Dodaj do ulubionych

JESTEM! :-)

05.06.04, 07:04
Melduję się po dosyć długiej przerwie, ale te z Was, co maja już dzieci
wiedzą jak trudno się pozbierać z czasem, dzień zlewa się z nocą i nie da się
zaplanować jednej godziny!
24.05 w poniedziałek byłam u lekarza i została zaplanowana cesarka na 26.05.
na środę. Zaplanowana po długich debatach, bo jak wszystkie wiecie, chciałam
rodzić naturalnie. Zabrakło jednak czegoś bardzo ważnego: wsparcia lekarza
prowadzącego (czyt. odbierającego poród), żeby skrócić: za dużo mogło się w
moim przypadku wydarzyć sytuacji, w których i tak wylądowałabym na stole,
więc zostało mi zaproponowane cięcie „na zimno”, z dużym wyprzedzeniem w
stosunku do wyliczonego terminu (6.06.). Wiem, ze ogonek tych, co mi w tej
chwili zazdroszczą jest równie długi jak ten, co mnie potępią za ta decyzję,
ale nie traktuję tego co się stało jak decyzji, tylko jak zbieg okoliczności.
Ponieważ „wskazania” były z tych z pogranicza, liczyłam na to, że sprawa
rozwiąże się jakoś sama. Skończyło się cięciem i widocznie tak miało być.
Cięcie nie było „na zimno”: 25.05. o świcie zaczęła się akcja porodowa. A w
południe Madzia na świecie: 3170 g, 52 cm, „dyszka” na dzień dobry.
Aby utrzymać ton optymistyczny: udały mi się niewątpliwie trzy rzeczy (ze
starannie zaplanowanych i wyreżyserowanych):
1. urodzić w wyimaginowanym przeze mnie terminie 25.05. (nawet tego wątku się
ostatnio trzymałam, do tego stopnia mi się nie podobał mój „06.06.”, nie
wiem, czy ktoś z tego wątku dotrzymał tego terminu?)
2. zaznać choć kawałka naturalnej akcji porodowej
3. i, jakby na to nie patrzeć, uniknąć nacięcia krocza! smile))
Tyle tytułem suchej relacji, reszta postów jest dla wytrwałych. Zamieszczam w
nich moją „nowelę w odcinkach” pisaną z myślą o Was, więc Was nią teraz
uraczę. Ale oczywiście decyzja o czytaniu należy do Was.....wink
Obserwuj wątek
    • jola.wie wtorek 05.06.04, 07:05
      WTOREK 25.MAJ 2004
      Widok czopa śluzowego o 6.15 tak mnie zszokował, że aż zapomniałam się
      przerazić. A poprzedzające to zjawisko bóle brzucha wzięłam za objaw stresu
      przed szpitalem... Potem nastąpiły regularne skurcze jak miesiączkowe, co pięć
      minut i trwały po 20 sekund.
      Ja, zgodnie z wcześniejszym planem, rzuciłam się do pakowania torby do
      szpitala, przeklinając się w duchu, że nie zrobiłam tego wcześniej, bo w tych
      nerwach nie mogłam znaleźć nawet listy rzeczy wg której miałam się pakować i
      efekt był taki, ze po sześć razy sprawdzałam, czy to czego szukam nie jest już
      przypadkiem dawno w torbie. Około godz. 8.00 skurcze nagle ustały. Posprzątałam
      więc w kuchni, zrobiłam dziecku drugie śniadanie do szkoły, które musiała mu
      dowieźć babcia, bo naturalnie zapomniał, mąż na wszelki wypadek poprzekładał
      telefonicznie ważne spotkania i ubrany w garnitur, z teczką w jednej ręce, z
      torbą do szpitala w drugiej (nie wiem skąd czerpał przeświadczenie, że „akcję”
      będzie się jednak dało przeciągnąć do jutra) pojechaliśmy do szpitala, ale tez
      nie prostą drogą, tylko jeszcze podrzucić ważne papiery ważnemu klientowi.
      Skurcze wróciły jeszcze przed wyjściem z domu, a zdenerwowanie męża objawiło
      się w momencie, kiedy wysiadł z auta z tymi papierami, a auto zamknął z pilota
      ze mną i komórką w zestawie głośnomówiącym w środku: jedno i drugie natychmiast
      uruchamia alarm.
      W szpitalu czarno: na izbę kolejka, na korytarzu położnictwa kłębią się
      ludzie. A miało być tak pięknie.... i spokojnie.... tylko ja i skurcze....
      Miałam nadzieję, że stwierdzą jakieś 4-5 cm rozwarcia i że urodzę normalnie...
      Nic z tego: jeden palec, szybkie usg, szybkie „wskazania” do cc, decyzja,
      pieczątka, podpis i... do kolejki, bo właśnie „kończą” jakąś babkę...

      PRZEIDIOTYCZNE uczucie stać tak z torba w garści pod drzwiami OP, bo za pół
      godziny już można wjeżdżać... A gdzie podniosłość chwili? A gdzie minuta ciszy
      i skupienia? Czułam się jak w kolejce u fryzjera.

      Sala przedporodowa: KTG i inne „przyjemności” przedoperacyjne: podgalanie,
      cewnikowanie, wenflonik, kroplóweczka, lewatywki nie chcą zrobić ze względu na
      skurcze. Ale ja chcę! (czy ktoś pamięta moje wypowiedzi na temat lewatywy?) W
      końcu położna uzyskuje pozwolenie na tę lewatywę, „w pół godziny i tak nam pani
      tu nie urodzi” – przybliża mi perspektywę operacji. Zakupiona za „ciężkie
      pieniądze” enema zostaje w torbie, ja dostaję specjalną mieszankę wody i
      mydlin.... Dziewczyny są wspaniałe. Cudowna położna, z którą umawiałam się na
      rodzenie – i, o ironio, trafiłam na jej zmianę! – dziwi się „przecież pani
      miała rodzić naturalnie?”. A ja czuje się jak na rauszu: wszystkie te
      przerażająco wyglądające przygotowania znoszę z uśmiechem – cały czas żartujemy.
      W końcu nadchodzi ten moment: jedziemy na salę operacyjną. Pierwsze
      rozczarowanie: mąż nie może na OP! „jak to?! wszędzie może, tylko tu
      nie?!”, „mało miejsca, bardzo mała sala!”. Zaczynam dygotać.
      Stół operacyjny ma szerokość najwyżej 0,5 metra. Ciągle mam wrażenie, że za
      chwilę spadnę, ktoś mi powiedział, że lewą rękę mi przywiążą, bo nie ma jej
      gdzie położyć i że nie będzie żadnego „przytulania dzidziusia”. To na szczęście
      się nie stało i zadbał o to anestezjolog.
      Pielęgniarka anestezjologiczna nie jest zbyt wylewna. Przez telefon denerwuje
      się „dopiero co mi ją przywieźli, kroplówki jeszcze nie zeszły, co do cholery
      mam robić?”, wyciska kroplówkę jak cytrynę w moją żyłę, czeka jeszcze jedna
      butelka. Zaczynają schodzić się ludzie, pełna rutyna, nie dają po sobie poznać,
      że wiedzą, ze jestem przytomna. Mam skurcze, leżę na wznak, nie mogę się
      ruszyć, boli. Podchodzi jakaś babka, ściąga ze mnie prześcieradło, ogląda
      brzuch, odchodzi. Wchodzi inna babka, mówi do mnie „dzień dobry – uśmiecha się -
      mogę zobaczyć pani brzuszek?”, tamta odwraca się speszona „przepraszam, nie
      zapytałam panią...” Ktoś wypełnia kartę operacji „rodzaj znieczulenia?”, „pepe”
      odpowiada szybko i cicho pielęgniarka anestezjologiczna. Usłyszałam.
      Rozczarowanie drugie „jak to pepe? miało być zzo!” protestuję, ale ze stołu z
      pozycji horyzontalnej nie mam siły przebicia. Sucha odpowiedź „do cięcia robimy
      podpajęczynówkowe” i oczami wyobraźni widzę leżenie plackiem i bóle głowy....
      ech!
      Leżę więc już nieźle zdygana, kiedy zjawia się mój wybawiciel, anestezjolog.
      Wspaniały człowiek, uspokaja, zagaduje, żartuje, wypytuje o różne rzeczy, mówi
      co robi, co będzie robić, „teraz będzie trochę zimno” uprzedza odczucia.
      Normalnie się jąka, ale sala operacyjna go odmienia. „Teraz my będziemy panią
      rozśmieszać, potem na chwilę dzidziuś zadba o pani dobry nastrój, a potem znowu
      my będziemy rozśmieszać”. Nerwowa pielęgniarka anestezjologiczna przy nim
      łagodnieje. Wkłucie w kręgosłup nie daje kompletnie żadnych odczuć, za chwilę
      przyjemne ciepło rozlewa się po moich plecach, brzuchu i nogach. Dobrze, bo
      było mi już tak zimno! Kładę się i w bardzo krótkim czasie drewnieje dolna
      połowa ciała. Zespół przystępuje do roboty: niby nic nie czuję, ale szczęk
      narzędzi i echo szarpnięć powoduje, że kolory zaczynają blednąć mi przed
      oczami, a żołądek niechybnie pozbyłby się swej zawartości, gdyby tylko jakąś
      posiadał. W zepsutym reflektorze lampy nad stołem operacyjnym widzę mój
      rozcięty brzuch. Szybko słabym głosem melduję swe dolegliwości, anestezjolog
      wydaje krótkie polecenie, pielęgniarka „dwa i pół?” „pięć!”, „ale...” „PIĘĆ
      MÓWIĘ!” koniec dyskusji, dostaję pięć jednostek czegoś co stabilizuje moje
      samopoczucie.
      Ciach, ciach, ciach, kilka gwałtownych szarpnięć i w sali rozlega się
      bulgotliwy głos mojego Dziecka. Jest 12.00 w południe. „Rzeczywiście
      dziewczynka” cieszy się lekarka, a ja jestem daleka od łez, które cisnęły mi
      się na samo wyobrażenie tej chwili, jedyne na co mnie stać, to błogi (mam
      nadzieję!) uśmiech... Jestem niewątpliwie szczęśliwa, stało się! Mała ląduje
      koło mojej twarzy, uspokaja się. Nie wygląda jak jej rodzeństwo. Wygląda
      DOKŁADNIE jak... ja na moich noworodkowych zdjęciach. Mam klonika. Madzię.
      Odsysają, usuwają łożysko, ale Madzia jest cały czas ze mną, więc te zabiegi
      mnie nie obchodzą. „Śliczny dzidziuś, zdrowy” mówi anestezjolog, a ja podziwiam
      go, bo wiem, że sam ma dziecko z porażeniem mózgowym z porodu naturalnego...
      pewnie dlatego jest zwolennikiem znieczuleń porodowych i cesarek...
      Potem Madzia leci na noworodki i w ramiona rozdygotanego taty i podekscytowanej
      babci (jak ja im zazdroszczę!), a przede mną żmudna perspektywa długiego
      szycia. Mają zrobić „rewizję rany” z poprzedniego cięcia, wyciąć bliznowca i
      ładnie zacerować.
      Anestezjolog rozśmiesza, tak jak obiecał, a ja w lampie śledzę postęp operacji,
      już nie robi mi się słabo. Ze cztery razy mówię, że wszystko widzę zanim do
      nich dociera CO widzę i GDZIE to widzę. Ale to już koniec operacji, lekarka
      podsumowuje, że nigdy by się nie poddała cięciu w znieczuleniu przewodowym, bo
      ma zawodową świadomość jak to przebiega, więc wolałaby dać się uśpić (ma jedno
      dziecko urodzone przez cc). W duchu „dziękuję” jej za tę pokrzepiającą uwagę.
      Anestezjolog na rękach przenosi moje ciało (nie mnie, tylko moje zdrewniałe
      ciało) na szpitalne łóżko, podaje mi rękę, gratuluje dziecka, dziękuje za
      współpracę, życzy wszystkiego dobrego.... i wio! na salę pooperacyjną, ta
      babka, co była przede mną, już tam leży.
      Tata, Dzidziuś, Babcia, bezwład kończyn, „nie ruszać głową”, ale „dać piersi”.
      Jak?! Jakoś sobie radzimy, ale pielęgniarka straszy, że jak tak będę skakać po
      łóżku, to się nie pozbieram z bólów głowy. Odli
      • jola.wie Re: wtorek, cd. 05.06.04, 07:11
        Odliczam dwanaście godzin leżenia, koniec wypada po północy i już wiem, że
        trzeba doleżeć do rana, bo nikt w nocy nie będzie mnie pionizował... Babcia
        jedzie po dzieci, ja próbuję się zdrzemnąć, ale do następnego ranka nie udaje
        mi się to: co godzinę mierzy się ciśnienie i zmienia podkłady, co jakiś czas
        antybiotyk, środek przeciwbólowy, nowa kroplówka. Nie da się odpocząć na sali
        pooperacyjnej. Noc bez dziecka ze względu na sąsiadkę: urodziła wcześniaka i
        jeszcze go nawet nie widziała, nie chcę, żeby jej było przykro. Niech
        odpocznie. Ale nie! Nie daje też odpocząć mnie. Cały czas jęczy, jak ją
        koszmarnie boli i jak straszliwie cierpi (młoda dziewczyna, pierwsze dziecko),
        głośno zazdrości wszystkim rodzącym naturalnie („szczęściary”!) i co godzinę
        domaga się od pielęgniarek dodatkowej dawki środków przeciwbólowych, aż te w
        końcu tracą cierpliwość i radzą jej, żeby się wzięła w garść, bo to przecież
        nie może tak całkiem nie boleć, a więcej dla niej zrobić nie mogą. Przerzuca
        się więc na mnie, głośno mi zazdroszcząc, że w porównaniu z nią ja w ogóle nie
        cierpię. Nie podejmuję z nią wielkiej dyskusji, bo w końcu moje znieczulenie
        tez dawno przestało działać, a wypełnione gazami obolałe i nieruchome jelita
        zmuszają mnie do płytkiego i ostrożnego oddychania i nie chcę zaburzać jego
        rytmu bez wyraźnej potrzeby. Ta dziewczyna mnie denerwuje, nie wiem nawet jak
        wygląda, leży za parawanem, zobaczę ją rano. Jej postawa powoduje, że podchodzę
        do sprawy ambicjonalnie: postanawiam wyzdrowieć spektakularnie, nikt nie
        przyłapie mnie nawet na „kaczym chodzie”!
      • sonnja1 Re: wtorek 05.06.04, 10:24
        Jolu! Gratulacje!
        Oraz podziekowania za tak drobiazgowa relacje. Jesli mozna chcialabym jeszcze o
        cos zapytac. Napisalas
        "Śliczny dzidziuś, zdrowy” mówi anestezjolog, a ja podziwiam
        go, bo wiem, że sam ma dziecko z porażeniem mózgowym z porodu naturalnego...
        pewnie dlatego jest zwolennikiem znieczuleń porodowych i cesarek..."

        Czy to oznacza ze porod naturalny w jakis sposob niesie ryzyko takich zdarzen?
        Czy w takim razie porod ze znieczuleniem eliminuje to ryzyko? Dlaczego, na czym
        to polega? Zwykle uwaza sie ze porod naturalny i bez zadnych znieczulen jest
        najlepszy i najmniej obfitujacy w komplikacje?

        I jeszcze jedno pytanie mam. Piszesz, ze u Ciebie wskazania do cesarki byly "z
        pogranicza". Co masz na mysli, czy fakt poprzedniej cesarki?

        Dziekuje i pozdrawiam serdecznie.

    • jola.wie środa, czwartek 05.06.04, 07:06
      ŚRODA
      Jest 5.00 rano. Jestem przeraźliwie głodna i słaba. Każą się pionizować.
      Spuszczam nogi z łóżka. Otoczenie natychmiast traci barwy i kształt. Mierzą
      ciśnienie: 60/40. Niemożliwe. Aparat się zepsuł. Przychodzi druga pielęgniarka:
      65/40. To niestety nie pomyłka. Pionizuj się tu człowieku z czymś takim. Po
      szesnastu próbach pielęgniarki się poddają, myją mnie na łóżku. Ale ja próbuję
      znowu. Jęki i zawodzenia mojej sąsiadki korzystnie wpływają na moje ciśnienie.
      Źle podniesione wezgłowie łóżka opada ze strasznym hukiem – wyrzut adrenaliny i
      ciśnienie pozwala mi wreszcie usiąść. Przesiadam się na krzesło, głowa ciągle
      zwieszona, ale z minuty na minutę jest coraz lepiej. Wreszcie mogę iść pod
      prysznic i od tamtego momentu życie znów wygląda inaczej.
      Decyzją ordynatora mam być prowadzona „metodą klasyczną”. Oznacza to środę i
      czwartek na kroplówce, następne teoretycznie trzy dni dieta półpłynna. Ta wizja
      osłabia mnie zupełnie. Mąż się irytuje „co oni ci tam zrobili? jelita
      odpreparowali, czy co?”
      Przenosiny do innej sali, dziecko pod opieką, kroplówka w żyle, trochę to
      skomplikowane. Dobrze że moi są przy mnie, choć personel też się bardzo stara:
      co trzy godziny robią obchód i proponują przewinięcie dziecka, są też na każde
      zawołanie. Mnie proponują zabranie o dziecka, poddaję się wieczorem, w nocy
      raczej nie śpię jak kamień, ale nareszcie trochę wypoczywam.

      CZWARTEK
      Kroplówka, obolały brzuch, przystawiam dziecko do piersi – w piersiach pusto,
      ale Madzia nieupierdliwa – zadowala się tymi paroma kroplami siary, zasypia,
      nie płacze. Uwielbiam ją. Łamię ustalenia dietetyczne: wypijam koktajl
      witaminowy i łakomie popatruję na chrupkie pieczywo w szafce, ale jeszcze nie
      śmiem...
    • jola.wie piątek.. - wtorek 05.06.04, 07:07
      PIĄTEK, SOBOTA, NIEDZIELA
      Niby mogę jeść, ale mój głód i apetyt gdzieś się zapodziały, za to odznacza się
      nimi moja słodka córeczka. Tymczasem mleczarnia działa ciągle jeszcze na pół
      gwizdka. Podrażnione, popękane i zmacerowane brodawki – każde karmienie wyciska
      mi łzy z oczu. Perspektywa, że najdalej za tydzień będzie już po wszystkim,
      zupełnie do mnie nie przemawia. Madzia przyjmuje postawę coraz bardziej
      roszczeniową. W końcu prawie bez przerwy wisi na cycku. Musimy to jakoś
      przetrwać. Za to brzuch z dnia na dzień coraz lepszy: coraz mniej boli, coraz
      więcej mogę... a te wygibasy pod prysznicem, żeby nie zmoczyć opatrunku! Chcę
      spaaaaać!!!!!

      PONIEDZIAŁEK
      Z nieoficjalnych źródeł wiem, że jest duża szansa na wyjście dzisiaj.
      Przeprogramowuję rodzinę, zaprogramowaną na wtorek. Na wizycie: nonszalancja i
      choć ze mną jest lepiej niż idealnie, to „wszystko w porządku, tak więc jutro
      zdjęcie szwów i do domu” – wyrokuje ordynator, „jak to, nie dzisiaj?”, „nie,
      jutro, jutro”. Jestem tak wściekła, ze chce mi się ryczeć i w takim nastroju
      spędzam reszte dnia.

      WTOREK
      Dzisiaj do domu: mama nie może przyjechać, mąż z trudem dociera, wyrzucam go z
      powrotem do domu – nie wziął rzeczy dla Madzi, fotelika i spakowanych wcześniej
      ubranek. Czekam, aż się ktoś zlituje i wypruje ze mnie szwy. Jest ich
      trzynaście. W końcu się doczekałam: zbieg tak nieprzyjemny, że dosłownie
      spływam z kozetki, jestem mokruteńka. Potem czekamy na jednego lekarza, na
      drugiego.... Około południa po wszystkich pożegnaniach i podziękowaniach
      wreszcie opuszczamy szpital. Uśmiecham się pod nosem na ich
      pożegnalne „zapraszamy za rok”.
      Niosę fotelik z Madzią z samochodu do domu. Nagle kłucie w podbrzuszu, leci ze
      mnie krew. Było chyba jednak za ciężkie. Wpadam w panikę. Kładę się, worek z
      lodem na brzuch. Nie chcę z powrotem do szpitala! Na szczęście przechodzi.
    • jola.wie juz w domu 05.06.04, 07:08
      PIĄTEK
      Madzia na kolanach, karmienie to już czysta przyjemność. Patrzę na małego
      kosmitę, przybysza z innego świata. To jej dziesiąta doba z nami. Z godziny na
      godzinę coraz bardziej kotwiczy się w znanej nam rzeczywistości. Przez jej
      twarz przemykają różne miny, jak chmury po niebie. Krzywi się z obrzydzeniem,
      robi zdziwiony dziobek, za chwilę bezzębny uśmiech rozciąga w poprzek jej
      twarz. I te „oczy na sprężynach” – wyraz najwyższej błogości. Albo
      kiedy „myśli”, jak ją coś zaintryguje. Rozpoznaje mój głos: gdy go słyszy,
      przestaje płakać. Bardzo lubi całowanie i chuchanie na stópki.
      A więc to ona zamieszkiwała mój brzuch przez ostatnie 9 miesięcy? To dla niej
      faszerowałam się fenoterolem? Byłam kiedyś w ciąży.... Kiedy to było? Poród?
      Operacja? Ból? Patrzę wstecz i widzę zdarzenia, ale od towarzyszących im odczuć
      dzieli mnie jakby szklana ściana. Nie pamiętam już jak to było, kiedy Madzi nie
      było.
      • carolline1 Re: juz w domu 05.06.04, 07:27
        hey! przeczytalam twoje posty z duzym zaciekawieniem! tak sie wczulam ze
        wszystko widzialam w swojej glowce! tak realnie i ciekawie wszystko
        opisalas smile GRATULUJE CI bardzo Madzi! I zycze zdrowka i powodzenia
        pozdrawiam
        karo i 26 tyg Franek
    • miniaxv Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 07:46
      GRATULACJE!!! Sporo przeszłaś, ale teraz może być już tylko lepiej. Miłego
      chowania Madzi i jak najmniej problemów. Masz Jolu prawdziwy talent
      belletrystyczny!!! Naprawdę się wzruszyłam! Jesteś dzielna kobitka! Trzymaj tak
      dalej! Monika&Emilka (28tyg)
    • kags Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 08:03
      jak sie ciesze smile))))))))))))))))))))))))
      sciskam,
      KaGS.
    • kasiaba1 Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 08:09
      Serdeczne gratulacje!!!!!!!!
      Witaj, bardzo za Tobą tęskniliśmy.
      Powiem Ci to co mój mąz powiedział mi po cięciu: byłaś bardzo dzielnasmile
      Ucałuj ode mnie Madzię
      Pozdrawiam
    • madziorek73 Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 08:48
      Jolu GRATULACJE!!!!! cieszymy sie, ze juz jestes z malenstwem w domku! ale masz
      fajnie. zycze ci i Madzi wszystkiego
      NAJ!!!!!!
      swoja droga to masz talent do pisania -( myslalas o tym ?)- super sie czyta!
      pozdrawiam was goraco! trzymajcie
      sie!!!
      madziorek (40tydz.)
    • beciaw77 Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 10:57
      JOLU! Nie przeczytałam Twojego posta bo nie mam teraz czasuwink sama
      rozumiesz... ciesze się że tu jestes znowu!
      UŚCISKI!
      Becia i Dominiczka (juz ósma doba...)
    • roxi_hart Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 12:25
      Gratulacje, wzruszylam sie az mi sie makijaz rozmazał!smile
      • hagata.wala Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 13:11
        No to fajnie. Ty już po. Szkoda tylko, że pewne niedoróbki operacyjne były. Ale
        skoro Ty już nie masz o to żadnych .... to jakby ich nie było. pa
    • rosiee Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 14:34
      Gratulacje Jola!!!
      Ja tez juz jestem w domu z moja ukochaną Kruszyną.
      Urodzila sie 31 maja, czyli 6 dni po terminie.
      Odezwij sie na naszy watku "25 maja" na podforum "w oczekiwaniu"
    • jola.wie Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 15:38
      Dziękuję wam wszystkim (tyle zdążyłam napisać i Madzia się obudziła, więc z nią
      przy cycku kontunuuję) za ciepłe przyjęcie z powrotem! Wzruszyłam się nim, nie
      ma co!
      Moją opowieść powinnam zatytułować "Jak szumne plany porodowe biora w łeb", ale
      wcale nie żałuję czasu spędzonego na przygotowaniach do porodu, na dyskusjach
      na forum, na obczytywaniu się na różne ciążowo-porodowe tematy. Zawsze lepiej
      wiedzieć.
      A propos zawodowego pisania: czy jest tu ktoś kto chciałby mnie publikować? :-
      )) czekam na zgłoszenia (mam problemy z pracą, więc jakieś zajęcie mi się
      przyda smile))
      Ściskam Was wszystkie bardzo mocno
    • jola.wie do sonnja 05.06.04, 16:02
      Jesli mozna chcialabym jeszcze o
      cos zapytac. Napisalas
      "Śliczny dzidziuś, zdrowy” mówi anestezjolog, a ja podziwiam
      go, bo wiem, że sam ma dziecko z porażeniem mózgowym z porodu naturalnego...
      pewnie dlatego jest zwolennikiem znieczuleń porodowych i cesarek..."
      Czy to oznacza ze porod naturalny w jakis sposob niesie ryzyko takich zdarzen?
      Czy w takim razie porod ze znieczuleniem eliminuje to ryzyko? Dlaczego, na czym
      to polega? Zwykle uwaza sie ze porod naturalny i bez zadnych znieczulen jest
      najlepszy i najmniej obfitujacy w komplikacje?

      Poród naturalny niesie ze sobą ryzyko niedotlenienia dziecka, zwłaszcza
      przedłużająca się faza wypierania. Duze znaczenie ma tu kompetencja personelu,
      który ma monitorowac tętno dziecka i natychmiast reagować na jakiekolwiek
      zagrożenia. Dziewczyna która była ze mną w szpitalu rodziła wszystkiego trzy
      godziny i urodziła ledwie żywe dziecko, bo położna kazała jej za długo przeć,
      zanim wezwała lekarza, ten jak przyleciał, natychmiast założył próżnociąg i w
      ostatniej chwili (mały był już siniuteńki) wyciągnęli dziecko. Ta dziewczyna
      miała słabe skurcze parte i dziecko "utknęło". Ekstremalna postać dziecka
      niedotlenionego to dziecko odkorowane i inne lżejsze postacie problemów
      neurologicznych. Przy cesarce, zwłaszcza planowej, omija się tego rodzaju
      komplikacje szerokim łukiem. Dla dziecka więc lepiej.
      Poród ze znieczuleniem skraca fazę rozwierania szyjki, ale nie jest powiedziane
      że wpływa na fazę wypierania, jeśli już to może o tyle, że matka nie jest tak
      zmęczona dotychczasowym przebiegiem porodu i ma więcej siły do parcia.
      Satystycznie ponoć przy znieczuleniach faza parcia jest wydłużona, ale nie aż
      znowu o tyle, żeby robic z tego raban (tak twierdzi ten anestezjolog, twierdzi
      również, że tak jest lepiej, bo kanał rodny lepiej się adaptuje do dziecka i
      ogólnie dzieci rodzą się w lepszej kondycji).

      I jeszcze jedno pytanie mam. Piszesz, ze u Ciebie wskazania do cesarki byly "z
      pogranicza". Co masz na mysli, czy fakt poprzedniej cesarki?

      Też. Jako osobie po cesarce należy mi się "cesarka z wyboru". Z tego stanu
      wynikają tez inne wskazania, np waga dziecka powyżej 3,5 kg jest wskazaniem do
      ponownego cięcia (nam wyszło z usg 3470g). Wszelkie dolegliwości z dołu brzucha
      w trakcie porodu naturalnego kierują rodzącą po cesarce na stół - ból może
      pochodzić od miejsca cięcia i może oznaczać, że miejsce to np. pęka.
      Problematyczne jest więc założenie znieczulenia które znosi dolegliwości bólowe
      wtym miejscu również: nie wiadomo wtedy czy coś sie dzieje, czy nie. W razie
      słabej akcji porodowej (która w moim przypadku nie była niestety do
      wykluczenia) nie bardzo można podać oksytocyne, która może wywołać bardzo silne
      skurcze, a zatem zwiększyć ryzyko pęknięcia macicy. Do tego mam astmę
      wysiłkową, jestem krótkowidzem a nie zrobiłam badań u okulisty, no i nie jest
      mi już potrzebna macica w dobrej kondycji, bo to moje trzecie, i prawdopodobnie
      ostatnie, dziecko.
      A teraz dlaczego powinnam była rodzić naturalnie:
      - położenie dziecka główkowe
      - masa dziecka poniżej 3,5 kg
      - poprzednia cesarka była 7 lat temu, więc, wg niektórych, wystarczająco dawno
      - moja kondycja fizyczna bez zarzutu (wyjąwszy astmę, ale są przeciez leki)
    • tupelo Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 16:20
      Jola kochana, nareszcie!!! Ja tez urodzilam 25.05.!!!! Sliczna corcie Zosie
      (3200g/55cm/10Apgar), na dole link do jej zdjec. Rodzilam naturalnie, tylko po
      kroplowce, caly porod trwal u mnie 2 godz. 45 min. Skurcze bolaly jak diabli,
      ale dzieki temu, ze tak krotko trwalo, dalo sie wytrzymac i juz o nich nie
      pamietam. Jestesmy od tygodnia w domku, jest fantastycznie, chociaz chodzimy
      niewyspani. Zosia jest grzeczna i kochana, jestesmy bardzo szczesliwi.
      Jolu, gratulacje, nie zadreczaj sie cesarka, widocznie tak mialo byc. Za to
      masz zdrowa coreczke! Wszystkiego dobrego dla Ciebie, Madzi i calej rodzinki!!!
      Monika
      • maliniaq Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 20:46
        Joluś, jak się cieszę!!!!!!!!!!!! Strasznie !!!!!!!!!!! Też chciałabym być taka
        dzielna jak Ty. Jesteś wspaniała. No i nareszcie z nami!!! Przyślij jakieś
        fotki swojego Skarbu, jak będziesz miała. Wiesz, że nawet mi się śniłaś w nocy?
        Strasznie długo kazałaś na siebie czekać, aż się niepokoiłam czy wszystko w
        porządku. Ja mam termin cc za 2 tygodnie w CZMP, i już nieźle panikuję. To moje
        pierwsze dziecko i boję się, że mogę zachowywać się tak, jak ta Twoja koleżanka
        zza parawanu(hihi). Do tego jestem straszną panikarą, więc nie wiem jak to
        wszystko zniosę. Pozdrawiam Cię serdecznie i ucałuj Madziulkę. Dzięki za tak
        wspaniały opis porodu, to również bardzo pomaga. Pa, buźka. Agnieszka i 37
        tygodniowy Adaś.
    • gemma.v Re: JESTEM! :-) 05.06.04, 22:38
      Gratulacje smile)) Miło Cię znów poczytać, naprawdę.
      Wszytskiego dobrego dla Was. smile
      gemma
      nawiasem mówiąc też Madzia, córka Joli smile)
    • akve Gratulacje i uściski :-) 05.06.04, 23:44
      Jolu,
      Gratulacje!
      Tak sie cieszę,że jesteście"całe i zdrowe",bo już sie poważnie niepokoiłam,że
      sie nie oddzywasz...
      Niech Madzia rośnie i bedzie dla wszystkich radością.
      Ewa z Zosią -już pięciotygodniową
    • jola.wie Re: JESTEM! :-) 06.06.04, 12:15
      próbowałam założyć wątek na Zobaczcie! ale jakoś się nie pojawił, poczekam do
      poniedziałku, może "wypłynie", to zobaczycie kudłatą Madzię.
      pozdrawiam
      i jeszcze raz dzięki za wszystkie ciepłe słowa. Jesteście kochane!
    • gandzia4 Re: JESTEM! :-) 06.06.04, 13:36
      Gratuluję zdrowej córci. Szybkiego powrotu do formy i zdrówka dla małej.
      • larenata Re: JESTEM! :-) 06.06.04, 14:06
        Gratulacje!! Niech maleństwo zdrowo rośnie!
        Pozdrawiam
        Renata
    • jagoda1977 Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 09:26
      No,no nie wiem czy jednak zdecyduję się na cc.Czytałam twój reportażowy opis
      wszystkiego głośno mojemu mężowi i bratu są wstrząśnięci.Ja trochę mniej,ale
      jednak.Jesteś bardzo dzielną kobitką Joleczko.Pozdrawiam.
      jagoda i 35 tyg.niespodziewanka
      • emi73 Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 09:37
        Jolu! Wielkie, wielkie gratulacje!!! Nie tylko jesteś bardzo dzielną kobietą -
        naprawdę Cię podziwiam! - ale jeszcze na dodatek masz prawdziwy talent pisarski!
    • azia2004 Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 10:03
      pozdrowienia i serdeczne gratulacje!
    • kasik81 Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 10:39
      Dołączam się do grona z gratulacjami.
      Dzielna jesteś Jolu.
      Mnie czeka poród za pare tygodni (2-4) i nastawiam się na poród naturalny.
      Boję się cesarki, ale tak i tak nie wiadomo jak to będzie- nigdy nie należy nic
      planować.
      Pozdrawiam serdecznie Kasia i Alicja w brzusiu.
      To już 38tydzeń!!
    • kluska39 Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 11:40
      Jolu, nareszcie jestes !!! strasznie sie cieszymy, bo forum w trakcie Twojej
      nieobecnosci bylo osierocone. a przede wszystkim gratuluje cudownej Madzi !!!!!
      Twoje posty i Twoje podejscie, walka o godny porod na tym forum zjednaly sobie
      bardzo wiele sympatyczek o ile nie wielbicielek, ja jestem jedna z nich.
      sledzilamm kazdy Twoj post, kazda nowinke. nastawilam sie najpierw na zzo, ale
      potem dowiedzialam sie ze w moim szpitalu 95 % pierwiastek nacinaja i sie
      zalamalam. na nic i tak poszlyby moje wysilki , cwiczenia itp, bo i tak by mnie
      nacieli. teraz znowu powracam myslami do cc, ale przyznam, ze Twoja relacja
      jest nieco traumatyczna ( to dzwieki krojenia, szczęk narzedzi, ta lampa w
      ktorej wszystko widzialas), nie wiem jak bym to zniosla. a potem po porodzie
      Twoj b. kiepski stan. juz sama naprawde nie wiem co robic. do tego dochodza
      moje wlasne traumatyczne wspomnienia z operacji wyluszczenia miesniaka sprzed 4
      lat (na zn. ogolnym, wiem to roznica), pocieszalam sie dotad tylko tym, ze
      primo stracilam tyle krwi dlatego nie oglam powstac przez 3 dni, a dopiero po 3
      dniach sie zorientowano i podano mi krew, secundo, ludze sie, ze narodziny
      dziecka dodadza mi adrenaliny i nieco przyspiesza powstanie.
      ja jakos kompletnie nie moge wyobrazic sobie tego nacinania, stad mysl o cc,
      ale Twoje wspomnienia... myslalam, ze wszystko przebiegnie jednak inaczej, gdy
      zakomunikowalas ze wlansie jedziesz do szpitala.
      sciskam serdecznie
      Anka i 37 tyg. Maciuś
    • atlantis75 Jolu :))) 07.06.04, 11:47
      No czekam na tę nowelę o Towich przejściach wink
      Chyba Ci trochę zazdroszczę tej cesarki, bo uratowałaś krocze!
      A blizna na brzuchu do wesela się zagoi smile

      Cieszę się bardzo, że się odezwałaś, bo wszystkie tu na Ciebie czekałaśmy z
      niepokojem. Fajnie, że Twoja Magda (nota bene moja imienniczkasmile jest już na świecie.
      Napisz jak się czujesz, czy nie masz baby bluesa. I trochę więcej szczegółów o
      porodzie przez cc. Niewiele na ten temat wiem. Czy łożysko też wyjmują, czy rodzisz
      je naturalnie? I czy mocno boli?

      Pozdrawiam Was!
      Atlantis w 18 tc

      Acha i zaglądaj tutaj smile
      • jola.wie atlantis 08.06.04, 08:52
        baby blues? w ciązy mało spałam, łatwo się wybudzałam i nie byłam zmęczona.
        Niestety, nie utrzymało sie to po rozwiązaniu smile)), jestem zdana na to, na co
        Madzia mi pozwoli, a bywa różnie, dzisiaj w nocy zafundowała mi dwa razy po
        trzy godziny (super!), ale wczoraj pamiętam każdą godzinę, sprawdzaną na
        zegarku. Ze zmęczenia trochę boli mnie głowa, ale funkcjonowac jakoś trzeba.
        Niestety nie jestem z tych, którzy zasypiają, jak przykładają tylko głowę do
        poduszki.... Ale niewyspanie przy noworodku jeszcze nikogo nie zabiło, więc
        myślę że i ja jakoś to przeżyję. Zestaw hormonalny niewątpliwie ułatwia dziwne
        reagowanie na problemy rzeczywiste i wyimaginowane, np. w niedzielę byłam
        zalana łzami, bo mieliśmy wyjść, a Mała cały czas wisiała na cycku, dzieciom
        się spieszy (syn szedł na urodziny do koleżanki), oni chcą iść beze mnie, a ja
        od trzech tygodni o niczym nie marzę, żeby tylko wyjść z czterech ścian....,
        wczoraj się poryczałam całując i tuląc Madzię, bo mi się przypomniała wizyta w
        domu Małego Dziecka sprzed lat i te dzieci, których nie ma kto całowac i
        tulić...., serce mi się rozrywa, bo nie pojadę na wakacje nad morze... itp., na
        Madzię się jeszcze tak naprawdę nie zdenerwowałam, bo wystarczy, że na nią
        spojrzę i mięknę...., a bywa upierdliwa. Jestem trochę dosunięta od syna i
        córki, bywam zniecierpliwiona ich towarzystwem, rozgardiaszem jaki robią i mam
        wyrzuty sumienia z tego powodu, ze ich zaniedbuję. Czekam, aż to minie.

        Co chcesz wiedzieć o cesarce? Łożysko oczywiście wyciągają w znieczuleniu i
        czyszczą macicę, masz pewność, że nic nie zostało. Boleć nie boli, jak rodzisz
        naturalnie to też nic nie boli.
        pozdrawiam
    • fenka Re: JESTEM! :-) 07.06.04, 14:27
      Jolu! Gratulacje i wspaniale, że znów jesteś i że Twoje wspomnienia są właśnie
      takie. Tylko nas nie opuszczaj, bo bez Ciebie to nie to samo wink
      • bluebaby Gratuluję Ci Jolu!!! Ja też już urodziłam! 07.06.04, 15:34
        Dużo zdrówka i radości!!!



        Może niektóre dziewczyny pamietają jak napisałam w miniony poniedziałek, że
        walnęłam sobie tą rycynę z sokiem
        pomarańczowym?
        O godzinie 22 koktajl i cisza ...
        Od 1.45 rozwolnienie i chlup wody mi odeszły ...
        O 2.15 telefon do połoznej. Kazała mi poczekać...
        Połozyłam się, zero skurczy, nic.
        O 4.15 pojechałam do szpitala.
        O 5.15 na izbę przyjęć.
        Dalej zero skurczy.
        O 7.10 urodziłam mojego Skarbusia!
        Nie miałam wcale skurczy. Tylko parcie na pęcherz.
        Po masażu szyjki za drugim parciem uodziłam... bez nacinania.
        Synuś ma na imię Pascal. Urodził się z wagą 3 kg, długi 56 cm.

        Muszę lecieć bo już jest głodny...
        • kluska39 Re: Gratuluję Ci Jolu!!! Ja też już urodziłam! 07.06.04, 15:49
          Bluebaby, ale super, gratuluje !!! a jak sie udalo bez nacinania? i bez zzo
          tez ??
          bardzo serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz gratuluje !!
        • kasiaba1 Re: Gratuluję Ci Jolu!!! Ja też już urodziłam! 07.06.04, 17:31
          Serdeczne gratulacje smile))))))))))))))))))))
          Buziaczki i uściski dla Ciebie i Pascala
          Więc jednak rycynka działa? wink
        • tupelo Re: Gratuluję Ci Jolu!!! Ja też już urodziłam! 07.06.04, 22:45
          Jeny, Bluebaby, szczesciara z Ciebie! Rodzic bez skurczy!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka