Gość: Jan Osik
IP: 142.94.86.*
17.11.04, 04:02
Dlaczego jest tak źle, kiedy jest tak dobrze
Analogią pisania artykułów o ludziach, zwłaszcza na stanowiskach, może być
czesanie. Można z włosem, a można i pod włos. Czesząc z włosem podmiot
naszych zabiegów wychodzi gładki, wylizany i przede wszystkim z dobrym
samopoczuciem, jak na fotografii rodzinnej.
Z natury jestem przekorny i osobiście, jako autor czy czytelnik, wolę pod
włos. Podmiot naszych zabiegów wychodzi może zmierzwiony, ale bardziej ludzki
ze swoimi ułomnościami i wadami, zwłaszcza gdy przy okazji odkrywamy zaczeski
mające ukryć łysiejące miejsca. Zaletą tej ostatniej metody jest to, że
obnaża rzeczy, które miały być ukryte przed opinią publiczną, wadą zaś:
czasami wywołuje histeryczne reakcje.
No i dostało mi się od samozwańczego "cenzora" z Kongresu za moje
(cytuję) "pięcioszpaltowe, zauroczone (?), spaczone (?), zgorszeniowe (?) i
oburzeniowe krytykanctwo" zawarte w artykule pt. "Od zarządu dialogu do
zarządu odwetu" -podsumowującym pracę ustępującego Zarządu Głównego Kongresu
Polonii Kanadyjskiej, a który przy okazji poucza polonijne media, co wolno
pisać na temat prezesa tej organizacji. Wynika z tego, że najlepiej nic nie
pisać, bo nam, polonijnym prostaczkom, wara od krytycznej oceny KPK i jego
zarządu. Przepraszam, ale to już przerabialiśmy w mojej komunistycznej
ojczyźnie PRL-u.
Doprawdy rozśmieszył mnie paternalizm przedstawiciela KPK połączony z
narcystycznym egotyzmem i pełnym aluzji, ale mało czytelnym jazgotem w
listach do redakcji "Gońca", gdzie Redakcja na wstępie
zaznacza: "Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne,
chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł". Nic dodać, nic ująć.
Po latach młodości spędzonych w PRL-u, cenię sobie Zachód za wolność
myślenia, prawo do niezależności poglądów i ich wyrażania, jak również
niezgadzania się z rządzącym establishmentem, bez obawy o policyjne represje.
Po ukazaniu się artykułu największym problemem, jak podkreśla w swoim liście
Bohdan Ejbich, była niemożność ustalenia mojego telefonu i adresu. Czy po to,
aby wymienić poglądy? Nie sądzę, gdyż jak podano, z "paszkwilem" się nie
polemizuje. Publiczne ujawnienie przez członka Komisji Rewizyjnej KPK, że
próbowano zebrać informacje o mnie, naruszają obowiązujące prawo o ochronie
dóbr osobistych i jest niczym innym tylko szpiclowaniem osób, które mają
odwagę myśleć inaczej. Jest to powód do głębokiej troski dla nas wszystkich.
Ale są i dobre strony. Po artykule otrzymałem słowa poparcia od działaczy
organizacji kongresowych oraz ludzi niezwiązanych z KPK, którym leżą na sercu
sprawy Polonii i jej właściwej reprezentacji w życiu politycznym Kanady.
Wdzięczność za to, że jest ktoś, kto ośmielił się wypowiedzieć publicznie to,
o czym poszeptuje się w kuluarach organizacji polonijnych. Również dotarłem
do materiałów na temat działalności ZG KPK, które kursują wśród organizacji
kongresowych, ale o których szersze grono nie jest informowane, choć
materiały te nie są objęte klauzulą tajności. Są to materiały ciekawe, które
dają dużo do myślenia, choć po przeczytaniu budzą niesmak i wstyd na
pożałowania godny stan naszej polonijnej sceny politycznej.
Każdy z nas ma prawo zadać proste pytanie: "Co obecny zarząd KPK osiągnął
dla naszej grupy etnicznej?". Okazuje się, że po odrzuceniu wszystkich
reprezentacyjnych uroczystości, przecinania wstążeczek i uśmiechów do
uroczystych fotografii, wychodzi na to, że nic. Podobnie jak w bajeczce o
nowych szatach króla, nasza polityczna reprezentacja jawi nam się goła jak
święci tureccy. A czy tylko ja widzę indolencję i nieudolność obecnej ekipy?
Nic podobnego. W liście jednego z działaczy okręgowych KPK z czerwca tego
roku do wszystkich organizacji kongresowych znajdują się między innymi
następujące sformułowania, które odzwierciedlają głęboki kryzys zaufania: "Z
bólem stwierdzamy, że obecny Zarząd Główny KPK, nie jest zdolny reprezentować
Polonię Kanadyjską ani bronić interesów Kanadyjczyków polskiego pochodzenia"
oraz "Postępowania Zarządu Głównego KPK budzą często wątpliwości czy Zarząd
Główny jest w pełni świadomy faktu, że Kongres Polonii Kanadyjskiej jest
organizacją kanadyjską, całkowicie niezależną od władz Rzeczpospolitej
Polskiej"!
Dlaczego jest tak źle, skoro nasza polonijna góra twierdzi, że jest tak
dobrze? Trudno być spokojnym, kiedy patrząc na poczynania prezesa Sobockiego,
rzuca się w oczy zupełna nieznajomość zasad zarządzania, a o przywództwie
(leadership) to już lepiej nie wspominać. I kogo tu obwiniać, jak nie osobę
stojącą na szczycie Kongresu, za taki, a nie inny, stan rzeczy.
Zarządzanie firmą, kierowanie organizacją społeczną, polityczną, a nawet
rządzenie państwem ma z sobą wiele wspólnego. Nie jest to dar nadprzyrodzony,
ale sztuka, którą można posiąść. Ronald Reagan był tylko aktorem z zawodu i
wszedł do historii, jako jeden z najbardziej wybitnych prezydentów Stanów
Zjednoczonych, bo potrafił otoczyć się zespołem ludzi, którzy wnieśli to,
czego sam nie posiadał.
Tak się składa, że w Polsce ludowej zarządzania nie wykładano nawet na
uczelniach wyższych, gdyż jak podaje B. Górska, autorka wielu artykułów na
temat systemu edukacyjnego w PRL-u, nastawienie było na produkowanie
uległych, pokornych i poddanych. W socjalistycznej gospodarce nakazowej
ostatnią rzeczą, której oczekiwano od kadry kierowniczej, była inicjatywa i
umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji.
G. Sobocki jest produktem polskiej uczelni technicznej z czasów PRL-u i
podczas jego kadencji jako prezesa Kongresu można zauważyć szreg książkowych
wręcz błędów zarządzania, które pomagają zrozumieć, dlaczego jego ekipa
zawiodła:
*Nieumiejętność stworzenia zwartego i oddanego zespołu. Kierujący musi być
dobrym "team-player", który potrafi stworzyć i poprowadzić zróżnicowany
zespół, bo tylko taki gwarantuje kreatywność i efektywność działania,
zwłaszcza gdy się ma do czynienia z tak zróżnicowaną organizacją, jaką jest
Kongres.
Nie jest tajemnicą, że obecny Zarząd Główny KPK jest patologicznym
przypadkiem "dysfunctional family". Wewnątrz zarządu działa "egzekutywa" -
nieformalna grupa skupiona wokół prezesa - która decyduje o większości spraw,
zanim trafią na zebrania zarządu. Wywołuje to zniechęcenie i wyobcowanie
pozostałych członków zarządu, którzy czują się nieinformowani oraz mają
poczucie, że w ZG wyznaczono im tylko rolę firmowania decyzji "egezkutywy".
Niezdrowy układ spowodował odejście kilku działaczy. Każdemu, kto wychował
się w PRL-u, przychodzi tu na myśl "klika" - grupa klakierów i przytakiwaczy
orbitujących wokół lidera, spojona wódczano-biesiadnymi relacjami - która
była nieodzownym elementem komunistycznej sceny politycznej.
Odrzucenie przez prezesa Kongresu zaproszenia do uczestnictwa w opracowaniu
projektu ustawy regulującej status "nielegalnych" wystosowanego przez
ministra Judy Sgro można wytłumaczyć nie tylko brakiem wizji, ale przede
wszystkim nieumiejętnością stworzenia zespołu specjalistów polonijnych, który
by się zajął tym zagadnieniem pod szyldem Kongresu. Późniejsza dyskusja, jaka
wystąpiła na łamach prasy, ujawniła, że takich osób wśród Polonii nie
brakuje.
*To, co się robi, jest ważniejsze niż to, co się mówi, w przeciwnym razie
traci się wiarygodność. Po wyborach Sobocki złożył publicznie oświadczenie,
że nowo wybrany ZG (cytuję) będzie zarządem dialogu, otwartym na współpracę
ze wszystkimi oraz postępowanie ZG będzie cechować pokora i co więcej, będzie
szanować niezależność i samorządność organizacji członkowskich.
Jak to prezes rozumie, okazało się, kiedy wystąpiły różnice zdań wewnątrz
zarządu odnośnie do zajęcia stanowiska wobec wypadków w Credit Union oraz po
proteście na samowolę prezesa rwącego się do pozbywania członkostwa w Radzie
Kongresu szeregu "nieposłusznych" organizacji polonijnych. Mit dialogu
prysnął, kiedy