esmeralda_2
02.04.10, 07:55
partnerstwo.onet.pl/1602284,3505,1,artykul.html
Dlaczego zwykły ruch uliczny dostarcza nam tak wielu emocji? Zwyczaje związane
z wpuszczaniem innych samochodów, ostrzeganiem innych przed policją mogą dać
nam jakiś obraz człowieka. A co trzyma on w schowku, jak przeklina i jakiego
słucha radia?
Są miejsca, w których dokonujemy szczególnych wyborów. Ustawiamy się na
właściwym pasie ruchu i czekamy długo w swojej kolejce albo jedziemy drugim
pasem, licząc, że ktoś nas wpuści. Wyobraźmy sobie, że jest ciemny
październikowy wieczór albo mroźny styczniowy. Co robimy i czy zawsze to samo?
Większość kierowców ustawia się na właściwym pasie, by nie prosić o
wpuszczenie. Gdy stoimy na właściwym pasie, pozostają nam – wobec tych z boku
– dwie strategie, dwa odruchy. Proste, ale głębokie. Pierwszy odruch jest
taki, by „zagęszczać”. Zagęszczanie polega na tym, by tak przybliżyć się do
samochodu przed nami, by nikogo nie wpuścić. Czy stoi za tym złośliwość, czy
intuicja sprawiedliwości w wersji „każdemu po równo”: ja stałem – ty stój?
Wydaje się, że jest to wersja klasyczna, ludzkie zachowanie podstawowe. Jest
ono skuteczne, póki nie zakłóci go niepokój: może jestem chamem? Czy czujemy
się tak, widząc te chcące wjechać z lewej samochody? Odwrotną strategią jest
wpuszczanie, wcale niełatwe. Osoby małostkowe i sprawiedliwe niepokoją się,
czy wpuszczony im podziękuje, bo nie chcą poczuć się wykorzystane.
Podziękowanie je uspokaja. Co jednak z następnym i następnym samochodem, który
chce być wpuszczony? Gdy wpuścimy następny i następny, możemy poczuć się
naiwni. O, rzadko człowiek ma taki luzacko cyniczny nastrój: „Proszę!
Wjeżdżajcie śmiało!”.
Istnieje teoria, według której, gdy chcę, by ktoś mnie wpuścił, muszę wejść z
nim w kontakt wzrokowy. U źródeł tej teorii leży mocne założenie
antropologiczne, że wchodząc z kimś w kontakt wzrokowy, uruchamiam jakiś
czynnik ludzki, coś tajemniczego i obiektywnego – pierwotną relację „ja – ty”,
współczucie, gatunkową solidarność, której nie czuję z innym ssakiem?
Filozofowie różnie to nazywają, np. doświadczeniem „twarzy innego”. W tle tego
założenia leży założenie ogólniejsze, pochodzące od angielskiego filozofa D.
Hume’a, że istnieje powszechna sympatia między ludźmi. Zdarza się jednak, że
wchodzę z kimś w kontakt wzrokowy, a ktoś ostentacyjnie rusza, przecząc
humowskim iluzjom, a na twarzy gości mu czysta radość. Zwykle jednak zasada
Hume’a działa, ale – by tak rzec – od końca. Gdy nie chcemy kogoś wpuścić,
unikamy kontaktu wzrokowego, przybieramy tępą minę, gapimy się przed siebie,
by nie narazić nikogo na to dziwne zło – przypomnienie, że nie ma żadnej sympatii.
Nie ma sympatii, ale zdarza się bardzo przyjemna gorliwość podziękowań. Są
kierowcy, którzy cierpią na gorliwość podziękowań, nie chcąc okazać się
niewdzięcznym. Dziękują, zanim jeszcze staną równo, by nie narazić tych z tyłu
na zawód.
....
a w Szczecinie trzeba się wpychać, bo mało kto wpuszcza, a później klaksony i
ręce i słowa idą w ruch, kiedyś to facet, który nie chciał mnie wpuścić to
zaczął swoją złość wyładowywać na moim samochodzie. Później krzyczał, że nie
chciał mnie wpuścić mimo, że było dużo miejsca przed nim, ale wtedy
przyśpieszył jak zobaczył, że chcę wjechać przed nim. Chamstwo i agresja.