agentka1981
15.09.12, 21:22
Witajcie,
Piszę tutaj tylko dlatego, że kiedy byłam w ciąży szukałam tutaj informacji o porodzie, procedurach szpitalnych itd.
I tak, jestem już PO. Niedawno urodziłam zdrowego dzidziusia. Wszystko skończyło się szczęśliwie, ale... Opowiem po krótce o tym, jak było w szpitalu.
Zostałam przyjęta do szpitala tydzień po terminie porodu. Tak poleciła mi moja pani doktor.
Nic kompletnie się u mnie nie działo - prawie żadnych skurczy, "niedojrzała" szyjka macicy - słowem brak nadziei na poród.
Dwie pierwsze doby spędziłam chodząc po korytarzu w tą i z powrotem z cewnikiem Foleya utkniętym w szyjce (polecam lekturę na temat tego, co to jest i jak to wygląda). Cewnik miał sam wypaść, ale nie wypadł. Dwa kolejne dni to były kroplówki z oxytocyną, spacery po korytarzu i brak reakcji mojego organizmu na te działania. Do tego cały czas twierdzono, że być może termin mam źle wyliczony, chociaż pierwsze USG prenatalne potwierdzało określoną datę. Po tych czterech dniach bezskutecznych działań zalecono mi relaksację na oddziale patologii ciąży. Niecierpliwiłam się i martwiłam, dlaczego się nic nie dzieje. Mówili, że dziecko jest cały czas monitorowane i mogę być spokojna, bo w razie czego "wezmą mnie na stół". Byłam już zła i zmęczona. Długo jednak nie odpoczęłam bo szóstego dnia rano na badaniu odeszły mi wody. Ucieszyłam się, że finał blisko. Znowu znalazłam się na porodówce, gdzie podłączyli mi kolejną oxytocynę. Ta już zadziałała, bo z bólu chodziłam po ścianach niemal. Chciałam się naprawdę zabić, bo nie mogłam wytrzymać. Krzyczałam, prosiłam o pomoc, a jedyne, co usłyszałam to to, że mam nie krzyczeć, bo to się udziela innym pacjentkom. Miałam rodzić z osobą towarzyszącą, która przyjechała po południu do mnie. A i nadmienię, że rozwarcie miałam zaledwie na 3 cm, czyli kiepsko. Wieczorem ok. 19.00 przyszedł bardzo miły i fajny lekarz - powiedział, że skoro tak cierpię, to dadzą mi coś rozkurczowego, żebym mogła zasnąć i rano spróbujemy znowu. Polecił też zakończyć odwiedziny. Ucieszyłam się, bo już majaczyłam z tego wszystkiego. Środki, które mi podawali w ogóle nie działały. Jak zostałam już całkiem sama, to leżałam tylko w ciemnej sali i wyłam z bólu nie zdając sobie sprawy, że niedługo urodzę. Końcówka była najcięższa, ale z pomocą lekarza i położnej udało mi się urodzić (w 13 dobie po terminie, czyli niby mieszcząc się w granicach normy).
Ktoś by zapytał, o co mi chodzi. Piszę to, ponieważ mam niesmak i czuję, że powinnam była mieć cesarkę. Wiem, wiem, że po cesarce to niby ciężej, ale czy takie cierpienie, jakiego doświadczyłam było zasadne? Wiecie o czym myślałam w pierwszych dniach po porodzie? Było mi wstyd, że pomimo szczęśliwego finału, dałam plamę. Do tego, byłam bardzo osłabiona, a tu trzeba było się opiekować dzieckiem - dla kobiety, która po raz pierwszy jest matką nie jest to "bułka z masłem"!
Dzisiaj moja córka skończyła 3 tygodnie i czuję się już bardzo dobrze. Na szczęście zwalczyłam pierwsze objawy załamania po urodzeniu dziecka i mogę prawie normalnie funkcjonować.
Napiszcie, co myślicie o tym, żeby kobieta musiała za "wszelką cenę" rodzić siłami natury? Czuję, że tak było w moim przypadku, ale może się mylę...