoś sama. Skończyło się cięciem i widocznie tak miało być.
Cięcie nie było „na zimno”: 25.05. o świcie zaczęła się akcja porodowa. A w
południe Madzia na świecie: 3170 g, 52 cm, „dyszka” na dzień dobry.
Aby utrzymać ton optymistyczny: udały mi się niewątpliwie trzy rzeczy (ze
starannie zaplanowanych i wyreżyserowanych):
1. urodzić w wyimaginowanym przeze mnie terminie 25.05. (nawet tego wątku się
ostatnio trzymałam, do tego stopnia mi się nie podobał mój „06.06.”, nie
wiem, czy ktoś z tego wątku dotrzymał tego terminu?)
2. zaznać choć kawałka naturalnej akcji porodowej
3. i, jakby na to nie patrzeć, uniknąć nacięcia krocza!

))
Tyle tytułem suchej relacji, reszta postów jest dla wytrwałych. Zamieszczam w
nich moją „nowelę w odcinkach” pisaną z myślą o Was, więc Was nią teraz
uraczę. Ale oczywiście decyzja o czytaniu należy do Was.....