imtheboss
18.03.07, 22:00
Witaj Pandoro,
z tygodniowym opóźnieniem, ale tak jak obiecałem chcę się podzielić
wrażeniami z Vaughantown. Nie jest to łatwe bo wrażeń ogrom - zarówno
językowych jak i towarzyskich.
Może zacznę od początku. Organizator pamięta o wszystkim i każdy najmniejszy
krok jest zaplanowany , jednak z lotniska trzeba udać się do hotelu i od
tego momentu zaczyna się przygoda z językiem. Całe szczęście metro w Madrycie
jest banalnie proste w obsłudze i nawet nowicjusz sobie poradzi. Tak więc po
zameldowaniu się w hotelu mamy wieczór na szybkie zwiedzanie centrum Madrytu
i nabranie sił na kolejne sześć dni naprawdę ciężkiej pracy. Uwierz mi.
Prawdziwa wielka przygoda z językiem angielskim zaczyna się rano , kiedy to
wspólnie z „Anglosami” wsiadamy do jednego autobusu. Organizatorzy sami
dobierając ludzi w pary tak aby każdy uczestnik siedział z jednym Anglosem i
dalej to już tylko konwersacja .Pochodzą oni z różnych zakątków kuli
ziemskiej : Irlandii , Szkocji , Walii , Anglii , USA , Canady , Nowej
Zelandii , Austalii. Przynajmniej ja miałem przyjemność uczyć się z tak
doborowym towarzystwem. Wbre pozorom najtrudniej było mi z Australijczykiem!
Po dojechaniu do hotelu,który jest na pustkowiu i tonie w luksusie chwila
przerwy (każdy swoim pokoju - prawdziwy luksus). Następnie obiad i znów
układają nas przy stolikach aby było dwóch Angolii i dwóch kursantów ( ja
byłem sam jako Polak w mojej grupie , więc było mi obojętne z kim siedzę i
tak do komunikacji mogłem używać tylko języka angielskiego ). Później sesje
jeden na jeden ze zmianą co godzinę - przeskok z Amerykanca na Irlandczyka
był szokiem. Każde spotkanie rozpoczyna się od poznania jakiegoś ciekawego
zwrotu plus idiom lub coś jeszcze i to jest zaczątkiem rozmowy. Dużo więc
zależy ode mnie o czym rozmawiamy. Ja dużo o swojej pracy i tematyce
biznesu. Inni slyszalem na kazdy mozliwy temat. Po zajęciach około 8 – 8.30
jest kolacja i bajka zaczyna się od nowa , ten sam układ co przy obiedzie a
potem rozrywka wieczorna. Rano trzeciego dnia po przebudzeniu chwila
zwatpienia w jakim języku mam pomysleć, że nie chce mi się spać. Uwierz mi,
że intensywność zajęć przerosła mnie. Były momenty ogromnego zmęczenia, to
prawda. Szczególnie po czwartkowym nocnym balu! Poza sztywnym programem sesji
jeden na jeden były także zajęcia grupowe polegające na pracy zespołowej
najczęściej czterech osób. Wykonanie prostej scenki (teatrzyk , skecz) ,
opracowanie strategii sprzedaży nowego produktu lub coś innego. POnadto
trzeba przygotować i przedstawić dwie prezentacje. Z jedną trzeba przyjechać,
a drugą robi się na miejscu. Największym wyzwaniem dla mnie były
telekonferencje telefoniczne. To też część programu i ogromny kopniak
językowy. Bez relacji twarzą w twarz zozumienie Aglosów było wyzwaniem.
Podsumowanie :
1. Bardzo dobrze przygotowane jest to pod względem logistycznym . Oprócz
zapłaty za „uczestnictwo” nie trzeba właściwie o nic się martwić.
2. Wysoka 'jakość' ANGOLII - z reguły są to osoby z wyższym
wykształceniem , bardzo spokojne , wesołe i miło usposobione (może miałem
szczęście w każdym programie są inni)
3. Ogromna korzyść językowa - kosmiczna dawka prawdziwego języka po 15 godzi
dziennie i naturalny rozwój gramy, wymowy i przede wszystkim słownictwa.
4. Na koniec to super przygoda dla „odważnych” .
Aha, no i jednak spotkałem tego Vaughan'a. Otwiera każdy program - super
mówca, hipnotyzuje słuchaczy i jest skuteczny. Co ty na to? POzdrawiam