imka.allegro
03.03.10, 19:11
Dzień pierwszy ==================
Prolog: łapiąc bagaże do wywleczenia z domu, ułamałam uchwyt walizki... 'Zły
omen' - pomyślałam. No ale po kolei.
Dramatis personae:
my - ja i TZ, wystawieni do wiatru przez TUI;
MTZ - mama TZ, namawiana na wyjazd trzy lata, wystawiona jak wyżej;
KZP - kolega z pracy, namówiony przy okazji, a wystawiony do wiatru przez
Logostour, który nie zorganizował wyjazdu w styczniu.
Efekt: wszyscy jedziemy z Rainbow Tours, program Wzdłuż Nilu (bo jeden dzień
krócej w Hurghadzie niż 'wygodni'), KZP w opcji 'ekonomicznej', czyli pobyt w
Empire, ja z rodziną w opcji 'de-lux-full-wypas-drogo-jak-cholera', czyli
Steigenberger. Nie uprzedzając zbytnio wypadków napiszę tylko, że znacznie
lepiej na wyborze hotelu wyszedł KZP.
Początek standardowy, czyli taksówka przed szóstą rano, jazda na Okęcie,
temperatura około minus pięć, szukanie KZP który zawieruszył się na terminalu
1, a odprawa na 2... no, wszystko w normie. Odbieram dokumenty, zaliczamy
(gubiąc rachubę) wszystkie przejścia, bramki, kontrole i inne gejty, bezcłówkę
olewamy (TZ rzucił palenie ponad rok temu), start, ziewanie, lot na szczęście
lotowski (limit bagażu 18 kilo, loty z innych miast nie miewają tyle
szczęścia), samolot ten sam co trzy lata temu, SP-LLE, catering też, wszystko
po pięć, tylko kanapki po dziesięć ;) Na pokładzie klienci Triady, Alfa Star i
Rainbow, alkoholików nie zauważyłam, lot idealny.
Start punktualny, lądowanie punktualne, godzina 14, temperatura plus 17...
żżżżże co proszę? Czy my aby na pewno w Hurghadzie wylądowaliśmy?!;)
W hali wyłapuje nas pan krzyczący, a jakże, 'rambo, rambo!', dostajemy od
niego druczki wjazdowe, TZ leci kupić cztery wizy, przy okazji resztę odbiera
w funtach i wymienia 100$ (kurs 5,45) - mamy pierwsze drobne. Kolejki spore do
odprawy paszportowej, ale facet w budce do której stoimy jest chyba w trakcie
bicia jakiegoś rekordu w szybkości odprawy - tak na oko dwanaście osób na
minutę :)) Oczywiście robi sie zator za odprawą, bo drugi pan wypuszczający
nas z hali i sprawdzający wizy jest jeden, a boksów odprawowych było z pięć,
więc teraz ci wszyscy ludzie się tłoczą, pan opanował jezyk polski w stopniu
wystarczajacym, krzyczy 'wiza, stempel, wiza, stempel, wiza, stempel!!', jak
ludzie maja pootwierane paszporty to idzie prędzej, no... udaje się,
wychodzimy i czekamy chwilę na bagaże. Pojawiają sie dość szybko, wyłapujemy
własne, wychodzimy - i jesteśmy w Egipcie :) Stwierdzam przy okazji, że
zgruchmiono mi uchwyt walizki, ten od wyciaganej rączki. Zmiażdżony, wyciągnąć
jeszcze można ale szybkie manewry wykluczone. Walizka powoli staje się nie do
użytku, nic to, za trzy dni będziemy w Luksorze, to pójdę sobie do 'mojego'
sklepiku na nabrzeżu i kupię drugą identyczną :)
Zgarnia nas rezydent Rainbowa, prowadzi (spory kawałek) do autobusu, mówi że
poczekamy jeszcze chwilę, bo zaraz lądują Katowice, w autokarze wszyscy
gromadnie włączają komórki, pikanie dziesiątków SMSów operatorów witających
nas na tej ziemi egipskiej obiecanej, do mnie jako pierwszy dochodzi SMS z ...
pracy ;-/ Ponoć niedaleko Empire jest kafejka internetowa, się skoczy, się
załatwi.
Dosiadają się ludzie z następnego lotu i wyjeżdżamy z lotniska, zatrzymując
się przy kilku hotelach i zostawiając po parę osób na pobyty - reszta trafia
do Empire. Zakwaterowanie, pokoje średnio paskudne, trzecie piętro, sporo
schodów, zdezelowana winda, no, empirowa norma dla 'przelotowców'. Po lekturze
forum zero zaskoczenia.
Ok. 17:30 ruszamy 'w miasto'. Skręcamy w prawo od hotelu, lokalizuję kafejkę
internetową po lewej (nawet ma napis Gadu-Gadu na szybie :) potem 'na nosa'
polecaną cukiernię El Zahraa (na nosa - bo pachnie ;) oblatujemy z tuzin aptek
w poszukiwaniu Intetrixu, Antinal jest w każdej, Intetrix w co czwartej, ceny
niezmienione, 5 i 12 LE.
Wracamy przed siódmą na kolację, TZ urządzą pierwszy kabaret myląc się przy
płaceniu za napoje i dając banknot 50 LE zamiast pięciofuntowego - kelner o
dziwo reaguje, oddaje 50, TZ zostawia mu 5 LE bakszyszu, kelner sie wybałusza
na bakszysz tak jak my na niego, że oddał pomylone 50 ;)
Pierwsza noc z atrakcjami. Padam na łóżko jak zwłoki, zasypiam w ułamku
sekundy - około północy budzi mnie łomot. Ktoś się dobija do jakiegoś pokoju,
waląc pięścią w drzwi. Prawdopodobnie pijany, prawdopodobnie do pustego
pokoju. Na piętrze cztery pokoje zajęte, cztery wolne, nie mam siły (i ochoty)
interweniować, reszta chyba też nie, przetrzymuję te pół godziny walenia,
zasypiam. O 4:30 budzi mnie jazgot na korytarzu. Ewidentne idiotki, ewidentnie
z Polski, właśnie się kwaterują i czekają na bagaże. Nie to, że głośno
rozmawiają - one wrzeszczą. Jedna, widać normalniejsza, próbuje uspokajać
koleżanki, 'daj spokój, tu nikogo nie ma!' - wrzeszczy inna.'Rano jest, pownni
już wstawać!' - dokłada druga. Nie wytrzymuję, zakładam na siebie po omacku
spodnie i polar i wychodzę na korytarz. Słysząc otwieranie drzwi idiotki
usiłują... uciec! Pełnoletnie (rzekomo) osoby o mentalności przedszkolaków.
Idiotki spuszczają z tonu, rozmawiają już normalnym głosem, to mi nie
przeszkadza, wracam do łóżka, zasypiam. Na krótko - o 5 daje znak życia
muezin, cholera, ten magafon jest chyba na minarecie 20 metrów od okna... ;->
Dzień drugi ==================
Wstajemy o siódmej. Po bardzo przyzwoitym śniadaniu wychodzimy z hotelu, TZ
zdążył namierzyć wczoraj akwarium, idziemy obejrzeć.
Odwieczny dylemat 'warto/nie warto', to samo co przy wszystkich łodziach ze
szklanym dnem, katamaranach i innych aquascope'ach.
Powtórzę swoje zdanie - dla osób które nie pływają i nie nurkują - na pewno
warto. Nasza trójka była bardzo zadowolona. Bilety po 15 LE plus 5 LE za jeden
aparat i prawo do fotek.
Akwarium malutkie, pilnujący chłopaczek najwyraźniej z łapanki, zgubił się
przy mnożeniu (na kalkulatorze!) 3 x 15, i już zupełnie nie rozumiał o co mi
chodzi przy tych dodatkowych pięciu funtach ;-> Dobrze wyczułam, po kwadransie
przyszła etatowa uśmiechnięta Arabka :)
Pogoda jak nie w Hurghadzie, nadal poniżej dwudziestu stopni i bardzo silny
wiatr. Idziemy w Dahar, tam cieplej ;)
W banku wymieniam trochę kasy, kurs 5,46. Zerkam z ciekawości na pocztę - w
środku jak u nas w dniu wypłaty emerytur i płacenia rachunków ;-> Zahaczamy o
mała pijalnię soków, mango i limonka.... mniam! :) TZ jako gratis dostaje
dodatkowo sok z trzciny cukrowej, MTZ próbuje - 'Trawa' - krzywi się ;)
Siedzimy na rogu, pusty placyk wokół, w pobliżu meczet.
Wracając wstępujemy do cukierni - nie jest przereklamowana :) Zapach,
ekspozycja, kolory - nie wiadomo za co się łapać :) Kupuję małą 'bombonierkę'
z efektownymi ciasteczkami, z zamiarem zjedzenia ją 'jakoś przy okazji' -
objechała Egipt, wróciła z nami do Polski i dopiero tutaj została pożarta :)
O 12 w hotelu spotkanie z pilotką. Podejrzewam, że piloci najbardziej chyba
nie lubią ludzi, którzy już na takiej imprezie byli - gryzę się w język co pół
minuty, żeby nie podpowiadać, komentować, potwierdzać czy zaprzeczać... ;-/
Statek podobno ma być dobry, lepszy od Ra. Tiaaa...
Przelatuję grupę wzrokiem, szukam idiotek... oddycham z ulgą, nie ma ich,
widać są nie z tej bajki ;)
Popołudnie i wieczór poświęcamy na dalsze wałęsanie się po okolicach hotelu.
Oglądamy Empire Beach - wiatr wywiewa mnie z plaży. Wchodzę do kafejki
internetowej napisac maila - pół godziny 1 LE, godzina 2 LE - to cennik dla
miejscowych. Dla obcych - pół godziny za 2 LE. W porównaniu z 15 LE za pół
godziny w Empire cena żadna, komp sprawny, połączenie bardzo przyzwoite,
kafejkę polecam z czystym sumieniem. Kolacja, inny kelner, cwany, probuje mnie
podliczyć na 5 LE więcej niż wczoraj za to samo. Po kolacji ciemno, podpinamy
się pod KZP (ma statyw! ;) i idziemy fotografować się pod duży meczet :)