Nie musiecie mi na ten watek odpisywac... Pisze zeby sobie ulzyc... Mam
potwornego dola! Moj facet ma wszystko gdzies! Remontuje pokoj od 2 miesiecy
i jeszcz ewiecje przed nim nic za nim. Martwi mnie to bo jestem juz w osmym
miesiacu. Mieszkam z nim na tych gratach gdzie prawie nigdzie nie mozna
zrobic kroku. Mam tego dosc. Wciaz sie o to klocimy. Dzis np. poszedl sobie
do kumpla i siedzial u niego pol dnia. Jest sobota, tak wiele moglby zrobic!
Bardzo chcialabym mu pomoc, ale nie potrafie gipsowac. Ze scianami moze bym
jeszcze dala rade ale sufit odpada. Tak sobie mysle ze skoro ma tylu kumpli
to czemu mu nie pomoga - "bo pracuja, maja swoje rodziny, itp" Mam ochote
przeniesc sie spowrotem do rodzicow. Mial tyle czasu zeby cos zdzialac.
Zawsze wypada mu cos wazniejszego. Mam tego dosc. Czesto sie o to klocimy, ja
zaczynam plakac a On tylko pyta czemu. Zamiast mnie przytulicm pocieszyc to
pyta "czemu"

DLa dziecka nie mamy jeszcze nic przygotowanego! Wszystko sie
sypie. Nie mam juz sily. Tyle razy o tym rozmawialismy. Nie wiem dlaczego nie
potrafi niczego zrozumiec? Dzis spie u rodzicow. Nie mam ochoty tam wracac i
znow patrzec na ten caly syf!!!! Beznadziejnie sie czuje! Pewnie przecyztam
to za pare dni i stwierdze ze tylko zawracam glowe i stwarzam problemy. Mam
teraz dola i musze to z siebie wyrzucic. Mam nadzieje ze to po czesci z
powodu hormonow, i sprawa ne jest az tak bezndziejna jak mi sie wydaje...