miriam_73
27.09.12, 16:26
Tym razem organizowałam na „łapu capu”, na totalnie wariackich papierach na nieco ponad tydzień przed wyjazdem. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, po egzaminie w końcu sierpnia, początek września jakoś mi się jeszcze względnie, siłą rozpędu i resztek adrenaliny toczył, po czym znienacka obudziłam się pewnego piękno poranka z dziwnym uczuciem. Wentyl. Tak, wyciągnięty z spuszczony do cna. Dętka. Kicha. Zdechł pies. Muszę wziąć parę dni urlopu, bo długo nie pociągnę.
Telefon do szefa, nie jest zachwycony moim pomysłem, ale w końcu wyraża zgodę. Jedna przeszkoda pokonana. Początkowy trop: Marsa, plaża i nicnierobienie z przerwą na nurki. Nuda. Nie, poszukam safari. Znajduję dwa pasujące terminy na tanienurkowanie.pl. Pierwsza próba i skucha, nie ma już wolnych miejsc na Infinity. Próba druga – Afrodyta, podobna trasa - północno-wrakowa. Wstępna rezerwacja założona, ale za chwilę mail – proszę czekać, nie wiadomo czy będzie miejsce dla kobiety… Grrr. Po paru godzinach oczekiwania – jeeest! Udało się przemeblować rozłożenie kajut tak, żeby znalazło się dla mnie miejsce. Przy okazji dowiaduję się, że ekipa na safari to ludzie z Polski. OK, nie trzeba będzie gimnastykować języka non stop. Wpłata potwierdzenie i teraz pozostaje tylko odliczanie czasu do wylotu.
Tak na marginesie: żeby wybrać się na safari, wcale nie trzeba nurkować. Zawsze można pojechać np. jako osoba towarzysząca i np. snurkować, jeśli się da (na tej trasie w większości wypadków - były odpowiednie miejsca).
Dzień wylotu (piątek)
Lecę z czarterem Alfy, wynalazek o nazwie Small Planet. Opinie w sieci średniociekawe, ale to na szczęście tylko 4 godziny. Wylot wg planu 18.50, oby nie było poślizgu.
W czwartek wieczorem klamoty zapakowane, zamknięte, aparaty w pogotowiu, koty chodzą nafukane bo już widzą, co się święci. Będą się odobrażać przez cały kolejny tydzień po moim powrocie.
W piątek rano na parę godzin do pracy, „pozamiatać” bieżące sprawy i wio na lotnisko. Odbiór biletu ze stanowiska Alfy, szybka odprawa, oczywiście na security musieli mi wszystko rozbebeszyć, kazali wyjąć nie tylko iPada, ale też oba aparaty, lampę błyskową i automat. Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, naprawdę.
Wylot punktualny, w samolocie przeraźliwie ciasno, cwaniaki za „drobną” dopłatą (kilkadziesiąt zł od łebka w jedną stronę) można dostać pierwszy rząd albo miejsca w środku przy wyjściach awaryjnych – tam jest więcej miejsca na nogi. Ja siedzę w 25 rzędzie przy oknie, wygodny kącik, da się przeżyć, blisko wyjścia. W czasie lotu dwa razy płatny serwis.
Hurgada o 23 wita nas lekkim wietrzykiem i całkiem przyjemną temperaturą. Nie ma skwaru, choć w terminalu jak zwykle jest duszno. Szybki zakup wizy, okienko paszportowe i już czekam na torbę. W końcu jest. Wychodzę rozglądając się za jakimś śladem znaku Afrodyty. Nie ma. Za to jest grupka ludzi przy wejściu, już zafajkowanych i tonących w kłębach siwego dymu, którzy ewidentnie wyglądają na nurasów. Trafiony – zatopiony. To moi towarzysze „niedoli” na najbliższy tydzień. Czekamy jeszcze dłuższą chwilę i w końcu pojawia się Magdi, jak się okazuje, jeden z naszych przewodników nurkowych w nadchodzącym tygodniu. Zbieramy klamoty i ładujemy się do autokaru. Po jakimś kwadransie docieramy do nowej mariny (koło dyskoteki Papa’s), podjeżdżamy po pirsie pod samą łódź. Szybki rozładunek, od razu każdy wywala do skrzynki ekwipunek, wybieramy sobie miejsca i butle, które będą nam służyć w czasie safari. Na tydzień żegnamy się z butami, które wędrują do skrzynki. Małe zamieszanie z numerami kajut i w końcu każdy jest już na swoim miejscu. Okazuje się, że oprócz 11 nurasów z płockiego Moby Dicka, plus 3 dodatkowych osób z PL (w tym ja) będzie z nami jeszcze płynęła siódemka Czechów, którzy dotrą na łódź ok. 6 rano. Ergo: nici z 4 nurków w sobotę, rannego nie da się zrobić, bo przed śniadaniem nie wyjdziemy z portu. Idziemy spać.