polonus5
21.10.08, 03:41
Czytam od tygodnia - także w "Metrze" - analizy, komentarze,
raporty, uspokajające obietnice doradców kredytowych i zapewnienia
banków o stabilnej sytuacji w Polsce. Słucham rodziców, przyjaciół,
znajomych, kolegów z pracy. I w całym tym szumie nie mogę przestać
myśleć, że jestem frajerem.
Krach finansowych podwalin świata uderzył mnie w twarz w szczególnym
momencie. W styczniu powiększy mi się rodzina. Pchnięty tą radosną
wiadomością postanowiłem działać - kupić mieszkanie, w którym każda
z dwóch pociech będzie miała swój pokój, my z żoną wymarzoną
sypialnię ze skosami, garaż i większy ogródek. Bardzo szybko
znalazłem segment w niezłej cenie - ponad 600 tys. za 140 m kw. pod
Warszawą. Dom już stoi, można oglądać, można się w nim zakochać.
Trzy tygodnie temu byłem pewny swego - 30 lat, stała praca,
zarobki "w porządku", własne dwupokojowe M warte ok. 500 tys. zł (za
tyle sprzedał sąsiad, chociaż miał brzydszy ogródek), rodzice w
razie czego pomogą itd., itp. Zacząłem chodzić po bankach. Jeden,
drugi, trzeci - we wszystkich miałem zdolność kredytową. Na całość
albo jeszcze więcej. Było super.
Zrobiłem szybkie obliczenia. Wezmę kredyt, ale nie na cały segment,
tylko na, powiedzmy, 500 tys. Resztę dopłacę deweloperowi, jak
sprzedam swoje lokum. W agencji nieruchomości potwierdziłem, że mogę
sprzedać swoje 60 metrów z ogródkiem teraz, ale umówić się na
wyprowadzkę za trzy miesiące. W tym czasie wykończę segmencik,
spłacę 300 tys. kredytu, zostanie go mało, więc będzie niska rata -
ok. 1000 zł. Będziemy mieszkali wygodnie, przeprowadzimy się na
gotowe. Proste.
Przyszedł krach i szlag wszystko trafił. Tzn. nadal mam mieszkanie i
zarobki "w porządku", ale dla banków już nie jestem klientem,
którego wita się z uśmiechem. Wybrany bank zaczął sprawdzać moje
karty kredytowe, np. kartę Ikea, z której nigdy nie skorzystałem.
Okazało się, że w systemie istnieje, a wraz z nią możliwy do
zaciągnięcia dług - chyba 9 tys. Do tego cholerny telewizor. Kupiłem
na raty, te spłacam regularnie, ale bank, który kredytował pożyczkę,
podarował mi wraz z telewizorem limit na karcie (też chyba z 9
tys.). Zdolność runęła w dół, jak indeksy WIG, chociaż z tych
wirtualnych pieniędzy nigdy nie korzystałem.
Wciągnąłem żonę w interes, wraz z jej zarobkami, zadeklarowałem też
wyższy wkład własny i samochód - jako majątek posiadany, zamknąłem
kartę Ikea. Udało się. Wpłaciłem dwa tysiące deweloperowi za
rezerwację. To było w środę, w piątek załamały się giełdy na całym
świecie.
I teraz się boję. Kredyt został mi przyznany, ale będzie
uruchomiony, gdy przyniosę do banku umowę przedwstępną z deweloperem
(kolejna wpłata 3 tys.). Termin mija za trzy dni. Jednak ja już się
zdecydowałem, że nie wezmę pożyczki.
Nadal czytam analizy, komentarze, raporty, uspokajające obietnice
doradców kredytowych i zapewnienia banków o stabilnej sytuacji w
Polsce - i już nie wierzę, że jestem gość i że mnie stać. Czarna
wizja jest taka: segment, który kupię na kredyt, za pół roku nie
będzie tyle wart, co dziś. Swojego mieszkania nie sprzedam za tyle,
co sąsiad (chociaż miał brzydszy ogródek). Zostanę z kredytem, z
niewykończonym mieszkaniem, a to, które mam, sprzedam za bezcen,
żeby ratować inwestycję. A do tego znajomi i przyjaciele kupią sobie
za rok ładniejsze rezydencje za połowę ceny mojego segmentu.
Nie. Nie wezmę kredytu. W końcu w dwupokojowym mieszkaniu można
wygodnie bytować z dwójką dzieci. Odmalujemy porządnie, wymienię
podłogę, w Ikei kupimy coś dla drugiego dziecka, w sklepie sprzęt
pasujący do tego nowego telewizora. Będzie świetnie.
Jednak i tak czuję się jak frajer. I nie chodzi nawet o te 2 tys.,
które stracę (trochę boli). Czuję się jak frajer, bo się spóźniłem.
Pół roku temu cała operacja byłaby bezbolesna. Już byśmy kładli
kafelki. I choć żona się ze mnie śmieje, mówi: "Głuptasie, no co ty,
przecież jest super", ja mam wrażenie, że zawiodłem.
gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,5828225,Przestalem_wierzyc__ze_stac_mnie_na_wieksze_mieszkanie.html