Dodaj do ulubionych

Rozmówki szczecińskie

11.03.04, 02:29
Formuła

Sekretarz usiadł wygodnie i już miał otworzyć usta, by przedstawić nowe
pomysły, gdy usłyszał:
- Będzie nowa formuła!
- Nowa formuła czego? - odważył się spytać Sekretarz.
- Współpracy, oczywiście! - również odważył się odpowiedzieć Prezydent.
- Temat nie był zapowiadany, po podróży nie mam przygotowanego nic
odpowiedniego - tłumaczył się szybko Sekretarz starając się nie tyle zyskać
na czasie, co wysondować zamiary szefa.
- Niczego nie potrzeba, wszystko gotowe
- Tym lepiej, tym lepiej - niemal mamrotał Sekretarz - zapewne zapowiada się
ciekawa dyskusja.
- Żadnych dyskusji nie będzie - Prezydent był precyzyjny, jak nigdy dotąd.
- W takim przygotuję wstępne założenia. Postaram się jak najszybciej.
- Wyraźnie nie zrozumiałeś, że wszystko gotowe.
- Wszystko? Plan, założenia, wstępny projekt... - zaczął się wyliczać
Sekretarz, gdy nagle dotarło do niego, że:
- Jeszcze nic nie wiem o tej formule, np. współpracy z kim?
- W czym - poprawił go Prezydent. I dodał - w biurze. Będzie inaczej, będzie
otwarcie, będzie dyskusja, wszyscy się szczerze wypowiedzą, a decyzje będą
kolegialne.
Sekretarz naprawdę nie pamiętał tak długiej i logicznej wypowiedzi szefa,
ale zamiast zmilczeć powiedział:
- Przecież tak właśnie jest. Są plany, dyskutujemy, podejmujemy decyzję.
- Wyraźnie nie sluchasz, Sekretarz - skarcił go szef - przecież mówię, że ta
formuła się wyczerpała...
- Taaak? Właśnie ta formuła się wyczerpała? Współpracy w biurze... -
Sekretarz nie mógł pozbierać klocków do pudełka.
- Tak jest - zagrzmiał szef - w biurze i z tobą.
- ???
- Nowa formuła, nowa współpraca, nowy sekretarz - podsumował Prezydent -
zwalniam cię.
Obserwuj wątek
    • absztyfikant Re: Rozmówki szczecińskie 11.03.04, 09:08
      R e w e l a c j a !!! Chapeau bas!
      • germanus Targi 11.03.04, 13:10
        Rozmówki szczecińskie

        Targi

        - Lecę! - niemal zakrzyknął Prezydent.
        - A wychorowałeś się? - Sekretarz odważył się wspomnieć kilka ostatnich dni.
        - Muszę. Ważna impreza...
        - Prestiżowa - wtrącił Naczelnik.
        - Właśnie - szybko przytaknął Prezydent - chcę i muszę.
        A widząc ich miny dodał:
        - Jakoś się pozbieram.
        - Wygrzejesz się, wyzdrowiejesz - zauważył złośliwie Naczelnik, jednak
        Prezydent nie podjął słonecznego tematu.
        - Martwię się o urząd - rzekł zamiast tego.
        - To nie leć - rzekł Naczelnik.
        - Kiedy muszę...
        - Gwarantuję ci, że wszystko będzie w porządku - Sekretarz pośpieszył z
        poddańczą deklaracją.
        - A nawet lepiej - mruknął Naczelnik.
        - I boję się o budżet.
        - To nie leć - powtórzył Naczelnik.
        - Kiedy muszę...
        - Przecież zostają zastępcy, swoi ludzie, nic złego się nie stanie - uspokajał
        Sekretarz jakby nieco niepewnie.
        - I projekty uchwał na sesję w toku.
        - To nie leć - powtórzył jak echo Naczelnik.
        - Kiedy muszę...
        - A właściwie dlaczego musisz? - zainteresował się nagle Sekretarz.
        - Bilety już kupione - przyznał otwarcie Prezydent i otarł pot z czoła.
        • absztyfikant podbijam:)) 11.03.04, 18:01

          • Gość: Moi Re: podbijam:)) IP: 213.77.27.* 11.03.04, 18:39
            D`accord. Nous revenons à nos moutons.
            • absztyfikant Re: podbijam:)) 11.03.04, 18:46
              Do Jurczyka, do rozmowek czy do germanusa ?:)
              • germanus Magazynier 12.03.04, 00:43
                Rozmówki szczecińskie

                Magazynier

                - Potrzebujemy miejskiego magazyniera - zaczął Prezydent, ale jakoś dziwnie
                urwał.
                - To dajmy ogłoszenie - rozwiązał problem Sekretarz.
                - Po co ogłoszenie. Magazynierów jak psów - niezbyt głośno, ale wyraźnie
                mruknął Naczelnik.
                - To nie takie łatwe - rozważał Prezydent - musi być odpowiedni.
                - Dużo takich ludzi... - Naczelnik zdawał się mieć wyrobiony pogląd.
                - Mieć kwalifikacje, pasję, doświadczenie...
                - Wyższe wykształcenie - zakpił Naczelik.
                - Tego nie musi - nie załapał Prezydent.
                - A poza tym z wykształceniem jest jak z temperaturą - Prezydent spróbował
                anegdoty własnego chowu.
                - To znaczy? - Sekretarz nauczył się już wymagania uściśleń.
                - Za wysoka temperatura przeszkadza - prosto i dosadnie wyjaśnił Prezydent.
                - A za niska, nie - dopowiedział Naczelnik.
                Prezydent jednak systematycznie wykazywał się wybiórczym słuchaniem.
                - Daj to kadrom - doradził Naczelnik - kogoś ci znajdą.
                - Naczelnik, ty nie rozumiesz, i za to cię lubię... - zaczął Prezydent.
                - Ciekawe podejście - teraz zamruczał Sekretarz.
                - ... więc ci wyjaśnię - kontynuował.
                - ... że magazynier to ogromnie odpowiedzialna funkcja - szepnął pod nosem
                Sekretarz
                - ... że magazynier to ogromnie odpowiedzialna funkcja - zakończył Prezydent.
                - Coś mi się wydaje - zaskoczył nagle Naczelnik - że masz już kandydata.
                - Ty, Naczelnik, dużo rozumiesz, i za to cię lubię - Prezydent wygłosił kolejną
                maksymę.
                - Niecierpliwie czekamy na przedstawienie - poprosił Sekretarz.
                - Zatrudnimy zbieracza rupieci z Pogodna - podsumował Prezydent, jak zwykle
                bardzo z siebie zadowolony.
                • germanus Synalek 12.03.04, 03:28
                  Rozmówki szczecińskie

                  Synalek

                  - Potrzebujemy nowego drogowca - nieco enigmatycznie oznajmił Prezydent.
                  - Asfaltowca czy dyrektora - od razu uściślał nauczony sztuczek Sekretarz.
                  - Ja się asfaltowcami nie zajmuję! - jednoznacznie wyjaśnił Prezydent.
                  - Nieładnie pogardzać kolegami - szepnął Sekretarz tak cicho, że jedynie
                  Naczelnik usłyszał.
                  - A dyrektora już mamy.
                  - P.o. dyrektora - jakby sprecyzował Sekretarz.
                  - To to samo - zapewnił go Prezydent.
                  - Ty widzisz, Naczelnik, przez co ja przechodzę - zaskamlał o współczucie
                  Sekretarz.
                  - Czy są jakieś rekomendacje? - spytał Prezydent.
                  - Rekomendacje na co? - nie krył zdziwienia Naczelnik.
                  - Na drogowca, przecież mówiłem.
                  - W tej sytuacji... - zaczął Sekretarz licząc na przypływ jakiegoś pomysłu -
                  powinniśmy...
                  - Jak zwykle, wszystko muszę robić sam - niezbyt uprzejmie przerwał Prezydent -
                  na szczęście ja mam.
                  - Na pewno najlepszego fachowca - nie wiadomo, czy kpił, czy zachwalał
                  Naczelnik.
                  - I z najlepszej rekomendacji - dopowiedział Sekretarz, który nie mógł pogodzić
                  się z porażką.
                  - Żebyś wiedział. Bo ojcowskiej!
                  - To mi się zgadza, ojcowie najlepiej znają swoje dzieci - zaryzykował
                  naczelnik, ale Prezydent nie łapał takich niuansów.
                  - Zdolny facet, wykształcony, inteligentny, doświadczony, na dużo go stać -
                  perorował Prezydent.
                  - Wygląda zachęcająco - Sekretarz może i zaczynał się przekonywać.
                  - A umiejętność zarządzania wyssał z mlekiem matki - dokończył dumnie Prezydent.
                  - Coś mi świta... - Naczelnik jakby składał puzzla - ojciec całe życie w
                  komunałce robi?
                  - A co w tym złego? - Prezydent niczego nie podejrzewał.
                  - A synalek w dyspozytorni - dorzucił Sekretarz kawałek narażając się na
                  niemiłe spojrzenie Prezydenta.
                  - Gdzie go nie chcieli, więc zwolnili - Naczelnik dołożył kolejny kawałek.
                  - Odszedł za porozumieniem - Prezydent nawet nie czuł, że już przeszedł do
                  obrony.
                  - W konflikcie ze związkami - otwarcie przytaczał kontrargumenty Naczelnik.
                  - Za komuny przepchnięty przez studia...
                  - Zero wiedzy ekonomicznej...
                  - Nie piastował stanowisk...
                  - Nie lubiany...
                  - Otacza go zła sława...
                  - Mały pijaczek...
                  - A zarządzanie wyssał z kieliszka ojczulka... - dokończył puzzla Sekretarz.
                  - Widzę, że się zgadzamy co do kandydata - zawyrokował Prezydent.
                  - ??? - rozmówcom opadły szczęki.
                  - To dobrze, bo już go powołałem na zastępcę dyrektora - Prezydent uznał naradę
                  za zakończoną.
                  • germanus Sukces 12.03.04, 04:51
                    Rozmówki szczecińskie

                    Sukces

                    - Taki sukces! - entuzjazmował się Prezydent.
                    - Pewnie na miarę - przypuścił Naczelnik
                    - Żebyś wiedział. Na miarę krajową!
                    - Czyj sukces? - jak niespełna rozumu zapytał Sekretarz.
                    - Jak to czyj? Nasz! Miasta! - wykrzyknął Prezydent - Taki sukces!
                    - Pewnie coś spadło, albo wzrosło - po raz kolejny przypuścił Naczelnik.
                    - To chyba bym o tym wiedział - zastanawiał się głośno Sekretarz.
                    - Cały kraj o nas mówi! - Prezydent dalej dął w trąbę.
                    - To akurat, niestety, prawda - dość otwarcie przyznał Naczelnik.
                    Sekretarz zmierzył go zaniepokojonym wzrokiem, ale Prezydent był zbył
                    ucieszony, by kontaktować.
                    - Taki sukces! - powtarzał.
                    - Mógłbyś wreszcie dorzucić nieco szczegółów - Sekretarz uznał za stosowne
                    doinformować się.
                    - Ten chłopak rozsławił miasto i urząd na cały kraj - promieniał.
                    - I urząd... - zmruczał Naczelnik.
                    - Jaki chłopak? - dopytywał Sekretarz.
                    - No chłopak, jak mu tam, no tego, eehh, chwilowo mi wyszło. Rozsławił! -
                    Prezydent włożył w wypowiedź całą swą pamięć.
                    - Sukcesem byłoby się nauczyć jego imienia - otwarcie dociął Naczelnik.
                    Obaj zmierzyli go wzrokiem. Sekretarz, bardzo zaniepokojonym, a Prezydent
                    wyraźnie niezadowolonym.
                    - Nie będę pozwalał na podważanie moich osobistych sukcesów - wycedził przez
                    zęby.
                    Sekretarz nie pozwolił jednak na kontynuowanie wątku.
                    - Wiem, chodzi o Michała. Wygrał konkurs - jakby sobie coś przypomniał.
                    - Właśnie, taki sukces!
                    - A ja myślałem, że spadło bezrobocie...
                    Sekretarz wybałuszył oczy.
                    - ... albo wzrosło zatrudnienie... - jakoś dziwnie pewnie dokończył Naczelnik.
                    • Gość: Gryf germanus IP: *.net.pl 12.03.04, 05:50
                      Proza Twoja germanusie lekka i przyjemna, dokladnie znajaca realia.Pytanie
                      moje , czy Ty juz na ojczyzny lono powrociles? Pozdrawiam Ciebie usmiechem
                      mysli moich germanusie;-)



                      Ludzi mozna oslepic i przekupic, ale czlowieka nigdy.
                      • germanus A jak 12.03.04, 06:47
                        sadzisz, Gryfciu Drogi?
                        Ale Tobie odpowiem - u mnie jest teraz 0:47.
                        Pozdr trzym sie
    • Gość: realista Re: Rozmówki szczecińskie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 12.03.04, 07:45
      Obśmiałem się do łez! Więcej! Więcej!
    • Gość: Pismak Re: Rozmówki szczecińskie IP: 80.51.242.* 12.03.04, 12:27
      Podbijam, bo piękna rzecz, Germanusie. Niezwykłej urody :))).
      • absztyfikant Re: Rozmówki szczecińskie 12.03.04, 12:29
        Bardzo subtelne, Twoje dialogi Germanusie to kwintesencja dobrego, choc
        politycznie zaangazowanego, smaku.
    • ciotka_matylda Re: Rozmówki szczecińskie 12.03.04, 17:05
      Świetne!!!!!!!!!!
    • quba18 Re: Rozmówki szczecińskie 12.03.04, 19:51
      Najlepszy jest tekst "synalek" :) A może to da początek szczecińskiemu
      kabaretowi pod nazwą "czterech kotów i dwóch psów"
    • masaladosa Re: Rozmówki szczecińskie 12.03.04, 20:05
      rewelacja-pelen podziwu gratuluje...
      • germanus Zatroskany 12.03.04, 23:47
        Dzięki za dobre słowo. Jeśli jednak sytuacja się nie zmieni, to tematów nie
        zabraknie mi do końca ... kadencji. Już sam nie wiem, czego Wam i sobie zyczyć.
        Na razie miłego weekendu.

        Zatroskany

        - Jestem mocno zaniepokojony - zameldował Prezydent.
        - Długa podróż - wtrącił Sekretarz.
        - I aż dwa miasta - dotrącił Naczelnik.
        - Może słońce za mocne.
        - Dopiero marzec, a tam już pali.
        - A może stęskniony? - entuzjazmowali się na zmianę stanem Preyzdenta.
        - Zaniepokojony. W końcu nie było mnie cały tydzień - Prezydent odrzucił
        wszelkie domysły.
        - Nie tak znów długo - jakby oponował Sekretarz.
        - I dwa weekendy - dorzucił Prezydent.
        - Przecież w weekendy siedzisz na działce - poinformował go Naczelnik.
        - Bo muszę odpocząć - Prezydent powiedział to tak, jakby nikt inny nigdy nie
        musiał odpoczywać.
        - Obyś jak najwięcej wypoczywał - szybko pożyczył mu Naczelnik.
        - I jak najczęściej wyjeżdżał - dołączył się Sekretarz.
        - I jak najdłużej przebywał...
        - Nie mogę - Prezydemt wziął ich życzenia za dobrą monetę.
        - Chcieć to móc - mimo wszystko powiedział Naczelnik.
        - Bo za mocno się niepokoję - całkiem szczerze otworzył się Prezydent.
        - Doprawdy? - udał zdziwienie Sekretarz.
        - A czymże to? - zawtórował Naczelnik.
        - Że mnie nie było...
        - Bo wyjechałeś - Sekretarz stwierdził fakt.
        - ... a urząd pracował normalnie - wyrzucił z siebie niezmiernie zatroskany
        Prezydent.
        • germanus Działka 13.03.04, 01:34
          Rozmówki szczecińskie

          Działka

          - Wysłałem inspektora - jakoś mało wyraźnie powiedział Naczelnik.
          - Taki układ - stwierdził w powietrze Sekretarz.
          - Takie prawo - Naczelnik wyglądał jakby się tłumaczył.
          - No właśne, prawo masz za sobą.
          - Przeżycia też - wygarnął Naczelnik.
          - I pewnie emocje.
          - Żebyś wiedział. Po mnie nic nie spływa. Ja mam życie wewnętrzne.
          Sekretarz nie wiedział, czy Naczelnik się skarży, czy chwali, więc na wszelki
          wypadek rzekł:
          - I co ten inspektor?
          - Nieudacznik jakiś!
          - To po co go trzymasz. Tyle dziś ludzików bez pracy.
          - Tobie powiem prawdę. To mój najlepszy inspektor.
          - Wyraźnie głupieję - zauważył Sekretarz samokrytycznie - bo nic z tego nie
          kumam.
          - To on nie kuma i nie czuje bluesa jednocześnie - zaprzeczył Naczelnik.
          - A możemy po kolei? - zapytał Sekretarz - Wysłałeś. Pojechał?
          - Pojechał...
          - I pomierzył?
          - Pomierzył...
          - To w czym problem?
          - Bo pomierzył, co widział.
          - Trudno mierzyć coś, czego nie widać.
          - Sekretarz, ty naprawdę głupiejesz - Naczelnik dał upust jedynej myśli, jak mu
          przyszła do głowy.
          - Każdemu wolno mieć własne zdanie - Sekretarzowi było już wszystko jedno, byle
          się zdołał dowiedzieć.
          - Bo nie mierzy się co zobaczone, a co napisane - tłumaczył Naczelnik.
          - Przecież na oko widać, że to jest dwa razy...
          - Ciii - zapiszczał Naczelnik rozgladając się bojaźliwie - jeszcze kto usłyszy.
          - I tak wszyscy wiedzą...
          - Ale nieoficjalnie, kumasz, Sekretarz, nieoficjalnie.
          - Nie kumam - Sekretarz był bliski załamania, choć miał za człowieka w miarę
          inteligentnego.
          - Więc nie miałem wyboru...
          - I poleciałeś z wynikami do...
          - Zgłupiałeś do końca? I je utajniłem! - wyrok jak topór spadł na Sekretarza. .
          • Gość: Hanka Re: Działka IP: *.pbc.adelphia.net 13.03.04, 04:29
            Co za talent !!! gratuluje i prosze o cdn.
            Germanus pospiesz sie bo wkrotce tematow zabraknie, mam nadzieje, podobnie jak
            reszta szczeciniakow. pozdrawiam
            • germanus Przedszkole 13.03.04, 06:12
              Rozmówki szczecińskie

              Przedszkole

              - Byłem w przedszkolu - zawiadomił ich Prezydent.
              - Żadna nowina.
              - Ciągle gdzieś bywasz, nawet nie mogę doradzić - żalił się Doradca.
              - A ja cię szukam, bo potrzebuję podpisu - dodał Sekretarz.
              - Drobiazgujecie - podsumował Prezydent - a tu temat się rodzi.
              - Temat przedszkolny? - spróbował wywiedzieć się Doradca.
              Prezydent spojrzał dziwnie prosto.
              - Ironizujesz?
              - Jak mam doradzać, to muszę wiedzieć w jakim temacie - Doradca trzymał linię.
              - Ty mi się jeszcze możesz przydać, więc ci powiem - i dziwnie proste
              spojrzenie przeniósł na Sekretarza.
              Zamilkli w oczekiwaniu.
              Prezydent odsunął na brzeg biurka kubek z bliżej nieokreślonym napisem w bliżej
              nieokreślonym języku i rzekł:
              - Jakieś listy chodzą.
              - Wiesz to z przedszkola? - zamiast buchnąć śmiechem zapytał Sekretarz.
              - Od takiej maluszki - sięgnął ręką pod biurko.
              - Odważne dziecko - pochwalił Doradca.
              - Raczej nieświadome - wyprostował Sekretarz.
              - Ona zapytała, czy może się podpisać na liście.
              - Ciekawe, co odpowiedziałeś - Sekretarz już widział zakłopotanego Prezydenta.
              - Że może, oczywiście - odpowiedź była niezmierna prosta - dzieci mamy teraz
              bardzo świadome.
              - Taka zabawa, jak to w przedszkolu - zdrobiazgował Doradca.
              - I wtedy ona powiedziała, że pani nie pozwala.
              - I musiałeś zająć stanowisko?
              - Żebyś wiedział, Sekretarz, żebyś wiedział.
              - Zapewne miałeś powód - Sekretarz uważał, że jak wyciskać, to do końca.
              - Nie będzie mi jakaś przedszkolanka przyszłości miasta i urzędu tłamsić.
              - Więc powiedziałeś pani?
              - Ale starałem się kulturalnie - zapewnił Prezydent.
              - Rzecznik będzie miał jutro kupę roboty - mruknął Doradca.
              - Nawet jej nie spłakałem - ponowił zapewnienie.
              - Rzeczywiście, postarałeś się - pochwalił Sekretarz, czym zasłużył na krzywe
              spojrzenie.
              - I znak protestu przeciwko postępowaniu przedszkolanki sam podpisałem -
              zakończył Prezydent, jak zwykle bardzo z siebie zadowolony.
    • erich_honecker Re: Rozmówki szczecińskie 13.03.04, 13:09
      Gratulacje!Naprawde super!
      • germanus Decyzja 13.03.04, 16:08
        Rozmówki szczecińskie

        Decyzja

        - Dziś podejmujemy decyzję - poinformował Prezydent.
        - A na codzień to co robimy? - Doradca starał się być sarkastyczny.
        - Na codzień, to ja zbieram opinię - Prezydent wziął to poważnie, więc nawet go
        nie rugnął.
        - Przyznasz, że to jest jakaś strategia, Doradco - Naczelnik poparł Prezydenta
        w nadziei wydania długo oczekiwanych decyzji.
        - Mało decyzji, mało złych decyzji - mimo to mrukliwie wyartykułował Doradca.
        - To będzie wielki dzień, bo decyzja będzie przełomowa - Prezydent chwalił się
        przed faktem.
        - Oczywiście, jedyna słuszna - podlizał się Naczelnik.
        - Decyzja w sprawie czego? - nie wytrzymał wreszcie Doradca.
        - W sprawie przedszkola, a ty, Doradca, myślałeś, że w jakiej sprawie? - jednak
        trochę go rugnął Prezydent.
        - Nieważne, co myślał, może się jeszcze nie wyspał - ratował szybko Naczelnik w
        nadziei, że będą dwie decyzje.
        - Ciebie, Naczelnik, lubię. A wiesz, zo co?
        - Za fachowość?... - zaryzykował Naczelnik.
        - Za to, że zawsze jesteś wyspany - pochwalił go Prezydent.
        - Wychodzi na to, że trzeba podjąć tę niepopularną, ale jedynie słuszną
        decyzję - Doradca postanowił się nagiąć, by w przyszłości zyskać.
        - No to doradzajcie - przyzwolił szeroko Prezydent.
        - Złamała przepisy? Złamała! - zaczął Doradca.
        - Tłamsiła przyszłość urzędu? Tłamsiła! - kontynuował Naczelnik.
        - Nie współpracowała z czynnikami...
        - Nie wykazała się czujnością...
        Prezydent słuchał z coraz większym zdumieniem:
        - O czym wy mówicie?
        - O tej przedszkolance...
        - Że trzeba ją zwolnić...
        - Ależ to jest świetna inicjatywa! - huknął Prezydent, aż Naczelnikowi tabletki
        nasenne wypadły z kieszeni.
        - Jak inicjatywa? - Doradca zdawał się tracić grunt pod siedzeniem.
        - Naczelnik, powiedz mu, bo tracę do niego cierpliwość.
        - Chodzi o ... podpisy?... - cicho ratował się Naczelnik.
        - Widzisz, Doradca, on jest zawsze przygotowany - Prezydent odbiegł od tematu.
        - Więc co z tą inicjatywą? - przymilił się Doradca.
        - Świetna, prawda? - zachwycił się Prezydent. I nie czekając na oklaski dodał:
        - Kazałem rozpropagować, ustawić stoliki, wszędzie zbierać, namawiać...
        - A mieliśmy radzić - cichusieńko westchnął Doradca.
        - ... społeczeństwo wykaże się jednością popierając oddolną inicjatywę... -
        ciągnął Prezydent
        - Gdyby on jeszcze wiedział po co te podpisy... - dowestchnął Naczelnik tak
        chowając tabletki nasenne do kieszeni, aby ich nie widzial wiecznie z siebie
        zadowolony Prezydent.
        • germanus Błonia 15.03.04, 04:41
          Rozmówki szczecińskie

          Błonia

          - Nie możemy pozwolić na marnotrawstwo - Prezydent wiedział, na co nie można
          pozwolić.
          Sekretarz i Naczelnik zgodzili się bezsłownie.
          - A tymczasem marnuje się tyle ziemi...
          - Zgadza się, sam wiem o jednej takiej - potwierdził Sekretarz.
          - A konkretnie, to gdzie to marnotrawstwo? - zapytał Prezydent, jakby w nadziei
          poprawienia.
          - W Skolwinie - i szybko dodał - duży kawał... bardzo się marnuje...
          - Marnuje się poza zasięgiem - stwierdził Prezydent tracąc zainteresowanie
          marnowaną ziemią.
          - A może być coś bliżej? - nieśmiało zagadał Naczelnik.
          - Powinno być jak najbliżej - zgodził się Prezydent.
          - Jak najbliżej czego? - usiłował dowiedzieć się Naczelnik.
          - Ojejku, z kim ja się zadaję - Prezydent albo chciał ich obrazić, albo
          podreślić swą wielkoduszność.
          - Jak najbliżej władzy, oczywiście - dokończył z władczym spojrzeniem.
          - Najbliżej i najbardziej marnuje się Plac Solidarności - zaryzykował Naczelnik.
          Prezydent poczerwieniał i wydał z siebie ryk zranionego nosorożca.
          - Ty, Naczelnik, Solidarnością sobie gęby nie wycieraj!
          Naczelnik chciał wyjaśnić, ale Prezydent nie dał mu dojść do głosu:
          - Ty się nie biłeś, ty nie siedziałeś, ty nie wiesz, ty nie cierpiałeś, ty nie
          masz pojęcia...
          Sekretarz przezornie patrzył w okno. Rozległe błonia koiły wzrok i umysł.
          Naczelnik podążył za jego wzrokiem. Zdążył jeszcze pomyśleć, że to też jest
          plac, gdy Prezydent już ciszej zawarczał:
          - Miejscowy inwestor wystąpił o teren na super-hiper-extra-market.
          - No tak - przyznał chętnie i zgodnie z przekonaniem Naczelnik - tamten teren
          się nie nadaje.
          - Widzisz, trzeba było tak od razu, a nie dopiero po burzliwej lekcji historii -
          Prezydent leciutko się udobruchał.
          - To może rozwiązaniem będzie ten teren w Skolwinie - Sekretarz wrócił do swego
          pomysłu.
          Prezydent patrzył niby na niego.
          - To dobry teren - sunął Sekretarz - spory, ... blisko dużych osiedli, ...
          uzbrojony, ... brak konkurencji, ...w gestii miasta...
          - Same zalety - podłapał Naczelnik, by zatrzeć poprzednie wrażenie.
          - I jedna ogromna wada - okazało się, że Prezydent nie patrzy na niego, ale
          obok niego - za daleko od władzy.
          Podążyli za jego wzrokiem. Prezydent patrzył w okno.
          - I dlatego oddałem inwestorowi te błonia - powiedział tyleż spokojnie, co
          władczo.
          • absztyfikant Re: Błonia - non possumus 15.03.04, 19:09
            Jak wczesniej deklarowalem, cos na ksztalt aprobaty u skutera70, na Jasnych
            Bloniach planuje budowe kopca ku czci Mariana Jurczyka. Po wywazeniu zaslug i
            przewin wyszlo mi, ze kopiec powinien byc wklesly, glebokosc 6 metrow. Roboty
            ziemne bede prowadzil srebrna lyzeczka.
            • absztyfikant Re: Błonia - non possumus [wersja popr.] 15.03.04, 19:10


              Jak wczesniej deklarowalem, co wywolalo cos na ksztalt aprobaty u skutera70, na
              Jasnych Bloniach planuje budowe kopca ku czci Mariana Jurczyka. Po wywazeniu
              zaslug i przewin wyszlo mi, ze kopiec powinien byc wklesly, glebokosc 6 metrow.
              Roboty ziemne bede prowadzil srebrna lyzeczka.
              • germanus Farsa 16.03.04, 02:39
                Rozmówki szczecińskie

                Farsa

                - Nie lubię żałosnych przedstawień - stwierdził Poseł.
                - Ja lubię komedie - powiedziała Profesor.
                - A ja dobrze grane farsy - kontynuował wymianę poglądów teatralnych Radny.
                - Bo źle grana farsa jest żałosna.
                - Wszystko co źle grane, jest żałosne.
                - Nawet prezydentura - Poseł przystawił pieczątkę.
                - A cóż dopiero rola Zbawiciela! - Profesor wdała się w szczegóły.
                - A cóż dopiero - powtórzył jak echo Radny.
                - I jeszcze nie lubię obietnic... - ciągnął Poseł.
                - Ja lubię narzeczeństwa jako obietnice małżeństwa - wtrąciła szybko Prefesor.
                - ... bez pokrycia - zignorował ją Poseł.
                - A ja przekręcania faktów - dopisał się na listę Radny.
                - Przekręcanie faktów źle świadczy, oj źle - poparła go Profesor.
                - O przekręczaczu...
                - O krętaczu - Poseł wymownie spojrzał na Radnego.
                - A mogło się skończyć komedią - patrząc na nieco pożółkłą broszurkę Profesor
                wróciła do swego ulubionego gatunku.
                - Tak niewiele zabrakło...
                - ... i byłoby słonecznie, radośnie i wesoło.
                - Ale był w tej farsie jeden zgrabny element - Poseł uważał za stosowne oddać
                postaci krętacza sprawiedliwość.
                - Tylko jeden...
                - A jednocześnie jedyny plus krętacza...
                - Czy masz na myśli...
                - Krawat pasujący do okularów... - już zupełnie cicho powiedział Poseł i wziął
                do ręki nieco pożółkłą broszurkę "Szczecin 2000".
                • germanus Lepiej 16.03.04, 21:11
                  Rozmówki szczecińskie

                  Lepiej

                  - To mi wygląda coraz lepiej - Prezydent był bardzo zadowolony.
                  - To napisz lepieja - mruknął Sekretarz, ale tak cichusieńko, że sam nie
                  usłyszał.
                  - Co ci wygląda?
                  - Jak to co? Referendum!
                  - A ty skąd wiesz o referendum?
                  - Byłem wczoraj na sesji, no nie?
                  - I coś z tego zrozumiałeś? - mruknął Sekretarz jeszcze ciszej.
                  - A nawet się podpisałeś za referendum - przypomniał Naczelnik.
                  - Jeden głos im nie pomoże, bo wszystko inne, na szczęście, się rozwala -
                  ucieszył się Prezydent.
                  - Może to wpływ twego talentu aktorskiego? - zaniepokoił się Sekretarz.
                  - Tobie też się podobało? - jeszcze bardziej ucieszył się Prezydent.
                  - Prawda, że dobre było - otwarcie się entuzjazmował - dobrze grałem, nie?.
                  - Problem w tym - Sekretarz postanowił nie ukrywać prawdy - że Zbawiciela
                  trudno jest dobrze zagrać...
                  - Ja nie grałem Zbawiciela!
                  - ... gdy się nie ma żadnych kart.
                  - Ja grałem siebie!
                  - Widzisz, on nie gra - wtrącił Naczelnik - on jest Zbawicielem.
                  - W tej sytuacji - Sekretarz nawet nie próbował kryć czarnych myśli - może być
                  już tylko gorzej.
                  Ale Prezydent, jak zwykle, nie słuchał nikogo:
                  - To mi wygląda coraz lepiej - powtórzył ogromnie z siebie zadowolony.
                  - Ech, lepiej nie mówić - mruknął zniechęcony Sekretarz i spojrzał w
                  najczarniejszy kąt.
                  • germanus Kanary 17.03.04, 04:36
                    Rozmówki szczecińskie

                    Kanary

                    - Jakbym miał mało problemów! - Prezydent niemal wybuchnął płaczem.
                    Sekretarzowi zrobiło się lekko nieprzyjemnie. Nigdy takim szefa nie widział.
                    - No tak, sesja miała dość dziwny przebieg - zaczął pocieszać.
                    Prezydent spojrzał z ukosa, a Sekretarzowi zdało się, że widzi niedowierzanie.
                    Ale brnął dalej:
                    - Tobie należy się szacunek - Sekretarz bardzo uważał, co mówi - a oni paplali
                    bez składu i ładu.
                    - A ja myślę - wymyślił Naczelnik - że oni po prostu ci zazdroszczą.
                    - Eee tam, zdarza się, masz słabszy dzień i tyle.
                    - To jest chwilowe - dodał Naczelnik.
                    Prezydent machnął ręką, jakby odganiał muchę. Sekretarz pomyślał, że nie ma
                    much w marcu, ale rzekł:.
                    - Machanie ręką nic nie da, tu trzeba uświadomienia.
                    - Tak jest - zaskoczył Prezydent - uświadomimy im.
                    - Mam kontakty - przyznał się Naczelnik - pogadam z tymi z prawej.
                    - A ja z liberałami - deklarował Sekretarz.
                    - To wśród kanarów jest aż tyle opcji? - Prezydent zdziwił się, zamiast
                    podziękować.
                    - Jakich kanarów? - oddziwił się Naczelnik.
                    - Tych z autobusu 62.
                    - To nie mówimy o sesji? - upewniał się Sekretarz.
                    - Mówimy o scysji - wyjaśnił Prezydent tak wyraźnie, że Sekretarz się zdziwił,
                    skąd Prezydent zna takie słowa.
                    - Ja idę do ludu - tłumaczył im Prezydent - ja z nimi jeżdżę starymi autobusami
                    i rozpadającymi się tramwajami - ciągnął - choć mam lancię, ja ich osobiście
                    zapewniam o opiece, i przy okazji liczę - dodał - ja ich tulę i ochraniam... -
                    byłby się zupełnie rozkleił, ale Sekretarz wtrącił:
                    - Nie da się ukryć, że ich kochasz...
                    Ale Prezydent złapał wenę i już nikogo nie słuchał:
                    - ... a tu moje kanary, moje osobiste kanary - niemal zapłakał - psują mi
                    kontakty z mieszkańcami, psują mi robotę, psują opinię urzędowi, poniewierają
                    moim imieniem...
                    - Jak jakie prostaki - wrzucił Naczelnik - by nie rzec chamy.
                    - Pohamuj, Naczelnik - posfrował go lekko Prezydent - bo mówisz o moich
                    kanarach.
                    - Jak kanary z Wysp Kanaryjskich - poprawił Naczelnik.
                    Sekretarz chciał coś rzec o psach, ale z uśmiechu Prezydenta wywnioskował, że
                    na dziś sprawa jest przyklepana bez załatwienia. Ufff!
                    • germanus Szkoły 17.03.04, 20:28
                      To może być ostatnia rozmówka. Nigdy nie wiadomo.

                      Rozmówki szczecińskie

                      Szkoły

                      - Mamy problem - zagaił Naczelnik, w zamierzeniu jak najmniej drażniąco - ze
                      szkołami.
                      - Trzeba poważnych i odważnych decyzji - ciągnął Naczelnik, gdy nikt z
                      zebranych się nie odezwał.
                      - A coś się stało? - Radny jakby potrzebował więcej szczegółów.
                      - Nooo... - zaciągnął Naczelnik - jest ich jakby za dużo.
                      - Chodzi o to - wskoczył pośpiesznie z dłuższym wyjaśnieniem Sekretarz - że
                      ubywa ludzi, jest mniej uczniów, jest za dużo szkół, mamy przerosty w budżecie,
                      który i bez tego jest bardzo napięty...
                      - Do tego jeszcze wrócimy - groźnie zapowiedział Radny spoglądając ukradkiem na
                      milczącego Prezydenta - a na razie: nie ubywać ludzi.
                      - Wiem - zakpił Naczelnik - i zatrudniać więcej uczniów.
                      - A to nie o uczniów, a o zamykanie chodzi - wyjaśnił Sekretarz.
                      - Jakie zamykanie!? - zerwał się Radny.
                      - Szkół...
                      - Opamiętajcie się, jak ja z tym do moich wyborców pójdę? Oni wam ten urząd
                      zamkną!
                      - Słuchaj, Radny - Naczelnik zaczął od dwa razy dwa - ja cię rozumiem,
                      Sekretarz cię rozumie, my ludzi rozumiemy, ale się nie da. Zmienia się
                      struktura społeczna miasta, musimy odpowiednio działać. Po to tu jesteśmy.
                      - Jesteście dla ludzi!
                      - I dlatego dla dobra ludzi to robimy - odparował Sekretarz - będzie więcej
                      pieniędzy na drogi.
                      Radny poczuł, że musi im to wyjaśnić:
                      - To ja jestem dla ludzi, bo mnie wybrali. Was tylko zatrudniono. Na tym polega
                      różnica i dlatego ja mam decydujący głos.
                      - Ależ my ci tego głosu nie odbieramy - nie oponował Naczelnik - będziesz
                      głosował zgodnie ze swoim sumieniem. Ale nasze propozycje są takie, a nie inne.
                      - Zamykamy kilka szkół - starał się podsumować Sekretarz - a które i ile,
                      wykaże dyskusja.
                      - Był u mnie ogrodnik - odezwał się nagle Predzydent - on uprawia dużo safaty...
                      - Czego? - zdziwił się radny.
                      - Sałaty - podpowiedział Sekretarz.
                      - Właśnie. I nie może odwieźć swoich produktów, to droga jest kiepska.
                      - A co to ma wspólnego ... - zaczął Radny pytająco.
                      - To jest miejscowy przedsiębiorca i potencjalny inwestor - kontynuował
                      Prezydent - musimy mu pomóc.
                      - A ile tej drogi? - niemal bezwiednie spytał Sekretarz.
                      - Niedużo, sześć kilometrów - Prezydent wyraźnie nie wyczuwał odległości.
                      - To jak Wojska Polskiego - mruknął z cicha Sekretarz
                      - Ale nie mamy pola manewru - Naczelnik próbował oponować, by choć trochę
                      zyskać na czasie.
                      - Wiem - dziwnie łatwo zgodził się Prezydent - Dyrektor mi to wyjaśnił. I
                      dlatego, Naczelnik, na tę drogę zużyjesz rezerwę szkolną.
                      • Gość: bjk Re: Szkoły IP: *.eu.org / *.internetdsl.tpnet.pl 17.03.04, 20:51
                        czy to prawda że szykuje się ponowne stłoczenie uczniów szczecińskich liceów w
                        klasach aby uczyć 33 osoby na raz języków bo miasto nie ma pieniędzy? czy ktoś
                        to sobie wyobraża jak można jednocześnie uczyć osoby które nie znają w ogóle
                        języka z tymi co się np.uczyli 5 lat? sądzę że to b z d u r a bo tego miato
                        nie jest w stanie narzucić? może sie mylę?
                        • germanus Honor 18.03.04, 21:42
                          Rozmówki szczecińskie

                          Honor

                          - Mam informacje, że twoj synalek zrezygnował - jakby nie bez satysfakcji
                          odezwał się Radny.
                          - To nie jest mój synalek - zaprzeczył Prezydent.
                          - Przez ciebie popierany - uściślił Radny.
                          - I cóż poradzę - w miarę zrezygnowanym głosem odparł Prezydent - niektórzy nie
                          mają honoru.
                          - Honor pojęcie względne - wtrącił Sekretarz albo pojednawczo, albo prowokująco.
                          - Nie! - Naczelnik, który o swoim honorze nie myślał w kategoriach Einsteina,
                          poczuł się niemal urażony - honor, to honor i koniec.
                          - Każdy radny ma swój honor - Radny pośpieszył z zapewnieniem.
                          Sekretarz patrzył na niego i zastanawiał się, jak taki głupi człowiek został
                          radnym. Naczelnik spojrzał na niego raz i odwrócił głowę:
                          - Mówiąc łagodnie... - ciągle nie patrząc na niego zawiesił na chwilę głos -
                          honor radnego określiłbym jako sytuacyjny...
                          - To uwłacza mojej godności... - Radny zaczął się zacietrzewiać.
                          - To idź na skargę do swego autorytetu - poradził mu szybko Naczelnik.
                          - Nie mieszamy spraw partyjnych z interesem miasta - znów pośpieszył Radny.
                          - Powiedz mi, Sekretarz, jak rozmawiać z człowiekiem, który kłamie w każdym
                          zdaniu? - mówiąc to Naczelnik na pewno chciał Radnego sprowokować. Udało mu się
                          całkowicie.
                          - Oddam sprawę obrazy do niezależnego sądu partyjnego - zaniósł się wrzaskiem,
                          ale jakby coś wyczuł i zaraz spuścił z tonu - albo innemu, koledzy rozstrzygną.
                          - Niemieszanie partii już wyjaśniliśmy - Naczelnik i Sekretarz spojrzeli po
                          sobie.
                          - To teraz leć do Prezydenta użalić się o honor - dopowiedział Naczelnik.
                          - Według naszej instrukcji do Prezydenta nie chodzi się w sprawach honorowych -
                          szybko, więc głupio odrzekł Radny.
                          - A niby dlaczego? To jest porządny gość - Naczelnik powiedział to tak, że
                          nawet Sekretarz zwątpił w jego intencje.
                          - Zgadza się - zgodził się Radny - bardzo ludzki.
                          - I ma swoje zdanie - dopowiedział Sekretarz.
                          - Codziennie inne zdanie... - Naczelnik nie zostawił cienia wątpliwości.
                          - Szczególnie na temat honoru...
                          - Gdyby tak na temat inwestorów...
                          - I on to nazywa honorem...
                          - Więc może ta twoja partia ma rację - mimo wszystko Sekretarz chciał pomóc
                          Radnemu - że ci nie pozwala robić głupich interesów.
                          - Moja partia nie robi interesów z Prezydentem - odciął Radny - moja opartia
                          robi interesy na Prezydencie - dodał szczerze i zaraz spostrzegł, że za
                          szczerze.
                          - Niehonorowe interesy niehonorowej partii na niehonorowym prezydencie -
                          posumował Sekretarz i spojrzał na Prezydenta. Prezydent w rogowych, honorowych
                          okularach i w brązowawym, honorowym krawacie był honorowo zagłębiony w lekturze
                          dziesięciorga przykazań.
                          • germanus Ustawa 19.03.04, 00:08
                            Rozmówki szczecińskie

                            Ustawa

                            Wojewoda wziął Radnego delikatnie pod łokieć:
                            - Słuchaj, brachu, podobno coś łamiesz - zagadał najdelikatniej, jak umiał.
                            - Tak mówią, ale im nie wierz - Radny nie wahał się ani chwili z odpowiedzią.
                            - Wiesz, jak jest - zapewnił go Wojewoda - ja ci wierzę. Ale oni się upierają.
                            - Jacy oni? - oczy Radnego na chwilę zaszły mgłą - daj nazwiska i nikt się nie
                            będzie upierał.
                            - Radny, no co ty, kochany, spokojnie - Wojewoda uznał za stosowne wytłumaczyć
                            się nieco - ja tu jestem od przestrzegania prawa.
                            - No to przestrzegaj - zgodził się szybko Radny - broń dobrego imienia
                            niesłusznie oskarżonego.
                            - Oj, Radny - Wojewoda jednak musiał to powiedzieć - ja cię tak lubię...
                            - Bo masz za co... - wburknął mu słówko Radny.
                            - I nikt cię jeszcze nie oskarża...
                            - Nikt się nie odważy...
                            - ... ale nie udawaj, że niczego nie rozumiesz - Wojewoda zmilczał wburknięcie.
                            - A co tu rozumieć?
                            - ... a ty niczego nie rozumiesz - poprawił się Wojewoda.
                            - Kochany! - Radny przeszedl do swoich wyjaśnień - zrozum, że to ty niczego nie
                            rozumiesz.
                            - Prawa trzeba przestrzegać - Wojewoda już wiedział, co się szykuje, więc
                            zaczął wyciągać najcięższe argumenty.
                            - No właśnie - wpadł mu w słowo Radny - ja przestrzegam...
                            - Ależ ja ci wierzę...
                            - I dlatego muszę mieć nazwiska...
                            - Ale oni mówią...
                            - To wszystko się załatwi.
                            - Że łamiesz ustawę...
                            - O, to już jest potwarz - zaczerwienił się Radny - wykończę, zniszczę...
                            Ale zaraz się wyciszył:
                            - A wiesz może coś bliżej o tej ustawie? - zagadał przymilnie - być może znajdę
                            coś na nich.
                            - Nie pamiętam dokładnie, co mi marudzili - miotał się Wojewoda - było coś o
                            anty.
                            - Ale ja nie mam żadnego monopolu, kochany - zaśmiał się Radny - z ustawy
                            antymonopolowej, to oni mogą mi skoczyć.
                            - Nie jestem pewien, ale to chyba chodziło o ustawę antyaborcyjną...
                            • Gość: :) Re: Ustawa IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.03.04, 08:07
                              Mhmmm, gdyby nie to ze juz niestety nas opuscil to zastanawialbym sie czy
                              tekstow tych nie popelnil Jacek Sawaszkiewicz.

                              Dla niewtajemniczonych i nieznajacych tworczosci Jacka - mala probka:

                              "EFEKT ZEBRANIA DOJRZAŁYCH MĘŻCZYZN

                              Było to zebranie wyłącznie dojrzałych mężczyzn. Dyskutowano głównie o
                              kobietach. Jak to na zebraniu.
                              - Napotykamy na coraz większe trudności w kojarzeniu się z nimi - powiedział
                              przewodniczący. - Wszystko przez te idiotyczne prawa przyrody. Kto to słyszał,
                              żeby inteligentne istoty dobierały się na drodze naturalnej selekcji?
                              - Czas przestać się za nimi uganiać - poparł go zastępca. - To upokarzające dla
                              dojrzałego mężczyzny, kiedy wciąż przegrywa z osobnikami młodszymi i tylko
                              dlatego, że ma gorsze chody.
                              - Oczywiście - wtrącił sekretarz. - To niesprawiedliwe, by o wszystkim
                              decydowała sprawność nóg.
                              - Popieram - powiedział najbardziej dojrzały uczestnik zebrania. - W obecnym
                              stanie rzeczy szansę mają jedynie długodystansowcy lub sprinterzy. Chyba w
                              końcu nie jest ważne to, jak szybko przebiera się nogami...
                              - A co? - spytał najmniej dojrzały uczestnik zebrania.
                              Zgromadzeni spojrzeli na niego z politowaniem.
                              - O powodzeniu powinna także decydować inteligencja i rozum - rzekł sekretarz.
                              - Tak jest! - zawołał przewodniczący. - Przede wszystkim rozum! A rozumu nam
                              nie brakuje. Wysilmy go przeto i wymyślmy sposób na zrównanie szans naszych z
                              szansami tych szybkonogich młokosów.
                              Uczestnicy zebrania dojrzałych mężczyzn pogrążyli się w rozmyślaniach. I tak
                              oto wymyślili samochód"
                              • germanus Muzeum 20.03.04, 19:07
                                Rozmówki szczecińskie

                                Muzeum

                                Tubylec uścisnął serdecznie rękę Tambylca.
                                - Witaj w naszym pięknym mieście.
                                - A miło mi, miło - odparł Tambylec nie mniej elegancko - to zaszczyt być
                                goszczonym w starożytnym... - i rozglądając się dookoła - i tak wielce
                                zabytkowym mieście.
                                - Zabytki dopiero ci pokaże - Tubylec zdawał się czytać jego myśli.
                                - Nie zaprzeczam - Tambylec był nad wyraz uprzejmy - ale i to co teraz widzę,
                                jest imponujące.
                                - No wiesz... - zaczął się plątać Tubylec - przejściowe...
                                - Niczym mnie nie zwiedziesz. Wiele widziałem i potrafię docenić prawdziwy
                                wysiłek.
                                - Jak tylko opuścimy...
                                - Czy traktujecie ten obiekt jako relikt epoki przeszłej, czy jako pracujące
                                muzeum? - próbował uściślić Tambylec.
                                - Tak... - już na dobre plątał się Tubylec - o czym tak naprawdę...
                                - Bo na świecie daje się stwierdzić zatrważającą - Tambylec miał jakąś wizję -
                                ale to zatrważającą wprost niechęć do osiągnięć socrealizmu, tak między nami,
                                to doprawdy nie wiem, dlaczego - kontynuował z rozmachem - i trend niszczenia,
                                rozumiesz to barbarzyństwo, niszczenia tych reliktów.
                                Tambylec nie zważając na łagodny protest Tubylca wziął go łokieć:
                                - A u drugiej strony jest nawrót do urządzania młynów-muzeów, kuźni-muzeów,
                                itd., takich obiektów muzealnych i pracujących jednocześnie - po Tambylcu widać
                                było wyraźnie obycie w świecie i znajomość nowoczesnych trendów - ale po raz
                                pierwszy widzę tak znakomicie zrealizowany projekt dworca-muzeum. I to
                                bezpłatnego muzeum.
                                Uszli kawałek, tambylec stanął jak wryty.
                                - Znakomite - zachwycił się - ileż to wysiłku wymaga utrzymanie tej posadzki w
                                stanie skrajnego rozkładu. Znakomita robota.
                                Obrócił się na pięcie.
                                - A te ściany! - niemal zawył - Wiesz, jak to trudno tak ciągle je brudzić i
                                mazać. I jakież to pociąga za sobą nakłady finansowe!
                                - Nieraz ochotnicy je myją - Tubylec zupełnie nie rozumiał i chciał przedstawić
                                mieszkańców w lepszym świetle.
                                - No właśnie - skoczył Tambylec - w skansenach mieszkańcy często zachowują się
                                nieodpowiedzialnie.
                                Tambylec stanął tak, by mieć hall w perspektywie.
                                - Muszę też pochwalać artystę projektanta - rzekł z zadrościł niemal - to duże
                                wyczucie tak rozrzucić śmieci.
                                - Sprzatają nieraz... - Tubylec był tak skołowany, że już tylko niewyraźnie
                                mruczał.
                                - Proszę bilety do kontroli - z tyłu zawarczał silny Głos.
                                - Ależ my nigdzie nie jedziemy - odpowiedział za zamurowanego Tubylca Tambylec
                                z uśmiechem.
                                - Bilety muzealne do kontroli - zawarczał silniejszy i mniej przyjemny Głos.
                                • germanus Tramwaj 21.03.04, 23:16
                                  Rozmówki szczecińskie

                                  Tramwaj

                                  Wyszli przed dworzec.
                                  - Musimy zdobyć bilety - rzekł Tubylec.
                                  Ale Tambylec go nie słuchał.
                                  - Rzeka? - widocznie zapatrzył się na wodę, bo potknął się o wystającą płytę
                                  chodnikową. Podparł się ręką, by nie upaść, a głośno rzekł:
                                  - Niewiarygodna ilość atrakcji na metr kwadratowy powierzchni miasta.
                                  - Cieszę się, że ci się podoba.
                                  - A bilety można kupić w kiosku na dworcu - Tambylec zrobił ruch, jakby chciał
                                  tam wrócić.
                                  - Nie ma. Pytałem przed twoim przyjazdem.
                                  Tambylec w dalszym ciągu się rozglądał. Nie dojrzał kiosku, dojrzał barki przy
                                  brzegu i ruiny na wysepce.
                                  - Dobrodzieju, złotóweczkę na chleb - zamamrotował z boku Czerwony Nochal.
                                  Chuch odrzucił Tambylca na drugą stronę chodnika. Zdało mu się, jakby but się
                                  lekko ześlizgnął. Szybkie oględziny potwierdziły, że stało się najgorsze.
                                  - Chciałbym oczyścić but - rzekł grzecznie - w trawie lub śniegu, jeśli
                                  możliwe - dodał.
                                  Zza zakrętu wytaramtolił się tramwaj. Kiwał i zgrzytał, i podskakiwał, i
                                  zarzucał. Tambylec otworzył szeroko oczy i usta:
                                  - Piękny, przepiękny - wykrztusił - najwyższej klasy zabytek - zachwycał się.
                                  - Nasze miasto dostało nagrodę UNESCO za opiekę nad zabytkowymi środkami
                                  transportu - wpadł Tubylec na pomysł.
                                  - Całkowicie zasłużenie - przyznał Tambylec - zapewne te pieniądze
                                  przeznaczyliście na zakup nowoczesnych tramwajów, a te używacie od święta.
                                  - Coś w tym stylu - z rozpaczą niemal potwierdził Tubylec widząc w co się
                                  wplątał.
                                  - Przecież nie mogę wsiąść do zabytkowego tramwaju z brudnym butem - zatroskał
                                  się Tambylec.
                                  - W ogóle nie możesz wsiąść do tramwaju - zapewnił go Tubylec - nie masz biletu.
                                  - Racja, ryzykuję mandat.
                                  - Ryzykujesz zdrowie i życie - poprawił go Tubylec z taką szczerością, że
                                  Tambylec wziął to za dowcip.
                                  • Gość: Pismak Re: Tramwaj IP: 80.51.242.* 22.03.04, 01:30
                                    Fajną puentę do opowieści "Muzeum" i "Tramwaj" dopisuje życie. Onet
                                    poinformował właśnie, że Al Kaida chciała nam wysadzić nasz ukochany skansenowy
                                    Dworzec Główny. W pozostawionej luzem paczce tykał co prawda tylko zegar
                                    kominkowy, a podłożyli go (na chwilę) obywatele rosyjskojęzyczni, ale zawsze -
                                    światowy terroryzm zawitał na Dworzec, równie zdezorientowany jak niejaki
                                    Tambylec. A że mieliśmy tu tylko podróbki bomby zegarowej i Talibów - nikt nie
                                    musi wiedzieć. Terroryzm był i już. Jesteśmy w Europie :))).
                                    • germanus Pąki 22.03.04, 02:59
                                      Rozmówki szczecińskie

                                      Pąki

                                      - Podwieź mnie Wice, co? - zagadnął Szef znienacka.
                                      - No co ty, co ludzie powiedzą? - Wice był tak zaskoczony, że nawet nie złożył
                                      solidnej wymówki.
                                      - A od kiedy cię ludzie obchodzą? - zapytał Szef tak, że Wice stracił ochotę na
                                      wszelkie protesty.
                                      - Dokąd?
                                      - Do miejsca B.
                                      - Ty widzisz to, co ja? - zaczął Szef po chwili chcąc jakoś wynagrodzić Wicemu
                                      jego wysiłek.
                                      - Wiosna... - rozmarzył się Wice.
                                      - Zielone pąki ... - dorzucił Szef.
                                      - To teraz gadaj, o co chodzi - Wice z chwilowego odrętwienia wrócił do stanu
                                      normalności.
                                      - Trzeba działać... - zaczął Szef.
                                      - Kto cię posłał? - nie dawał Wice za wygraną.
                                      - Jesteś tu nowy, niewiele rozumiesz - Szef skrzywił usta - mnie nikt nie
                                      posyła.
                                      - Tak? A partia?
                                      - To ja wysyłam!
                                      - Załóżmy, że masz rację - Wice albo udał głupiego, albo miał jakiś plan - to
                                      co robi ten ogon za nami.
                                      - Jaki ogon? - poważnie zaniepokoił się Szef.
                                      - Posłali cię i ci nie ufają - Wice chciał go dobić.
                                      - Poznaję tę mał... twarz - rozpogodził się Szef - to ta marna dziennikarzyna z
                                      wybiórczej.
                                      - O jakie działanie chodzi? - Wice uznał, że może coś z niego wydusi.
                                      Szef rozpromienił się na dobre:
                                      - On rozwala miasto... - zaczął gorączkowo gestykulować - ale nie mogliśmy go
                                      utrącić, no sam wiesz...
                                      - Wiem... - Wice zdecydował się kroczyć ostrożnie - mówisz o moim przełożonym -
                                      zamachał ręką odpędzając wczesną muchę.
                                      - Więc pomożesz nam go utrącić...
                                      - Brzydkie słowo - zaprotestował Wice.
                                      - Odwołać...
                                      - Dużo lepiej.
                                      - A my cię nie pominiemy w porewolucyjnych roszadach personalnych - dokończył
                                      Szef skrajnie z siebie zadowolony.
                                      - Bendem prezydentem - zameldował Wice i zahamował.
                                      Twarz Szefa wyrażała skrajne przerażenie.
                                      - Jesteśmy na miejscu B - dodał Wice - piękne pąki!
                                      • germanus Taks 23.03.04, 05:27
                                        Rozmówki szczecińskie

                                        Taksówka

                                        Tramwaj odjechał krzesząc iskry i gubiąc metalowe części.
                                        - Pojedziemy taksówką - zaszczebiotał wesolutki Tambylec rad z oczyszenia buta.
                                        Tubylec złapał się za głowę.
                                        - Trzeba coś ... - zaczął.
                                        - A co tu szukać? - wpadł mu gość w słowo - na postoju stoi ich co najmniej
                                        kilkanaście.
                                        - Ale mnie nie stać na taksówkę - rzucił Tubylec z rozpaczą w głosie. I dodał: -
                                        Nie gniewaj się, proszę.
                                        - No co ty, Tubylec - rzekł Tambylec tak, że Tubylec dopiero teraz przeraził
                                        się na dobre - ma się ten gest - potwierdził najgorsze przypuszczenia.
                                        - To może chociaż - zaskomlał Tubylec w ostaniej chwili - zapytaj o cenę.
                                        - Ile na Warszewo? - Tambylec dostosował się do prośby gospodarza.
                                        - Będzie dwie stówki - spokojnie zmierzył go Pantaksówkarz.
                                        Tubylec stał z rozdziawioną twarzą, Tambylec zbierał myśli, Pantaksówkarz
                                        dmuchnął im stęchłym dymem w policzki.
                                        - Nikt nie pojedzie taniej - zapewnił z bardzo rezolutnym uśmieszkiem
                                        - Nigdy nie sądziłem - gość wysnuł jedyny logiczny wniosek - że Szczecin to
                                        takie duże miasto.
                                        - Na to wychodzi - potwierdził Pantaksówkarz - niewyobrażalnie ogromne.
                                        - Jak to mniej więcej jest daleko? - zapytał Tambylec bez jakiegokolwiek
                                        konkretnego powodu. Ot tak, bo Tubylec ciągle stał bez ruchu.
                                        - A jaką dokładnością mam podać? - w pytaniach Pantaksówkarza czuć było dbałość
                                        o szczegóły.
                                        - Do stu metrów - Tambylec postanowił się zemścić. Oj, jak się pomylił!
                                        - Sześć kilometrów dwieście metrów - padła natychmiastowa odpowiedź.
                                        Tambylec zemdlał na stojąco. Zrozpaczaczony Tubylec rzucił się cucić, ratować,
                                        prostować...
                                        - Oni są w zmowie,... to jest sitwa... - rzucał rwane ni to komentarze, ni
                                        wyjaśnienia.
                                        - Genialne! - Tambylec jednak odzyskał mowę - rewelacyjne w swej prostocie! To
                                        się nazywa mieć łeb do byznesu!
                                        Tubylec nie nie rozumiał, więc rzekł:
                                        - Nic nie rozumiem...
                                        - Tylko raz - zwierzył się Tambylec ze swych doświadczeń - spotkałem podobną
                                        sytuację...
                                        - Tak?
                                        - W Paryżu, rozumiesz? - Tambylec dokładał starań - pięć dolarów za jedną kulkę
                                        zwykłych lodów...
                                        - Tak?
                                        - Całkowicie zasłużyli na Nagrodę Złamanego Grosza! - Tambylec zakończył
                                        zachwycanie się zdolnościami byznesowymi.
                                      • germanus Taksówka 23.03.04, 05:39
                                        Sorki za Taks. Poszło przed czasem. Jakoś tak, nie chcący...

                                        Rozmówki szczecińskie

                                        Taksówka

                                        Tramwaj odjechał krzesząc iskry i gubiąc metalowe części.
                                        - Pojedziemy taksówką - zaszczebiotał wesolutki Tambylec rad z oczyszenia buta.
                                        Tubylec złapał się za głowę.
                                        - Trzeba coś ... - zaczął.
                                        - A co tu szukać? - wpadł mu gość w słowo - na postoju stoi ich co najmniej
                                        kilkanaście.
                                        - Ale mnie nie stać na taksówkę - rzucił Tubylec z rozpaczą w głosie.
                                        I dodał: - Nie gniewaj się, proszę.
                                        - No co ty, Tubylec - rzekł Tambylec tak, że Tubylec dopiero teraz przeraził
                                        się na dobre - ma się ten gest - potwierdził najgorsze przypuszczenia.
                                        - To może chociaż - zaskomlał Tubylec w ostatniej chwili - zapytaj o cenę.
                                        - Ile na Warszewo? - Tambylec dostosował się do prośby gospodarza.
                                        - Będzie dwie stówki - spokojnie zmierzył go Pantaksówkarz.
                                        Tubylec stał z rozdziawioną twarzą, Tambylec zbierał myśli, Pantaksówkarz
                                        dmuchnął im stęchłym dymem w policzki.
                                        - Nikt nie pojedzie taniej - zapewnił z bardzo rezolutnym uśmieszkiem.
                                        - Nigdy nie sądziłem - gość wysnuł jedyny logiczny wniosek - że Szczecin to
                                        takie duże miasto.
                                        - Na to wychodzi - potwierdził Pantaksówkarz - niewyobrażalnie ogromne.
                                        - Jak to mniej więcej jest daleko? - zapytał Tambylec bez jakiegokolwiek
                                        konkretnego powodu. Ot tak, bo Tubylec ciągle stał bez ruchu.
                                        - A jaką dokładnością mam podać? - w pytaniach Pantaksówkarza czuć było dbałość
                                        o szczegóły.
                                        - Do stu metrów - Tambylec postanowił się zemścić. Oj, jak się pomylił!
                                        - Sześć kilometrów dwieście metrów - padła natychmiastowa odpowiedź.
                                        Tambylec zemdlał na stojąco. Zrozpaczaczony Tubylec rzucił się cucić, ratować,
                                        prostować...
                                        - Oni są w zmowie,... to jest sitwa... - rzucał rwane ni to komentarze, ni
                                        wyjaśnienia.
                                        - Genialne! - Tambylec jednak odzyskał mowę - rewelacyjne w swej prostocie! To
                                        się nazywa mieć łeb do byznesu!
                                        Tubylec nie nie rozumiał, więc rzekł:
                                        - Nic nie rozumiem...
                                        - Tylko raz - zwierzył się Tambylec ze swych doświadczeń - spotkałem podobną
                                        sytuację...
                                        - Tak?
                                        - W Paryżu, rozumiesz? - Tambylec dokładał starań - pięć euro za jedną kulkę
                                        zwykłych lodów...
                                        - Tak?
                                        - Całkowicie zasłużyli na Nagrodę Złamanego Grosza! - Tambylec zakończył
                                        zachwycanie się zdolnościami byznesowymi.
                                        - Kto? - chciał jeszcze wiedzieć Tubylec, ale Tambylec rozglądał się dookoła:
                                        - Wiosna... - rozmarzył się - wszystko nam wynagrodzi...
                                        • gyor Re: Taksówka 28.03.04, 16:11
                                          Up!!!!!
                                          To juz chyba nie koniec ???? Szkoda by bylo, bo dobrze sie czyta. Germanus, nie
                                          len sie i pisz.
                                          • germanus Inicjatywa 29.03.04, 05:27
                                            Ja się nie lenię. Mam tego dużo. Dużo więcej. Ale zapytajcie Redakcję, jak mnie
                                            potraktowali. Miłego dzionka życzę.


                                            Rozmówki szczecińskie

                                            Inicjatywa

                                            Poniedziałkowe popołudnie przyszło do zmęczonego Prezydenta.
                                            - Wice, jesteś tu gdzie? - zapytał resztką sił.
                                            - Pracuję nad inicjatywą - Wice był na miejscu.
                                            - Dziś niczego ci jeszcze nie zlecałem - jakby przypomniał sobie Prezydent.
                                            - Nad twoją własną urzędniczo-obywatelską inicjatywą zmierzającą do utrzymania
                                            porządku publicznego i ciągłości władzy w podległej tobie jurysdykcji -
                                            wyrecytował Wice jak z telebimu.
                                            - Hę... - wydusił z siebie Prezydent, ale zaraz mimo zmęczenia przypomniał
                                            sobie o kreowaniu pozytywnego obrazu, więc rzekł:
                                            - Mówisz, że moją własną?
                                            - Całkowicie...
                                            - Tak jak z twoim stanowiskiem?
                                            - Jak najbardziej...
                                            - Hmm, przyjrzyjmy się temu zjawisku... - niechętnie zgodził się Prezydent.
                                            - Chodzi o referendum - zaczął się Wice nie patrząc na Prezydenta, który na
                                            dźwięk tego słowa zmęczoną ręką złapał się za zmęczoną głowę - odbierzemy im
                                            inicjatywę, nie pozwolimy im na nielegalne działania...
                                            Prezydent opuścił zmęczoną rękę. Wice spojrzał na niego i zdało mu, że w
                                            zmęczonych prezydenckich oczach dojrzał ślad przyzwolenia. Więc kontynuował:
                                            - To jest rokosz przeciw legalnej władzy - ciągnął - legalnej, rozumiesz?
                                            Prezydent rozumiał. Wice nie ustawał:
                                            - Nie po to tyle walczyłeś - miód się rozlał na umęczone prezydenckie czoło - z
                                            nielegalizmem i niesprawiedliwością, by teraz dać się porwać buntowi motłochu -
                                            spojrzał, czy Prezydent chłonie. Prezydent chłonął.
                                            - Tak jest, dobrze mówię..
                                            - Dobrze mówisz, motłochu... - przyklepał Prezydent.
                                            - Ich referendum jest nielegalne - wyciągnął podstawowy argument.
                                            Wyraźnie zmęczony Prezydent wyraźnie nie rozumiał. Wice to przewidział:
                                            - Mają twoją zgodę? - zapytał znając odpowiedź - no, to są nielegalni.
                                            Prezydentowi zdało się przez chwilę, że prawo stanowi inaczej. Ale perspektywa
                                            utrącenia referendum była zbyt silna, by się oprzeć:
                                            - Zaraz dzwonię do Komisarza - zachęcił się mimo zmęczenia.
                                            - I co mu powiesz swym zmęczonym głosem? - Prezydent nie wiedział kpina to, czy
                                            współczucie.
                                            - Jak to co? Że nielegalne!
                                            - I pozwolisz komuś za siebie decydować? - Wice dotknął go do żywego.
                                            - Nigdy w życiu - trwał w chwilowym ożywieniu niemal martwy do tej pory
                                            Prezydent.
                                            - To może wystarczy, jak z własnej inicjatywy - Wice sprawdzał, czy Prezydent
                                            mimo wczesnej popołudniowej pory kontaktuje - jak z własnej, rozumiesz, nie
                                            dasz im na to pieniędzy? - zapytał Wice tak, że nawet martwy Prezydent
                                            zrozumiał, że retorycznie.
                                            • Gość: e.beata Redakcjo, jak potraktowałaś germanusa?? IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 29.03.04, 13:15
                                              germanus, nie wiem czy redakcja da głos, więc może coś szerzej?
                                              Zabronili Tobie pisac?
                                              • germanus Pomnik 30.03.04, 20:14
                                                Gość portalu: e.beata napisał(a):
                                                > germanus, nie wiem czy redakcja da głos, więc może coś szerzej?
                                                > Zabronili Tobie pisac?

                                                Wyjaśnię, jak się obrobię. A może jednak redakcja da ten głos? Co?
                                                Na razie coś na czasie.

                                                Rozmówki Szczecińskie

                                                Pomnik

                                                - Chciałbym jeszcze wiedzieć - niejako na koniec narady rzekł Sekretarz - co z
                                                projektem pomnika.
                                                - Wydaje mi się - zaczął Poseł ostrożnie - że projekt ma spore poparcie.
                                                - Tak jest - wtrącił szybko Naczelnik - ludzie lubią pomysł.
                                                - No tak, na razie tylko pomysł - zgodził się Sekretarz - bo samego projektu
                                                jeszcze nie ma.
                                                - Nie ma nawet decyzji - przypomniał Poseł.
                                                - Co do decyzji - Prezydent albo zamierzał ograniczyć wymianę poglądów, albo
                                                pomóc im zdecydować - to nie powinno być problemu.
                                                - To jednak musi chwilę potrwać...
                                                - Podda się pod dyskusję...
                                                - ...przygotować założenia...
                                                - ... i po krótkiej, acz owocnej...
                                                - ...uchwalić budżet...
                                                - ...przyjmie projekt i skieruje do realizacji - Prezydent zakończył wymianę
                                                zdań z Posłem.
                                                - To jest bardzo pryncypialne i budujące stanowisko - Sekretarz nie krył
                                                zadowolenia.
                                                - Pewnie znów czegoś się obawiałeś - chciał wiedzieć Naczelnik.
                                                - Bardzo się obawiałem - zapewnił go Sekretarz - obawiałem się stanowiska
                                                Prezydenta.
                                                - A tu obawy pierzchły!
                                                - Okazał się nadspodziewanie otwartym na szybkie decyzje - dalej okazywał swe
                                                zadowolenie Sekretarz.
                                                - No to co dalej - zadźwięczał Prezydent - konkurs, czy już mamy kandydata?
                                                - Dajmy ludziom zdecydować - Poseł włączył swą ulubioną demokratyczną płytę.
                                                - Tak jest - zgodził się Sekretarz - powołajmy komitet budowy pomnika.
                                                - Mam nawet chwytającą za serce nazwę - Naczelnik tym stwierdzeniem ściągnął na
                                                siebie wszystkie spojrzenia.
                                                - Cały Szczecin Niemenowi - wyrzucił z siebie jednym tchem.
                                                - Niemenowi? - zapytał Prezydent na bezdechu.
                                                - Przecież to będzie pomnik Niemena - bardzo prosto rzekł Sekretarz. Ale zaraz
                                                coś mu zaświtało, więc zapytał:
                                                - A ty myślałeś, że czyj?
                                                - Że mój! - Prezydent zerwał się z miejsca i wybiegł z narady roztrącając meble.
                                                • germanus Mecz 30.03.04, 21:00
                                                  I jeszcze zaległość z ubiegłego tygodnia, gdy w czas "negocjacji" literackich z
                                                  redakcją nie posłałem...

                                                  Rozmówki szczecińskie

                                                  Mecz

                                                  - A tak się dobrze zapowiadało - rzekł dziwnie zmartwionym głosem Wice.
                                                  - I nie tak poszło? - Sekretarz rzadko pytał wprost.
                                                  - Zupełnie nie tak - szczerze przyznał Wice.
                                                  - Tak to w życiu bywa - już myślał kończyć konwersację Sekretarz, gdy Wice
                                                  niespodzianie dorzucił:
                                                  - Taki wielki mecz...
                                                  - Kupiłeś bilet?
                                                  - Mam wejściówkę...
                                                  - Kupiłeś wejściówkę?
                                                  - Bezpłatną...
                                                  - Takiemu to dobrze...
                                                  - Przecież komuś muszą dać - wytłumaczył Wice.
                                                  - Więc poszedłeś?
                                                  - Poszedłem - przyznał Wice - jak już mam tę miejscówkę - znów wytłumaczył.
                                                  - Pewnie emocje były spore?
                                                  - A przynajmniej zapowiadały się...
                                                  - Jeszcze trochę i się zgubię - jakby niecierpliwie rzekł Sekretarz - podobno
                                                  było super...
                                                  - Zapowiadało się super - poprawił go Wice.
                                                  Sekretarz postanowił przypuścić generalny atak:
                                                  - Pogoda była ok, kibice jak zwykle darli się, gra była w porządku mimo
                                                  wiosennej jeszcze formy, to czego w końcu chcesz?
                                                  - No wiesz - zaczął - najbardziej chodzi o wynik...
                                                  - No właśnie - na koniec roześmiał się całą gębą Sekretarz - i wygraliśmy!
                                                  - Rzecz w tym, że przegraliśmy - powiedział smutnie Wice.
                                                  Sekretarz spojrzał na niego bez cienia sympatii, za to rzekł z całkowitym
                                                  zrozumieniem:
                                                  - To ty kibicowałeś ŁKS-owi...
                                                  • germanus Stadion 01.04.04, 05:42
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Stadion

                                                    - Najważniejsze są właściwe środki wyrazu.
                                                    Obecnym na słowa Prezydenta opadły skarpetki.
                                                    - Nie sposób zaprzeczyć, że ważne... - zaczął ostrożnie Poseł.
                                                    - Może niekoniecznie najważniejsze - leciutko oponował Naczelnik.
                                                    - Właściwe proporcje - kontynuował Prezydent - między wielkimi i wielkimi...
                                                    - Hę? - zdążył tylko wtrącić Poseł.
                                                    - Wielkimi rzeczami i ... - na chwileczkę zawiesił głos - wielkimi ludźmi.
                                                    - No, trudno zaprzeczyć - nie zaprzeczył Poseł, zupełnie nie przeczuwając na co
                                                    przyzwala.
                                                    - A naszemu wielkiemu stadionowi ...
                                                    - Niezaprzeczalnie jednemu z najładniejszych w kraju - Naczelnik wykazał się
                                                    refleksem i znajomością stadionów.
                                                    - ... brakuje oprawy wielkiego człowieka... - kontynuował.
                                                    - Jakiegoś sportowca... - rozmarzył się Poseł - może lekkoatleta...
                                                    - Mam! Wiesław Maniak - wykrzyknął Naczelnik - nasz człowiek.
                                                    - Odnoszę wrażenie... - powoli sączył słowa Prezydent - że zmierzamy w mocno
                                                    niewłaściwym kierunku.
                                                    - Nasz człowiek, wielki sportowiec... - nie wiadomo, czy się upierał, czy tylko
                                                    wspominał Poseł.
                                                    - Może Marian Foik - Naczelnik zgłosił kolejną kandydaturę - wielki, razem
                                                    biegali...
                                                    Urwał, bo mu się zdało, że Prezydent się lekko podniecił.
                                                    - I jakby imię... - zaryzykował podciągając skarpetki.
                                                    Ale Poseł nie dał im dojść do głosu:
                                                    - On warszawiak, a nam trzeba naszego - mówił szybko - najlepszy byłby piłkarz,
                                                    wielki piłkarz, król strzelców pierwszej ligi, podpora drużyny... - wszystkie
                                                    oczy zwróciły się na Posła, gdy ten nieomal nabożnie wyszeptał:
                                                    - Marian Kielec.
                                                    - Marian Kielec - powtórzył jak echo Naczelnik.
                                                    Ale Prezydent odrobił zadanie domowe i był na to przygotowany.
                                                    - Imię się zgadza - rzekł opanowanym głosem - ale trzeba nam jeszcze większego
                                                    człowieka...
                                                    - Nie było i nie ma w Szczecinie większego sportowca - próbował upierać się
                                                    Poseł.
                                                    - Trzeba człowieka czynu, postaci historycznej - ciągnął z wielkim
                                                    zadowoleniem - budowniczego miasta...
                                                    - Hacken? - odważył się Naczelnik.
                                                    - Marian Jurczyk! - zakrzyczał Prezydent jednocześnie ukradkiem obcierając gips
                                                    z wąsa - to będzie Stadion im. Mariana Jurczyka. Z pomnikiem!
                                                    Milczeli.
                                                    - A potem zmienimy katedrę na św. Mariana, patrona miasta...
                                                    - ??
                                                    - ...nazwę miasta...
                                                    - Marianowo???
                                                    - I nazwę kraju na Marianoland - zakończył Prezydent jeszcze bardziej niż
                                                    zwykle zadowolony z siebie.
                                                  • levy Re: Stadion 01.04.04, 10:09
                                                    > - Marian Jurczyk! - zakrzyczał Prezydent jednocześnie ukradkiem obcierając
                                                    > gips z wąsa.

                                                    "Gips z wąsa" :D (ROTFL).
                                                    Ja z krzesła spadłem!

                                                    PS. A może by tak wydać to w formie książkowej? Wydawca pewnie się znajdzie.
                                                    Pozdrowienia i prosimy o jeszcze.
                                                  • Gość: Pismak Re: Stadion IP: 80.51.242.* 01.04.04, 21:38
                                                    Rozumiem, Germanusie, że coś się dzieje między Tobą, a redakcją "Wyborowej"?
                                                    Ten ich żarcik z Jurczykiem pojawił się mniej więcej w tym samym czasie, co
                                                    Twój "stadion". Tak jakby ktoś znał wcześniej Twoje plany wydawnicze i
                                                    podwędził Ci pomysł. Pewnie otrzymali Twoje "kawałki" wcześniej, miało coś być,
                                                    ale się nie wywiązali. A teraz nawet nie podali autora pomysłu.
                                                    Hm... spekuluję, ale to znamienne, że redakcję nie stać na własne pomysły.
                                                    Uznałbym, że zezwoliłeś im na wykorzystanie tego motywu, gdyby nie Twój wpis w
                                                    prima aprilisowym wątku, że "to było do przewidzenia".

                                                    pismak_logowany@gazeta.pl
                                                  • Gość: pajac Re: Stadion IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.04.04, 22:39
                                                    Śmierdzisz mi ArR. Nie judź Germanusa przeciwko GW i odwrotnie. Za cienki
                                                    jesteś.
                                                  • absztyfikant Re: Stadion 01.04.04, 23:18
                                                    Pajacu! Ty tez mi wygladasz dziwnie znajomo! Az siwo od bulgoczacej Twojej
                                                    frustracji sie zrobilo na forum!
                                                  • germanus Prima Aprilis 01.04.04, 23:31
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Prima Aprilis

                                                    - Ha, ha, ha - Poseł wprost zanosił się śmiechem.
                                                    - Ha, ha, ha... - wtórował mu Naczelnik.
                                                    Sekretarz stanął w drzwiach. Zobaczył zataczających się kolegów i nieruchomo
                                                    siedzącego Prezydenta.
                                                    - Wyjaśni mi ktoś? - zaczął krótkim pytaniem.
                                                    - Ale nas nabrał! - wykrzyknął Poseł.
                                                    - Tego bym się nigdy nie spodziewał...
                                                    - Czego byś się nie spodziewał? - Sekretarz spróbował dokładniejszych pytań.
                                                    - Takiego poczucia humoru, ha-ha-ha...
                                                    - Niesamowite, ha-ha - śmiał się dalej Naczelnik - a zawsze mieliśmy go za
                                                    ponuraka...
                                                    - Za faceta bez jaj, niepoprawnego wymoczka...
                                                    - Sztywniaka na kiju...
                                                    - Wyzutego z poczucia honoru...
                                                    - No, też - przytaknął cicho Sekretarz.
                                                    - Tfu, humoru - poprawił się Poseł.
                                                    - ... a tu taki numer, ha-ha-ha...
                                                    - Niech się dowiem, jaki numer - Sekretarz chyba zaczynał się niecierpliwić.
                                                    - Ha-ha-ha... - odpowiedział mu jedynie Poseł, ale bardziej urzędowy Naczelnik
                                                    powiedział półśmiejąco:
                                                    - Prima Aprilisowy. On sam wymyślił.
                                                    - I nam powiedział - dorzucił Poseł.
                                                    - I przez chwilę nas nabrał...
                                                    - Prawie uwierzyliśmy...
                                                    - W co uwierzyliście? -
                                                    - W pomnik...
                                                    - Przecież pomnik Niemena ma stanąć - zdziwił się Sekretarz.
                                                    - ...na stadionie...
                                                    - Raczej na deptaku Bogusława.
                                                    - Pomnik Mariana...
                                                    - Na stadionie im. Mariana - Sekretarz wreszcie dowiedział się wszystkiego.
                                                    - Tak powiedziałeś? - mimo wszystko zapytał Prezydenta.
                                                    - Tak powiedziałem - potwierdził Prezydent.
                                                    - Rzeczywiście, znakomity dowcip - ocenił Sekretarz szeroko się uśmiechając.
                                                    - To nie dowcip - zaprzeczył Prezydent - odlew już jest gotowy - uświadomił im
                                                    całą prawdę i strącił ostatnią grudkę gipsu z wąsów do kosza.
                                                  • Gość: Hanka Re:koniecznie wydac !!!!!! IP: *.atlsfl.adelphia.net 02.04.04, 02:58
                                                    Germanus, musisz to koniecznie wydac, przeciez to jest kawal historii naszego
                                                    miasta.. i ta forma , jestem pelna podziwu dla twego talentu. Na marginesie
                                                    nie dawaj sie kiwac kolegom z GW. Prosze pisz, pisz, pisz...
                                                    pozdrawiam Hanka
                                                  • germanus Kowalik 02.04.04, 07:56
                                                    Jeśli chodzi o modły, Droga Hanko, to trzeba je zanosić do redachtorów. Może
                                                    dać poznać, co znaczy presja społeczną, która tak łatwo na codzień sobie ...
                                                    Ja jestem tylko zwykłym wyrobnikiem. Miłej lektury.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Kowalik

                                                    - Wezwałem cię, Komisarz... - Prezydent poczuł dziwny przypływ ciepła na
                                                    słowo "wezwałem".
                                                    - Nikt mnie nie wzywał - przerwał Komisarz mało uprzejmie i bardzo konkretnie
                                                    jednocześnie - przejeżdżałem, pomyślałem, że wpadnę i uzgodnię kilka szczegółów.
                                                    - Telefonów nie masz, by się zapowiedzieć? - opłacił Prezydent takąż
                                                    nieuprzejmą monetą.
                                                    - Ależ właśnie chodziło o to, by się nie zapowiadać - Komisarz niemal się
                                                    śmiał - i dorwać cię nieprzygotowanego.
                                                    - Zawsze jestem przygotowany.
                                                    - To akurat jest jedno wielkie kłamstwo - zauważył spokojniej Komisarz wyjmując
                                                    gazetę ze sprawozdaniem z sesji budżetowej.
                                                    - Jesteś moim gościem - Prezydent rozejrzał się po wystawnie urządzonym
                                                    gabinecie - a ja gości nie obrażam. Koniaczku?
                                                    Komisarz puścił mimo uszu pijacką uwagę głównie dlatego, że zapatrzył się na
                                                    niebieskokasztanowatego ptaszka niezmordowanie sunącego w dół pnia drzewa.
                                                    - Piękny - wskazał okno - to kowalik.
                                                    Prezydent nie miał wyboru. Był przecież uprzejmy dla gości. Spojrzał ponuro w
                                                    szarą szybę. Przez uchylone okno wdarło się krótkie i wabiące "twij twij twij",
                                                    po czym kowalik przystanął i mocnym dziobem uderzył kilka razy w pień.
                                                    - Rozbija orzech... - powiedział Komisarz.
                                                    - Orzech? - wyrwało się Prezydentowi.
                                                    - Wcześniej wcisnął go w szczelinę kory - wyjaśnił Komisarz swemu rozmówcy.
                                                    - Przejechałeś pokazać mi kowalika - lekko zniecierpliwił się Prezydent - a
                                                    może go przywiozłeś w teczce...
                                                    - To pospolite i pożyteczne ptaszki - Komisarz wyraźnie miał mnóstwo czasu -
                                                    gnieżdżą się w dziuplach na błoniach.
                                                    - To co w tej teczce oprócz gazety? - Prezydent chyba nie był taki uprzejmy, za
                                                    jakiego się podawał.
                                                    - Capuccino. W proszku, niestety - wyjaśnił Komisarz - twoja sekretarka
                                                    zaoferowała się, że zaparzy.
                                                    Obaj odczekali, aż dziewczyna opuści pokój.
                                                    - Dziób kowalika zawisł nad orzechem - Komisarz popił ociupeńkę.
                                                    - Nie rozumiem...
                                                    - Ludowe referendum zawisło nad urzędnikiem - Komisarz znów popił.
                                                    - Budżet napięty - niemal warknął Prezydent - nie dam pieniędzy.
                                                    - Co? - Komisarzowi zdało się, że przez ciągłe popijanie capuccino nie
                                                    dosłyszał - jakich pieniędzy?
                                                    - Moich, znaczy miejskich - plątał się Prezydent.
                                                    - Ty naprawdę jesteś jak ten orzech - Komisarz nie mógł sobie odmówić - tylko
                                                    czekasz, by cię uderzyć mocnym dziobem.
                                                    - Nieważne na kogo czekam... - wplątywał się na dobre.
                                                    W drzwiach ukazał się Wice. Nieśmiała myśl przemknęła Komisarzowi nad kolejnym
                                                    łykiem capuccino.
                                                    - To ty mu nagadałeś tych głupot o pieniądzach - zaryzykował zwracając się do
                                                    Wice.
                                                    - Prezydent na wszystko ma własne zdanie - odparował nieszczerze Wice.
                                                    - Niestety, niestety... - Komisarz dopił kawusię - nawet niezła, jak na
                                                    proszkową, podwójna. Miło mi było - podniósł się i pożegnał.
                                                    - Czego chciał ten nierób? - zawył Wice.
                                                    - Ględził coś o jakimś kowaliku - opędzał się Prezydent - nieważne.
                                                    - Ależ Kowalika już dawno spuściliśmy... - tłumaczył gorączkowo Wice.
                                                    - A ty co mi nagadałeś o pieniądzach na referendum?
                                                    - Ja? - niesamowicie szczerze zdziwił się Wice - przecież ty na wszystko masz
                                                    własne zdanie.
                                                  • Gość: pajac Re: Stadion IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 01.04.04, 22:40
                                                    Jak zwykle R-E-W-E-L-A-C-J-A !!!!!!!!!!!!!!!!!!!
                                                  • Gość: e.beata Re: Stadion IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 02.04.04, 13:09
                                                    Z tego co pamiętam, to w papierowej ukazały się z trzy kawałki. Chyba te
                                                    pierwsze.
                                                    1.idzie o poprawność polityczną? ;-)
                                                    2.pieniądze?
                                                    bo nie rozumiem.
                                                  • ja_aska Re: Stadion 02.04.04, 13:29
                                                    Genialne. Padam na ......:):):)
                                                  • germanus Pod górkę 02.04.04, 14:20
                                                    Dzięki. Beata, odpowiem Ci później. Teraz idę do pracy, jak zwykle w piątek.
                                                    Miłego dnia, weekendu, tygodnia, miesiąca i kwartału życzę.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Pod górkę

                                                    - Idziemy pieszo - zameldował wiosenny Tambylec nie zważając na przyciężką z
                                                    wyglądu torbę.
                                                    Tubylec nie mógł się nie zgodzić, więc zignorował ostrzegawcze krzyki mew i
                                                    ruszył za Tambylcem.
                                                    - Będzie pod górkę - ostrzegł gościa.
                                                    A ten, jakby dopiero teraz dostrzegł wiadukt.
                                                    - Ciekawy koncept ... - zaczął, ale nie dokończył, bo Tubylec był szybszy.
                                                    - Niemiecki - wyjaśnił Tubylec - bardzo skraca drogę.
                                                    Tambylec zręcznie wyminął kilka podwiaduktowych kupek i trochę zwolnił.
                                                    - Tu mi brakuje jakiegoś znaczącego symbolu - podsumował wielki plac.
                                                    - Sediny?
                                                    - Proszę... - nie połapał się Tambylec.
                                                    - Kotwica miała ją zastąpić... - Tubylec wskazał wyłaniający się zza cisów
                                                    kształt - a Sedina to szczecińska Pani - wyjaśnił.
                                                    - Musiała być piękna... - Tambylec zdawał się ją widzieć.
                                                    - Nie było takiej drugiej - zapewnił Tubylec - chcemy ją mieć z powrotem.
                                                    - Ciekawy koncept ... - powtórzył Tambylec rozglądając się dokoła.
                                                    Tubylec podążył za jego wzrokiem, ale nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego.
                                                    - Te wysokie budynki - wskazywał gość - prawie nad rzeką, na wzgórzach...
                                                    Ogromny, ten czerwony...
                                                    - Nowy Ratusz...
                                                    - U góry pewnie kawiarenka z widokiem na rzekę i port...
                                                    - Nic o tym nie wiem.
                                                    - I ta wieża...
                                                    - Akademia Medyczna...
                                                    - Ile stopni na górę? Jak daleko widać? - dopytywał szybko Tambylec.
                                                    - Niedostępna...
                                                    Tambylec sapnął, odstawił torbę i przysiadł na kamieniu pod kotwicą.
                                                    - A ten budynek od rzeki?
                                                    - Poczta...
                                                    - Ładnie tu - pochwalił - choć do całości brakuje zamknięcia placu od zachodu.
                                                    Samotna mewa zniżyła lot.
                                                    - Ładnie - pochwalił ponownie - ale mało dbałości i zacięcia gospodarskiego.
                                                    - Chodźmy już może - zaproponował Tubylec - a płaszcz wyczyścimy w domu -
                                                    dokończył.
                                                  • germanus Gorzej 04.04.04, 00:35
                                                    Zoo-rozmówki szczecińskie

                                                    Gorzej

                                                    - Ależ ty się umiesz przyczepić! - nie wiadomo czy z podziwem, czy z naganą
                                                    wybuchnął Śledź.
                                                    - Zapewne masz coś konkretnego na myśli? - z niejakim wahaniem zapytał Ryba.
                                                    - Widać wyraźnie - wtrącił Wieloryb wykorzystując z kolei chwilowe wahanie
                                                    Śledzia - że nie chcesz o tym mówić.
                                                    - Oczywiście, że mam - Śledź nie zostawił cienia wątpliwości - samego
                                                    największego Suma.
                                                    - Taaak? - jakoś niezbyt jasno zdziwił się Wieloryb - nie zauważyłem.
                                                    - Bo nie jesteś Sumem! A Sum ma pewnie dokładnie dość.
                                                    - Dość czego?
                                                    - Ojej! - Śledź ledwo wytrzymał - rybowego przyczepiania.
                                                    - Nie sądzę - starał się łagodzić Ryba - ale chciałbym, abyś się nie mylił.
                                                    - Sądzisz, że Sum nie ma dosyć? - upewniał się Śledź.
                                                    - Sum jest wyjątkowo gruboskórny - wtrącił Wieloryb.
                                                    - Nic bardziej mylnego - wyjaśnił Ryba - Sum ma poczucie misji...
                                                    - Jakiej misji?
                                                    - Do spełnienia! Nie ma innych misji - Ryba myślał, że skończył wyjaśnianie,
                                                    ale dopiero się zaczęło.
                                                    - Spełnienia czego?
                                                    - Od kiedy?
                                                    - Jak na to wpadłeś?
                                                    Ryba zmrużył rybie oczy:
                                                    - Ratowania miasta - zaczął mówić i od razu było widać, że będzie to dłuższe
                                                    przemówienie - ratowania nas wszystkich, może nawet świata. Wbrew wszystkim i
                                                    wszystkiemu, nawet wbrew naszej woli. Ratowania od upadku, nawet jeśli nie ma
                                                    tego upadku. Ratowania w jeden, jemu jedynie właściwy sposób, sposób, który on
                                                    uzna za stosowne.
                                                    Umilkł. W tej ciszy szept Wieloryba wydał się krzykiem:
                                                    - To już gorzej być nie może...
                                                    - Mam dla ciebie dobrą wiadomość - Ryba wbił w Wieloryba swoje oczki - zawsze
                                                    może być gorzej.
                                                    - To nie jest dobra wiadomość! - zaprotestował Wieloryb.
                                                    - Jest - ostatecznie wyjaśnił Ryba - bo ratowanie zakończy się całkowitą
                                                    zagładą i wtedy nadejdzie nasz czas.

                                                    Słówko wyjaśnienia dla tych, co są lekko z innej bajki:
                                                    Sum to prezydent miasta Sz.
                                                  • absztyfikant Re: Gorzej 04.04.04, 00:40
                                                    A zlosliwi mowia, ze tylko ryby nie biora;)
                                                  • germanus Oj, Abi 04.04.04, 02:43
                                                    zapewniam Cię uroczyście, że nawet sum ma swoją cenę.
                                                    Przykrą sprawą w cenach innych ryb może być ich wysokość. Są zwyczajnie za
                                                    niskie.
                                                  • germanus Katedra 04.04.04, 19:23
                                                    Beatko, jeszcze chwilka z GW, ok?


                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Katedra

                                                    - Widzisz, Biskup, wiosna... - zaczął Prezydent.
                                                    - Arcybiskup - poprawił go Arcybiskup.
                                                    - A jak wiosna, to nowe życie - ciągnął niezrażony, za to przekonany o swej
                                                    nieomylności - wiesz, ptaszki, kwiatki...
                                                    - Zapewne zmierzasz do czegoś - Arcybiskup zdawał się nie kumać.
                                                    - Odnowa, rozumiesz - Prezydent jakby nie słuchał - trzeba nowych treści...
                                                    - Takie jest też nasze stanowisko - tylko tyle zdążył wtrącić Arcybiskup, bo
                                                    Prezydent mówił dalej:
                                                    - ... szczególnie w naszym, hmm..., przepraszam za duże uproszczenie, biednym
                                                    mieście...
                                                    - To rzeczywiście jest uproszczenie - Arcybiskup przyznał mu rację -
                                                    istotniejsze bowiem są powody twojej opinii...
                                                    - Do tego dziś nie będziemy dochodzić - niemal odburknął Prezydent. I ciągnął:
                                                    - Ludziom potrzeba przykładu...
                                                    - W Wielkim Tygodniu...
                                                    - ... i nadziei ...
                                                    - ... właśnie nadchodzące Zmartwychwstanie...
                                                    - ... wielkiego przykładu i wielkiej nadziei...
                                                    - ... trudno o większe niż Zbawiciel...
                                                    - ... symbolu do identyfikowania się, najlepiej miejscowego...
                                                    - ???
                                                    - A kto to był Jakub? - po krótkiej wymianie poglądów zapytał nagle Prezydent -
                                                    dokładniej św. Jakub?
                                                    - Młodszy czy Starszy? - odpowiedział pytaniem Arcybiskup.
                                                    - Hę? - Prezydent wyglądał na zbitego z tropu.
                                                    - Bo imię Jakuba nosiło dwóch apostołow - wyjaśnił.
                                                    - Aaa - Prezydent szybko odzyskał rezon - czyli nie nasi, nie miejscowi...
                                                    - Jakub Starszy to trzeci apostoł! - Prezydentowi się zdało, że Arcybiskup
                                                    lekko podniósł głos.
                                                    - Ale z tą naszą katedrą, to jednak przesada...
                                                    - Wiem - wtrącił szybko Arcybiskup mając jedno na uwadze - ludzie chcą wieży...
                                                    - ... by nosiła takie imię...
                                                    - ... tak, jak dawniej...
                                                    - ... i dlatego jest wola mojego ludu...
                                                    - ... symbolu miasta...
                                                    - ... by jako ten symbol nosił imię św. Mariana - dokończył Prezydent ogromnie
                                                    z siebie zadowolony.
                                                    - Nie... - jakoś spokojnie i smutno powiedział Arcybiskup - to jest tylko tyle,
                                                    co mogę ci powiedzieć, Prezydent.
                                                    - Arcyprezydent! - poprawił ten Arcybiskupa na pożegnanie i zagłębił się w
                                                    lekturze Siedmiu Grzechów Głównych, ustęp "O Pysze".
                                                  • absztyfikant germanus, chapeau bas! [katedra] 04.04.04, 19:59
                                                    No po prostu kwintesecja mysli jurczykowej w niespotykanym do tej pory w tym
                                                    watku stezeniu.
                                                  • germanus Zawiedzenie 05.04.04, 02:08
                                                    Dzieki wszystkim zyczliwym i niezyczliwym duszom za komentarze.

                                                    Zoo-rozmówki Szczecińskie

                                                    Zawiedziony

                                                    - Jak tak cię obserwuję, Ryba... - zaczął Śledź.
                                                    - Ależ daruj sobie, nie musisz się męczyć - odpalił mu Ryba.
                                                    - Obserwacja zawsze męczy - wtrącił obiektywny Wieloryb.
                                                    - ... to widzę - Śledź szybko się uczył i nie dawał się zbić z tropu - że
                                                    jesteś ogromnie zawiedziony.
                                                    Rybę zatkało. Na dłużej.
                                                    - Nie mogę nie przyznać ci racji - rzekł zamiast niego Wieloryb - bo też mam
                                                    takie wrażenie.
                                                    - A widzisz!
                                                    - ... nie mogę jedynie pojąć - Wieloryb zignorował wszystkie widzenia - skąd w
                                                    tobie tyle zdolności obserwacyjnych.
                                                    - Mam to wrodzone - skłamał Śledź.
                                                    - A zawiedzenie Ryby wygląda na nabyte - Wieloryb dał się wciągnąć w śledziowy
                                                    temat.
                                                    - Ja mam nawet diagnozę - pochwalił się Śledź.
                                                    - A to ciekawe - Wieloryb wyglądał na kompletnie wciągniętego i
                                                    zainteresowanego.
                                                    - Pamiętasz wybory? - zaczął Śledź swą diagnozę.
                                                    - Większość pamiętam - przyznał Wieloryb - zresztą zależy z którego roku te
                                                    wybory.
                                                    - Ojejku! Ostatnie! Miejskie! - niemal zapienił się Śledź na taką bezczelność.
                                                    - Co miałbym nie pamiętać? - zapewnił, że pamięta Wieloryb - wybraliśmy Suma.
                                                    Ha-ha-ha, wesoło było, jak Ruina dał ciała - śmiał się nie patrząc na skwaszoną
                                                    od dobrej chwili minę Śledzia.
                                                    - No i co nam ten Sum zrobił, jak już go wybraliśmy? - spytał Śledź tak, że
                                                    Wieloryb momentalnie oprzytomniał.
                                                    - Mogę powiedzieć szczerze - wyznał cicho Wieloryb - ale nie będziesz mnie
                                                    lubił.
                                                    - Nie o takim lubieniu mówimy...
                                                    - Rozwalił nasze miasto - Wieloryb dokończył wyznanie i spojrzał na
                                                    odtykającego się Rybę.
                                                    - Głosowałem na niego - niemal załkał - zachęcałem, przekonywałem...
                                                    - Tak było - stwierdził Śledź.
                                                    - ... a co najgorsze wierzyłem w niego...
                                                    - Ja też sądzę - potwierdził Wieloryb - że wierzyłeś.
                                                    - I dlatego robisz, co robisz? - zapytał Śledź widząc jedyną szansę wyduszenia
                                                    z Ryby osobistego wyznania.
                                                    - I dlatego tępię Suma na wszelkie możliwe sposoby - Ryba nie zawiódł
                                                    śledziowych oczekiwań.
                                                    - Prawda, bardzo radykalnie go tępisz - stwierdził Wieloryb.
                                                    - Bo od miłości jest bardzo blisko do nienawiści - Ryba potwierdził najgorszą
                                                    możliwą diagnozę.
                                                  • Gość: e.beata Re: Zawiedzenie IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 05.04.04, 10:23
                                                    sum podobnież jak szczupak jest rybą drapieżną ;-).
                                                    >>Przez rybaków jest uważany za szkodnika, wyrządzającego olbrzymie straty w
                                                    pogłowiu innych gatunków ryb w rzekach i jeziorach.
                                                  • germanus Wielki Tydzień 09.04.04, 17:56
                                                    Wybaczcie mały brak regularności. Zapracowanym...

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Wielki Tydzień

                                                    - To mi nie wygląda dobrze - jakoś tajemniczo stwierdził Wice, gdy siedli do
                                                    roboczego przedświątecznego śniadania.
                                                    - Dlaczego? - krótko i przekąszająco chciał się dowiedzieć Prezydent - święta
                                                    idą...
                                                    - To referendum...
                                                    - Ale zanim przyjdą... - Prezydent jakby nie słuchał.
                                                    - ... i na mieście źle o nas mówią...
                                                    - ... to jest Wielki Tydzień...
                                                    - ... ludzie nas nie lubią... - Wice złapał słoiczek z chrzanem.
                                                    - ... i trzeba się umartwiać... - Prezydent zmełł w ustach skórkę chleba.
                                                    - ... w telewizji nie lepiej...
                                                    - ... i być pokazowo smutnym...
                                                    - Zawsze jesteś - nie wytrzymał Wice - teraz skup się na referendum.
                                                    - Do referendum jeszcze kawał czasu - Prezydent odsunął straszną wizję.
                                                    - A już najgorsza prasa...
                                                    - Jaka prasa?
                                                    - Praktycznie każda - Wice odstawił chrzan, chwycił majonez.
                                                    - Nie czytałem...
                                                    - Jedni mniej, drudzy więcej...
                                                    - Ciekawe - zaciekawił się Prezydent
                                                    - ... ale wszyscy walą w ciebie, jak w bęben...
                                                    - ... zastanawiające...
                                                    - ... atmosfera jest naprawdę gorąca...
                                                    Prezydent spojrzał na Wicego i odsunął talerzyk.
                                                    - Mówisz, że nienawidzą? - pytaniem upewnił się Prezydent.
                                                    - Na to wychodzi...
                                                    - Tłumy podburzone?
                                                    - Zadowolone nie są...
                                                    - Na mieście zamieszki?
                                                    - Są nawet ranni...
                                                    - I że osądzają?
                                                    - Na to wychodzi...
                                                    - I są bliscy wydania wyroku?
                                                    - Chyba tak... - przytaknął Wice nie mogąc się domyślić do czego zmierza
                                                    Prezydent.
                                                    - Ukrzyżują mnie! - w zachwycie i uniesieniu wykrzyknął Prezydent.
                                                  • germanus Zmartwychwstanie 13.04.04, 06:39
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Zmartwychwstanie

                                                    - No i po świętach - powiedział Wice tak, że miało zabrzmieć odkrywczo, a
                                                    zabrzmiało trywialnie.
                                                    - Lubię wtorek po świętach - Sekretarz powiedział to tak, że widać było, że
                                                    lubi.
                                                    - To było to - zaskowronił Wice - trzy dni nic-nie-robienia.
                                                    - No, niezupełnie - lekko zaoponował Prezydent.
                                                    - Boskie lenistwo...
                                                    - Boskie, ale nie lenistwo...
                                                    - Spałem do południa...
                                                    - A ja wprost przeciwnie...
                                                    - Po późnym śniadaniu spacerek...
                                                    - A ja odsypiałem ranki...
                                                    - Tak? To niezdrowo - zaciekawilł się i szybko wyjaśnił Wice.
                                                    - W niedzielę byłem na rezurekcji... - przyznał cicho Prezydent, ale Wice go
                                                    nie słuchał.
                                                    - Rozleniwiłem się, rozmarzyłem się...
                                                    - Ja trochę też, choć...
                                                    - I podżarłem ostro - dodał Wice wskazując na zwiększony brzuszek.
                                                    - Starałem się wystrzegać...
                                                    - Asceta! - wyśmiał go Wice, ale Prezydent wziął to za komplement.
                                                    - Chcę trochę schudnąć - przyznał się w odpowiedzi - więc zacząłem prace
                                                    działkowe.
                                                    - I w ogóle czuję się wspaniale - zdawał się kończyć Wice obmyślając kolejne
                                                    kruczki utrudniające dziennikarzom dostęp do urzędu.
                                                    Ale Prezydent musiał przyznać się do wszystkiego:
                                                    - A ja czuję się wprost bosko...
                                                    A widząc pytające spojrzenie Wicego dodał:
                                                    - Jakbym zmartwychwstał!
                                                  • Gość: e.beata Re: Wielki Tydzień IP: *.szczecin.sdi.tpnet.pl 13.04.04, 15:09
                                                    Dzięki germanus za łzy w mych oczach ;-).
                                                  • germanus Lotnisko 15.04.04, 00:54
                                                    Dzięki za ciepłe słowo, Beatko. Cała przejemność po mojej stronie. Miłej
                                                    lektury.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Lotnisko

                                                    - Byłem w Toronto... - zaczął Sekretarz, ale nie dane mu było skończyć.
                                                    - Nigdzie cię nie wysyłałem - wciął się szybko Prezydent.
                                                    - Ale prywatnie - uspokoił go jak najszybciej Sekretarz.
                                                    - A to co innego.
                                                    - I dawno temu.
                                                    - Jak dawno? - Prezydent zawsze musiał mieć najnowsze wieści.
                                                    - Dawno - ponownie uspokoił go Sekretarz - jesienią.
                                                    - To jest w Afryce czy w Ameryce? - tego pytania Sekretarz naprawdę się nie
                                                    spodziewał.
                                                    - W Kanadzie - odpowiedział najspokojniej, jak umiał.
                                                    - Nazwa brzmi afrykańsko.
                                                    - Indiańsko - poprawił Sekretarz.
                                                    - A to nie to samo?
                                                    - Ładne miasto - Sekretarz zmienił temat.
                                                    - Ale chyba nie tak, jak Szczecin? - wyraźnie zazdrośnie spytał Prezydent.
                                                    - Nie tak - uspokojanie zaczęło być drugą naturą Sekretarza - to jest zupełnie
                                                    inne miasto.
                                                    - Jak to inne? - interesował się Prezydent - nie mają ulic?
                                                    - Mają. I autostrady. I ogromne korki na nich. Inne miasto.
                                                    - Dalej nie rozumiem. Może nie mają domów?
                                                    - Ojej, rozpraszasz mnie - zamiast uspokajać, zniecierpliwił się Sekretarz - a
                                                    ja chciałem o lotnisku.
                                                    - To oni nie mają lotniska? - zaszczebiotał bliski szczęścia Prezydent.
                                                    - Mają - po raz drugi zaprzeczył Sekretarz obserwując, jak Prezydentowi opadają
                                                    kąciki ust - a na nim największy terminal świata.
                                                    - Znów nie rozumiem.
                                                    - Bo to ich lotnisko jest w innym mieście...
                                                    - Jak nasze w Goleniowie? - ucieszył się Prezydent.
                                                    - No bez przesady - Sekretarz nie pozwolił mu cieszyć się zbyt długo - bliżej,
                                                    dużo bliżej. Ale daleko. Bo te korki.
                                                    - Acha - domyślił się Prezydent - i nie mogą tam dojechać.
                                                    - W każdym razie trwa to długo.
                                                    - Jak do Goleniowa?
                                                    - No nie, znacznie krócej - Sekretarz znów go podciął - ale byznesmenom i tak
                                                    za długo.
                                                    - A to pech - Prezydent udał zatroskanie.
                                                    - Więc urządzili drugie lotnisko...
                                                    - Co?
                                                    - W centrum miasta...
                                                    - Jak to możliwe?
                                                    - Na wyspie...
                                                    Przysłuchujący się rozmowie Wice wstał, podszedł do prezydenckiego biurka i
                                                    puknął źle zaostrzonym ołówkiem w list na biurku.
                                                    - Podjąłem decyzję o budowie lotniska w centrum Szczecina - powiedział z
                                                    wzrokiem wbitym w czarny listowy punkt - na wyspie!
                                                    - Ależ my w centrum nie mamy wyspy - zdążył się wyrwać Sekretarz.
                                                    - Łasztownia! - dobił go Wice obserwując uważnie ścierającego czarny punkt z
                                                    listu, milczącego Prezydenta.
                                                  • germanus Niewinny 16.04.04, 13:11
                                                    Cały boży ranek serwer był padnięty. Zdarza się. I teraz jestem niewyspany.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Niewinny

                                                    - Trzeba tylko chcieć - powiedział niby w powietrze Prezes.
                                                    - A ty oczywiście chcesz - stwierdził Radca
                                                    - To tak niewiele trzeba - kontynuował Prezes - i przy odrobinie dobrej woli...
                                                    - Ale jesteś skromny - wpadł mu w słowo Radca.
                                                    - ... uczyniłem miasto sławnym.
                                                    - Ponownie! - entuzjazmował się Radca.
                                                    - Właśnie. Same sukcesy.
                                                    - No, mówi się o nas w kraju.
                                                    - I dobrze, niech wiedzą, jak się staramy!
                                                    - Działamy odkrywczo...
                                                    - Zupełnie nietuzinkowo...
                                                    - Zupełnie - potwierdził Radca - nadajemy nowy kierunek.
                                                    - Przyznajmy, że głównie ja nadaję - Prezes skromnie wysunął się na czoło.
                                                    - Oskarżony o oszustwa kontrolerem skarbowym - zachwycił się Radca.
                                                    - Ten kierunek ma przyszłość!
                                                    - Tylko ten głupkowaty Burmistrz ci bruździ - Radca zdecydował się wspomnieć o
                                                    małym kłopocie.
                                                    - Cielak jakiś - zniecierpliwił się Prezes - przecież i gołą kieszenią widać,
                                                    że człowiek niewinny.
                                                    - A co dopiero, jak kieszeń niegoła, prawda? - ucieszył się Radca.
                                                    - Ciesz się nieco ciszej - poinstruował go Prezes.
                                                    - No i Rzecznik coś marudził - jak na komendę zmartwił się Radca.
                                                    - Zwykła zazdrość.
                                                    - Jakie teraz ludzie niedobre - Radcy zebrało się na wnioski - i o co to? Ile
                                                    tego właściwie było?
                                                    - Nawet mi nie mów, grosze jakieś.
                                                    - Właśnie, nawet nie było co dzielić.
                                                    - A już na pewno nie było o co skarżyć niewinnego człowieka.
                                                    - Ani tym bardziej odwoływać - potwierdził Radca.
                                                    - No to jak już mamy opinię prawną - powiedział Prezes Radcy na odchodne - to
                                                    przyślij mi tu tego niewinnego.
                                                  • Gość: Rafis niesamowite IP: *.wro.vectranet.pl / 213.199.196.* 17.04.04, 00:06
                                                    najlepsze teksty jakie czytałem od dawna na necie :) Gratuluje talentu.
                                                    Może jakiś z wątkiem wrocławskim? ;)

                                                    pzdr.
                                                  • Gość: Hanka Re: niesamowite IP: *.atlsfl.adelphia.net 17.04.04, 02:56
                                                    Germanus, ani sie waz odchodzic do Wroclawia. Zadnych takich obcych watkow.
                                                    Ty jestes Szczecinski i taki pozostan. A na powaznie.. dobrze ze chociaz Ciebie
                                                    mamy !!!!
                                                  • germanus Lotnisko 2 17.04.04, 07:04
                                                    Oczywiście, że nigdzie nie odchodzę. Nie po to wróciłem. Ale nie odżegnuję się
                                                    od skrobania najróżniejszych rosssmóweczek, a co? Na tym świecie wiele jest
                                                    możliwe.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Lotnisko 2

                                                    - Łasztownia za mała - powiedział zdecydowanie Sekretarz, gdy pochylili się nad
                                                    rozłożoną mapą.
                                                    - To się powiększy - Wice rozwiązał problem w sekundę.
                                                    Sekretarz wskazał na kanały wokół Łasztowni.
                                                    - Pomijając koszty i możliwości - powiedział - nie bardzo jest gdzie.
                                                    - A to? - palec Wicego opadł na długi, pionowy pas.
                                                    - Serce portu - pośpieszył Sekretarz z informacją.
                                                    - Dwa kilometry pasa startowego - zauważył Wice.
                                                    - Dworzec Wrocławski...
                                                    - Tereny pięknie uzbrojone...
                                                    - Magazyny... - jakoś słabo oponował Sekretarz.
                                                    - Część może da się wykorzystać - pocieszał Wice.
                                                    - Elewator Ewa...
                                                    - Nie szkodzi, zburzy się...
                                                    - ?!
                                                    - A tę śmieszną prostokątną zatoczkę...
                                                    - Basen! - wykrzyknął Sekretarz.
                                                    - Jak jej tam - ponownie pochylił się nad mapą - Wschodnia? - odszyfrował z
                                                    trudnością - zasypie się.
                                                    - Szalejesz, Wice... - odezwał się nagle Prezydent.
                                                    - Staram się - skromnie przymilił się Wice.
                                                    - Ale portu i stoczni nie pozwolę ruszyć.
                                                    - Najlepsze tereny... - chciał oponować Wice, ale rezydent uciął krótko:
                                                    - Daj spokój, wyraźnie nie rozumiesz morza.
                                                    - No to pozostaje już tylko Wyspa Pucka - podsumował Wice nie wiedząc nawet,
                                                    jak bardzo naraża się działkowiczom.
                                                  • germanus Rzodkiewka 17.04.04, 21:47
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Rzodkiewka

                                                    Prezydent niechętnie podniósł do ucha brzęczącą komórę.
                                                    - Słuchaj, Prez, nie może być lepiej - skowronił Wice.
                                                    - Jest sobota... - niechętnie wypowiedział swe zdanie Prezydent.
                                                    - Mam taaaaki pomysł!
                                                    - A jutro niedziela.
                                                    - Prez, nie udawaj, że nie rozumiesz - rzekł szybko Wice będąc całkowicie
                                                    pewnym, że Prezydent niczego nie rozumie.
                                                    - Muszę iść do kościoła...
                                                    - Wielu ludzi musi. Lub chce - Wice nie wiedział, jak trafić do Prezydenta -
                                                    skup się, załatwimy ich!
                                                    - Właśnie zrobiłem piękny rowek na nasionka...
                                                    - Prez, obudź się, bo obaj zginiemy - sępił Wice.
                                                    - Wczesną rzodkiewkę sieję... - musiał dokończyć Prezydent, by nagle
                                                    otrzeźwieć - co mówisz? Zginiemy?
                                                    - Już giniemy...
                                                    - Na to nie mogę pozwolić!
                                                    - Tak myślałem, ale chyba się myliłem.
                                                    - Przejmuję inicjatywę - nadgorączkowo deklarował Prezydent.
                                                    - Wystarczy, jak posłuchasz - zdawał się uspokajać Wice - i zrobisz, co każę.
                                                    - To razem będą dwie inicjatywy.
                                                    - Wchodzimy w kontakt z burmistrzem...
                                                    - My mamy prezydenta! - dumnie przerwał Prezydent.
                                                    - ...Gryfina - znacząco i przeciągle dopowiedział Wice.
                                                    - Nie widzę...
                                                    - Przesuwamy ich Dni na 23 maja...
                                                    - Po co im przeszkadzać... - słabo oponował Prezydent.
                                                    - Ogłaszamy, że to wspólne...
                                                    - Coś kumam...
                                                    - Ludzie pojadą na festyn, sam wiesz, koguciku na druciku...
                                                    - No-no, kolorowe jarmarki...
                                                    - Frekwencja referendalna spadnie na podłogę...
                                                    - Nie osiągną minimum...
                                                    - Pełny sukces!
                                                    - Zaraz dzwonię - zdeklarował się Prezydent - tylko posieję tę rzodkiewkę.
                                                  • germanus Prestiż 18.04.04, 20:38
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Prestiż

                                                    - Połącz Prezydenta z Burmistrzem - zarządził Wice w intercom.
                                                    - Rzodkiewka nieważna, rozumiesz - rzucił w stronę Prezydenta - nasz los się
                                                    waży!
                                                    - Rzodkiewka ważna - uparł się Prezydent.
                                                    - Prez! - Wice robił wszystko by przywołać go do porządku - zmarnowałeś dwa dni.
                                                    - A nawet bardzo ważna - ponownie uparł się Prezydent - witaminy. Ja potrzebuję
                                                    dużo witamin.
                                                    Wice chciał taki odpór, jakiego Prezydentowi nie dał mu sam Barcikowski, ale
                                                    zadzwonił telefon. Prezydent mocno nierad sięgnął po słuchawkę.
                                                    - Mam dla ciebie - kwaśno uśmiechnął się na odległość po uprzednim przywitaniu -
                                                    rewelacyjną propozycję.
                                                    - Niezmiernie mi miło - Burmistrz w myślach gorączkowo szukał powodu, dla
                                                    którego Prezydent miałby mu się kiedykolwiek przydać.
                                                    - Zróbimy wspólne Dni!
                                                    - To by była propozycja - Burmistrz ciągle chciał zyskać nieco czasu - gdybyś
                                                    powiedział "zróbmy".
                                                    - Czepiasz się jednej małej literki - odparował nienajuprzejmiej - i nazwijmy
                                                    je, te Dni znaczy, hmm...
                                                    - Dni Nadodrza - podpowiedział szybko Wice.
                                                    - Dni Odry - dokończył Prezydent.
                                                    - Ale Dni Gryfina są już zaklepane... - przypomniał Burmistrz.
                                                    - Coś się poprzesuwa...
                                                    - Terminy, kontrakty...
                                                    - Coś się podopisuje...
                                                    - Co się podopisuje?
                                                    - Konkursy na ten przykład - Prezydent odpalił pierwszym szkolnym motywem, jaki
                                                    do niego przyszedł.
                                                    - My celujemy w inny poziom - wyjaśnił Burmistrz, ale Prezydent nie łapał.
                                                    - Może być konkurs wiedzy o 49-leciu...Taki toto-lotek...
                                                    - Preferujemy kabarety, koncerty i biesiadę.
                                                    - Albo konkurs siania rzodkiewki...
                                                    - Słuchaj, Prezydent! - poddenerwowany Burmistrz postanowił zagrać poważną
                                                    kartę.
                                                    - Ano, słucham - nie domyślisz się Prezydent - kiedy zaczynamy wspólną akcję?
                                                    - My nie chcemy, by Gryfino kojarzono ze Szczecinem - wypalił.
                                                    - Hę??
                                                    - Bo nie chcemy stracić naszego prestiżu - zakończył Burmistrz odkładając
                                                    słuchawkę.
                                                  • germanus Gwarancja 23.04.04, 05:32
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Gwarancja

                                                    - Dobrze, że mam gwarancję, nie? - zaświergolił szczęśliwy Właściciel.
                                                    - Każdy nowy samochód ma u nas gwarancję - upewnił go Diler.
                                                    - Cieszę się ogromnie - kontynuował wymianę uprzejmości Właściciel.
                                                    - Klient nasz pan - zapewnił go Diler.
                                                    - Skądś to znam - Właściciel starał się wyciągnąć pamięć na zewnątrz - i nie
                                                    kojarzy mi się to najlepiej.
                                                    - My frontem do klienta.
                                                    - Akurat z frontu będziecie potrzebni - Właściciel dał spokój kolejnym
                                                    dywagacjom - wygląda, że silnik...
                                                    - Oczywiście pod warunkiem - Diler pośpiesznie kończył zastrzeżenia - że
                                                    samochód jest czarnego koloru.
                                                    - Super, bo jest - zaraportował Właściciel.
                                                    - Jako niezależny diler stwierdzam, że przebija niebieskawy odcień - wydał
                                                    kolorowy wyrok Diler.
                                                    - W dokumentach jest, że czarny.
                                                    - Dokumenty są podmienione - błyskawicznie znalazł rozwiązanie problemu Diler.
                                                    - Ale kolor jaki jest, każdy widzi - prostolinijnie stwierdził Właściciel.
                                                    - Oj, nie oduczymy gminu naiwności - zamruczał Diler. A głośno dodał:
                                                    - Właśnie, że jest niebieski.
                                                    - Dajmy spokój kolorom - Właściciel spróbował wprowadzić minimum ładu - każdy
                                                    samochoód ma gwarancję i to mi wystarczy.
                                                    - Każdy czarny samochód - poprawił go Diler.
                                                    Właściciel poprawił się na krześle, wygładził papiery na biurku i zaczął:
                                                    - Samochód jest nowy, 130 km przebiegu, u was kupiony, mam gwarancję na
                                                    papierze, nic tam nie ma o kolorach, nie zapala, zapewne silnik uszkodzony,
                                                    naprawicie, będzie po kłopocie - zakończył nie bez zadowolenia.
                                                    - Nie naprawimy - bardzo dosadnie zdeklarował się Diler.
                                                    - Wobec tego ja też dam wam gwarancję - wynurzył się Właściciel.
                                                    - Taaa, ciekawe jaką? - zainteresował się Diler z wyraźną przekorą.
                                                    - Że już nigdy nie kupię Forda -zakończył i przykleił na szybie napis "Don't
                                                    Let Your Friends Drive Ford".


                                                    Dla tych, co sę lekko z innej bajki wyjaśnienie:
                                                    "Don't Let Your Friends Drive Ford" - napis na samochodach, bardzo popularny w
                                                    USA i Kanadzie.
                                                  • germanus Re: Gwarancja 24.04.04, 23:04
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Miesiąc

                                                    - W jakiej sprawie? - zapytał Prezydent kolejną postać wchodzącą na audiencję.
                                                    - Z pytaniem - odparł Wyborca - miesiąc to dużo czasu, czy mało?
                                                    - No, to zależy - Prezydent pomyślał, że zamiast się obruszyć na marnowanie
                                                    czasu, może sobie chwilkę podyskutować.
                                                    - Miesiąc wakacji to nieraz mało - stwierdził.
                                                    - A gdy są nudne i deszczowe? - znów zapytał Wyborca.
                                                    - Ojej - przerażająco zajęczał Prezydent - dużo, dużo za dużo.
                                                    - Ale miesiąc z ukochaną osobą szybko zleci.
                                                    - Szybko - przyznał Prezydent - nieraz za szybko.
                                                    - A miesiąc choroby?
                                                    - Choroba jest najgorsza - użalił się Prezydent - czas się bardzo wlecze.
                                                    - Wojna gorsza - skontrował go Wyborca.
                                                    - Wojna też niedobra.
                                                    - Czas nie ma końca...
                                                    - Wszystko, tylko nie wojna.
                                                    - A miesiąc pracy to dużo? - Wyborca wrócił do pytań.
                                                    - W magazynie czas szybko leci - bardzo otwarcie stwierdził Prezydent.
                                                    - A w urzędzie?
                                                    - Przy papierach można zasnąć...
                                                    - Ale urząd to chyba nie tylko papiery - spróbował ustalić Wyborca.
                                                    - ... ale są i bardzo miłe chwile.
                                                    - Jak ta?
                                                    - Ale ogólnie miesiąc pracy to dużo - podsumował Prezydent.
                                                    - A miesiąc szukania pracy?
                                                    - Bezrobocia?
                                                    - Niekoniecznie...
                                                    - Miesiąc szkoły też dużo.
                                                    - A miesiąc z rodziną?
                                                    - Jak babcia niedołężna, to cały wiek...
                                                    - A z wnukami?
                                                    - Mógłby trwać wiecznie...
                                                    - No to teraz masz dość informacji - Wyborca przestał pytać - by zdecydować,
                                                    czy miesiąc to długo, czy krótko.
                                                    - Dlaczego? - zapytał Prezydent nad wyraz zadowolony z przebiegu dyskusji o
                                                    czasie.
                                                    - Bo został ci miesiąc prezydentury - pożegnał go Wyborca.
                                                  • germanus Wieże 26.04.04, 03:11
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Wieże

                                                    - Wieże nie pasują - zagaiła Konserwator spotkanie po przywitaniu.
                                                    - To wygląda, jak decyzja - użalił się Inwestor.
                                                    - To jest bardzo blisko decyzji.
                                                    - A mieliśmy się naradzać.
                                                    - Po to właśnie jest to spotkanie.
                                                    - Ale przecież wydałaś decyzję - Inwestor próbował wytknąć niekonsekwencję.
                                                    - Prawie-decyzję...
                                                    - Czyli mam jeden procent szans.
                                                    - Narada ciągle trwa - przywołała go do porządku Konserwator.
                                                    - To jest super projekt - przełamał się Inwestor - miasto ogromnie na nim
                                                    zyska... - zawiesił głos w oczekiwaniu ciosu.
                                                    - Proszę kontynuować - Konserwator z precyzją sędziny panowała nad sytuacją.
                                                    - Projekt zamyka plac - podjął w jego imieniu Architekt - spina go w całość,
                                                    tworzy idealne kontrapunkty dla dotychczasowej rozciągłości, by nie rzec
                                                    rozlazłości, zamiast wduszać, eksponuje jego klasyczne elementy, a przy tym
                                                    żadnego z nich nie przytłacza.
                                                    - Rzeczowo powiedziane - wtrącił Doradca.
                                                    - Nie nawiązuje do tradycyjnej zabudowy miejsca - Konserwator posłała mu
                                                    pochmurne spojrzenie.
                                                    - Tego miejsca już nie ma - odparował Inwestor - bo nie ma dawnej wąskiej
                                                    uliczki, a jest szeroki teren niespójnie załadowany przypadkowymi elementami,
                                                    również z minionego okresu.
                                                    - Nie pasuje do żadnego z tych elementów.
                                                    - I przez to żadnego z nich nie wyróżnia, a raczej łączy różne elementy.
                                                    - Wieże przytłoczą neogotycki budynek poczty.
                                                    - Istotą oceny jest zrozumienie, że poczta nie należy do placu, lecz do alei -
                                                    dodał Architekt.
                                                    - Jest za wysoki.
                                                    - Może jest nawet za niski - wtrącił szybko Inwestor.
                                                    - To jest celowe. Ma być wysoki - kontrargumentował Architekt - bo ma fizycznie
                                                    oddzielać plac od alei.
                                                    - Struktura szkła nie pasuje w tym miejscu do otoczenia...
                                                    - Tak jak szklana piramida nie pasuje do Dziedzińca Napoleona w Luwrze.
                                                    - A tańczący dom do nadwełtawskiego bulwaru - dołożył cegiełkę Inwestor.
                                                    - To są tendencyjne antypolskie przykłady - skomentowała szybko Konserwator.
                                                    - Albo jak najładniejszy biurowy budynek świata nie pasuje do Placu
                                                    Piłsudskiego.
                                                    - One się całkiem dobrze komponują - zauważył z boku Doradca.
                                                    - Zepsuje panoramę miasta - nie ustępowała w wyliczaniu negatywów Konserwator.
                                                    - Nie, raczej stanie się symbolem miasta - odparował Architekt.
                                                    - Życzyłbym sobie, aby nasze miasto miało symbol rozpoznawalny w całym kraju -
                                                    zamarzył Doradca.
                                                    - No i ja tego projektu nie lubię - rzuciła jakby w zakończeniu Konserwator
                                                    zabijając Doracę wzrokiem.
                                                    Inwestor spojrzał w starą i zniszczoną twarz Konserwator i pomyślał
                                                    współczująco o jej nieciekawym życiu, które sprawiło, że zmieniła się w
                                                    zgorzkniałą i skostniałą istotę. Konserwator spojrzała w pogodną i pełną
                                                    energii twarz Inwestora i pomyślała, że jest młody, bogaty i zawsze wszystko mu
                                                    sie udaje. To ona sprawi, że tym razem mu się nie uda. Zupełnie bezinteresownie.
                                                    - Może wynegocjujemy warunki, po których spełnieniu... - Inwestor chciał
                                                    wykazać gotowość.
                                                    - Przyszedłeś prosić, czy stawiać warunki? - Konserwator jakby nie zrozumiała.
                                                    - Przecież żeby prosić nie muszę kłaść się krzyżem na podłodze.
                                                    - Powinieneś przynajmniej uklęknąć - odwarknęła - projekt odrzucony.
                                                  • germanus Prognoza 26.04.04, 13:20
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Prognoza

                                                    - Coś taki ponury - zapytał Wice, gdy zobaczył jeszcze bardziej niż zwykle
                                                    ponurą minę u poniedziałkowego Prezydenta.
                                                    - Powiedział, że został mi miesiąc prezydentury.
                                                    - Kto?
                                                    - Wyborca - z niezwykłym przejęciem odparł Prezydent.
                                                    - I ty się przejąłeś?
                                                    - Ja się zawsze przejmuję głosami wyborców.
                                                    - I dlatego nie przejąłeś się trzydziestoma pięcioma tysiącami głosów... -
                                                    dodał z boku Sekretarz
                                                    - O czym ty mówisz?
                                                    - Z listy referendalnej.
                                                    - To tylko dziesięć procent - odliczył szybko Prezydent.
                                                    - Znacznie ponad dziesięć - poprawił go Sekretarz.
                                                    - W zaokrągleniu...
                                                    - Nawet jeden precent to jakby nieco więcej niż jeden ... głos - podliczył
                                                    Doradca.
                                                    - A potrzeba trzydzieści - ucieszył się Prezydent.
                                                    - Więc przejmujesz się, czy nie? - chciał wiedzieć Wice.
                                                    - Bardzo.
                                                    - Konsekwentnie postępując, w obliczu ponad dziesięciu procent plus jeden
                                                    bardzo ważny głos, powinieneś ustąpić - Sekretarz dziwnie nie popuszczał.
                                                    - To niech mnie odwołają - Prezydent postawił kolce.
                                                    - Trzeba zadziałać, by prognoza wyborcy nie sprawdziła się - podpowiedział Wice.
                                                    - Zamówić prognozę pogody - zakpił Doradca.
                                                    - Ty masz łeb! - wypalił Wice - tylko jaką?
                                                    - Zamówcie upalną, to wszyscy wyjadą - kontynuował Sekretarz.
                                                    - Albo złą - Doradca wpadł w ten sam ton - ale taką naprawdę złą, sztormy i
                                                    burze, to będą siedzieć w domu.
                                                    - A co będzie, jak się prognoza nie sprawdzi? - zmartwił się Prezydent.
                                                    - Klapa - spuścił nos Wice.
                                                    - Proste - prychnął Sekretarz - będzie odwrotnie.
                                                    - Czyli jak będzie zła zamiast dobrej - Doradca świetnie się bawił - to zostaną
                                                    w domu.
                                                    - A jak będzie dobra zamiast złej, to wyjadą - Wice ucieszył się jak dziecko.
                                                    - Czyli zawsze jesteśmy wygrani! - podsumował Prezydent.
                                                    - I w ten oto prosty sposób zostało udowodnione - powiedział jakimś zmienionym
                                                    głosem Doradca - że nie dbacie o wyborców, tylko o stołki.
                                                    - Co zaś do prognozy - dopowiedział Sekretarz - to w maju jest ona
                                                    przeważnie ... średnia - zakończył z zadowoleniem obserwując znikające uśmiechy.

                                                  • germanus Granit 28.04.04, 04:48
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Granit

                                                    - Markizy pięknie się komponują - zaśpiewał rozpromieniony Resturator.
                                                    - Absolutna rewelacja - potwierdził Prezes - cieszę się, że się przyczyniliśmy.
                                                    - Hę? - przydziwił się Restaurator - przecież sami je postawiliśmy.
                                                    - Za naszą zgodą, nie? - pytająco upewnił się Prezes.
                                                    - I jeszcze musieliśmy zmagać się z cholernym granitem - uskarżył się.
                                                    - Tak to już jest z granitem.
                                                    - Nie dało się wiercić.
                                                    - Twardy ci on jest...
                                                    - Ale nie z nami te sztuczki...
                                                    - Dziwnie kolorowy - podziwiał Prezes - piękny granit.
                                                    - Chłopaki się przyłożyli - podziwiał Restaurator - i proszę, zrobione!
                                                    - Wygląda jakoś staro - Prezes ciągle mówił o granicie - może zabytkowy.
                                                    - E tam, zaraz zabytkowy - Restaurator na serio się przestraszył - nie siej
                                                    paniki.
                                                    - Ciekawe z jakiego kamieniołomu... - zastanawiał się Prezes
                                                    - Co za różnica?
                                                    - Strzegomskie i strzelińskie są szare... - kontynuował Prezes - więc może
                                                    włoskie?
                                                    - E, nie przesadzaj - uspakajał bardzo wystraszony Restaurator.
                                                    - Wiem, wiem, szwedzkie - ucieszył się Prezes. I zaraz smutniej już dodał: -
                                                    Dziewiętnastowieczne...
                                                    - Wszystko jedno, granit to granit.
                                                    - Teraz żałuję, że dałem tę zgodę.
                                                    - Czego żałować, zwykły kamień.
                                                    - Duże te dziury - prawdziwie już frasował Prezes - całkowicie zniszczyliście
                                                    piękne, stare granity.
                                                    - Słuchaj Prezes - Restaurator poczuł, że musi wziąć sprawę we własne ręce -
                                                    markizy stoją, a dziureczki się zakituje...
                                                    - Nie powinno się niszczyć...
                                                    - ... i po krzyku, nie?
                                                    - To tak, jakbyś przewiercił Zamek... - Prezes spróbował porównań.
                                                    - Oł kej??
                                                    - Albo marmury tarasu twego domu... - nie dawał Prezes za wygraną.
                                                    - Zwariowałeś? - podskoczył Restaurator - to jest mój dom!
                                                    - A Szczecin to mój dom... - spojrzał smutno na Restauratora, ale dostrzegł
                                                    jedynie bezduszne oblicze. Jak granit...
                                                  • germanus Unia 01.05.04, 06:57
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Unia

                                                    - Napisz coś o Unii - ni to poprosił, ni rozkazał Naczelny.
                                                    - Uniwersał by ogłosić...
                                                    - Choć krótko...
                                                    - Unikam powtarzania - opędzał się Autor - wszystko już było.
                                                    - Może jakieś powitanie.
                                                    - Uniżenie witam...
                                                    - Albo komentarz.
                                                    - Unikalny nam dzień nastał...
                                                    - Może szerzej.
                                                    - Unicestwić nas chciano...
                                                    - Jeszcze szerzej.
                                                    - Uniezależnić...
                                                    - Ładnie to idzie... - niemal rozmarzył się Naczelny.
                                                    - Uniemożliwić budowę własnego bytu...
                                                    - No, no, nadawaj...
                                                    - Unieszczęśliwić cały naród...
                                                    - Coś smutno się robi.
                                                    - Unieważniono konstytucję...
                                                    - Bo się rozpłaczę.
                                                    - Uniwersytet życia mamy za sobą...
                                                    - Chyba nie tylko.
                                                    - Unieśliśmy się więc honorem - Autor skończył smutną nutę.
                                                    - To lubię...
                                                    - Uniwersalne prawdy mieliśmy za cel...
                                                    - Tak było!
                                                    - Unieruchomić nas nie zdołano...
                                                    - Prawda święta.
                                                    - Unieszkodliwiliśmy zły system, i...
                                                    - Ale ciepło na sercu - Autor nigdy by nie przypuszczał, że Naczelny był taki
                                                    uczuciowy.
                                                    - Unifikacji się nie poddając...
                                                    - Bo i po co?
                                                    - Uniformów nie wkładając...
                                                    - Odrobina szlacheckiej niezależności i fantazji.
                                                    - Uniesieni przez prądy, nurty i czasy - Autor dobrze przerobił epoki.
                                                    - A spojrzenie w przyszłość?
                                                    - Unieśmiertelniliśmy nasze pokolenie...
                                                    - Jeszcze o równości...
                                                    - Unilateralizmu nie uznajemy...
                                                    - Czyli równość?
                                                    - Unisomo za to wszyscy gramy...
                                                    - Ok! A jak coś pójdzie źle?
                                                    - Uniewinni nas historia! - zdecydował Autor bez namysłu.
                                                    - Ale dlaczego? - Naczelny pilnował poprawności.
                                                    - Bo tylko ten nie robi błędów, kto niczego nie robi - zakończył Autor frazesem
                                                    uniwesalnym.
                                                  • ja_aska Re: Unia 01.05.04, 07:51
                                                    Serdeczne pozdrowienia dla Germanusa. Dzieki stary:)
                                                  • germanus Kabelek 03.05.04, 05:13
                                                    Dzięki wszystkim za ciepłe słowa.
                                                    Poniższą rozmówkę napisałem dla Wrocławia, ale daję, bo wydźwięk jest raczej
                                                    uniwesalny.

                                                    Rozmówki ... Inne

                                                    Kabelek

                                                    - Telefon nie działa - poskarżyła się Babcia.
                                                    - I musi nie działać - ucieszył się Panszef.
                                                    - Ale to mój telefon - Babcia chciała ukonkretnić sprawę.
                                                    - Tym bardziej musi nie działać - utwierdził ją Panszef.
                                                    - Taak, a to niby dlaczego? - Babcia postanowiła być sprytna.
                                                    - Kabelek - ponownie ucieszył się Panszef - kabelek jest pocięty w drobny mak.
                                                    - Bobry? - zawahała się Babcia.
                                                    - Nie, roślinki tnące - uszczegółowił - ale z takimi zębami.
                                                    - Oj, jakie one niedobre - zmartwiła się Babcia - zapewne mi pomożecie.
                                                    - My nikomu nie pomagamy - najszybciej jak umiał zdeklarował się Panszef.
                                                    - No wiesz, monterzy, ekipy... - Babcia snuła wspomnienia.
                                                    - A mamy, mamy - przyznał Panszef - oni stwierdzają.
                                                    - I naprawiają - Babcia umiała sprytnie się wcinać.
                                                    - Ależ ty, Babcia, naiwna - Panszef uśmiechnął się szeroko - przecież mówię
                                                    wyraźnie: stwierdzają!
                                                    - Kawałek rurki - zaskomlała Babcia.
                                                    - To sobie załóż.
                                                    - Ale ja płacę abonament - Babcia zaczynała mieć dosyć.
                                                    - I bardzo dobrze - zaszczebiotał Panszef - inaczej nie byłoby na moją pensję.
                                                    - To ja ci, Rzecznik,...
                                                    - Szef! - ostro poprawił Panszef.
                                                    - Hę?
                                                    - Szef, Szef Biura Prasowego TP SA.
                                                    - U-hu - uhnęła Babcia z podziwem - a ilu was w tym biurze?
                                                    - Powoli tracę rachunki - mitygował się Panszef - ale będzie z szesnastu.
                                                    - Nie za mało? - absolutnie szczerze zdziwiła się Babcia.
                                                    - Też tak myślę - zafrasował się Panszef - ale nie dają etatów.
                                                    - Może nie ma dobrych kandydatów? - podpowiedziała Babcia.
                                                    - Są, są - Panszef dał się łatwo wciągnąć - mój bratanek, mego zastępcy...
                                                    - No jasne, zastępca musi być...
                                                    - Musi - przyklasnął Panszef - siostrzenica, kumpla kumpel, sekretarki...
                                                    - O, jest i sekretarka...
                                                    - Obowiązkowo, to jest duży i bardzo ważny dział - Panszef cieszył się ze Babci
                                                    rozumienia - dba o dobre relacje z klientami.
                                                    - Daj mi zgadnąć - Babcia się świetnie bawiła - sekretarki kuzynka...
                                                    - Skąd wiesz?
                                                    - Jestem waszym klientem!
                                                    - To zmienia postać sprawy - Panszef nagle się usztywnił - nic ci nie możemy
                                                    pomóc.
                                                    - Ale bratanek, kuzynka, pociotek... - Babcia spróbowała odwrócić.
                                                    - No właśnie - niechętnie wyznał Panszef - przez chwilę błędnie założyłem, żeś
                                                    z naszej sitwy.
                                                    - Ależ z waszej, z waszej - Babcia robiła, co mogła - wasz klient...
                                                    - Wiesz co, Babcia - zasunął nagle Panszef - lubię cię...
                                                    - Ja ciebie też - dla dobra sprawy przemogła się Babcia.
                                                    - ... i dlatego wyjątkowo pomogę ci...
                                                    - Świetnie, wspaniałe!
                                                    - ... a konkretniej - sprostował Panszef - dam ci dobrą radę...
                                                    - Słucham uważnie - zdeklarowała sę Babcia resztkami nadziei.
                                                    - Wytnij te cholerne roślinki!
                                                  • germanus Granica 04.05.04, 04:17
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Granica

                                                    - Witam serdecznie, dokumencik proszę - zaszczebiobał rozanielony Pierwszy.
                                                    - Że co? - Człowiek niedowierzył uszom.
                                                    - Że dzień dobry - powtórzył niezrażony Pierwszy.
                                                    - Aaa, dobry - odburknął Człowiek.
                                                    - Może jakiś dokumencik? - przymilił się Pierwszy.
                                                    - Jaki?
                                                    - Jak to na granicy...
                                                    - Jakiej granicy?
                                                    - Państwowej - podkreślił Pierwszy - ciągle - dorzucił z miłym uśmieszkiem.
                                                    - Aaa..., to jaki - odplątał się Człowiek.
                                                    - Dowodzik, paszporcik...
                                                    - Oder Ausweis - dopowiedział Drugi.
                                                    - Jaką Odrę? Pierwszy, co tu się dzieje? - Człowiek lekko się podstraszył.
                                                    - Wspólny patrol - lekko zauważył Pierwszy - nie bój nic.
                                                    - Nie boję - wyparł się Człowiek - chcę wiedzieć.
                                                    - Tak jest, masz teraz europejskie prawo - potwierdził Pierwszy.
                                                    - Myślałem, że ludzkie...
                                                    - Habst du oder nicht? - to znów Drugi.
                                                    - Co z tą Odrą? Nic z tego nie rozumiem - Człowiek wyglądał na ostro
                                                    przestraszonego.
                                                    - Jeśli masz dokumencik - pośpieszył ze szczerym uśmiechem Pierwszy - to
                                                    prosimy o okazanie.
                                                    - Paß bitte - wtrącił ponownie Drugi.
                                                    - Mam ich z dziesięć...
                                                    - Dowodzik wystarczy - zaskowronił Pierwszy - proszę okazać.
                                                    - Bierzcie, co chcecie... - Człowieka zamachał ręką.
                                                    - Dowodzik... - niemal zaskomlał Pierwszy - i będzie po wszystkim.
                                                    - Taki? - zamruczał Człowiek.
                                                    - Taki! - uweselił się Pierwszy - rzucę okiem na zdjęcie...
                                                    - Danke... - skończył wtrącanie Drugi.
                                                    - Dziękuję pięknie - Pierwszy znów był najszczęśliwszy na ziemi - życzę miłego
                                                    pobytu.
                                                    - A mówili, że będzie łatwiej - mamrotał Człowiek oddalając się pośpiesznie.
                                                  • germanus Tenory 06.05.04, 07:26
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Tenory

                                                    - Dziś wchodzimy do Unii - poinformował Prezydent.
                                                    - Kogo informujesz? - spytał podejrzliwy Poseł.
                                                    - Chyba siebie - udzielił pełnej informacji Wojewoda.
                                                    - Ty się lepiej nie wychylaj - dociął mu Marszałek.
                                                    - Chłopaki, tfu, znaczy panowie - Poseł rzucił się łagodzić - nie bądźcie jak
                                                    chłopaki.
                                                    - On jest z nominacji - nie wiadomo, czy informował, czy docinał Prezydent.
                                                    - Unia, teraz Unia - Poseł wprowadzał porządek żelazną ręką.
                                                    - To nie harcerstwo - przypomniał mu Wojewoda.
                                                    - Ani V LO - jeszcze bardziej przypomniał Marszałek.
                                                    - Harc...panowie - Poseł wykazał się refleksem - w jedności siła.
                                                    - Sił nam nie zbraknie - Wojewoda umiał składać deklaracje.
                                                    - Siły potrzebne są na wieczór - przekonywał Poseł.
                                                    - Ty się, Poseł, za bardzo rządzisz - wypomniał mu Prezydent - a to nie
                                                    centrala.
                                                    - Nieważne, Unia, rozumicie...
                                                    - Mówi się "rozumiecie" - poprawił Marszałek.
                                                    - Nie jesteś na uczelni - odciął się Poseł.
                                                    - Na szczęście - zgodził się Marszałek - na nic nie zamienię ciszy gabinetu...
                                                    - Tak ci się tylko wydaje - Prezydent uwielbiał nie zgadzać się z Marszałkiem.
                                                    - Dajmy spokój: Unia - znów wyrwał się Poseł.
                                                    - Przecież nie ucieknie - wpadł na pomysł Wojewoda.
                                                    - Ale trzeba powitać!
                                                    - Ano trzeba - zgodził się Marszałek - mam pomysł.
                                                    - Do luftu taki pomysł - wypalili zgodnie Prezydent i Wojewoda.
                                                    - Przecież jeszcze go nie przedstawiłem.
                                                    - Ale i tak jest do niczego! - zawyrokował Wojewoda.
                                                    - Musimy wygłosić przemówienia - godził ich Poseł.
                                                    - Rządzisz się - wtrącił Wojewoda, ale Poseł przestał interesować się
                                                    drobiazgami i zagrzmiał:
                                                    - O dwunastej!
                                                    - Zgadza się - zgodził się Prezydent - tak stoi w programie.
                                                    - Oto dowód, że mam rację - triumfował Poseł.
                                                    - Wychodzi na to - nie stawiał oporu Marszałek - że trzeba wygłosić.
                                                    - Chłopaki, ale błagam któtko - zabłagał Poseł.
                                                    - Bo co? - chciał wiedzieć Prezydent - będę mówił, ile będę chciał.
                                                    - Ryzykujesz zagwizdanie - niespodziewanie przyjacielsko ostrzegł go Wojewoda.
                                                    - No to ustalone - Poseł ponownie wprowadzał porządek - wychodzimy całą
                                                    czwórką...
                                                    - Jak cztery tenory... - Marszałek lubił swoje poczucie humoru.
                                                    - I śpiewamy...
                                                    - Przemawiamy...
                                                    - Tak jest!
                                                    - A jak publika nie będzie nas lubić? - zatroskał się Wojewoda.
                                                    - Publika - Poseł spokojnie przeciągnął wierzchem dłono po zawsze spoconym
                                                    czole - nie ma żadnego wybotu.
                                                    - To lubię - podsumował Prezydent z niezmiennie zadowolonym uśmiechem.
                                                  • germanus Kogo bz tu_ 08.05.04, 15:08
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Kogo by tu?

                                                    - Kogo by tu zwolnić? - zatroskał się Prezydent z wzrokiem wbitym w listę i
                                                    ołówkiem zawieszonym nad nią.
                                                    - Tak, a o co pytasz? - zainteresował się Wice.
                                                    - Chyba pierwszego lepszego - dalej troskał się Prezydent
                                                    - Co pierwszego? - nie nadążał Sekretarz.
                                                    - A za co zwolnić? - wygłupił się Wice.
                                                    - To jest akurat najmniej ważne...
                                                    - Nie zwalnia się za nic - zagdakał Wice nie wiadomo w czyjej obronie.
                                                    - Ty jeszcze nie wiesz, za co się zwalnia - zlekceważył go Prezydent.
                                                    - Ty zwalniasz za kompetencje - dociął mu Sekretarz.
                                                    - Takie mam zwyczaje...
                                                    - Można wylosować - podpowiedział Wice cieńszym głosem.
                                                    - Na kogo popadnie, na tego bęc - ucieszył się Sekretarz
                                                    - Zgodziliśmy się już co do konieczności zwolnienia - Prezydent ustalił
                                                    dokonania - tylko kogo?
                                                    - Eh, to właściwie wszystko jedno - Sekretarz zupełnie nie martwil się
                                                    perspektywą nowej wspaniałej pracy w biznesie.
                                                    - Ja jestem przeciw - zakwakał Wice - jeszcze nie wyczerpały się formuły
                                                    współpracy.
                                                    - Mam w tym przyjemność - poinformował go Prezydent słodkim głosem.
                                                    - Ty, Prez, masz fajne przyjemności - pozazdrościł mu Sekretarz.
                                                    - To jest z pogranicza złośliwości - indyczył Wice z coraz czerwieńszą twarzą.
                                                    - To jest z pogranicza ruskiej ruletki - dalej informował go Prezydent.
                                                    - Jeśli tak - na nudnych kolegiach Sekretarz lubił szybko dochodzić do
                                                    wniosków - to wychodzi na to, że obojętnie kogo.
                                                    - Czyli dziś padło na Wice - Prezydent zgodził się z przedmówcą.
                                                    Wice zamachał skrzydełkami, a Prezydent spojrzał na milcząco nieobecnego
                                                    Naczelnika.
                                                    - Awansuję cię na Wice.
                                                    - Ogłaszam, że zmieniłem nazwisko - odezwał się wreszcie Naczelnik, znaczy
                                                    Wice - ale nie zmieniłem poglądów.
                                                    - Zmieniłeś - powiadomił go bardzo z siebie zadowolony Prezydent.
                                                  • Gość: Pismak Gdak myślał o niedzieli... :))))) (n/t) IP: 80.51.242.* 08.05.04, 15:18
                                                  • absztyfikant dobrze powiedziane Pismaku:)))))))))) 08.05.04, 15:19

                                                  • germanus Termin 08.05.04, 16:12
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Termin

                                                    - Halo... - Komisarz niechętnie podniósł słuchawkę.
                                                    - ...ńbry - zabrzmiało coś dość nieśmiało. Ale zaraz odchrząknęło.
                                                    - To ja chciałem właściwie... - ciągnęło - zapytać, bo prawda, podobno...
                                                    - Ale kto mówi?
                                                    - Wyborca, tak dobrze, Wyborca mówi - coś się zdeklarowało - podobno będzie
                                                    ferendum...
                                                    - Referendum...
                                                    - No właśnie mówię, ferendum - Wyborca potwierdził swą wiedzę - tylko kiedy,
                                                    nie? Znaczy chciałbym wiedzieć...
                                                    - Za dwa tygodnie...
                                                    - Za dwa mówisz?
                                                    - ... i jeden dzień...
                                                    - To za dwa, czy za jeden?
                                                    - Za dwa i za jeden - Komisarz zaczynał się pocić - dokładnie mówiąc: za dwa
                                                    tygodnie i za jeden dzień.
                                                    - Muszę zapisać... za dwa tyg...
                                                    - Będą plakaty - Komisarz poczuł się na siłach dodać coś od siebie.
                                                    - Bo na razie są plakaty o Gdyni - Wyborca zwierzył się ze swoich obserwacji -
                                                    czy to to samo?
                                                    - Nie, nie - szybko ratował Komisarz.
                                                    - One są bardzo ładne, zupełnie jak na ferendum...
                                                    - Referendum...
                                                    - Właśnie mówię, że się nadają - potwierdził swoją rację - dopiszcie się i
                                                    macie tanio reklamę.
                                                    - Nam nie chodzi o reklamę, ale o informacją i propagandę
                                                    - Pagandy to ja już mam dość - obciął go Wyborca - dajcie osiągnięcia.
                                                    - Właśnie informacja o osiągnięciach to propaganda...
                                                    - Ale nie macie osiągnięć...
                                                    - Oni nie mają - sprostował Komisarz - i dlatego chcemy to zmienić...
                                                    - Zmienić osiągnięcia?
                                                    - Zmienić brak osiągnięć na osiągnięcia.
                                                    - Przecież to to samo!
                                                    - Jak to samo? - Komisarz nie wierzył własnym uszom.
                                                    - Słuchaj Komisarz - zabrzmiało ostrzej w słuchawce.
                                                    - No słucham - zgodnie i jednocześnie znużenie odparł Komisarz.
                                                    - Wy się lepiej weźcie za solidną informację. Co robicie, po co to referendum,
                                                    co zmieniacie, co chcecie osiągnąć...
                                                    - ...hę...
                                                    - A najważniejsze, że, jak policzyłem, będzie ono 23 maja!
                                                    - Już maj, to już niedługo - zaniepokoił się Komisarz.
                                                    - Bo Komisarza poznaje się po tym, jak kończy - rzucił słuchawkę Wyborca.
                                                  • germanus Komitet 09.05.04, 06:02
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Komitet

                                                    - ...ńbry - zabrzmiał nieśmiało Wyborca, choć nikt go nie słuchał. Więc
                                                    odchrząknął.
                                                    - Hhhmmmm! Chciałem właściwie, prawda... - ciągnął - zapytać, bo podobno...
                                                    organizujecie - rozejrzał się ciekawie.
                                                    Malarz malował, Plakacista plakacił, Rzeźbiarz rzeźbił, Ochotnik ochotniczył,
                                                    Telefoniarz telefonował. Wrzało na całego.
                                                    - Ostro wzięliście się do roboty - Wyborca zagadnął Malarza.
                                                    - Żebyś wiedział - Malarz oderwał pędzelek od płócienka i z lekkiej oddali
                                                    spojrzał na swe dzieło - od miesiąca...
                                                    - U-hu, ogromne poświęcenie - pochwalił Wyborca - pewnie namalowałeś ze setkę
                                                    tych obrazków?
                                                    - Słucham?
                                                    - Która to kopia, pytam.
                                                    - To nie kopia, to oryginał.
                                                    - Widzę. Ale który, znaczy, ile już ich jest?
                                                    - Oryginał jest zawsze jeden - odparł Malarz lekko urażony - może jutro skończę.
                                                    - Tak, tak, oczywiście - zgodził się szybko Wyborca - sfotografuje się,
                                                    wskanuje, powiększy, skopiuje, rozwiesi na bilbordach, znakomita robota...
                                                    - Tak być powinno - przytaknął Malarz - ale nie mamy fotoaparatu...
                                                    - Drobiazg - skomentował Wyborca - pożyczę od kumpla, przyniosę...
                                                    - ...ani skanera...
                                                    - Mam brata w Gryfinie, on ma skaner... - kombinował Wyborca - zrobię, co się
                                                    da.
                                                    - ...ani komputera, ani drukarki...
                                                    - A bilbordy macie?
                                                    - Mamy mieć. Zresztą pogadaj z Telefoniarzem - skierował go na prawo.
                                                    - Z kim?
                                                    - On jest niby szefem.
                                                    - Chciałem się włączyć - zaoferował się Wyborca, gdy Telefoniarz odłożył
                                                    słuchawkę.
                                                    - To wpłać gotówkę na to konto - podał mu świstek.
                                                    - Tymi ręcyma jedynie - zmitygował się Wyborca - bezrobotny jestem.
                                                    - ?
                                                    - Jak go odwołamy, to będzie łatwiej o pracę...
                                                    - My gwarancji nie dajemy - odżegnał się Telefoniarz.
                                                    - Podobno macie małe kłopoty... - Wyborca starał się być miły.
                                                    - Zero kłopotów. Wszystko idzie zgodnie z planem.
                                                    - ... ze sprzętem. Aparat, komputer?
                                                    - No tak, przejściowe...
                                                    - Mogę załatwić.
                                                    - No to co tu stoisz, załatwiaj.
                                                    - A jak z bilbordami?
                                                    - Załatwione! Mamy mieć! - Telefoniarz dumnie wypiął pierś.
                                                    - Świetnie! Chociaż to - ucieszył się Wyborca - na kiedy? - rzucił wychodząc po
                                                    aparat.
                                                    - Na pierwszego czerwca będą na pewno!
                                                  • germanus 90 10.05.04, 06:45
                                                    Zblizamy sie do setki.
                                                    Co robimy dalej?

                                                    Moze jakies pomysly? Sugestie?
                                                    Mozna odpowiedziec tu lub na poczte.

                                                    Milego dzionka i tygodnia zycze.
                                                  • Gość: czytelnik Re: 90 IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.05.04, 08:22
                                                    Koniecznie pisz dalej, a później wydaj to w tomikach. Świetna lektura,zabawa i
                                                    historia życia powszedniego.

                                                    Miłego pisania
                                                    Pozdrawiam
                                                  • germanus 90 i co dalej? 10.05.04, 22:21
                                                    Dzieki.

                                                    Kochani, ja sie wcale nie drocze. Ja jestem satyrykiem, sporo pisze i drukuje.
                                                    Wpadam do kabaretow i do radia, itd. I jako taki wolalbym miec odzew publiki.
                                                    Robie to dla miasta, ktore lubie i ktoremu dobrze zycze. (sorry, ze sie troche
                                                    przedstawilem)

                                                    Prosze o wiecej wypowiedzi. W szczegolnosci, czy:
                                                    - dalej pisac
                                                    - zakladac nowe watki po kazdych 100
                                                    - zaniechac dla spokoju ducha
                                                    - nie draznic albo...
                                                    - pokrecic srube, czyli walic mocniej.

                                                    Pozdr Germanus
                                                  • Gość: Gryf Re: 90 i co dalej? IP: *.nitka.net.pl 10.05.04, 22:38
                                                    germanus napisał:

                                                    > Dzieki.
                                                    >
                                                    > Kochani, ja sie wcale nie drocze. Ja jestem satyrykiem, sporo pisze i
                                                    drukuje.
                                                    > Wpadam do kabaretow i do radia, itd. I jako taki wolalbym miec odzew publiki.
                                                    > Robie to dla miasta, ktore lubie i ktoremu dobrze zycze. (sorry, ze sie
                                                    troche
                                                    > przedstawilem)
                                                    >
                                                    > Prosze o wiecej wypowiedzi. W szczegolnosci, czy:
                                                    > - dalej pisac
                                                    > - zakladac nowe watki po kazdych 100
                                                    > - zaniechac dla spokoju ducha
                                                    > - nie draznic albo...
                                                    > - pokrecic srube, czyli walic mocniej.
                                                    >
                                                    > Pozdr Germanus

                                                    Mily Germanusie Twoja tworczosc jest bardzo ciekawym zjawiskiem na naszym
                                                    forum, ja prosze Ciebie pisz dalej nie obrazaj sie na krytyke bo taka jest
                                                    kolej rzeczy, bardzo brakowalo nam Ciebie.Serdecznie pozdrawiam Gryf;-)



                                                    Sympatia jest kiepska jalmuzna.
                                                  • germanus Szkodnik 10.05.04, 23:25
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Szkodnik

                                                    - Słyszałaś, słyszałaś, Sąsiadko? -zagadnęła cichowato Kumoszka.
                                                    - A co, stało się co? - Sąsiadka wlepiła uszy w Kumoszkę.
                                                    - Będą referować.
                                                    - A to dopiero! Zupełnie się nie spodziewałam - przyznała Sąsiadka w zachwycie -
                                                    kto, gdzie? - ciągnęła.
                                                    - Tego właśnie nie wiem dokładnie - zaniepokoiła się Komoszka - ale Przeciwnik
                                                    mówi, że my wszyscy.
                                                    - Jaki znów przeciwnik?
                                                    - Ten, co mieszka naprzeciwko - wyjaśniła zgrabnie - i jeszcze, że niedługo.
                                                    - A skąd on może wiedzieć? - zdziwiła się Sąsiadka - wyniosły jakiś, ja mu nie
                                                    wierzę.
                                                    - To podobno pewne...
                                                    - Ale on taki cichy, co on może wiedzieć?
                                                    - On ma kontakty!
                                                    - No to co innego. Z kim?
                                                    - Na oczach. I wyczytał w gazecie...
                                                    - To on czyta! Patrz, nie pomyślała bym...
                                                    - Ten z drugiego piętra, co to się będzie wyprowadzać...
                                                    - Bo chałupę wystawił...
                                                    - Właśnie, dał mu gazetę, to Przeciwnik przeczytał.
                                                    - Niesamowite, mów-no dalej, dalej...
                                                    - I mamy iść do jakiejś komisji, referować...
                                                    - Co referewać?
                                                    - No głosować odwrotnie, no ... odwoływać...
                                                    - Chyba zawoływać?
                                                    - Nie, nie, odwoływać. Podobno kogoś wielkiego...
                                                    - Po co?
                                                    - Nie po co, tylko za co...
                                                    - Ach tak! A za co?
                                                    - Przeciwnik nie wie dokładnie, ale myśli, że za szkodzenie.
                                                    - A to szkodnik! - wyrwało się Sąsiadce.
                                                    - Podobno jest plakat w tej sprawie...
                                                    - Jak już jest plakat, to wygląda poważnie.
                                                    - Właśnie. To co, idziemy?
                                                    - Gdzie?
                                                    - No, odwoływać - wyjaśniła Kumoszka.
                                                    - Tak za nic?
                                                    - Ale szkodnik!
                                                    - Mi on tam nic nie szkodzi... - stwierdziła Sąsiadka i wystawiła twarz na
                                                    zachodzące słońce.
                                                  • germanus Bubel 11.05.04, 06:03
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Bubel

                                                    - Dobre!
                                                    - Nawet bardzo dobre!
                                                    - Coś czuję, że też czytałeś - ucieszył się Czytacz.
                                                    - Wciągnąłem się... - przyznał się Wyborca.
                                                    - Ja też.
                                                    - Wprost nie mogłem się oderwać.
                                                    - To tak jak ja.
                                                    - Grunt to właściwa oprawa.
                                                    - No, no, dziennikarze w tle...
                                                    - Właśnie, pionki jakoweś, miernota...
                                                    - Marszałkowe panisko we właściwej kondycji...
                                                    - Na włościach.
                                                    - I cisza gabinetu...
                                                    - Nie do porównania z hałasem uczelni.
                                                    - A jakie zadowolone!
                                                    - Somouwielbione!
                                                    - Do tego świetne zdjęcia.
                                                    - W kilku pozach!
                                                    - Ach, ta rozmaitość...
                                                    - I papier. Nie zapominaj o papierze - upomniał go Czytacz.
                                                    - Papier zdecydowanie najlepszy.
                                                    - Wodoodporny...
                                                    - Chyba masz rację...
                                                    - To co mnie tak cieszy? - zdziwił się Wyborca.
                                                    - Może towarzystwo?
                                                    - Rozwoju Regionalnego?
                                                    - Moje!
                                                    - Zawsze sobie cenię...
                                                    - Czyli jeszcze jednego naiwnego, który dał się nabrać przedstawicielowi
                                                    mieszkańców województwa...
                                                    - ... i wysłał go z wizytą do Bordeaux...
                                                    - Do Bordeaux? Po co?
                                                    - Walczyć z prostytucją...
                                                    - Zamiast z bezrobociem...
                                                    - Tam...
                                                    - Zamiast tu...
                                                    - No chyba, że...
                                                    - No, no...
                                                    - ...to Francuzki sfinansowały publikację tego bubla!
    • Gość: student Re: Rozmówki szczecińskie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.05.04, 23:01
      rozmówki sa świetne
      czasami napięcie trochę opada aby znowu wznieść się na wyżyny absurdu
      wal we wszystko i wszystkich
      i to z całych sił nie zniżając lotów
      dla mnie najlepsze sa rozmóki Mariana ze współpracownikami
      wiem że to niby nic trudnego śmiać się z tych którzy ze swojej natury są
      śmieszni ale powaga rozmówek podkreśla śmieszność bohaterów
      super
    • Gość: e.beata Re: Rozmówki szczecińskie IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 12.05.04, 01:12
      >>W szczegolnosci, czy:
      >>- dalej pisac

      PISAĆ!!!!!!!!!!!
      /i tak przecież byś pisał..... ;-). Az żal, że te akurat teksty tak nietrwałe i
      bez znajomości tematu niewiele warte.


      >>- zakladac nowe watki po kazdych 100

      Nie było by złe, ze względów praktycznych. Można nawet co 50 zmieniać.
      Tylko KONIECZNIE nowe wątki trzeba jakoś numerować.

      >>- zaniechac dla spokoju ducha

      ;-))))) martwisz się o jego /ich?/ ducha/ ;-)))))
      Twój to chyba spokoju nie zazna jak mu kłódkę założysz.

      >>- nie draznic albo...
      >>- pokrecic srube, czyli walic mocniej.

      Czy te teksty mogą kogoś draznić???!!
      Chyba tylko osoby pozbawione poczucia humoru, bądź autoironii.
      Uważam, ze są na odpowiednim poziomie i trochę bym się bała przykręcania śruby.
      No ale nie wiem jaką masz tę śrubę i ile mocy w łapskach ;-).
      • germanus Na placu 12.05.04, 03:58
        Rozmówki Szczecińskie

        Na placu

        - Chodźcie zobaczyć - dał znak Prezydent stojąc przy oknie.
        - W sumie nie jestem ciekawy - powiedział Pierwice, ale podszedł - miałem
        rację - dodał - żałosne.
        - I na co tu patrzeć? - zdziwił się Druwice.
        - Na wysiłki - zapewnił ich Prezydent.
        - Jak ja kazałem zrobić demonstrację... - zaczął snuć kombatanckie Druwice.
        - Nie przypominam sobie... - wpadł mu słowo Trzewice.
        - Ojej! W mieście!
        - Starym czy Nowym? - zapytał Sekretarz spontanicznie.
        - W mieście Łodzi!
        - Aaa, w Łodzi...
        - W mieście Łodzi... to przyszły tłumy...
        - Tłumy kogo?
        - Moje tłumy. Wszyscy byli, nikt nie odmówił - rozpromienił się na wspomnienie.
        - ... bo nie śmiał - zaryzykował Sekretarz.
        - Jeszcze by. Nawet kochanki żołnierzy przyszły. Szeregowego motłochu z
        przyzwoitości nie wymienię.
        - W jedności siła - wraz z ukradkowym spojrzeniem Pierwice rzucił kolejną
        maksymę.
        - Żebyś wiedział. Ma się ten posłuch...
        - U rodziny... - dokończył Sekretarz.
        - Jak Kropek zobaczył - Druwice posłał mu dziękczynne spojrzenie - to nie miał
        wyjścia..
        - I co?
        - Wycofał się!
        - Z czego?
        - Nie z czego, tylko dokąd!
        - To ... dokąd?
        - Eh, było, minęło...
        - ... nie wróci - wpadł mu w słowo Trzewice.
        - Wróci, wróci - dziwnie mocno zapewnił go Druwice - ale czasu potrzeba.
        - A na co tu czekać? - zainteresował się Sekretarz.
        - Sam widzisz - wskazał na okno - że nie ma z kim pracować. Czasu trzeba...
        - Czasu będzie teraz dużo - zapowiedział bardzo zadowolony z siebie Prezydent i
        zagłębił się w lekturze nowego tomiku swego ulubionego satyryka.
        • germanus Delphin 12.05.04, 07:31
          Rozmówki Szczecińskie

          Delphin

          - Co to robić, co tu robić? - frasował się Agent.
          - Masz problem, dzwoń do magistratu - podpowiedział Pracownik.
          - Ale co oni? - Agent nie był pewien - wiesz...
          - Życiem nie ryzykujesz? Dzwoń!
          - Ależ bardzo miło, że dzwonisz - usłyszał Agent po wstępnych powitaniach - w
          czym mogę pomóc?
          - Statek "Delphin"...
          - Statek, mówisz, na pewno nie kino?
          - Kino też mają... na siódmym pokładzie...
          - Nieważne, fajnie, że dzwonisz...
          - No, pomyślałem...
          - Tak, tak, oczywiście, cenimy sobie, cieszymy się bardzo...
          - Wiesz, pasażerski..., pewnie problem...
          - Ależ nie, jaki problem, rozwiązujemy od ręki...
          - Duży, biały, świecący, zadbany, należy mu się miejsce godne naszego pięknego
          miasta...
          - Nie ma watpliwości, zapewnimy..., jaki duży?
          - Prawie dwieście metrów...
          - Kolos, no kolos wprost, chyba nie wejdzie...
          - Wały są długie, nie?
          - ... między kawiarnię...
          - Ależ Niemcy...
          - U-hu, niedobrze...
          - ... i Amerykanie, i Szwajcarzy...
          - Z Gwardii Papieskiej?
          - Chyba nie...
          - To się nie liczą!
          - No to co robimy? - Agent wyglądał na krańcowo przerażonego.
          - Nie bój nic, załatwione!
          - Uff, dzięki ci ogromne! A jak załatwione?
          - Dajemy ich na Bułgarskie...
          - Między dźwigi, worki i saletrę?
          - Właśnie! To miejsce to jest to!
          - Ale Niemcy... - zapisklił Agent.
          - Niech znają miejsce w szeregu...
          - I Amerykanie...
          - Pomścimy majora Kupczyka...
          - Taki statek, taka okazja...
          - Moja decyzja jest nieodwołalna...
          - Rozwój turystyki, możliwości, może inwestycje zadowolonych zagraniczniaków...
          - I tak autobusy wywiozą ich stamtąd...
          - No trudno, czy mogę spytać, z kim miałem niewątpliwą przyjemność?
          - Z wice...
          - Którym?
          - Odpowiedzialnym za rozwój, inwestycje i turystykę... - zakończył Druwice i
          pomyślał, że życie mogłoby być piękne, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto
          zepsuje cały dzień. Nawet taki piękny, majowy.
          • Gość: dzien Re: Delphin IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 12.05.04, 13:34
            Właśnie za pół godziny druwice będzie prezentował własny projekt rozwoju
            miasta. Bez statków i nabrzeży ale za to z kolejnymi 8 hipermarketami.
    • absztyfikant 100 !!! 12.05.04, 11:12
      Niniejszym stawiam setny post, mam jednoczesnie nadzieje o przezacny
      Germanusie, ze dobijesz do drugiej setki !!!
      • Gość: Pismak Re: 100 !!! IP: 80.51.242.* 12.05.04, 15:11
        Proponuję nie zakładać nowego wątku po setce. To jest właśnie potęga rozmówek,
        że są wszystkie razem - jak książkę można ją czytać. Kawał historii miasta. A
        jak jest naprawdę dużo postów w jednym wątku to potężnie i szacownie wygląda -
        jak na przykład ten wątek Swarożyca o miłości po słowiańsku, który przebił
        1000. Kiedyś go w całości przeczytam.
        • germanus Plan 15.05.04, 05:18
          Dzięki za wszystkie wypowiedzi, zarówno na FS, jak i na priv. Dostosowuję się
          do zdania większości. No to wio z tym koksem... Miłej lekturki.

          Rozmówki Szczecińskie

          Plan

          - Utrącimy ich planem - Druwice powiedział to tak, że nikt nie zorientował się,
          czy on to proponuje, czy ogłasza decyzję.
          - Kogo? - zapytał więc Sekretarz.
          - To będzie taki plan - Druwice go zignorował - że nikt nie pozostanie
          obojętny.
          - Plan czego? - Sekretarz nie ustawał w zadawaniu pytań.
          - Rzucimy ich na ziemię - Druwice mówił to tak, jakby to była część planu -
          zszokujemy, przyciągniemy, zabezpieczymy...
          - ... tyły?
          - ... tereny, ściągniemy inwestycje, zapewnimy...
          - ... odwrót? - Sekretarz robił wszystko, by go załamać.
          - ... środki...
          - A co będą robić ściągnięci inwestorzy? - nie wytrzymał Trzewice.
          - ... a jutro wszystko ogłosimy!
          - Nie za szybko? - wyrwało się Naczelnikowi.
          - Przecież mówiłem, że pobijemy ich szybkością.
          - Zapewne masz ten plan w całości gotowy - Sekretarz wolał się upewnić.
          - Ty jeszcze mnie nie znasz... - Druwice zdobył się na protekcyjny ton.
          - Raczej niewiele...
          - ... to nie wiesz, że nie lubię się przemęczać...
          - Bezpodstawne przemęczanie jest bez sensu - Sekretarz mówił szybko, by mu nie
          przerwano - jednak w tym wypadku...
          - ...w związku z czym paluchem jeszcze nie ruszyłem...
          - No to nie mamy czym ich utrącić - zauważył Pierwice z udanym żalem.
          - Nie gadaj tyle, dawaj ołówek - zarządził Druwice rozkładając plan miasta.
          - Ale jest słabo zaostrzony - zaprotestował Pierwice.
          - Tym lepiej, będą mniejsze dziury - usłyszał w odpowiedzi, a Druwice zamknął
          oczy - tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, i tam. I jeszcze tam. Gotowe.
          Czytaj, gdzie trafiłem.
          - Wały Chrobrego - przerażony Sekretarz odszyfrował pierwszą kropę - piękne
          bydynki.
          - Nie szkodzi, zburzy się...
          - Zabytki przecież!
          - Jakoś załatwię z konserwatorką. Co jeszcze?
          - Lotnisko w Dąbiu...
          - Też się zburzy...
          - To jest raczej płaskie.
          - To się zabuduje...
          - Przecież to nie ma sensu - wtącił z boku Trzewice.
          - Właśnie - podłapał Druwice - dyskusje są bez sensu, lokalizacje już są,
          dajemy je inwestorom.
          - To może słówko o nich, zrobimy rejestr - zaofiarował się Sekretarz.
          - Pisz: pierwsze, firma Luj z ...
          - Dziwna nazwa...
          - ... drugie, KiziaMizia...
          - ... pierwsze słyszę...
          - Jak też - odpowiedział Druwice - trzecie...
          - Na razie wystarczy - Sekretarz chciał uniknąć najgorszego, ale Druwice czuwał:
          - No powiedz sam, Prez - z promiennym uśmiechem zwrócił się do swego
          przełożonego - że to świetny plan.
          - Rób, co chcesz, Dru - Prezydent zabrzmiał dziwnie prawdziwie - mnie tam
          wszystko jedno.
          - Jak to? - Sekretarz aż się zatrząsł z oburzenia.
          - Ja i tak mam już miejsce w historii - i po raz sto drugi zaczął czytać
          Szczecinian Stulecia od 63. strony.
          • Gość: Pismak Re: Plan IP: 80.51.242.* 15.05.04, 05:53
            Heheheheheehhe, fantastyczne! A na 63. stronie artykulik o rzeczonym popełnił
            niejaki Jerzy Sawka. Ostatnie zdanie brzmi: "Nie jest także Prezydentem
            Szczecina".
            • germanus Re: Strona 63 15.05.04, 06:04
              I o to tylko chodzi!!

              By nie był już prezydentem.
              • germanus Prasówka 15.05.04, 07:43
                Rozmówki Szczecińskie

                Prasówka

                - Jak widzicie, mamy wszystko - wtrącił lekko Druwice w przerwie między
                Piernaczem i Drunaczem.
                - Oto działka przy Dziewicy Emilii, wyjątkowo atrakcyjna - podjął Drunacz.
                - Jest stu dziesięciu chętnych - znów wtrącił Druwice nie bacząc na to, że
                przedmówca posłał mu zniechęcające spojrzenie.
                - Jeden chce budować z takim rozmachem, musi to być duże, sam nie wiem, co to
                będzie - Piernacz wrócił do głosu - że chce wyburzyć V LO.
                - A co na to Poseł? - wyrwał się Redaktorowi mimo magistrackiego zakazu.
                - Ciii, jeszcze nie wie... - uspokajał Trzenacz - powiemy mu z czasie
                głosowania nad wotum zaufania dla rządu.
                - Zgodzi się - zapewnił Druwice.
                - A oto, ... proszę podświetlić, tak dziękuję - Piernacz skłonił się
                Technikowi - oferta terenów po byłym kosmodromie w Żołędziewie. Jak widać,
                inwestor planuje zbudować tam luksusowe czworaki wielorodzinne...
                - Takie nawiązanie do 19. wieku - Druwice musiał komentować - eksperyment
                wielopokoleniowy.
                - Ale dlaczego u nas? - zapytał Pismak.
                - Oczywiście inwestor zadba o miejscową przyrodę - zapewnił Drunacz - wszystkie
                budynki staną na wysokich palach, by po łąkach spokojnie żerowały pliszki...
                - A propos - nie wytrzymał Naczelny - pliszki nadają, że inwestorem ma być
                niesławna firma KiziaMizia.
                - No i spaliłeś nam inwestora - zagrzmiał Druwice - choćbym chciał jak
                najlepiej, to prasa zawsze popsuje...
                - Są też wspaniałe oferty wodne: Chłopcoklicz, Płytkie Jeziorko i Wyspa
                Sołtysia - kontynuował Drunacz.
                - Wielu inwestorów stara się o wspomiane jeziorko - dopowiedział Trzenacz.
                - Dlaczego, dlaczego? - zainwestowali się jednocześnie Pismak i Naczelny.
                - Właściwie nie wiem - Trzenacz posłał Druwicemu spojrzenie.
                - Bo nie ma planów, więc tam nie trzeba niczego budować - prościutko wyjaśnił
                ten ostatni.
                - To po im to? - zreflektował się Pismak.
                - Nie mój kłopot - rozwiązał problem Druwice - najważniejsze, żeby kupili...
                - Jak Bramę Portową - zgadł Redaktor.
                - Ależ wy musicie paplać - zaniepokoił się Druwice.
                - Osobiście polecałbym każdemu inwestorowi Wyspę Sołtysią - wskoczył Druwice -
                wspaniała lokalizacja...
                - Skomplikowane stosunki własnościowe... - dopowiedział uczciwie Piernacz.
                - ... co niczemu nie przeszkadza - prostował Druwice.
                - Oczywiście - zapewnił Piernacz - najwyżej inwestycja opóźni się o dziesięć
                lat.
                Dwóch inwestorów skłoniło się uprzejmie i opuściło salę.
                - Zamknij dziób - warknął Druwice, ale cokolwiek za głośno.
                - Podobno mongolska firma L... - zaczął Redaktor.
                - A w ogóle, to mamy dla was mnóstwo ofert - Trzenacz ratował sytuację - na
                przykład Parowozownia...
                - ... mają chłopaki czelność - mruknął ktoś na sali.
                - ... albo Ciemne Łąki...
                - ... nawet trawników nie potrafią utrzymać - zniechęcał się inny głos.
                - ... więc zapraszamy, dziękujemy, i ...bez pytań prosimy - zakończył Druwice.
                - No, piękna prezentacja, gratuluję - Naczelny podszedł do siedzącego z boku
                Prezydenta - naczelnicy się postarali.
                - A co tam - zlekceważąco wydął wargi Prezydent - nie chcieli, ale dostali
                rozkaz - odrzekł prostolinijnie i przewrócił kartkę czytanej książki na stronę
                64.
                • germanus Wywiad 17.05.04, 05:19
                  Rozmówki Szczecińskie

                  Wywiad

                  - Nie przysłaliście swoich pytań - zakrzyknął Druwice zamiast powitania.
                  - Witamy cię serdecznie - mimo to odpowiedział Redaktor - jakich pytań?
                  - Do autoryzacji, się rozumie.
                  - To z założenia jest spontaniczna rozmowa na żywo - starał się wyjaśnić
                  Naczelny - nigdy nie mamy przygotowanych pytań.
                  - To bardzo niedobrze...
                  - Umawialiśmy się...
                  - ... wręcz nieprofesjonalnie!
                  - Nikogo nie wyróżniamy, ani nie dyskryminujemy...
                  - Oczywiście, oczywiście, nie o tym mówimy.
                  - ... i dlatego stosujemy te same standardy do każdego rozmów...
                  - Ja nie jestem każdy - przerwał Druwice - ja jestem prezydentem miasta.
                  - Wiceprezydentem - poprawił go Redaktor - człowiekowi na takim stanowisku nie
                  wypada kłamać w celu dodania sobie prestiżu.
                  - Wiem, kim jestem - zapowietrzył się Druwice - i nie pozwolę się obrażać.
                  - Jeżeli stanowisko wiceprezydenta cię obraża, to co robisz w moim mieście? -
                  mruknął cicho Technik na boku.
                  - Przejdźmy do studia - Redaktor rad, że Druwice nie słyszał komentarza,
                  próbował przepuścić go przodem.
                  - Ustalmy przynajmniej tematy - Druwice spuścił nieco z tonu, ale ani drgnął.
                  - Inwestycje...
                  - W porządku.
                  - Tereny pod inwestycje...
                  - Taaak...
                  - Przygotowanie miasta do przetargów...
                  - Hmm...
                  - Mieszkania.
                  - To nie mój resort...
                  - A dokładniej: jedno, twoje mieszkanie.
                  - To nie ma nic do rzeczy, bo ja mam mieszkanie w mieście Łodzi.
                  - Wynajęte na koszt miasta.
                  - Tak mi obiecał Prezydent - zarzekł się Druwice.
                  - To jednak kto inny jest prezydentem - już głośniej powiedział Technik, przez
                  co ściągnął na siebie gniewne spojrzenie.
                  - I samochód, i wysoką pensję, i pokrycie kosztów reprezentacyjnych...
                  - Tak jest, ale nie będziemy dyskutować tego, co mi się należy...
                  - Dwie minuty - Realizator wychylił się ze studia - proszę wszystkich na
                  miejsca.
                  - Żadnego wywiadu nie będzie - zdecydował Druwice - ja wychodzę...
                  - Ale słuchacze... - Redaktor rozłożył ręce.
                  - Szkoda mojego czasu na durnoty - zameldował i wybiegł.
                  - Witam słuchaczy cyklu "Rozmowy pod krawatem" - zaczął Redaktor - nasz
                  dzisiejszy rozmówca, Druwice, miał krawat fatalnie dobrany do koszuli, więc
                  zdecydował się opuścić studio. Proszę posłuchać przedantenowego nagrania z holu
                  naszego Radia...
                  • germanus Ptaki 17.05.04, 13:22
                    Rozmówki Szczecińskie

                    Ptaki

                    - Wyobraź sobie, Prez - zagadnął Druwice znad porannej kawy popijanej ulubionym
                    komiksem - patrzę, a tu koło mojego ganka jakieś ptaszyska latają...
                    - Ptaszki, ptaszynki - rozczulił się Prezydent - jak u mnie na działce. Duże?
                    - Nie, nie bardzo. Ale groźne jakieś. Atakowały - pociągnął łyk i odwrócił
                    komiksową stronę.
                    - Domyślam się, że takie czarno-niebieskie z silnie rozwiniętymi ogonkami.
                    - Skąd wiesz?
                    - Bo inne ptaszki nie latałyby w tym miejscu.
                    - A skąd wiesz, gdzie latały?
                    - Bo jak cię znam, Dru - Prezydent popatrzył na niego z niewytłumaczalnym
                    rozczuleniem - nie zrobiłeś ani kroku z ganka.
                    - No.
                    - Więc tylko dymówki mogły latać w tym miejscu.
                    - Wyglądały bardziej na jaskółki.
                    - Dymówki to są jaskółki. Prawie domowe - Prezydent przekazywał swą działkową
                    wiedzę - budują gniazda wewnątrz budynków.
                    - Skąd wiesz? - ponownie zakrzyknął Druwice - tak było!
                    - Co tak było?
                    - Zbudowały mi gniazdo.
                    - Konkretnie gdzie?
                    - Na latarni...
                    - Nie może być!
                    - Właściwie to na latarence, na moim ganku.
                    - Po daszkiem, zgadza się - ucieszył się Prezydent - one tak budują.
                    - Gniazdo było jeszcze w budowie, całe mokre...
                    - To od błota, którym zlepiają trawy i słomki.
                    - ...prawie ukończone...
                    - Jeszcze kilka słomek i wyściółka z piór.
                    - Właśnie, a na ganku już było brudno.
                    - Ptaki raczej nie sprzatają po sobie.
                    - Nie miałem wyjścia...
                    - I co zrobiłeś?
                    - Usunąłem gniazdo - przyznał szczerze Druwice zamykając komiks.
                    - Dymówki są pod ochroną.
                    - Ja wystąpiłem w obronie koniecznej.
                    - Uniknąłeś dwóch lub trzech wylęgów...
                    - Aż tylu - zdziwił się Druwice - odtąd będę usuwał wszystkie ptaki z mojego
                    sąsiedztwa.
                    - Ciekawe w jakim promieniu?
                    - Wystarczającym, by nie pętał mi się żaden ptak - dopił ostatni łyk i sięgnął
                    po słuchawkę.
                    • germanus Zielone 18.05.04, 06:40
                      Rozmówki Szczecińskie

                      Zielone

                      - Gramy w zielone - wykrzyknął Druwice, szczęśliwy jak dziecko, pozornie bez
                      powodu.
                      - Jak w ptaszki - odpowiedział niespodziewanie normalnie Prezydent - jakie one
                      śliczne - rozczulił się.
                      - Ty się, jak zwykle, wygłupiasz - zaczął na niego krzyczeć Druwice - a ja
                      poważnie.
                      - No, przecież jest wiosna - Prezydent spoważniał na rozkaz.
                      - Prez, skup się, nie pajacuj - Druwice pokrzykiwał w swoim stylu. Ale zaraz,
                      jak dobry przełożony, odpuścił:
                      - Pamiętasz referendum? - zagadnął przymilnie.
                      - Coś mi się telepie - próbował przypomnieć sobie Prezydent - czy to o ptaszki?
                      - O jednego grubego orła, czyli ciebie - Druwice postanowił wyjaśnić mu
                      sposobem.
                      - O, przypominam sobie - ucieszył się Prezydent - będziemy kogoś odwoływać.
                      - Tak jest, bardzo dobrze - zrezygnował ze wszystkiego, a więc i ze sposobu
                      Druwice - a ty dasz na to pieniądze.
                      - Mowy nie ma - zarzekł się Prezydent - ja na nic, poza moim wice, nie daję
                      pieniędzy.
                      - Też tak myślałem, ale nie mamy wyboru, takie przepisy.
                      - Może sposobem?
                      - Prez! Ja jestem człowiek prawa, prawa trzeba przestrzegać, jasne?
                      - No to dajmy te pieniądze i spokój - Prezydent poddał się odgórnej
                      interpretacji.
                      - I tak też zrobimy - niemal zakrzyknął Druwice - a wiesz na co są te pieniądze?
                      - Na referendum o ptaszki.
                      - A konkretnie na druk zawiadomień.
                      - Z ptaszkami?
                      - Wydrukuje się to-to na zielonym i niech się cieszą.
                      - Kto?
                      - Wyborcy! Już wydałem polecenia.
                      - Jesteś niezastąpiony - docenił go Prezydent - to po co mi to mówisz?
                      - Sprawdzam, czy grasz w zielone...
                      - Gram!
                      - Masz zielone... - Druwice podsunął mu karteczkę.
                      - Mam!
                      - A czytasz?
                      - Nic nie widać...
                      - I o to chodzi!
                      - A gdzie ptaszki? - już calkiem poważnie zaniepokoił się Prezydent.
                      - Fiu-bździu! W głowie... - zaświstał, będący jak zwykle w znakomitym nastroju,
                      Druwice.
                      • germanus Pajaców trzech 20.05.04, 05:46
                        Rozmówki Szczecińskie

                        Pajaców trzech

                        Rozsiedli się wygodnie. Inwestor przybliżył telewizyjny mikrofon i zaciągnął:
                        - Beciem butofacz.
                        - Jak tylko podpiszemy, oczywiście - szybko pochwalił się Druwice - to będzie
                        zaraz.
                        - Mamy duszo doszfiatczenie - kontynuował samopochwały Inwestor - nawet z
                        Africa.
                        - Czy masz na myśli aquapark na Saharze? - zapytał Redaktor.
                        - Ta inwestycja dopiero nabiera rumieńców - uspokoił go Druwice - to będzie
                        przebój światowa, tfu światowy...
                        - A co z finansowaniem? - kolejne pytanie zadał Pismak.
                        - Tajemicza bankofy - Inwestor uśmiechnął się wyrozumiale.
                        - Prosimy o rozsądne pytania - wziął go w obronę Druwice.
                        - Wobec tego może jakieś terminy - Pismak uznał, że lepiej dowiedzieć się
                        trochę, niż nic.
                        - Czy lata! - wykrzyknął uradowany Inwestor.
                        - To będzie tempo, jakiego to miasto jeszcze nie widziało - podparł go Druwice.
                        - Jakie miasto? - z czystej ciekawości zaczepił go Redaktor.
                        - Przecież mówię wyraźnie, że to miasto - oburzył się Druwice.
                        - Właśnie nazwę tego miasta próbujemy ustalić - Pismak poparł Redaktora.
                        - Nieważne - przeciął Druwice - przechodzimy do prezentacji. Inwestor,
                        zaprezentuj!
                        - Tu jest kino z Africa - rzeczowo wyjaśnił przesuwające się obrazy Inwestor.
                        - Będzie tak samo, jak w Kapsztadowie, a nawet więcej...
                        - Murzynów? - starał się uściślić Radiowiec.
                        - Systkiego - ucieszył się Inwestor.
                        - Nawet woda będzie szmaragdowa! - Druwice postanowił wykazać się znajomością
                        szczegółów.
                        - To pewnie będzie kosztować kupę forsy - zatroskał się Naczelny.
                        - Miliardy! - pośrednio potwierdził Druwice - a myślicie, że taką kasę łatwo
                        zgromadzić?
                        - Wcale nie myślę - zgodził się Pismak - szczególnie, jak nie ma gwarancji.
                        - I trzeba nieźle kombinować - zanim się spostrzegł, co mówi, Druwice uchylił
                        rąbka - eee, znaczy, już cztery banki dają kredyty.
                        - To świetnie, znakomicie - Naczelny zawsze trafiał w punkt - przychodzę jutro
                        na wbijanie łopaty w łąkę.
                        - Jak tylko dostaniem tereni - uszczegółowił Inwestor - wkopiem kamieni
                        wengielni.
                        - Czegoś tu nie rozumiem - Pismak przebił się przez lekki hałasek - nie macie
                        terenów, nie macie terminów, nie macie funduszy, to co, za co i jak budujecie?
                        - Nie czepa - Inwestor wykazał się znajomością przepisów - mamy Druficze...
                        - Ale jak w takim stanie rzeczy można cokolwiek podpisywać? - drążył Pismak.
                        - Jak ty niewiele wiesz, co można - odpowiedział mu Druwice.
                        - Czy ta inwestycja ma jakąś nazwę - dziennikarze powoli godzili się z faktem,
                        że niczego się nie dowiedzą.
                        - Oczywiście. Atlantyda! - zaintonował wspomniany Druwice - to wyjaśnia
                        wszystko, nie Prez?
                        - Drobiazgi zostawiam tobie. Ja przypilnuję jedynie, by to nie była kolejna
                        działkowa samowola budowalna - Prezydent zakończył konferencję.
                        • germanus Miś 22.05.04, 16:21
                          Rozmówki Szczecińskie

                          Miś

                          - Proszę państwa, oto Miś...
                          - Dzień dobry - powiedział grzecznie Miś.
                          - Misiu?... - zaczął Redaktor - mogę tak do ciebie mówić, Misiu?, dobrze to?
                          - Dobrze, możesz mówić.
                          - A może masz jakieś imię?
                          - Jestem miś Jureczek - powiedział dumnie Miś i wypiął metrowe piersiątko.
                          - Bardzo ładne imię.
                          - Też tak myślę - zgodził się Miś - to od tatusia.
                          - Misiu... co ty robisz przy tym słupie?
                          - Postulam...
                          - Co?
                          - I jeszcze symbolę...
                          - Co symbolisz?
                          - Symbol! A co można symbolić?
                          - Jesteś symbolem czego?
                          - Działania...
                          - Hmm...
                          - Zapału...
                          - Tak?
                          - Chęci...
                          - To nie to samo?
                          - Nieważne. Org... orga...orga...
                          - Orgazmu?
                          - ... nizowania...
                          - Ach tak...
                          - Ale się zaciąłem... - zadziwił się Miś - i jeszcze akcyjności.
                          - To bardzo dużo symbolisz, tfu symbolujesz, znaczy...
                          - Bo ja jestem pojemny symbol.
                          - Ale mi zamieszałeś.
                          - Wszystkim zawsze mieszam - przyznał otwarcie Miś.
                          - Lubisz nasze piękne miasto? - Redaktor zdecydował się pchnąć wymianę myśli na
                          inne tory.
                          - Uwielbiam, piękne ci ono jest - potwiedził szczerze wywołując niewymuszony
                          uśmiech Redaktora - zupełnie jak ja.
                          - Jak co ty?
                          - Słomiane!
                          - Nie wiem, o czym mówisz... - zaskoczony Redaktor nie wiedział, jak
                          zaprotestować.
                          - Bez kręgosłupa, bez rozmachu, bez wizji, bez kierunku i bez planu...
                          - Ty tylko tak głupio wyglądasz - wyjąkał Redaktor - bo mówisz całkiem
                          rozsądnie.
                          - Przecież mówiłem, że jestem symbolem.
                          - Zgadza się, ludzie tak to odbierają.
                          - Ja nawet symboluję czas.
                          - Możesz uściślić.
                          - Na przykład palę się, a jestem.
                          - Palisz się do działania, prawda?
                          - Też. Ale spaliłem się już kilka razy...
                          - I co, i co?
                          - Odbudowali.
                          - Jak?
                          - Ja mam niezniszczalny szkielet!
                          - A nie wygląda...
                          - Jak to słoma myli!
                          - Masz jakieś kłopoty, Misiu?
                          - Nie, dlaczego?
                          - A co z tym oczkiem?
                          - A to wskaźnik.
                          - Wskaźnik?
                          - Systemu.
                          - Nie rozumiem - zupełnie szczerze przyznał Redaktor.
                          - A film pamiętasz?
                          - No...
                          - Jak oczko widzi system, to odpada.
                          - Przecież...
                          - Ono nie lubi patrzeć na komunizm, komuchów, komusze rządy, kłamstwa,
                          krętactwa, ogłupienia i złodziejstwo - zakończył Miś.
                          • germanus Miś 2 22.05.04, 20:41
                            Rozmówki Szczecińskie

                            Miś 2

                            - Proszę państwa, oto Miś...
                            - Dobry wieczór - powiedział grzecznie Miś.
                            - Jureczku, a możesz nam powiedzieć - zaczął Redaktor - jak spędzasz czas.
                            - Mów mi Misiu, co?
                            - Ale przecież masz imię?
                            - To prawda, jestem miś Jureczek - powiedział dumnie Miś i wypiął metrowe
                            piersiątko.
                            - No właśnie, takie ładne imię.
                            - Myślę o tym imieniu - powiedział Miś - i tak spędzam czas.
                            - Nie nudno ci?
                            - To jest jeno taki skrót - wymigał się Misiu - myślowy - dodał.
                            - Myślenia o myśleniu?
                            - Właśnie, bo myślę sobie, o tym imieniu znaczy, a tu idzie mężczyzna - Miś się
                            zebrał na relację - pan na oko dość dystyngowany.
                            - Dużo takich w naszym pięknym mieście - podpowiedział Redaktor.
                            - Miasto piękne istotnie jest - potwierdził Miś Jureczek - i dziewki macie
                            piękne... - dodał od siebie.
                            - Widzę, że obejrzałeś. Mamy nawet polską misskę - dodał dumnie - no i co z tym
                            panem? - zaskoczył.
                            - Nic, idzie. A ja myślę, że on wygląda, jak Jurek.
                            - Dlaczego tak myślisz?
                            - Bo on mi wygląda na zupełnie odwrotnego.
                            - Tak? A w szczegółach?
                            - Oczko ma przyklejone. I przykryte.
                            - Okulary nosi.
                            - I dobrze mu z tym. I ubrany jest pozornie zadbanie.
                            - Dlaczego pozornie?
                            - Bo to nie leży. I on się nie umie w tym ruszać.
                            - Powiedziałeś, że dystyngowany.
                            - No oko. Mimo, iż niewiele idzie. Od samochodu do drzwi.
                            - A jak to widać?
                            - To jest udawana powaga. On tylko udaje.
                            - Ostro powiedziane.
                            - Cała prawda. I bez oczka widzę, że on taki jest.
                            - I co jeszcze widać?
                            - A potem widzę go w oknie. Może on tam pracuje...
                            - Może...
                            - Stoi w oknie, a ja myślę, że patrzy na mnie.
                            - Patrzenie pomaga ci myśleć, czy przeszkadza?
                            - Myślę, że on szuka ze mną porozumienia...
                            - Ładnie wymyślone.
                            - Odkrywcze! Sam się zdziwiłem, jak wymyśliłem.
                            - A ja myślę - postanowił się zwierzyć Redaktor - że on jest ponad
                            porozumieniami.
                            - Bycie ponad bardzo przeszkadza w życiu.
                            - Tak mówią.
                            - Mówią? Ja wiem z doświadczenia - oświadczył Miś.
                            - Jakiego?
                            - Filmowego oczywiście!
                            - Jak to znosiłeś?
                            - Wcale. Kazali grać to grałem. Jaki miałem wówczas wybór? - zapytał Miś
                            całkowicie retorycznie - i nie mogłem być ponad.
                            - Dobrze grałeś.
                            - Dziękuję - skłonił się Miś - ale pamiętaj, że to było wówczas.
                            - Pamiętam. I dlatego teraz wszyscy cię tak lubią.
                            - Nie wszyscy. Ale przynajmniej grałem szczerze. Nie udawałem.
                            - To prawda. Nie udawałeś.
                            - Ten pan udaje. Gra źle - Miś wrócił do właściwego tematu - gra nieszczerze.
                            - To widać?
                            - To widać i czuć z daleka - Miś wdał się w głębszą analizę - nawet z Żywca, a
                            co dopiero stąd. Szkoda mi go, bo nieszczery aktor, to bardzo nieszczęśliwy
                            człowiek - zakończył Miś i potarł odklejone oczko.
                            • gyor Re: Miś 2 22.05.04, 22:29
                              Nie masz wicej tych misiow?
                              Dawaj!
                              Ale obrabiasz Jurczykowi d.pe!!!!!!
                              Odwolac Marianka!!!!!!!
                              • germanus Miś 3 22.05.04, 23:38
                                Rozmówki Szczecińskie

                                Miś 3

                                - Proszę państwa, oto Miś...
                                - Dzień dobry - powiedział grzecznie Miś.
                                - Ranek już - zaczął Redaktor - a ty ciągle stoisz.
                                - Taki już jest los misia.
                                - Na służbie?
                                - Za mocno powiedziane - zachrzął się Miś.
                                - To co tu chodzi?
                                - O prawdę!
                                - Nie rozumiem - Redaktor wolał takie wyjście, niż narażenie się Misiowi.
                                - Ja nie lubię, jak dystyngowany pan kłamie...
                                - Ten twój imiennik...
                                - Właśnie. Nawet jeśli tylko wygląda na dystyngowanego.
                                - Jeśli mówimy o tym samym, to on jest prawdomówny.
                                - To zdanie obiło mi się o oczko - ochoczo przyznał Miś.
                                - To o co chodzi?
                                - Kłamie i tyle - po prostu stwierdził Miś - co tu jeszcze można powiedzieć.
                                - Nie wiem - Redaktor przyjął sprawdzoną technikę.
                                - Najpierw lustracja, nie?
                                - Wychodzi na to, że mówimy o tym samym... - przyznał Redaktor - uniewinniony.
                                - Preceduralne uchybienia! - Miś aż nie mógł z rozpaczy - daj Boże każdemu tyle
                                szczęścia. Sterowany komuch i tyle.
                                - Misiu... - Redaktor próbował uspakajać.
                                - Nie bój nic, nie ze mną te numery, ja znam granice.
                                - Uff, Misiu, mówię ci - Redaktor chyba go polubił - naczelny tylko patrzy, jak
                                i kogo wywalić.
                                - Aż tak źle?
                                - Lepiej nie pytaj - westchnął Redaktor - lepiej mów o tym panu.
                                - Po lustracji obietnice...
                                - Mieszkania?
                                - Właśnie!
                                - Misiu? - coś nagle podpadło Redaktrowi - skąd ty to wiesz?
                                - Ty, Redaktor, a ty myślisz, że gdzie ja żyję?
                                - W Żywcu?...
                                - A wiesz, co to jest globalna wioska?
                                - Ok, wracajmy do podrabianego inteligenta.
                                - Wspaniale to ująłeś - zachwycił się Miś - potem kontrakty!
                                - I odszkodowania...
                                - Zwalanie winy na prawników i współpracowników, czyli kolejne kłamstwa.
                                - Rozwój...
                                - Inwestycje...
                                - Dobrobyt...
                                - Otwartość...
                                - Sprawiedliwość... - Redaktor przerzucił Misia kolejnym argumentem.
                                - A najgorsze - Miś wyglądał jakby zamierzał powiedzieć coś naprawdę ważnego -
                                jest to, że on otumania zwykłych ludzi...
                                - Bez serca jest...
                                - ...którzy mu wierzą...
                                - ... niesamowite...
                                - ... i którym przez to żyje się dużo gorzej.
                                - Typowy scenariusz dyktatury - podpowiedział Redaktor.
                                - Wiesz co, Redaktor - Miś spojrzał na niego zdrowym oczkiem - ty żyjesz w tym
                                mieście, masz skrzywienie. Nie widzisz wielu rzeczy, choć znasz fakty...
                                - Tak?... do czego zmierzasz?
                                - ... ale z dalszej odlgłości widać wyraźnie, że facetem steruje komuna...
                                - No, tego...
                                - ...że im gorzej, tym lepiej...
                                - ... wiesz...
                                - ...aby tylko się nachapać...
                                - Misiu!
                                - ...a najlepiej kosztem zwykłych ludzi - nie popuszczał Misiu - bo oni nie
                                mają głosu...
                                - ...oj, nie mają!
                                - Z wyjątkiem referendum! - zakończył Miś z miną Mariana Kielca po strzeleniu
                                bramki ŁKS-owi.
                                • germanus Miś 4 23.05.04, 14:41
                                  Rozmówki Szczecińskie

                                  Miś 4

                                  - Proszę państwa, oto Miś...
                                  - Dzień dobry - powiedział grzecznie Miś.
                                  - No i jak mija popołudnie - zaczął Redaktor.
                                  - Stoję, obserwuję, podglądam, rozmawiam...
                                  - Z kim?
                                  - Głównie ze zwolennikami.
                                  - Czyimi?
                                  - Moimi, niestety.
                                  - Oh, dlaczego niestety?
                                  - Wolę przekonywać, niż się wdzięczyć.
                                  - Przekonałeś kogoś?
                                  - Pewnie! Wiele osób i jedną panią Babcię
                                  - Pani Babcia to nie osoba?
                                  - Specjalna osoba - wyróżnił ją Miś - jej przekonanie uważam za swój wielki
                                  sukces.
                                  - A co jej powiedziałeś?
                                  - Że skazuje swoje wnuki na nędzę i poniewierkę.
                                  - U-hu, mocne - przyznał Redaktor - mówić to ty umiesz.
                                  - Zostało mi z filmu.
                                  - Mam wątpliwości, czy to aby prawda...
                                  - A ja nie, bo miałem wizję.
                                  - Telewizja tu była?
                                  - Jeszcze nie, zamówieni są na piątą - Miś odliczył czas - decydująca rozgrywka.
                                  - To co z tą wizją?
                                  - Dokładnie czasowizją...
                                  - Czym?
                                  - ... z roku 2010. Druga kadencja dobiega końca, w Strasburgu wisi mapa
                                  biegunów eurobiedy: ściana wschodnia i Sz...
                                  - Cicho na litość wnuków!
                                  - Właśnie, że nie można być cicho, bo oni byli lepsi od was.
                                  - Kto? Ściana wschodnia? To epicentrum zacofania?
                                  - Tak jest. Oni będą przed wami!
                                  - Przed Szczecinem?
                                  - Tak jest!
                                  - Misiu?... Zrób mi tę przyjemność - zaczął Redaktor innym głosem.
                                  - Ależ bardzo chętnie...
                                  - ... i zrób taką samą wizualizację przeciwnej sytuacji.
                                  - To znaczy?
                                  - To znaczy, jak się odwołanie uda.
                                  - Nie mogę...
                                  - Jak to?
                                  - Nie mam licencji...
                                  - Licencji na co?
                                  - ...na mamienie - przyznał szczerze Miś - ja mogę tylko ostrzegać.
                                  - Pomogę ci załatwić tę licencję.
                                  - Moim zdaniem jest nieco za późno.
                                  - Wczesne popołudnie, wiele jeszcze można zrobić...
                                  - Nie złapiesz już reżysera...
                                  - A co ma do tego reżyser?
                                  - To on ustawia role w filmie...
                                  - No tak...
                                  - Moją rolą było ostrzegać, a nie mamić...
                                  - Wnoszę z tego - Redaktor wyjątkowo powoli sączył słowa - że jak tobie nie
                                  wolno mamić, czyli mówić o tym, że będzie lepiej...
                                  - Tego nie mogę zagwarantować...
                                  - Ale to pośrednio wynika samo z siebie - kontynuował Redaktor uważnie
                                  obserwując Misia od bezoczkowej strony - czyli wychodzi na to, że na pewno
                                  będzie lepiej, jak go odwołamy.
                                  - Wyciąganie prywatnych wniosków nie jest objęte zakazem reżysera - powiedział
                                  Miś.
                                  - Ale na to wychodzi... - Redaktor rozpromieniał się coraz bardziej.
                                  - Mogę ci tylko powiedzieć - dodał jeszcze Miś - w ramach ostrzeżenia
                                  oczywiście...
                                  - No, no...
                                  - ... że jak go nie odwołacie, to dopiero się zacznie.
                                  - Co się zacznie?
                                  - Już mówiłem - Miś zniecierpliwił się odrobinkę - nędza i poniewierka.
                                  • germanus Miś 5 23.05.04, 16:22
                                    Rozmówki Szczecińskie

                                    Miś 5

                                    - Proszę państwa, oto Miś...
                                    - Dobry wieczór - powiedział grzecznie Miś.
                                    - Stoisz sobie, stoisz, prawda? - zaczął Redaktor.
                                    - Prawda, stoję, obserwuję, ...
                                    - Może kawy?
                                    - Niechętnie, wolę gorącą czekoladę.
                                    - Nie mam przy sobie...
                                    - Nie trzeba, przed chwilą piłem.
                                    - ???
                                    - Pani Babcia mi przyniosła.
                                    - Ta sama?
                                    - W podziękowaniu za nadzieję.
                                    - Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.
                                    - Są. Dbają, troszczą się, działają dla dobra, zależy im,...
                                    - Dużo ich?
                                    - Dużo. Też się zdziwiłem.
                                    - Może to nowy kierunek.
                                    - Ludzie ludziom dobrze czynią...
                                    - Wiesz coś o frekwencji?
                                    - Publika coś podrzuci...
                                    - Pomocni tacy.
                                    - I na komórę coś wpadnie.
                                    - Mógłbyś tu założyć centrum dowodzenia
                                    - Nie mógłbym, ja nie działam, ja ostrzegam.
                                    - I wspierasz duchowo.
                                    - Ciii, bo mnie przedwcześnie spalą.
                                    - Czyli wytyczyłeś sobie granice zaangażowania.
                                    - Ja jestem uczciwy Miś.
                                    - Dużo wywiadów udzieliłeś?
                                    - Dużo... trzy dzienniki, jakiś miesięcznik, może dwa, kilka periodyków, dwa
                                    radia, tv umówiona...
                                    - Wielcy nieobecni?
                                    - Betonowy kurier.
                                    - Ooo, skąd wiesz takie rzeczy?
                                    - Nasłuchałem się od ludzi.
                                    - Ludzie lubią uczciwe misie.
                                    - Ludzie w ogóle są dobrzy, z natury uczciwi, pomocni, wielkoduszni,... -
                                    wyliczał Miś.
                                    - Widzę, że czegoś się nauczyłeś w naszym pięknym mieście.
                                    - ...tylko nie należy im przeszkadzać, dawać złego przykładu i demoralizować.
                                    - Jak w socjaliźmie...
                                    - Albo w Afryce.
                                    - Słowem przykład idzie z góry - podsumował Redaktor.
                                    - I dlatego tak cenne są inicjatywy zwykłych ludzi...
                                    - Jak ta?
                                    - Na taką inicjatywę jest pozytywna odpowiedź.
                                    - To jak z frekwencją?
                                    - Jest ok, ludzie się zmawiają.
                                    - A pogoda nie przeszkadza?
                                    - Złej baletnicy...
                                    - Racja!
                                    - O, idzie do mnie Pan Menel!
                                    - Znikam, pogadajcie sobie...
                                    - Wpadniesz jeszcze?
                                    • germanus Re: Miś 5 23.05.04, 19:31
                                      Przed chwila wrocilem do domu, nie zdaze juz napisac o Panu Menelu, sorki.
                                      Zostalo pol godzinki.

                                      LUDZIE, idzcie glosowac.
                                      Pozdr
                                      • Gość: Pismak Re: Miś 5 IP: 80.51.242.* 23.05.04, 20:05
                                        Germanusie, to najlepsza kampania referendalna jaką przeprowadzono przy okazji
                                        sprawy odwołania Jurczyka.
                                        Miś powinien być głównym symbolem (lajt-motiwem) tej kampanii, cała strategia
                                        powinna się wokół niego kręcić. To wymowny i rozpoznawalny symbol. A tymczasem
                                        przemknął się gdzieś bokiem po ulicach miasta. Szkoda. Mam nadzieję, że
                                        podziałał na forumowiczów, choć tutaj w zasadzie raczej przekonywał
                                        przekonanych.
                                        • germanus Miś 6 23.05.04, 22:42
                                          Rozmówki Szczecińskie

                                          Miś 6

                                          - Proszę państwa, oto Miś...
                                          - Dobry późny wieczór - powiedział grzecznie Miś.
                                          - Ciągle stoisz? - zaczął Redaktor.
                                          - Ano stoję ...
                                          - Może gorącej czekolady?
                                          - Nie dziękuję.
                                          - Przecież lubisz...
                                          - Pani Babcia o mnie zadbała.
                                          - Ty to umiesz zawierać znajomiści!
                                          - Staram się. A poza tym, wiesz, ja wszystkich lubię.
                                          - Niesłychane. Założyłbym się, że nie lubisz komuchów...
                                          - Coś ci powiem, Redaktor, nawet, jeśli się obrazisz.
                                          - Ale coś ty...
                                          - To się jeszcze zobaczy. Ja ludzkość dzielę na Ludzi i ludzików...
                                          - Niby logiczne.
                                          - ...i w tym podziale najbiedniejszy i niepiśmienny Polinezyjczyk może być
                                          Człowiekiem...
                                          - Tak?
                                          - ... a najbogatszy i super wykształcony biznesmen może skończyć jako ludzik...
                                          - Ciekawe...
                                          - ... w związku z czym mieszkańców Polski dzielę na Polaków i polaczków.
                                          - Z małej litery?
                                          - Z jak najmniejszej.
                                          - Czy coś z tego dla mnie wynika? - Redaktor nie mógł się doczekać.
                                          - Że jak tak mówisz, to jesteś polaczek.
                                          - Ale komuchy! - Redaktor nie wyglądał na mocno zadowolonego.
                                          - Z komuchami trzeba walczyć, a nie nienawidzić ich.
                                          - Ja walczę!
                                          - Z prezydentem, którego dziś nie odwołałeś, możesz dalej walczyć...
                                          - Eeee, nie wygląda to dobrze.
                                          - Ale na tym polega demokracja.
                                          - Gdyby ordynacja była inna...
                                          - To staraj się o zmianę ordynacji.
                                          - Gdyby nie chodziło o 30 procent...
                                          - To staraj się o zniesienie progu 30 procent.
                                          - Eee, nie uda się.
                                          - Jeśli to jest twoja odpowiedź na twoje problemy, to nic tu po mnie.
                                          - Misiu, nie to miałem na myśli.
                                          - Wiem. W każdym razie jesteś o krok od wyciągnięcia kolejnego wniosku.
                                          - Że trzeba swoje racje werbalizować?
                                          - Właśnie, bo bez tego...

                                          Proszę państwa, oto Miś
                                          Miś był bardzo grzeczny dziś
                                          Chciał odwołać prezydenta
                                          Nie udało się, ... misięta

                                          Proszę państwa, stoi Miś
                                          Stał tu wczoraj, stoi dziś
                                          Miś był grzeczny, miś się starał
                                          Nie mógł tego zrobić za was

                                          Przyjdzie jutro, pójdzie Miś
                                          Będzie Jurczyk w grodzie Sz.
                                          Jako sołtys na zagrodzie
                                          Jego bieda nie ubodzie

                                          Ze Szczecina uszedł Miś
                                          Może spocząć Jurczyk dziś
                                          Co się teraz będzie działo?
                                          Bieda z nędzą jakich mało

                                          Proszę państwa, oto Miś
                                          Miś był bardzo grzeczny dziś
                                          Miś nie zwalił prezydenta
                                          Podziękujcie mu, ...zwierzęta
                                          • Gość: Rafis Re: Miś 6 IP: *.wro.vectranet.pl / 213.199.196.* 23.05.04, 23:30
                                            No cóż to był mis na miarę waszych mozliwosci.Ale wierze, ze to nie ostatnie
                                            wasze słowo! :)

                                            pozdrawiam
                                            • germanus Re: Miś 6 23.05.04, 23:45
                                              Widzisz, Rafis, więcej nie mogłem zrobić. I nawet Ci nie mogę powiedzieć
                                              dlaczego. Po prostu, taki uklad. Co nie zmienia faktu, że co najmniej 200
                                              tysiącom mieszkańców Sz. wszystko zwisa do poziomu ..., sam wiesz czego, a
                                              menele obsikują pomniki i urzędy. A jeśli chodzi o Misia, to zaraz obejrzę go
                                              sobie z sidisa. Ot tak, by się - co za paradoks - podbudować.
                                              O, przy okazji, napisałem kiedyś coś wrocławskiego, pewnie za mało, by zostało
                                              to zauważone. Może teraz będę miał więcej czasu... Pozdr
                                              • Gość: Rafis Re: Miś 6 IP: *.wro.vectranet.pl / 213.199.196.* 23.05.04, 23:56
                                                szystko rozumiem, wiem o co chodzi.Napisałes o dworcu Wrocławskim :)

                                                pzdr.
                                                • germanus Re: Miś 6 24.05.04, 01:03
                                                  raczej nie, Rafis, daję link, pozdr

                                                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=70&w=11294278&wv.x=2&a=12368586
                                          • marcooos Re: Miś 6 23.05.04, 23:52
                                            Powiem tak. W 6 ostatnich odcinkach zawarles w genialny sposob cala nasza
                                            zkundlona Szczecinska rzeczywistosc. Gratuluje talentu piora. I szkoda, ze
                                            komentarz musial by taki a nie inny - nie oszukujmy sie przegralismy wszyscy a
                                            byla to ostatnia szansa na zmiane tego miasta, tak, zebysmy jeszcze mogli z tych
                                            zmian na lepsze skorzystac.
                                            • Gość: e.beata Re: Miś 6 IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 24.05.04, 19:48
                                              Jaka ostatnia szansa???!!
                                              Za 2,5 roku wybory i nowa szansa.
                                              Tylko jak oświecić mieszkańców żeby lepiej wybierali??
                                              Jak ich demokracji nauczyc bo widać że ona dla nich tylko z nazwy.... z
                                              praktyką jest fatalnie.

                                              Zainteresowanie dużą polityką zaczyna się od małych grupek. A u nas brak
                                              imprez, inicjatyw osiedlowych które ludzi konsolidują. Jak sasiedzi się dobrze
                                              znają, to nie boja się zmieniać swojego otoczenia, powalcza o trawnik, o to aby
                                              kontener nie stanął w złym miejscu, itp. Interesują się najblizszym otoczeniem.
                                              Doświadczenie zbierają przy wyborach rad osiedlowych a potem wykorzystuja to
                                              wszystko do obserwacji tych którzy rządzą miastem, państwem. A teraz... ile
                                              osób wie gdzie się zbiera rada osiedla, ze mozna tam przyjsć z problemem, ile
                                              osób wie gdzie mmieszka przewodniczacy, kto jest dzielnicowym itp. itd. Wiec
                                              nie dziwi mnie obojętnosć i tumiwisizm.
                                              Warszewo miało ładna ferkwencję, ciekawa jestem jak to wygladało np. w
                                              budynkach gdzie sąsiedzi wspólnie zazielenili podwórka, albo remontowali basen
                                              kąpielowy? Czy tam większość została w domu?
                                              • Gość: Pismak Re: Miś 6 IP: 80.51.242.* 24.05.04, 22:41
                                                Te 6 Misiów mówi do nas, że to była dopiero pierwsza odsłona walki. Jeżeli
                                                uznamy ją za ostatnią, zmarnowaną itd. - to znaczy, że miś stał tam na darmo i
                                                mówił do nas, jak do kawałków słomy.
                                                • germanus Miś 7., ostatni tutaj 29.05.04, 19:52
                                                  Rozmówki się piszą i nie piszą. Czasu brak. Jak Druwicemu, z tą różnicą, że ja
                                                  pracuję. Rozmówki zostają przeorganizowane. Na Szczecińskich nie będzie już
                                                  Misia. Uznałem, że są to dwie różne rozmówki i nie chcę ich mieszać. W
                                                  przyszłości zapraszam do Rozmówek z Misiem.

                                                  A tu będę dalej walił w Drucego i jego kumpli. Miłej lektury.

                                                  Rozmówki Szczecińskie

                                                  Miś 7

                                                  - Proszę państwa, oto Miś...
                                                  - Dzień dobry - powiedział Miś bardzo grzecznie.
                                                  - Zaraz! Misiu!?... ty ciągle tutaj? - zadziwił się Redaktor - przecież cię
                                                  wywieźli.
                                                  - Bo ja jestem Miś-symbolek... - rezolutnie odparł Miś.
                                                  - To znaczy?
                                                  - Nie ma mnie, a jestem...
                                                  - Czy symbolki mają pamięć?
                                                  - Najlepszą z możliwych...
                                                  - To co zapamiętałeś?
                                                  - Bardzo miłych ludzi...
                                                  - A czy z tego coś wynika?
                                                  - To, jak zwykle zależy, dla kogo?
                                                  - Jak z tym oczkiem?
                                                  - No właśnie...
                                                  - Dla miasta. Czy coś z tego wynika dla naszego pięknego miasta?
                                                  - A jesteś optymistą, czy pesymistą?
                                                  - Jak z tymi klockami i końskim gówienkiem?
                                                  - Mniej więcej.
                                                  - Optymistą - zdeklarował się Redaktor.
                                                  - To zapewne się cieszysz, że jest w twoim mieście pięćdziesiąt tysięcy sześć
                                                  pozytywnie myślących ludzi.
                                                  - A jeśli jestem pesymistą? - chciał jeszcze wiedzieć Redaktor.
                                                  - To pewnie zbierasz się do opuszczenia miasta.
                                                  - Jestem gdzieś pośrodku - dość niespodziewanie zdecydował Redaktor.
                                                  - I się tym nie martwisz, prawda?
                                                  - Nie bardzo, właściwie to trochę.
                                                  - Ale jest ci z tym wygodnie? - nie wiadomo, czy stwierdził, czy zapytał Miś.
                                                  - Tak... nie, nie wiem - lekko zaplątał się Redaktor - raczej nie bardzo.
                                                  - To jest jakaś deklaracja.
                                                  - Zgadza się, jestem zdeklarowany.
                                                  - I coś chciałbyś zrobić?
                                                  - Nie, zresztą nie wiem... - Redaktor znów wyraźnie się zaplątał.
                                                  - To jeszcze mi powiedz, czy ktoś może to wiedzieć za ciebie?
                                                  - Pewnie nie. W końcu ubezwłasnowolniony jeszcze nie jestem.
                                                  - Ale czy np. Naczelny by mógł?
                                                  - To jest mądry człowiek...
                                                  - Ty się, Redaktor, głupio nie podlizuj, tylko wal, co myślisz.
                                                  - Ale on naprawdę jest mądry.
                                                  - Nie przeczę, to jest tylko niewłaści...
                                                  - Nie, w takich sprawach decyduję sam.
                                                  - Ty i pięćdziesiąt tysięcy sześć ludzi myślicie i decydujecie sami - z jakimś
                                                  zamyśleniem w głosie powiedział Miś - i nic z tego nie wynika...
                                                  - Na to wychodzi...
                                                  - I nie dziwne to, prawda?
                                                  - A co tu dziwnego?
                                                  - I na to pytanie i na kilka poprzednich, mój miły szczecinianinie, musisz
                                                  sobie odpowiedzić sam.
                                                  - A nie możesz podpowiedzieć?
                                                  - Nie mogę - powiedział Miś w zamyśleniu patrząc w okno z krawatem i rogowymi
                                                  okuralami. I nie czekając na kolejne pytanie dodał smutno - nie mogę, bo ja
                                                  jestem Miś-symbolek.
                                                  Skończył i przeniósł wzrok na czerniejące niebo.
                                                  • germanus Porządek 01.06.04, 06:36
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Porządek

                                                    - W wojsku porządek musi być - zameldował Kapitan w powietrze.
                                                    - Tak jest! - odpowiedziały ściany, sufity, podłogi i jeden Wachtowy.
                                                    - Będziemy wręczać.
                                                    - Tak jess!
                                                    - Będziemy wręczać, aby wszyscy byli nam wdzięczni.
                                                    - Tajess!
                                                    - A ty mniej tajessuj, a więcej myśl.
                                                    - O czym mam myśleć?
                                                    - O sprawach nie pomyślanych.
                                                    - Myślę, że wojsko oduczyło mnie myślenia - pomyślał głośno Wachtowy.
                                                    - Tajess! - walnął Kapitan - tfu, znaczy, jak przyjdą, kieruj ich na drugie.
                                                    - Śniadanie? - nie bez strachu odważył się zapytać Wachtowy.
                                                    - Piętrooo! - powiedział bardzo spokojnie Kapitan - do świetlicyyy, jasne?
                                                    - Jasne... - zadrżał Wachtowy.
                                                    - No, porządek musi być.
                                                    - A kto przyjdą? - pytając Wachtowy wybierał między strachem, a śmiercią.
                                                    - Kombatanty przyjdą, a nawet ich przywiozą.
                                                    - To ja kombatantów na drugie - Wachtowy szczerze ucieszył się dobrą
                                                    organizacją.
                                                    - A tam... ja będę wręczał - rozmarzył się Kapitan - będę wręczał i wręczał,
                                                    choć to już nie to wręczanie.
                                                    - Wręczanie to wręczanie - po wojskowemu pomyślał za głośno Wachtowy.
                                                    - Nie to, co dawniej - Kapitan wyciągnął z lamusa wspomnienia - na dziedzińcu,
                                                    orkiestra mi grała, pododziały się prężyły na mój widok, robiłem przegląd,
                                                    rozdawałem uśmiechy, potem kompanie maszerowały i maszerowały przede mną bez
                                                    końca, koniecznie trzy razy w koło, kombatantów opędziliśmy, mieliśmy odwaloną
                                                    imprezę...
                                                    - Ach... - westchnął zauroczony Wachtowy.
                                                    - Nie to, co teraz...
                                                    - Nie to... - jak echo westchnął Wachtowy.
                                                    - No, powspominaliśmy - Kapitan wrócił do smutnych realiów - wgonisz mi te
                                                    kombatanckie niedobitki na drugie, zrozumiano?
                                                    - Tajess!
                                                    - Tylko... - jakby zawahał się Kapitan.
                                                    - W wojsku nie ma tylko - za szybko zdeklarował Wachtowy.
                                                    - ... niektóre kombatanty są wiekowe...
                                                    - To nie wejdą na górę - ucieszył się Wachtowy.
                                                    - Hmmm...
                                                    - Posadzę ich w stróżówce, a potem im się wciśnie dokument w kieszeń i pogoni
                                                    do domu - podpowiedział Wachtowy.
                                                    - Widzę, że wojsko myśli... - z podziwem zaciągnął Kapitan.
                                                    - W wojsku porządek musi być! - odpowiedziały ściany, sufity, podłogi i jeden
                                                    Wachtowy.
                                                  • germanus Awans 03.06.04, 07:58
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Awans

                                                    - Melduję, że awansowaliśmy - z szerokim uśmiechem wtoczył się Sroka.
                                                    - A kto właściwie melduje - zatroszczył się Prezydent.
                                                    - To ja, Sroka - wdzięczył się.
                                                    - Sroka, Sroka... - zastanawiał się władca - na pewno nie Soroka?
                                                    - Nie poznajesz? - Sroka udał lekkie zaniepokojenie.
                                                    - Jakoś nie kojarzę...
                                                    - No, od piłki...
                                                    - Jakiej piłki?
                                                    - Do cięcia metalu! Okrągłej, kopanej! Jest piłka, się strzela, jest gol...
                                                    - Kto goli? Bo jak Druwice, to on wszędzie goli metal do cięcia.
                                                    - Na złom?
                                                    - To on złomuje?
                                                    - Tu się nie złomuje, tu się strzela...
                                                    - Nie wiedziałem, że on się przerzucił na strzelanie.
                                                    - Chyba z łuku, szefie mój kochany. Tu jest liga, duże pieniądze...
                                                    - To trzeba było tak od razu...
                                                    - Nie wypada jakoś tak prosto w oko...
                                                    - Jakie duże?
                                                    - Oko?
                                                    - Pieniądze...
                                                    - Nie uniesiesz...
                                                    - Od noszenia mam ludzi...
                                                    - To cieszysz się z awansu? - Sroka wrócił do tematu.
                                                    - A co z tego będę miał?
                                                    - Nie ty, tylko klub...
                                                    - Jaki klub? Raczej urząd...
                                                    - Jak coś zostanie - jasno zdeklarował się Sroka i odszedł nie doczekawszy
                                                    gratulacji.
                                                    - A Soroka to chociaż był wierny - przypomniał sobie Prezydent i otworzył
                                                    obowiązkową lekturę na końcu pierwszego tomu.
                                                  • Gość: Hanka Re: Awans IP: 67.23.217.* 07.06.04, 03:26
                                                    Zastanawiaja sie ludzie
                                                    czyzbys lenistwem uwiedzion
                                                    zaprzestal w milym trudzie
                                                    lechtania miejskich sledzion ?
                                                    ( prawie Boy- Slowka )
                                                    Pozdrawiam Hanka
                                                  • germanus Baszta 1 09.06.04, 04:21
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 1

                                                    - Według mnie jest to rewelacyjne odkrycie - zaciągnął po swojemu Przewodnik.
                                                    - Bomba, prawdziwa bomba - entuzjazmował się Mieszkaniec.
                                                    - To mi rzeczywiście wygląda na bombę... - dość szybko powiedziała Konserwator.
                                                    - Miło mi bardzo słyszeć taką op...
                                                    - ... z opóźnionym zapłonem...
                                                    - Jak to?
                                                    - ... czyli najbardziej szkodliwą - dokończyła.
                                                    - Co? - Przewodnik nie mógł uwierzyć.
                                                    - Mówimy o właśnie odkrytej baszcie, prawda? - upewnił się Mieszkaniec.
                                                    - Jak najbardziej - wtrącił Inwestor.
                                                    - To wyjątkowa perełka i musi być zachowana - powiedział spokojnie, ale
                                                    donośnie Przewodnik.
                                                    - To jest mój teren, moja działka - Inwestor mówił prosto i pewnie.
                                                    - XIV-wieczna, aż trudno uwierzyć - znów zachwycił się Mieszkaniec - takie
                                                    szczęście.
                                                    - Właśnie - potwierdziła Konserwator - bomba z siedemsetletnim zapłonem. Ja to
                                                    mam pecha!
                                                    - Wystarczy, że miasto ma szczęście - stwierdził milczący do tej pory Historyk -
                                                    do tej pory tylko czytaliśmy o murach obronnych. Teraz mamy okazję je zbadać.
                                                    - Co tu jeszcze badać? - zainteresował się Inwestor - kupa starych cegieł. Do
                                                    tego w ziemi.
                                                    - Jak widać - pośpieszyła z wnioskiem Konserwator - rozwiązanie samo się nasuwa.
                                                    - Proszę podać definicję zabytku - poprosił znienacka Przewodnik.
                                                    - Jakaś staroć - popisał się wiedzą Inwestor.
                                                    - No, prawda, wiadomo - rzeczowo zaczęła Konserwator - stara rzecz albo
                                                    budowla, wartościowa czasem, można rozważyć...
                                                    - Obiekt lub zespół obiektów - Historyk zaczął mówić tak spokojnym głosem, że
                                                    nikt nie odważył się mu przerwać - stanowiący świadectwo epoki lub zdarzenia,
                                                    mający wartość historyczną, naukową, kulturalną, artystyczną i podlegający
                                                    ochronie prawnej.
                                                    Na chwilę zapadła cisza, a potem odezwał się głos Inwestora:
                                                    - Więc jest oczywiste, że to nie jest zabytek, bo - chcę spytać retorycznie -
                                                    jaką wartość artystyczną ma kilka cegiełek.
                                                    Zebrani spojrzeli po sobie, a Mieszkaniec rzekł:
                                                    - Racja, oczywiście, do tego te cegiełki ochlapane są jakimś wapienkiem...
                                                    - Rozbierzemy więc.. - pociągnął temat Przewodnik.
                                                    - ... i przekażmy na odbudowę stolycy! - nagle zaśmiał się Mieszkaniec.
                                                    - Mogę was skontaktować z takimi, co dobrze zapłacą za te cegiełki - zaoferował
                                                    się Inwestor.
                                                    - Ależ one nie są nasze - zmartwił się Przewodnik.
                                                    - Racja - zreflektował się Inwestor - teoretycznie należą do mnie, więc ...
                                                    daję je wam za darmo.
                                                    - A ja myślę, że co jest w ziemi, to należy do narodu - zamruczał cichutko
                                                    Historyk.
                                                    - Ależ wykopaliska jeszcze trwają... - zaniepokoiła się Konserwator.
                                                    - Powiemy archeologom, że fundusze na ten rok wyczerpane - znalazł rozwiązanie
                                                    Inwestor.
                                                    - Inwestor - Mieszkaniec poczuł przypływ ciepła - ty jesteś wyjątkowo równy
                                                    facet.
                                                    - Tak jest, nie docenialiśmy cię - przyznał Historyk.
                                                    - Ja dla miasta zrobię wszystko - zdeklarował się Inwestor.
                                                    - ... i jest dokumentacja wykopalisk - Konserwator nie przestawała się martwić.
                                                    - Naprawdę? - Przewodnik był zdecydowany załatwić sprawę do końca - czy jest
                                                    jakiś problem?
                                                    - Wydaje się, że przy odrobinie... - zaczęła Konserwator.
                                                    - ... dobrej woli - wtrącił Mieszkaniec - czy tak?
                                                    - ... właśnie - dodał Inwestor - to nic dla mnie...
                                                    - No to przynajmniej wiemy, na czym stoimy - powiedział jakoś inaczej Historyk.
                                                    - A raczej siedzimy - dodał Mieszkaniec tym samym tonem.
                                                    - Bo to są rozmowy kontrolowane - zakończył temat Przewodnik.


                                                    Do H! Ja po prostu nie mam czasu. A może polubisz Misie! Pozdr
                                                  • Gość: Hanka Re: Baszta 1 IP: *.atlsfl.adelphia.net 09.06.04, 18:39
                                                    Bardzo polubilam Misie ale to sie nie wyklucza a sumuje i jak pieknie.
                                                    Baszta super, mniam mniam..
                                                    Pozdrawiam misiowo Hanka
                                                  • Gość: Hanka Re: Baszta 1 IP: *.atlsfl.adelphia.net 09.06.04, 18:41
                                                    PS. Rozumiem ze nie masz czasu , a na czytanie Zalamanej to masz ? Ja ja dopiero
                                                    przeczytalam po Misiu.
                                                  • absztyfikant Re: Baszta 1 10.06.04, 13:16
                                                    No rewelacja:)
                                                  • germanus HH 1 12.06.04, 04:11
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    HH 1

                                                    - Byłem w Hamburgu - powiedział Druwice całkiem normalnie.
                                                    - I co?
                                                    - I jak tam?
                                                    - Po co?
                                                    - Dlaczego?
                                                    - Jak?
                                                    - Z kim? - posypały się pytania, a wszystkie bez sensu. Tylko Doradca, zamiast
                                                    doradzić, zapytał rzeczowo:
                                                    - Prywatnie, czy służbowo?
                                                    - Służbowo, oczywiście - Druwice uśmiechnął się absolutnie rozbrajająco
                                                    szczerze - i nie żałuję.
                                                    - Też bym nie żałował - żałująco powiedział Pierwice.
                                                    - A nie chciałem jechać - wyznał Druwice.
                                                    - No co ty?
                                                    - Co to ja Niemiec nie znam?! Bywałem na okrągło...
                                                    - Tak? - Doradca był dziś niemiłosiernie dokładny.
                                                    - Wszędzie. W Dreźnie, w Lipsku, w Kotbusie...
                                                    - W Cottbus?
                                                    - No przecież mówię - przyklepał Druwice - raz byliśmy nawet w Neł..., w noj..,
                                                    w nowym burgu, czy jakoś tak...
                                                    - Byliśmy?
                                                    - Z komitetu. Ach, stare czasy - rozmarzył się - niemieccy towarzysze
                                                    zabezpieczali zakąskę, a my czerwoną...
                                                    - Albo Wyborową - wtrącił Naczelnik usłużnie.
                                                    - Kto by się na Niemiaszków wykosztowywał? - zapytał retorycznie - a najlepsze -
                                                    Druwice ciągnął nie ciągnięty - że oni potem trzy dni trzeźwieli, więc mieliśmy
                                                    sporo partyjnego spokoju.
                                                    - Jedna partia, zero tajemnic - Naczelnik podrzucił stare hasło.
                                                    - Niezupełnie - Druwice postanowił ich oświecić - oni byli dogmatycznie
                                                    prostolinijni. Więc należało szwaczki i szwaczy ululać i można było oddać się
                                                    właściwym zajęciom.
                                                    - A dokładniej? - Doradca dalej pytał.
                                                    - Handlowych tajemnic komitetu nie wolno zdradzać - Druwice wyrecytował
                                                    obowiązkową regułkę.
                                                    - Na ciuszkach dziecięcych było dwukrotne przebicie - wymądrzył się Pierwice.
                                                    - Na butach trzykrotne - przebił go Naczelnik.
                                                    - A na materiałach dentystycznych dziesięciokrotne! - zwycięsko zameldował
                                                    Druwice.
                                                    - Na to nie wpadliśmy - przyznał Naczelnik - łatwo było?
                                                    - Dziecinnie łatwo! Należało słuchać chłopców z bazaru - Druwice uznał, że
                                                    przeszłość nie może mu zaszkodzić - wywiadowcy zawsze mieli najświeższe
                                                    wieści...
                                                    - Służba Polsce...
                                                    - Żebyś wiedział - potwierdził Druwice - skromna, ale jakże użyteczna.
                                                    - Jeszcze tylko zabezpieczenie granicy...
                                                    - Jeszcze tylko kilkaset kilometrów polskimi drogami, i już w domu z łupami...
                                                    - Co?
                                                    - No, do Łodzi.
                                                    - Tak, to teraz masz nieco bliżej.
                                                    - Ach, wspomnienia - westchnęli wszyscy jednocześnie.
                                                    - Nie to, co wczoraj... - jakoś niewyraźnie powiedział Druwice i zamyślony
                                                    spojrzał w przyszłość.
                                                  • Gość: Pismak Re: HH 1 IP: 80.51.242.* 12.06.04, 05:44
                                                    No, proszę. Prawie jumak z niego wyszedł :))))).
                                                  • germanus Baszta 2 12.06.04, 16:47
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 2

                                                    - No to pożartowaliśmy sobie nieco - z bardzo nietęgą miną powiedziała
                                                    Konserwator.
                                                    - Załóżmy... - z niejaką nadzieją zdążył wtrącić Mieszkaniec.
                                                    - ... a teraz omówimy temat po tytułem "Zagospodarowanie popomorskiej baszty w
                                                    czasach epoki kamienia komputerowego" - dokończyła Konserwator.
                                                    - Co? - wyrwało się Historykowi.
                                                    - ... czyli doliny krzemowej - wyjaśniła - taka przenośnia.
                                                    - Dalej nie rozumiem - przyznał się Historyk.
                                                    - Jest kamień, krzem znaczy - pozornie cierpliwie wyjaśniała Konserwator - jest
                                                    więc dolina, są komputery - posłała Inwestorowi uśmiech pt. "z kim my musimy
                                                    się zadawać".
                                                    - Ja tu widzę cegły - spróbował wyprostować dyskusję Przewodnik.
                                                    - A cegły są z gliny - dodał Mieszkaniec.
                                                    - Właśnie - spróbowała starego triku Konserwator - epoka niby komputerowa, a
                                                    grzebiemy się w cegłach.
                                                    - Więc zgodnie z duchem epoki - Historyk postanowił podsunąć jej własny miecz -
                                                    proponuję obejrzenie wizualizacji komputerowej średniowiecznej baszty - kliknął
                                                    myszką.
                                                    Cegiełki się poukłady w zgrabne stosiki, baszta się obróciła, przekroiła,
                                                    pocięła w plasterki, podświetliła. Okoliczny teren sam się odsłonił i
                                                    odpowiednio podsypał, budynek odsunął, wyrosła zieleń. Konserwator siedziała
                                                    nieporuszona.
                                                    - Zupełnie, jak w kinie - przyznał Inwestor.
                                                    - Jak w "Kosmosie" - podsunął Mieszkaniec.
                                                    - Tylko proszę bez aluzji! - natychniast uniosła się Konserwator.
                                                    - Uderz w stół... - zaczął Przewodnik.
                                                    - Koniom lżej - dokończył Mieszkaniec.
                                                    - Ależ oczywiście - upokoił ją Historyk - nie będziemy dyskutować
                                                    dwudziestowiecznych zabytków.
                                                    - Szczególnie tych z drugiej połowy wieku.
                                                    - Neogotyckiej poczty też nie wspomnimy...
                                                    - Nie będziemy tracić twego cennego czasu...
                                                    - Nie będziemy ci przypominać, jak z ...
                                                    - Ja tylko wykonuję pracę, do której zostałam powołana! - Konserwator niemal
                                                    się uniosła.
                                                    - U-uu - zauczał cichutko Przewodnik.
                                                    Zapadła dziwna cisza. Historyk ponownie oglądał obracającą się basztę,
                                                    Mieszkaniec szczególnie intensywnie patrzył jej w oczy, Przewodnik wygładzał
                                                    dłonią gładziutki z natury stół, a Inwestor nerwowo rozglądał się po twarzach
                                                    zebranych.
                                                    - Tak? Czy coś stało? - zapytał wreszcie.
                                                    - Zbliżamy się do końca narady - powiedział spokojnie Mieszkaniec.
                                                    - Ustaliliśmy bowiem...
                                                    - Informujemy cię, Inwestor - Historyk był pewien, że może to zakomunikować -
                                                    że Konserwator wydając decyzje odbudowy baszty jednocześnie do odwołania
                                                    wstrzymuje twoją budowę.
                                                    - Ja się nie upieram, ja jestem otwarty na sugestie - powiedział niespodzianie
                                                    Inwestor.
                                                    - Co to znaczy?
                                                    - Zawsze twierdziłem, że dla miasta wszystko zrobię - nie zważając na dzikie
                                                    konserwatorskie spojrzenia Inwestor deklarował dalej.
                                                    - Przeprojektujesz, odbudujesz, udostępnisz?
                                                    - Jak najbardziej - zobowiązał się Inwestor.
                                                    - No to, Konserwator - jakby podsumował Historyk - nie pozostaje ci nic innego,
                                                    jak dopilnować spraw papierkowych.
                                                    - Będziemy mieli niezłą atrakcję - otwarcie już cieszył się Inwestor.
                                                    - Przyszłe pokolenia będą ci wdzięczne - potwierdził Mieszkaniec.
                                                    - A w szkołach będą uczyć, że to dzięki tobie uratowano basztę - dodał
                                                    Przewodnik.
                                                    - Będziesz jednym z symboli ciągłości historii Szczecina - Historyk ostateczne
                                                    zatwierdził rangę Inwestora.
                                                    - A dacie skopiować program - zapytał cichaczem Inwestor - też bym sobie
                                                    porysował.
                                                    - Za basztę ...damy - Historyk mrugnął szelmowsko.
                                                  • germanus HH 2 13.06.04, 00:22
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    HH 2

                                                    - Primo, to ogromnie zawiodłem się słynną A20 - ocknął się Druwice.
                                                    - Jak to?
                                                    - Budują, budują, a końca nie widać
                                                    - Całkiem nowa, całkiem długa autostrada - powiedział spokojnie Doradca.
                                                    - To słynne, niemieckie żółwie tempo jest po prostu rozbrajające!
                                                    - No jasne - dorzucił kamyczek Naczelnik - mogliby się pośpieszyć.
                                                    - Secundo, daleko jakoś - dalej użalał się Druwice - jedzie się i jedzie, a
                                                    Hamburga ciągle nie ma.
                                                    - Niemcy to spory kawał kraju - próbował wyjaśnić Doradca.
                                                    - Dawniej tak nie było - przywołał wspomnienia Druwice - rozciągnęli się, czy
                                                    co?
                                                    Spojrzeli po sobie.
                                                    - Można tak powiedzieć - zaryzykował w końcu Naczelnik.
                                                    - Po trzecie - Drucemu wyczerpał się zapas obcego języka - to jest miasto?!?
                                                    - O co ci chodzi?
                                                    - To jest do niczego niepodobne - Druwice czuł, że musi im zrobić wykład - nie
                                                    ma zamku, nie ma starówki, nie ma zabytków...
                                                    - To się czułeś zupełnie, jak u siebie w Łodzi! - próbował go dobić Pierwice.
                                                    - A gdzie tkalnie, szwalnie i farbiarnie? - zapytał Druwice całkowicie
                                                    retorycznie, bo nikt nie kwapił się z odpowiedzią.
                                                    - Pełno wody, rzeki, jeziora, kanały, przez co komunikacja bardzo kuleje...
                                                    - Taaa, nie zauważyłem - wtrącił Pierwice.
                                                    - Ci ich planiści są jacyś niedouczeni...
                                                    - Mocna opinia.
                                                    - No bo kto tak buduje miasta? - Druwice nie przestawał wydawać opinii
                                                    ostatecznych - łatwizna i tyle. Zostawili te wody i zieleń, bo nie chciało im
                                                    się plantować i zasypywać.
                                                    - A może to inna szkoła...
                                                    - Jaka szkoła? Miasto to miasto. Ulice i domy. A tam pełno zieleni, parki,
                                                    laski, ścieżki wzdłuż wód wszelakich...
                                                    - Rowerowych...
                                                    - Rowerowe to są wszędzie, nawet w mieście.
                                                    - I światła dla rowerów...
                                                    - Sam przyznajesz, że to śmieszne.
                                                    - To zależy...
                                                    - No i gdzie się nie ruszyć, pełno dźwigów.
                                                    - Urokliwe to, prawda...
                                                    - Taki morski grajdołek, ani miasto, ani przemysł, ani ...
                                                    - Coś mi się wydaje, że Szczecin trochę przypomina Hamburg - zauważył Doradca.
                                                    - No właśnie - Druwice poczuł swojską duszę - i dlatego ja tak nie lubię
                                                    Szczecina.
                                                  • germanus Baszta 3 13.06.04, 05:48
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 3

                                                    - Nie jest źle - powiedział Inwestor, jak tamci wyszli.
                                                    - A nawet jest dobrze - Konserwator uśmiechnęła się życzliwie.
                                                    - Tiaa, to był całkiem dobry pomysł.
                                                    - A jaki prosty...
                                                    - Oj, dzieciaki - zachwycił się Inwestor - proste, prostolinijne, naiwne,...
                                                    dzieciaki.
                                                    - To co teraz? - spytała Konserwator.
                                                    - Normalnie, rozwalamy, budujemy...
                                                    - Wolnego, nie tak szybko.
                                                    - Przecież obiecałaś...
                                                    - No tak, ale papiery,...dokumenty, droga służbowa.
                                                    - Jakie papiery - zawył bliski wściekłości Inwestor - durnia z siebie zrobiłem!.
                                                    - Chcesz kolejnej wpadki? - zapytała Konserwator
                                                    - Jakiej wpadki? Ja robię uczciwe interesy - zaperzył się Inwestor.
                                                    - Nie zmuszaj mnie, bym ci przypomniała Bryzę...
                                                    - Tam jest całkowicie ok...
                                                    - Czy czasem nie węszy w tym prokurator?
                                                    - Węszy, bo musi, bo takie ma zadanie - przyznał mocno niechętnie Inwestor -
                                                    ale zapewniam cię, że niczego nie znajdzie.
                                                    - Znajdzie - dość mocno powiedziała Konserwator - jeśli wie tyle, co ja.
                                                    - Możesz mi wierzyć, że nie znajdzie.
                                                    - Wierzę ci, wierzę - zgodziła się Konserwator - taka głupia nie jestem.
                                                    - Tylko tak głupio wyglądasz - bez wahania dowalił jej Inwestor.
                                                    - Licz się ze słowami, dobrze - spróbowała zganić go Konserwator.
                                                    - Bo co? - otwarcie postawił się Inwestor - bo co? Przez okno wyskoczysz? Myśl,
                                                    zanim coś chlapniesz!
                                                    - Papiery muszę obskoczyć i nic na to nie poradzę - Konserwator wróciła do
                                                    tematu.
                                                    - Jedno nie wyklucza drugiego - wtrącił Inwestor - zresztą nie mam na nic czasu.
                                                    - Więc każdy robi swoje...
                                                    - Jak najbardziej.
                                                    - Szybko i bezszmerowo...
                                                    - Tak jest.
                                                    - Stawiamy ich przed faktem dokonanym - kończyła instrukcję Konserwator.
                                                    - Stawiamy - potwierdził Inwestor - ale i ty pilnuj swej działki.
                                                    - Nie bój nic...
                                                    - Żeby żaden prokurator nawet nie pomyślał o tej sprawie.
                                                    - Oni i bez tego są bezmyślni.
                                                    - Tak twierdzisz, a potem mam niepotrzebne wizyty.
                                                    - Poradzisz sobie.
                                                    - Zawsze sobie radzę - zaśmiał się Inwestor - chłopaki - rzucil w słuchawkę -
                                                    tej baszty nigdy nie było, nawet w średniowieczu. Zrozumiano?
                                                  • Gość: Pismak Re: Baszta 3 IP: 80.51.242.* 13.06.04, 07:22
                                                    Szybka reakcja, Germanusie. I ostra. Ale w tej sytuacji inaczej nie można. Ech,
                                                    gdyby tylko Turbaczewski umiał czytać. Ktoś chyba kiedyś powiedział, że słowa
                                                    są jak kamienie. W tym przypadku są jak średniowieczne cegły dwuręczne.
                                                  • germanus Baszta 4 15.06.04, 04:16
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 4

                                                    - Czytałem "Wyborczą" - jakoś spokojnie rzekł Prokurator.
                                                    - Chory jesteś, czy co? - zaniepokoił się Wojewoda.
                                                    - Wódz uczył, że wroga trzeba poznać.
                                                    - Sto lat temu, człowieku - wymądrzył się Wojewoda - sto lat...
                                                    - Tylko nie człowieku, dobrze?
                                                    - W porządku, przepraszam, że nazwałem cię człowiekiem.
                                                    - Już dobrze, dobrze - natychmiast uspokoił się Prokurator.
                                                    - A wynika coś z tego poznawania? - mimo wszystko zainteresował się Wojewoda.
                                                    - Niewiele, zupełnie niewiele...
                                                    - Wiedziałem - natychmiast uspokoił się Wojewoda.
                                                    - ... czepiają się twojej konserwator - Prokurator obserwował dolną końcówkę
                                                    firanki.
                                                    - Na pewno niesłusznie - zapewnił go Wojewoda - to jest bardzo porządny
                                                    członek, bardzo.
                                                    - W to święcie wierzę...
                                                    - Może nie przesadzaj z tą swoją wiarą, co?
                                                    - Ja nie o takiej, ja w partię...
                                                    - Aaa, to co innego...
                                                    - I jeszcze piszą, że zaniedbała...
                                                    - No to co?
                                                    - I, że jest w układach...
                                                    - A kto nie jest?
                                                    - I poszła na rękę...
                                                    - Jaka twórcza! - zachwycił się Wojewoda - dam jej nagrodę.
                                                    - Czekaj, czekaj, coś mi tu nie pasuje.
                                                    - Ty lepiej licz ze słowami...
                                                    - Jakimi słowami?
                                                    - Oskarżeń wobec lojalnych członków - wyjaśnił Wojewoda bardzo obrazowo - czy
                                                    muszę ci przypominać, co może z tym zrobić sąd partyjny?
                                                    - Ale paragraf 27 statutu Zachodniopomorskiego Urzędu Wojewódzkiego w
                                                    Szczecinie, punkt 11a - z precyzją godną douczonego prawnika wyrecytował
                                                    Prokurator - mówi o realizacji zadań wynikających z krajowego programu ochrony
                                                    zabytków...
                                                    - Ogólniki - zlekceważył Wojewoda.
                                                    - ... a punkt 11c o przygotowaniu decyzji w sprawach ochrony zabytków
                                                    - Jestem pewien, że coś przygotowała. To dobry członek.
                                                    - ... a punkt 11d o nadzorze nad prawidłowością robót budowlanych oraz badań
                                                    archeologicznych
                                                    - Mam pewność, że nasz członek zapewnia permanentny, kompleksowy i jakościowy
                                                    nadzór.
                                                    - ... a punkt...
                                                    - Dałbyś spokój - lekko zniecierpliwił się Wojewoda.
                                                    - ... 11e o prowadzeniu kontroli w zakresie ochrony zabytków - bez widocznej
                                                    ulgi cytował Prokurator.
                                                    - Myślę, że dość tych głupstw.
                                                    - Dla jednych głupstwa, dla innych ciężki, zapewniam cię, ciężki orzech do
                                                    zgryzienia...
                                                    - Przejmujesz się rolą, jedź na urlop - znalazł rozwiązanie Wojewoda.
                                                    - I ta "Wyborcza"..
                                                    - Ty znowu swoje?
                                                    - ... pisze, że ona wszystko zaniedbała, nie zrealizowała, nie poprowadziła
                                                    nadzoru...
                                                    - Ogólniki!
                                                    - ...w sprawie nowoodkrytej średniowiecznej baszty...
                                                    - Odkryto jakąś basztę? Nad ziemią?
                                                    - Pod... - Prokurator nie wiedział, płakać, czy się złościć.
                                                    - Znaczy cegiełki jakieś?
                                                    - Tak można powiedzieć...
                                                    . Zasypać i będzie spokój.
                                                    - Tak też zrobiono...
                                                    - Uff!
                                                    - ... ale spokoju nie będzie, bo "Wyborcza" alarmuje... - ściszył głos -
                                                    Ministra.
                                                    - Ministra, mówisz - upewnił się Wojewoda.
                                                    - Tak grożą - relacjonował Prokurator - i jeszcze, że ty też nie dopełniłeś, bo
                                                    wykonujesz zadania administracji rządowej, a konserwator jest pod twoim
                                                    zwierzchnictwem.
                                                    - Ministra, mówisz - ponownie upewniał się Wojewoda - to jest zupełnie inna
                                                    rozmowa - zdecydował.
                                                    - Też tak myślę - niemal nabożnym głosem wydukał Prokurator.
                                                    - Dzwonię - sięgając po słuchawkę wyciągnął kalendarzyk - powiedzieć...
                                                    - Może lepiej napisać poważne pismo?
                                                    - ... żeby się nie przejmował tymi głupotami.
                                                  • germanus Baszta 5 17.06.04, 13:30
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 5

                                                    Telefon dzwonił... Wojewoda wpatrywał się w niego z rozczuleniem. I z
                                                    rozmarzeniem. Pewnie znów z Centrali. Podniesie słuchawkę i usłyszy gratulacje.
                                                    Jak poprzednim razem.
                                                    - Ależ ja nic - odpowiedział skromnie.
                                                    - Już my wiemy swoje - Szef krótko, ale dosadnie, ach jak dosadnie, dał wyraz
                                                    zdaniu Centrali - postarałeś się ogromnie.
                                                    - Ja tak niewiele... - Wojewoda powiedział prawdę.
                                                    - I o to chodzi, kochany, i o to chodzi - ciągnął Szef - roboty pozornie nie
                                                    widać, a sukcesy są!
                                                    - No, ja dla dobra...
                                                    - Wiadomo. Nie po to przecież postawiliśmy na ciebie, wyciągaliśmy cię z tej
                                                    pipidówy, jak jej tam, nieważne. No i widać postawiliśmy na właściwego członka.
                                                    - Tak naprawdę, wiecie... - Wojewoda ciągle nie mógł się przekonać do nowej
                                                    formy.
                                                    - Nic nie mów, kochany, jako jeden z sześciu w całym kraju! - piał szef - taki
                                                    wynik! No, gratuluję raz jeszcze...
                                                    - Z pięciu... - wtrącił skromnie, nie za głośno, Wojewoda.
                                                    - Racja, racja, no to ściskaj ode mnie Ełroosła...
                                                    Słowa odpłynęły, a Wojewodzie jakby się zdało, że telefon drze się, a nie
                                                    dzwoni. Rozpłynął się w szerokim uśmiechu.
                                                    - Taaak... - zaczął słodziutko - słuuucham...
                                                    - I co nie odbierasz? - ryk w słuchawce odrzucił mu rękę od ucha - nie po to
                                                    dzwonię na czerwoną, by umrzeć z komórą w ręku...
                                                    - Nie musisz od razu...
                                                    - Ściskaj szczenę - już nieco ciszej, ale wystarczająco rozkazująco wyraził się
                                                    Inwestor.
                                                    - Miałem... - Wojewoda chciał rzec cokolwiek, by odwlec nieuchronną przykrą
                                                    chwilę.
                                                    - Wyciągam ja cię za uszy z tej pipidówy, jak jej tam, Świdwin, nie Gorszyn...
                                                    - Połczyn - poprawił cicho Wojewoda - Zdrój...
                                                    - ... jedna cholera, a ty żadnej roboty nie umiesz porządnie wykonać...
                                                    - Może powiesz o co chodzi?
                                                    - Ty mi się, Wojo, nie stawiaj, łokej? - Wojewoda poznał wreszcie, że Inwestor
                                                    nie żartuje - komisja z ministerstwa jedzie.
                                                    - Nie może być - Wojewoda nie posiadał się ze zdziwienia - wczoraj załatwiłem
                                                    wszystko ze MiniSterowanym.
                                                    - Ale jakiś szwabska gęba napisała do Naszywki - Inwestor w miarę tłumaczenia
                                                    lekko się uspakajał, a Wojewoda odzyskiwał zdolność kumania.
                                                    - Co napisała?
                                                    - Żeby cię zdjąć za rażące niedopełnienie...
                                                    - Już dzwonię do Szefa - zdeklarował się szybko.
                                                    - Masz mnie za durnia, Wojo? - Inwestor nie krył rozczarowania - już dzwoniłem.
                                                    - No i... - wysilił się Wojewoda w nadziei dobrej nowiny.
                                                    - Naszywka nie jest z partii...
                                                    - De zet - nie wiadomo, czy się wyrwało, czy uchodący za nadzwyczaj
                                                    kulturalnego Wojewoda postanowił sobie ulżyć.
                                                    - Nie obchodzi mnie, czyja zimna - Inwestor jednak nie był taki spokojny - moja
                                                    gorąca! Bo wiesz, ile na tym tracimy?
                                                    - O Boże! - do Wojewody nagle dotarło, że Inwestor może stracić małą, w sumie
                                                    całkowicie nieważną inwestycję, a on traci...
                                                    - To już gorzej być nie może - zajęczał.
                                                    - Może, może - zapewnił go Inwestor - poczekaj na telefon od Uszki - i nacisnął
                                                    guziczek.
                                                    - Bip... - ucieszyła się komóra.
                                                  • germanus Mury 22.06.04, 23:48
                                                    Rozmowki Szczecińskie

                                                    Mury

                                                    - Bardzo przyjemny gabinet - powiedziała po prostu Pismaczka po umoszczeniu się
                                                    w fotelu.
                                                    - Prawda... - lekko pytająco zgodził się Marszałek.
                                                    - Chciałam zapy...
                                                    - Proszę spojrzeć na te mury - zachęcił.
                                                    - Grube.
                                                    - Średniowieczne.
                                                    - Czuć ten wiek...
                                                    - ... i powagę - dodał Marszałek - nie zapominaj o powadze. To podstawa
                                                    autorytetu.
                                                    - Urząd powinien mieć autorytet - lekko zagubiona Pismaczka zaczęła prawić
                                                    frazesy.
                                                    - Właśnie. Ja mam największy.
                                                    - Pod jakim względem? - Pismaczka dojrzała możliwość ożywienia konwersacji.
                                                    - W całym kraju, kochana, w całym kraju - Marszałek nie mógł wiedzieć, że
                                                    Pismaczka wprost nienawidzi takiego stylu.
                                                    - Co za zaszczyt dla regionu - zaczęła przygotowywać sobie grunt.
                                                    - Ten region mnie nie docenia - Marszałek gładko łykał takie rzeczy.
                                                    - Miałam na myśli autorytet Urzędu.
                                                    - Urząd to ja - dumnie wypiął się Marszałek.
                                                    - A jakie są kryteria? -zapytała Pismaczka.
                                                    - Spójrz na te mury...
                                                    - Już patrzyłam.
                                                    - ... na te sklepienia...
                                                    - Kolebkowe?
                                                    - Może. I cały zamek!
                                                    - Duma naszego miasta.
                                                    - A ja w nim!
                                                    - Nie rozumiem, prawda? - Pismaczka pozornie zaczęła tracić przygotowywany
                                                    grunt.
                                                    - Proste. Jaki inny polski marszałek ma taką siedzibę?
                                                    - Nie analizowałam tego - przyznała.
                                                    - Powaga, rozumiesz...
                                                    - Rozumiem.
                                                    - Powaga z murów spływa na marszałka, podnosi jego autorytet...
                                                    - Ach tak...
                                                    - Marszałek rośnie w polskich oczach, region i miasto na tym zyskują...
                                                    - Miasto zyskuje na murach zamku, czy tak?
                                                    - Tak! Nie... - Marszałek przywołał się do porządku - co to za pokrętne wnioski?
                                                    - Sam rzekleś.
                                                    - Region zyskuje na powadze mojej osoby!
                                                    - Która wypływa ze średniowiecznych zamkowych murów...
                                                    - Właśnie!
                                                    - Wychodzi na to - wycedziła Pismaczka odzyskując teren - że region i miasto
                                                    zyskują na zamkowych murach...
                                                    - No wreszcie się rozumiemy.
                                                    - ... i nie ma tu miejsca dla osoby wielce szanownego urzędnika.
                                                    - Co?
                                                    - Ani jego działalności.
                                                    - Hę?
                                                    - Ale mieliśmy mówić o finansach - przypomniała Pismaczka temat rozmowy.
                                                    - Urząd finansowo jest oczywiście niezależny, budżet na bieżąco realizowany -
                                                    Marszałek chętnie zmienił temat - nie przewidujemy żadnych trudności.
                                                    - To zajmijmy sie oświadczeniami podatkowymi - Pismaczka miała dość słuchania
                                                    farmazonów, więc podrzuciła kolejny temat.
                                                    - Wszystko jest w porządku - szybko zapewnił ją Marszałek.
                                                    - Realizowane w terminie?
                                                    - Jak najbardziej.
                                                    - Opublikowane?
                                                    - Jest czas do października.
                                                    - Nie zwykłam się spierać z ogólnie poważaną osobą... - jakoś wolno zaczęła
                                                    Pismaczka.
                                                    - Sama widzisz.
                                                    - ... osobą cieszącą się autorytetem...
                                                    - Wiadomo.
                                                    - ...szczególnie ogólnopolskim autorytetem...
                                                    - Łechce mnie to nieco - bardzo skromnie zdążył wtrącić Marszałek.
                                                    - ... z racji średniowiecznego zamku opinią najlepszego marszałka w naszym
                                                    pięknym kraju...
                                                    - Z jakiej racji?
                                                    - ... więc nie zamierzam wdawać się w żadną dyskusję na ten temat...
                                                    - To rozumiem.
                                                    - ... i po prostu powiem, że kłamiesz.
                                                    - Ooaau - zapowietrzył się Marszałek.
                                                    - Ogólnie rzecz biorąc, nie przystoi powadze urzędu...
                                                    - Ależ...
                                                    - ... by moralnie podejrzany, pyszałkowaty i zapatrzony w niezasłużone
                                                    zaszczyty marszałek reprezentował obywatela - zakończyła Pismaczka i z żalem
                                                    pożegnała wielce szanowne mury.
                                                  • germanus Dlaczego 25.06.04, 05:49
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Dlaczego

                                                    - Byłem w Toronto - całkiem po prostu powiedział Sekretarz.
                                                    - Interesujące - podtrzymał konwersację Pierwice.
                                                    - To podobno w Kanadzie - niechętnie dopowiedział Prezydent.
                                                    - Dobrze pamiętasz - pochwalił go Sekretarz - u rodziny - dodał, by uniknąć
                                                    świdrujących pytań.
                                                    - Dobra rodzina... - trochę zazdrośnie, a trochę szyderczo zauważył Pierwice.
                                                    - Bardzo o mnie dbali - pochwalił się Sekretarz - szczególnie o zdrowie
                                                    psychiczne.
                                                    - O co?
                                                    - Bo fizycznie, jak widać, jestem łokej.
                                                    - Zgadza się - przyznał Pierwice - nawet sklapa ci indiańce nie ściagnęli.
                                                    - O indiańcach jeszcze pogadamy - Sekretarz odłożył temat na bliższą
                                                    nieokreśloną - bo na razie zwyciężyła ciekawość zawodowa.
                                                    - Nie miałeś innych kłopotów - Pierwice popukał się w skroń.
                                                    - Jak już obiejrzałem si-eny i niagarki, to musiałem, po prostu musiałem,
                                                    zobaczyć urząd.
                                                    - Wreszcie zaczyna być ciekawie - niespodzianie wtrącił zdanko Prezydent.
                                                    - No-no, mów, jak było - przynaglał Pierwice.
                                                    - Ładny budynek, wejście z prawej strony, w dół, do piwnicy...
                                                    - Co?
                                                    - Też się zdziwiłem, ale wchodzę - ciągnął - mały pokoik, kupa luda, dwa
                                                    okienka...
                                                    - Ile?
                                                    - Jak mówię. Tłoczno ponad wszelką miarę, nad kolejką nikt nie panuje...
                                                    - To mi wygląda na jakiś niesmaczny żart - zniesmaczył się Pierwice - na pewno
                                                    mówisz o Kanadzie?
                                                    - Za to bardzo cicho, powiedziałbym rozrywkowo...
                                                    - Jak?
                                                    - Bo każdy podsłuchuje historię życia okienkowego interesanta...
                                                    - Fantazjujesz!
                                                    - A pani w okienku przez mikrofon na całą salę go przesłuchuje - Sekretarz nie
                                                    zrażał się żadnymi docinkami.
                                                    - No, nieee.
                                                    - Mówię wam, zero prywatności...
                                                    - To jeszcze nam powiedz, się ten urząd nazywał? - Prezydent zapragnął
                                                    wykorzystać informację w przyszłości.
                                                    - Konsulat Rzeczpospolitej Polskiej w Toronto - odpowiedział zgodnie z prawdą
                                                    Sekretarz.
                                                    - To nie mogłeś iść do normalnego kanadyjskiego urzędu! - napadł na niego
                                                    Pierwice - po co mamisz Preza?
                                                    - Właśnie - Prezydent też zapragnął dowalić Sekretarzowi - i bez tego mam dość
                                                    kłopotów.
                                                    - Nie mogłem - krótkie wyznanie Sekretarza zabrzmiało dziwnie szczerze.
                                                    - Dlaczego?
                                                    - Rodzina była zdeklarowana odesłać mnie zdrowego na umyśle, to nie pozwoliła.
                                                    - Dlaczego? - tym razem pytał sam Prezydent.
                                                    - Bo twierdziła, że tej wizyty nie przeżyję...
                                                    - Że zwariujesz?
                                                    - Właśnie...
                                                    - Ale dlaczego?
                                                    - Myślałem, że wy mi powiecie, bo tego właśnie nie wiem... - bardzo szczerze
                                                    przyznał Sekretarz. I od tej pory wszyscy w magistracie zastanawiają
                                                    się "dlaczego?".
                                                  • germanus Zupa ogórkowa 28.06.04, 17:34
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Zupa ogórkowa

                                                    - Ale zaszczyt, witamy serdecznie - Organizatorka zniżyła się do poziomu
                                                    klepiska na widok przybywającego Prezydenta.
                                                    - Wszystko gotowe, czekamy na sygnał - wtrąciła warzywna Sponsorka.
                                                    - Nie traćmy czasu - Prezydent jest znany z błyskotliwych i trafnych decyzji -
                                                    czy kocioł stoi na ogniu?
                                                    - Dajcie fartuchy - rozkazał Druwice spanikowanej gawiedzi.
                                                    - Wywar czy woda? - spytał Prezydent zanurzając warząchew w płynie, podczas gdy
                                                    Druwice od tyłu obkładał go fartuchem.
                                                    - Wrząca woda - odpowiedziała drżąco Kucharka.
                                                    - Widzisz Dru - wskazał kocioł - zawsze i wszystko musimy zrobić sami.
                                                    - Nikt paluchem nie ruszy - potwierdził Druwice.
                                                    - Gdybyście panowie poprosili...
                                                    - Gdybyśmy! Przecież wiadomo co i jak...
                                                    - Wrzucaj kosteczki na wywar - zarządził Prezydent.
                                                    - Bierzemy się za warzywka - zaszczebiotał szczęśliwy Gospodarz.
                                                    - To i warzywka niegotowe - nieszczerze zdziwił się Druwice.
                                                    - Nie ma wyjścia, Dru. Tnij - Prezydent złapał za nóż - ale nie tak, na
                                                    okrągło, w górę, w dół, płynny ruch.
                                                    - I buch do kołta - ucieszył się po chwili Dru - i jeszcze selerek.
                                                    - I pietruszka w dużej ilości, haha - Prezydent załapał humorek.
                                                    - I cebulka! - rozglądał się Dru.
                                                    - Dawać cebulkę, czy jest cebulka? - zatroszczyła się Organizatorka.
                                                    - Już jedzie, już wiozą! - zameldowała bardzo ucieszona Sponsorka.
                                                    - Nic, ale to nic nieprzygotowane - w jednej chwili Prezydent stracił humor.
                                                    - Ziemniaczki obrane - doniosła z boku Kucharka.
                                                    - Chociaż to - nie pochwalił Druwice - a poskotkowane?
                                                    - Nie, nikt...
                                                    - Prez, w kosteczkę, w kosteczkę - jakoś gawiedzi się wydało, że Druwice nie
                                                    stracił swego humoru.
                                                    - I buch, i buch do kotła...
                                                    - I buch!
                                                    - Ale buzuje...
                                                    - Jak to wywarek - już prawie niesztucznie ucieszyła się Sponsorka.
                                                    - No, to teraz trzemy Śródodrze!
                                                    - Zwariowałeś? Trzemy ogóreczki - szybko starał się zatrzeć wrażenie Prezydent.
                                                    - Nie tak drobno - instruował Druwice - na tej grubszej tarce.
                                                    - Jeszcze trochę. Potrzebujemy dużo Śródodrza, tfu ogóreczków - zaplątał się
                                                    Prezydent.
                                                    - Kontroluj się, Prez - mruknął do niego Druwice.
                                                    - A kto pierwszy dał plamę? - równie cicho odciął się Prezydent.
                                                    - Ogóreczki naciachane! - ucieszyli się wszyscy, z tego połowa bardzo
                                                    niechętnie.
                                                    - I buch do kotła!
                                                    - Kwaśne będzie!
                                                    - Odrobina kwasowości nigdy nie zawadzi - Prezydent zaryzykował nowe przysłowie.
                                                    - Byle nie za kwaśne dla mieszkańców - zmartwiła się Sponsorka.
                                                    - Nie tarliśmy dużo - odparował Prezydent.
                                                    - Tylko Łasztownię i Grodzką...
                                                    - Znaczy duży i mały ogórek - spojrzenie Prezydenta było zabójcze.
                                                    - To teraz zaciągamy! - ucieszyła się Kucharka w oczekiwaniu końca warzenia.
                                                    - Dawać Lotnisko - zaordynował Druwice.
                                                    - Śmietanę!!! - głośny krzyk Prezydenta miał pokazać kto tu rządzi i nie tylko.
                                                    - Rozmieszaj, dodaj nieco mąki...
                                                    - Żadnych ogródków działkowych - uniósł się Prezydent.
                                                    - Dolej wywaru, mieszaj - szybko poprawił się Druwice.
                                                    - I śmietanka do kotła - Prezydent opróżnił miskę - tłusto, mniam...
                                                    - Ale czy to będzie zdrowe? - zatroskała się organizatorka.
                                                    - Czy mieszkańcy będą to lubić? - zmartwiła się Sponsorka.
                                                    - A jakie mają wyjście? - Prezydent i Druwice zdjęli fartuchy i oddali się
                                                    lekturze kolorowych reklamówek z Łozienicy.
                                                  • germanus Obłędna linia 05.07.04, 19:37
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Obłędna linia

                                                    - Dzień dobry - powiedziała bardzo wyraźnie i bardzo grzecznie Abonentka.
                                                    - ...y - coś odburknęło.
                                                    - Więc jest tak - zaczęła Abonentka - mam telefon...
                                                    - Teraz dzięki nam każdy ma telefon - wtrąciła szybko Linijka z obłędnej linii -
                                                    nie ma się czym chwalić.
                                                    - Ja się nie chwalę, lecz stwierdzam - po prostu stwierdziła Abonentka - i ten
                                                    telefon dzwoni...
                                                    - ... znaczy działa - to znów Linijka - w całym kraju nic nie działa, a
                                                    telefony działają, czyli kolejny wielki sukces naszej firmy.
                                                    - No, nie wiem - Abonentka starała się nie zrazić rozmówcy - bo dzwoni nie tam,
                                                    gdzie trzeba.
                                                    - To jest nawet większy sukces, niż myślałam - ucieszyła się Linijka - zaraz
                                                    napiszę notatkę szefowi.
                                                    - To się świetnie składa - Abonentka łapała okazję - wspomnij, że dzwoni w
                                                    prywatnym mieszkaniu, zamiast w biurze.
                                                    - Tego nie mogę zrobić! - stanowczo zaprotestowała Linijka.
                                                    - Pewnie jakiś ważny powód - domyśliła się Abonentka.
                                                    - Szef nie lubi słowa "zamiast" - przyznała Linijka w chwili słabości - wywali
                                                    mnie.
                                                    - Ale to jest prawda - Abonentka uparła się uprzeć.
                                                    - Napiszę "dodatkowo" - wymyśliła rozwiązanie Linijka - wtedy będzie kolejny
                                                    wielki sukces.
                                                    - Ale to nie jest dodatkowo...
                                                    - ... i jeszcze będzie, że dbam o rozwój...
                                                    - ... ale nie dzwoni w moim biurze, więc jest zamiast...
                                                    - ... i zamiast wywalenia, dostanę nagrodę - zakończyła swą zwycięską myśl
                                                    Linijka.
                                                    - On przeszkadza ludziom - Abonentka postanowiła postawić na współczucie - bo
                                                    dzwoni w obcym prywatnym mieszkaniu...
                                                    - O-ho - nie dała jej dokończyć Linijka - mamy samotworzącą się sieć. Coś
                                                    panowie technicy wspominali...
                                                    - No właśnie, jakby technik te dwie cyferki...
                                                    - Pan technik nie jest od cyferek - powiedziała krzywym głosem Linijka - pan
                                                    technik jest od drucików - dodała z wyższością.
                                                    - Nie wiem, może druciki - wycofała się Abonentka - ale jakby szybko zamienić...
                                                    - Drucików się nie zamienia, tylko łączy...
                                                    - Może, ja nie wiem...
                                                    - To co się wypowiadasz?
                                                    - ... jak tylko proszę o załatwienie, staram się zasugerować, ci ludzie mają
                                                    nowy telefon, ja mam ten numer od kilkunastu lat, mam go na biuro, reklamy,
                                                    papiery, wizytówki, a dla was to drobiazg, coś zmienić, załatwione, wszyscy
                                                    będą zadowoleni - Abonentka wprost strzelała słowami.
                                                    - Pozornie wygląda logicznie i prosto - przyznała Linijka - ale proste nie
                                                    jest...
                                                    - Przecież powiedziałaś!
                                                    - Trzeba napisać pismo...
                                                    - Łoj! - gruchnęło od strony Abonentki.
                                                    - Musi być ślad, że działam! - odgruchnęła Linijka.
                                                    - Notatka może być śladem - Abonentka starała się zasugerować rozwiązanie.
                                                    - Chyba sama wiem, co mam robić - mimo to uniosła się Linijka - miałam
                                                    szkolenie.
                                                    - Wyobrażam sobie... - Abonentka wstrzymała się od pokazania, co myśli o jej
                                                    szkoleniu.
                                                    - A teraz wyobraź sobie - poradziła Linijka - że musi być pismo...
                                                    - Wtedy załatwicie? - naiwnie spytała Abonentka.
                                                    - W ciągu czternastu dni damy odpowiedź!
                                                    - Czternaście dni?
                                                    - I powołaj się na numer skargi...
                                                    - Jakiej skargi?
                                                    - Przecież się skarżysz, że telefon działa...
                                                    - Raczej nie działa... - sprostowała Abonentka.
                                                    - Mówiłaś, że działa - naprowadziła ją Linijka - zresztą mam to nagrane...
                                                    - Co nagrane?
                                                    - Rozmowę - przyznała Linijka - żeby mnie nie obrażano.
                                                    - Ja nikogo nie obrażam.
                                                    - Bo jak abonent obraża, to mu panowie technicy utrudniają lekko życie.
                                                    - I technicy w czternaście dni to naprawią?
                                                    - Tego nie mówiłam! - zaprzeczyła ogniście Linijka - damy odpowiedź i tyle.
                                                    - Bardzo chciałabym to załatwić tym razem, więc...
                                                    - Tym razem?
                                                    - Bo ja dzwonię już piąty raz...
                                                    - O cztery za dużo - odjęła szybko Linijka.
                                                    - Właśnie - wpadła w myśl Abonentka - jeden telefon powinien wystarczyć.
                                                    - Tak jest - rozmówczynie osiągnęły pełną zgodność - i jak cię spławiono, nie
                                                    powinnaś była więcej dzwonić!
                                                    - W takim razie proszę o przełączenie do kierownika - niespodziewanie twardo
                                                    powiedziała Abonentka.
                                                    - Ależ proszę bardzo - zakończyła Linijka.
                                                    - Buuuuu.... - odezwał się głośniczek telefonu.
                                                  • germanus Obłędna linia 2 07.07.04, 06:24
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Obłędna linia 2

                                                    - Dzień dobry - powiedziała bardzo wyraźnie i bardzo grzecznie Abonentka.
                                                    - Dzień dobry - odpowiedziała pełnym pozdrowieniem i nawet jakby jeszcze
                                                    grzeczniej Linijka - dziękujemy bardzo za założenie telefonu w naszej firmie.
                                                    Jesteśmy do usług.
                                                    - Dzwonię już piąty... - zaczęła Abonentka.
                                                    - Ogromnie mi przykro, że tak się fatygujesz...
                                                    - ... piąty raz, bo mój telefon ciągle nie działa właściwie.
                                                    - Rozumiem, w czym mogę pomóc? - zaoferowała swą pomoc Linijka.
                                                    - Oczywiście we właściwym działaniu mego telefonu.
                                                    - No tak, to się rozumie, ale w czym konkretnie?
                                                    - Wygląda na to, że mój numer, który mam od kilkunastu lat...
                                                    - Dziękujemy pięknie za tak długie i lojalne związanie się z naszą firmą -
                                                    wtrąciła Linijka.
                                                    - Proszę bardzo - Abonentka nie pozostała dłużna - tym bardziej liczę na
                                                    szybkie załatwienie sprawy.
                                                    - Zrobimy, co tylko w naszej mocy - zadeklarowała Linijka.
                                                    - ...i ten numer, numer mojej firmy, przydzielono jakiejś innej osobie...
                                                    - To musi być bardzo nieprzyjemne - Linijka wykazała pełne zrozumienie -
                                                    ogromnie mi przykro.
                                                    - Tak, tak, ale moje rozmowy biznesowe idą do prywatnego mieszkania...
                                                    - Ale mają ciężkie życie!
                                                    - ... a potencjalni klienci nie trafiają do mnie...
                                                    - ... i tracisz biznes...
                                                    - Właśnie!
                                                    - Rozumiem doskonale - w pełni zgodziła się Linijka - oczywiście, masz
                                                    całkowitą rację.
                                                    - Znaczy to, że odzyskuję numer, czy tak?
                                                    - Jak najbardziej - potwierdziła Linijka - czy zaczekasz chwilkę? - zapytała
                                                    niespodzianie.
                                                    - A jakie mam wyjście? - zapytała odwrotnie Abenentka, ale Linijka odłączyła
                                                    się nie czekając na odpowiedź.
                                                    - Dziękuję, że poczekałaś - zabrzmiała po chwili - napisz, proszę, pismo z
                                                    prośbą o odpowiednie działanie...
                                                    - O co?
                                                    - A ja nadam sprawie najwyższy priorytet.
                                                    - Ale czy to pomoże? - Abonentka jakby nie dowierzała papierom.
                                                    - Jak tylko wpiszesz numer skargi.
                                                    - Nie mam żadnego numeru.
                                                    - Bo jeszcze go nie podałam - wyjaśniła rzeczowo Linijka - czy zechcesz go
                                                    sobie zapisać?
                                                    - A jakie mam wyjście? - ponownie zainteresowała się Abonentka.
                                                    - Jeszcze sprawdzam - zabrzmiało w słuchawce - tak jest, otrzymałam
                                                    potwierdzenie, że dostaniesz odpowiedź w ciągu dwóch tygodni.
                                                    - Nie mogę czekać dwóch tygodni - próbowała wyjaśnić Abonentka - tracę klientów.
                                                    - Takie mamy procedury - bardzo grzecznie ucięła Linijka - dziękujemy bardzo za
                                                    założenie telefonu w naszej firmie. Jesteśmy do usług.
                                                    - Wolałabym załatwić sprawę od ręki - Abonentka nie traciła nadziei - niż
                                                    szukać pomocy w czynnikach, nazwijmy to, zewnętrznych.
                                                    - Odpowiedź nadejdzie w ciągu dwóch tygodni - Linijka nie traciła fasonu -
                                                    bardzo dziękuję za telefon do naszej obłędnie uprzejmej i obłędnie niesprawnej
                                                    linii. Do widzenia - Linijka zakończyła rozmowę, pstryknęła guziczek i oddała
                                                    się dwusekundowym rozmyślaniom o składnikach czerwonego barszczu.
                                                  • germanus Obłędna linia 3 15.07.04, 05:23
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 3

                                                    - Dlaczego 9393 nie rozwiązuje problemów waszych klientów? - zapytał
                                                    Dziennikarz.
                                                    - Ależ rozwiązuje! - Rzecznik uśmiechnął się szeroko - linijki naprawdę się
                                                    starają.
                                                    - W to akurat nie wątpię, ale mimo to nie wydaje się, aby firma miała
                                                    opracowany system obsługi klienta.
                                                    - Mamy, i to jeden z najlepszych w całym świecie - Rzecznik przedstawił swój
                                                    punkt widzenia - linijki są znakomicie przeszkolone, grzecznie witają i żegnają
                                                    klientów, umieją pisać, więc piszą notatki, dodatkowo nagrywamy niektóre
                                                    rozmowy...
                                                    - Hę???
                                                    - ... bo niektórzy klienci używają niewłaściwych słów, inni czynią
                                                    niedwuznaczne propozycje, a jeszcze inni obrażają je...
                                                    - To nie jest miłe.
                                                    - ... i dlatego nagrywamy. Wyrywkowo.
                                                    - To wracajmy do działania systemu.
                                                    - Notatka najdalej na trzeci dzień trafia do decydenta, decydent decyduje...
                                                    - Od tego jest, prawda?
                                                    - Właśnie! Jak zdecyduje, to wskazana osoba podejmuje akcję...
                                                    - Natychmiast podejmuje akcję?
                                                    - Oczywiście, że natychmiast. Jak tylko papiery obrócą...
                                                    - Się na drugą stronę?
                                                    - Ależ jesteś złośliwy! Jak tylko zamknie się cały obrót dokumentami w danej
                                                    sprawie.
                                                    - Aha, czyli na drugi dzień...
                                                    - Nie wiem dokładnie, czy to możliwe, bo średni czas, chwila, zerknę w
                                                    statystyki, tak jest, już mam, średni czas jest około dwóch tygodni.
                                                    - Na obrót dokumentu z biurka na biurko?
                                                    - Nie, na całą odpowiedź.
                                                    - Na załatwienie sprawy?
                                                    - Na odpowiedź!
                                                    - Pozytywną odpowiedź?
                                                    - Aleś ty naiwny, Dziennikarz, aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyjesz.
                                                    Oczywiście, że negatywną.
                                                    - Jak to?
                                                    - Przecież mówiłem, że mamy najlepszy system udawadniania, że klient nie ma
                                                    nigdy racji.
                                                    - Nigdy?
                                                    - Po to jest system. I dlatego jest najlepszy na świecie.
                                                    - Jeśli wynik jest z góry znany, to dlaczego podjęcie decyzji trwa aż dwa
                                                    tygodnie? - próbował deciekać Dziennikarz.
                                                    - Już mówiłem, nie słuchasz. Papiery muszą obrócić.
                                                    - Ale obracanie papierów nic nie daje, więc po co ta gierka?
                                                    - Wyobraź sobie, że potem przychodzi jakiś dziennikarz i zadaje pytania...
                                                    - Ale po to są dziennikarze.
                                                    - A czy ja negowałem istnienie dziennikarzy? Ja neguję ich nieodpowiedzialne
                                                    działania godzące w najlepsze imię mojej firmy. Najlepsze, rozumiesz. To jest
                                                    firma z najlepszym na świecie systemem obsługi kllienta. 100 % spraw
                                                    załatwionych w ciągu dwóch tygodni. Tylko jedna firma próbowała nam dorównać,
                                                    ale nie jest w stanie utrzymać terminów - Rzecznik odchwalił swą ukochaną firmę.
                                                    - Ciekawe, ciekawe, jaka firma?
                                                    - Z Gabonu. Jak założyli telefon piątemu klientowi, to system im się rozsypał.
                                                    Sam widzisz...
                                                    - A jaką akcję podejmuje wskazana osoba?
                                                    - Żadną.
                                                    - Co proszę?
                                                    - Bo i po co? Przecież wynik jest znany - wyjaśnił rzeczowo Rzecznik dając
                                                    znak, że audiencja skończona.
                                                  • germanus Obłędna linia 4 15.07.04, 05:32
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 4

                                                    Rzecznik z szerokim uśmiechem obserwował kolejny wielki sukces swej firmy.
                                                    Karty skakały z góry ekranu i odbijały się od niewidocznych stopni. Bardzo
                                                    widowiskowe, kolejny wielki sukces. Pewnie będzie pochwała, zamyślił się. Z
                                                    zamyślenia wyrwał go telefon. Ta pochwała nadchodzi szybiej, niż myślałem.
                                                    - Dyrektor cię prosi - zameldowała Sekretarka.
                                                    - Obecny tu Dziennikarz - zaczął Dyrektor na widok Rzecznika - zdołał jakoś
                                                    przebić się przez nasz system ochronny i wymu..., to znaczy poprosił o
                                                    rozmowę...
                                                    - Tak właśnie było - zgodził się Dziennikarz - uruchomiłem Kanał - mrugnął do
                                                    Rzecznika - Dyrektor nie miał wyboru.
                                                    - Ja wszystko szczerze wyjaśniłem w moim wywiadzie - Rzecznik od razu podjął
                                                    własną obronę.
                                                    - Ależ oczywiście, Rzecznik, co ty - kolokwialnie zgodził się Dyrektor -
                                                    czytałem, znakomity wywiad, spisałeś się znakomicie...
                                                    - Pozostają pewne wątpliwości - Dziennikarzowi udało się lekko wtrącić w
                                                    pogaduszki dwóch zadowolonych pracowników.
                                                    - Zaraz rozwiejemy i wyjaśnimy - zdeklarował Dyrektor.
                                                    - Wątpliwości są do rozwiewania, to nasza dewiza - dodał Rzecznik.
                                                    - Więc o co właściwie... - Dyrektor podjął temat, ale nie dokończył, bo
                                                    Dziennikarz nie mógł doczekać końca.
                                                    - Jak wyjaśnić, że wasz najlepszy na świecie...
                                                    - ... szeroko znany i podziwiany...
                                                    - ...tak, system obsługi klienta znakomicie działa, a dalej są setki
                                                    niezadowolonych klientów?
                                                    - Malkontenci... - zdążył wyrzucić z siebie Rzecznik, ale umilkł pod miażdżącym
                                                    spojrzeniem Dyrektora.
                                                    - Naprawdę? - słodziutko zapytał Dyrektor - naprawdę są tacy? Zupełnie o tym
                                                    nie wiedziałem.
                                                    - Mamy telefony do Redakcji - argumentował Dziennikarz.
                                                    - Ależ nie trzeba, my Redakcji w ciemno wierzymy - zastrzegł Dyrektor - no cóż,
                                                    odrobina kwasowości nie zawadzi, nawet w najlepszym systemie zdarzy się
                                                    pojedyńczy...
                                                    - Setki!
                                                    - ... lub podwójny niezadowolony klient - ciągnął Dyrektor - zaraz się tym
                                                    zajmiemy i w ten sposób jeszcze bardziej podniesiemy naszą wiarygodność.
                                                    - Tak jest, już się zajmujemy - zapalił się Rzecznik - zaraz przejrzę...
                                                    - A nawet zaczęliśmy już tym się zajmować...
                                                    - Hę? - Rzecznik otworzył szeroko jedną połówkę ust.
                                                    - ... tylko nasz kochany, niesamowicie zapracowany Rzecznik jeszcze o tym nie
                                                    wie...
                                                    - ... tak, tak, bardzo zapracowany, same sukcesy - wskoczył Rzecznik.
                                                    - ... a dokładniej biorąc, to udoskonalenie naszego najlepszego w świecie
                                                    systemu jest już na ukończeniu, czyli w ostatnim stadium testowania.
                                                    - Miło słyszeć, bardzo miło - pochwalił Dziennikarz - a kiedy będzie gotowe?
                                                    - Za dwa tygodnie! U nas wszystko jest gotowe za dwa tygodnie. I za dwa
                                                    tygodnie nasi świetni klienci odczują zdecydowaną poprawę obsługi klienta.
                                                    - Uff, co za tempo, same sukcesy, prawda? - podrzucał ich Dziennikarz.
                                                    - Tak jest, zero porażek.
                                                    - To życzę dalszych - pożegnał się Dziennikarz.
                                                    - No i co teraz zrobimy? - zapytał wystraszony Rzecznik, gdy Dziennikarz
                                                    zniknął za drzwiami.
                                                    - Nic!
                                                    - Jak to nic?
                                                    - A powiedz mi, czy można poprawić najlepszy na świecie system?
                                                    - Ale naobiecywałeś!
                                                    - Ja zawsze obietnic dotrzymuję!
                                                    - To coś musimy zrobić.
                                                    - Masz rację, zrobimy.
                                                    - Uff, tylko co?
                                                    - Po dwóch tygodniach pan technik dopisze na dokumencie, że reklamacja zastała
                                                    załatwiona pozytywnie!
                                                    - Ogromny postęp!
                                                    - A co ja obiecałem?
                                                    - Bez jakiegokolwiek działania!
                                                    - A co ja powiedziałem? - po raz kolejny zapytał Dyrektor. I dodał: - A teraz
                                                    wynoś się do tych swoich kart!
                                                  • germanus Samoocena 15.07.04, 05:40
                                                    Uporządkowałem nieco starsze kawałki (co by GW miała wsio pod ręką jakby co), a
                                                    teraz coś nowszego. Co tu dużo ukrywać - ja nie lubię tego cwaniaczka.

                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Samoocena

                                                    - Najbardziej lubię ludzi z wysoką samooceną - powiedział Druwice z głową
                                                    zwróconą w kierunku lotniska.
                                                    - Jak Brigit Bardot? - chciał się upewnić Sekretarz.
                                                    - BB to mały wilczek - wyjaśnił Pierwice.
                                                    - I ma wyrok za te swoje tygryski - dodał Naczelnik.
                                                    - Za obrazę... - został poprawiony.
                                                    - Kryminalistka! - Druwice wydął ćwiartkę policzka - ona nie ma poczucia! -
                                                    zaczął i niespodziewwanie skończył Druwice.
                                                    - Poczucia czego? - od razu wszyscy chcieli wiedzieć.
                                                    - Godności...
                                                    - BB nie ma godności? - żachnął się Sekretarz.
                                                    - Sprawiedliwości społecznej...
                                                    - Toż ona jak lwica...
                                                    - Równości...
                                                    - A kto zabiega o równouprawnienie?
                                                    - Skromności...
                                                    - Ekran i życie to dwie różne dziedziny...
                                                    - Wartości... - Druwice jakby strzelał i nikt nie wiedział, jak go zatrzymać.
                                                    - Kpisz chyba? Ona przecież...
                                                    - Ani honoru!
                                                    - To stało się jasne, że Dru po prostu nie lubi BB - zatrzymał go Sekretarz.
                                                    - Ty ją za to uwielbiasz... - dogryzł mu Pierwice.
                                                    - A tak naprawdę to widzę tu niejaki podtekst - kontynuował Sekretarz.
                                                    - Podtekst z BB, ciekawe!
                                                    - Że tak naprawdę, w życiu codziennym, nie ma tak kryształowych ludzi.
                                                    - Są! - odezwał się Druwice po chwilowym milczeniu.
                                                    - Hmm, może i są... - przyznał Sekretarz po chwili wahania - Matka Teresa
                                                    pewnie by się załapała.
                                                    - Chodzi raczej o miejscowe wzorce...
                                                    - No tak, silne poczucie więzi z miejscową ludnością najlepiej oddziałowuje... -
                                                    zaczął Naczelnik, jakby cytował swoją pracę magisterską.
                                                    - Czyli o mnie - nie dał mu skończyć Druwice - ja jestem takim wzorcem.
                                                    - Zgadza się - potwierdził Sekretarz - szczególnie skromność masz wypisaną na
                                                    ćwiartce policzka.
                                                    - A poczucie wartości na skroniach - dośmiał się Pierwice.
                                                    - Włos mam wystarczająco bujny - próbował odciąć się Druwice.
                                                    - Tyle, że miejscowo umiejscowiony!
                                                    - To nie ma nic do rzeczy - Druwicego trudno było dogiąć - tu chodzi o
                                                    osobowość.
                                                    - Tak jest - wybuchnął Sekretarz - osobowość masz absolutnie wystrzałową!
                                                    - Żebyś wiedział - nie wiadomo, czy to była obrona Druwicego.
                                                    - Skromnie się zarekomedowałeś...
                                                    - Nigdy nie kłamiesz, tylko mijasz się z prawdą...
                                                    - Wszystko wiesz, pod warunkiem, że prasa ci to doniesie...
                                                    - Podejmujesz zawsze najuczciwsze decyzje...
                                                    - Pod naciskiem najuczciwszego biznesu...
                                                    - Prezentujesz łódzką godność, dokładniej - bałuckiego półświatka...
                                                    - A równość i moralność to twe sztandarowe hasła...
                                                    - Tak jest, żebyście wiedzieli - Druwice wreszcie zdołał przekrzyczeć tłum - w
                                                    całym mieście nie ma takich uczciwych i pracowitych ludzi, jak ja!
                                                    - Widzicie! Nie ma to jak właściwy człowiek z wysoką samooceną - powiedział
                                                    wchodzący Prezydent - nawet jeśli jest od Sroki.
                                                  • Gość: Hanka Re: Samoocena IP: *.atlsfl.adelphia.net 15.07.04, 06:33
                                                    Wyglada na to ze jednak nie jestes na urlopie, zatem co z Misiem ?
                                                    zapytuje sie bardzo grzecznie Hanka
                                                  • germanus Baszta 6 19.07.04, 19:31
                                                    Jak zwykle, zbieram w jedno miejsce. Pozdr

                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    Baszta 6

                                                    - Zgromadziliśmy się... - zaczął Wojewoda.
                                                    - By się rozejść, ha-ha-ha!! - zanosząc się śmiechem wpadł mu w słowo Inwestor.
                                                    - ... by wobec ogólnikowych i niemerytorycznych...
                                                    - Bardzo niemerytorycznych... - wtrąciła Konserwator
                                                    - ... napaści prasowych - ciągnął Wojewoda - dać odpór...
                                                    - ... ziomkowstwom i poplecznikom... - ponownie wtrąciła Konserwator.
                                                    - Ta kartka jest przygotowana na spotkanie z burmistrzem Neubrandenburga -
                                                    pouczył ją Wojewoda.
                                                    - Ach tak - Konserwator sięgnęła do innej przegródki.
                                                    - ...siłom negującym nasze polskie, więcej szczecińskie i
                                                    zachodniopomorskie... - kontynuował.
                                                    - ... zdolności inwestycyjne w poziom życia przeciętnego obywatela... - to
                                                    znowu Konserwator.
                                                    - To jest kartka na spotkanie z ministrem - pouczył ponownie Wojewoda.
                                                    - Dużo tych kartek - poskarżyła się Konserwator.
                                                    - A najgorsze, że trzeba umieć czytać, ha-ha! - Inwestor nie tracił dobrego
                                                    humoru.
                                                    - ...więc nie pozwolimy negować naszych zachodniopomorskich umiejętności
                                                    radzenia sobie z trudnymi problemami zagospodarowania wód źródlanych...
                                                    - To jest kartka ze spotkania burmistrza Połczyna-Zdroju... - Konserwator
                                                    szybko ratowała Wojewodę.
                                                    - ... zagospodarowania - ciągnął z pamięci Wojewoda rzucając jej dziękczynne
                                                    spojrzenie - naszych dóbr, właśnie, szczególnie dóbr pod specjalnym nadzorem,
                                                    prawda, chodzi przecież o dobre wrażenie regionu...
                                                    - Zawsze robisz dobre wrażenie - tą uwagą Konserwator do końca zmyła poprzednie
                                                    winy.
                                                    - Proszę o zajęcie konkretnego stanowiska wobec średniowiecznej baszty - powoli
                                                    i dobitnie powiedział Historyk.
                                                    - Bo po to właśnie się zebraliśmy - jasno wyłożył cel spotkania Przewodnik.
                                                    - Nadaliśmy sprawie baszty najwyższy priorytet - tak zwyczajnie i po prostu
                                                    powiedział Wojewoda.
                                                    - Właśnie, najwyższy - potwierdziła Konserwator - wstrzymaliśmy...
                                                    - Nam raczej chodzi o rozmowy i współpracę dla dobra miasta - Historyk
                                                    przedstawił odmienny punkt widzenia.
                                                    - Możemy brać przykład z Olsztyna, gdzie proboszcz wyraził zgodę na
                                                    rekonstrukcję średniowiecznej baszty.
                                                    - Ja niczego nie muszę - po raz pierwszy niehumorystycznie odezwał się Inwestor.
                                                    - Proboszcz też nie musiał - odparował Przewodnik - dogadali się.
                                                    - Nie będzie nam jakiś-tam Olsztyn pluł w twarz - Konserwator wyraźnie broniła
                                                    mocarstwowego honoru.
                                                    - To bierzmy przykład z mocniejszego ekonomicznie i inwestycyjnie Poznania... -
                                                    nie tracił rezonu Przewodnik.
                                                    - ... gdzie działania władz miejskich i konserwatorskich prowadzą do powstania
                                                    parku archelogicznego... - poparł go Historyk.
                                                    - Oni mają inną sytuację własnościową - Konserwator od razu znalazła nową
                                                    przeszkodę.
                                                    - Oni usiedlli i porozmawiali...
                                                    - Wszystkie strony wykazały dużo dobrej woli...
                                                    - W wyniku rozmów pogodzili różne interesy...
                                                    - I w zależności od możliwości będą mieli i odbudowaną basztę, i ścieżkę
                                                    turystyczną wzdłuż odsłoniętych murów - Historyk i Przewodnik na zmianę
                                                    podawali sposób na sukces.
                                                    - I ciągle dalej rozmawiają, bo co do części murów nie ma jeszcze decyzji -
                                                    dodał Przewodnik.
                                                    - Czyli jak się chce, to można - Historyk zaryzykował małą konkluzję
                                                    spoglądając w kierunku Inwestora.
                                                    - Hmm... - zamruczał tenże - atrakcja turystyczna mówisz - ciągnął wolno słowa
                                                    jakby coś rozważając - dlaczego nie, można zorganizować...
                                                    - To byłby prawdziwy przełom - ostrożnie wtrącił Historyk.
                                                    - ... oczywiście z korzyścią dla mojego biznesu - Inwestor nie lubił zostawiać
                                                    wątpliwości.
                                                    - Często można pogodzić pozornie rozbieżne interesy - pojednawczo wkroczył
                                                    Przewodnik.
                                                    - Choć, oczywiście, moje oddane miastu jest wprost przysłowiowe - Inwestor sam
                                                    sobie pisał laurkę.
                                                    - Mam na ten temat całkowicie odmienne zdanie - Historyk nie krył swego zdania
                                                    w nadziei prowadzenia otwartych negocjacji.
                                                    - Do tej pory bardzo utrudniałeś podjęcie decyzji mówiąc na przykład, że
                                                    niczego nie musisz - dobił go Przewodnik.
                                                    - Ja dla miasto zrobię wszystko - zaklął się Inwestor - nawet atrakcję
                                                    turystyczną ze stratą dla biznesu.
                                                    - Witamy deklarację - powiedział Historyk - czekamy na konkrety.
                                                    - Co tam Poznań - zaczął się cieszyć Inwestor - my to zrobimy atrakcję!
                                                    - Konkrety proszę - Historyk upierał się jak głupi.
                                                    - Odsłonimy całe mury i basztę... - Inwestor zaczął odsłaniać swój program.
                                                    - Brzmi rozsądnie...
                                                    - Rozstawimy nagłośnienie i oświetlenie...
                                                    - Tak? A po co?
                                                    - Bo to będzie wielka impreza z cyklu światło i dźwięk...
                                                    - No chyba że tak...
                                                    - Zbudujemy trybuny dla setek widzów...
                                                    - Wygląda na szeroko zakrojony program - Historyk był bliski pozytywnej opinii.
                                                    - I dbając o bezpieczeństwo naszej widowni, urządzimy ogromne BUUUMMM !!
                                                    - Co? - Wojewoda otworzył szeroko przysypiające oczy.
                                                    - Czyli wysadzimy mury i basztę w powietrze! - zakończył nieskończenie
                                                    zadowolony z siebie Inwestor.
                                                  • germanus Nagroda 1 20.07.04, 06:31
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Nagroda 1

                                                    - Chciałbym się spotkać z Druwice - powiedział Obywatel.
                                                    - A jakiej sprawie? - spytała ciekawie Sekretarka.
                                                    - Tak po prostu - odpowiedział Obywatel - są godziny przyjęć mieszkańców, ja
                                                    jestem mieszkańcem, mam prawo być przyjęty...
                                                    - Czyli w nijakiej - krótko podsumowała Sekretarka - w nijakiej nie zapisujemy.
                                                    - W sprawie trudności w zapisaniu się na spotkanie - poprawił się Obywatel.
                                                    - A to co innego.
                                                    - Zapisz mnie, proszę...
                                                    - Nie musisz zaraz tak rozkazywać.
                                                    - Zapisz mnie, proszę, na najbliższy termin - mimo to dokończył Obywatel.
                                                    - Zapisy na audiencję przyjmujemy w soboty - wyjaśniła Sekretarka z nieszczerym
                                                    uśmiechem.
                                                    - Przecież w soboty urząd jest nieczynny.
                                                    - Właśnie dlatego...
                                                    - Ale jak jest nieczynny, to nie mogę się zapisać - Obywatelowi się zdało, że
                                                    został źle zrozumiany.
                                                    - I o to właśnie chodzi! - nie zostawiła wątpliwości Sekretarka.
                                                    - Chodzi o to, abym się nie zapisał, czy abym nie został przyjęty? - Obywatel
                                                    spróbował uściśleń.
                                                    - To to samo - ponownie nieszczerze uśmiechnęła się Sekretarka.
                                                    - Niezupełnie.
                                                    - Jak się nie zapiszesz, to nie zostaniesz przyjęty, a nie zostaniesz przyjęty,
                                                    jeśli nie jesteś zapisany - Sekretarka wyłożyła logikę zapisów i przyjęć.
                                                    - Ale może się zdarzyć, że będę zapisany, a nie będę przyjęty - Obywatel
                                                    spróbował odwrotnej logiki.
                                                    - Teoretycznie może się zdarzyć, choć nie powinno - przyznała Sekretarka.
                                                    - Racja powinienem zostać przyjęty.
                                                    - Nie powinieneś zostać zapisany!
                                                    - Albo, że nie będę zapisany, a będę przyjęty...
                                                    - To jest absolutnie niemożliwe!
                                                    - ... jak, na przykład, teraz - dodał Obywatel kierując się ku drzwiom
                                                    Druwicego.
                                                    - A kysz, a kysz, siło nieczysta - Sekretarka rzuciła się bronić drzwi.
                                                    - W informacji jest podane, że Druwice przyjmuje we wtorki, a dziś jest wtorek -
                                                    naiwnie stwierdził Obywatel zatrzymując się przed drzwiami.
                                                    - Druwice jest bardzo zajęty - Sekretarka wytoczyła ostatnie działo.
                                                    - Jest zajęty w godzinach przyjęć? - Obywatel zapytał tak szczerze, że
                                                    Sekretarka nie dostrzegła sprzeczności ze swymi wcześniejszymi deklaracjami i
                                                    konfidencjonalnie stwierdziła:
                                                    - Napawa się!
                                                    - Napawa się czym?
                                                    - Nagrodą. Jest bardzo dumny, bo ledwo objął urzęd, a tu nagroda...
                                                    - Niezasłużona!
                                                    - Jak najbardziej zasłużona - Sekretarka widocznie umiała właściwie ocenić
                                                    zasługi.
                                                    - A jaka to nagroda? - zapytał Obywatel zbierając się do odejścia spod twierdzy.
                                                    - Za dialog pomiędzy samorządem miasta, a mieszkańcami.
                                                  • germanus Re: Nagroda 2 22.07.04, 23:28
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Nagroda 2

                                                    - Słuchaj, Dru - Główspec od progu machał jakimś papierem - możemy rozsławić
                                                    nasze miasto.
                                                    - Cały czas nad tym pracuję - Druwice nawet nie oderwał ołówka od podłoża.
                                                    - Ale bezproduktywnie - krytyka Główspeca była tyleż naturalna, co obliczona na
                                                    wstrząs sejsmiczny.
                                                    - Coś ty powiedział? - wrzasnął Druwice dalej nie oderwając ołówka.
                                                    - Konkurs! Rozsławimy miasto! - wrzeszczała od progu Dyrektor.
                                                    Na taki dyktakt Druwice podniósł lewe ucho. Ucichło.
                                                    - No, teraz możemy porozmawiać - stwierdził przyzwalająco - konkurs mówicie?
                                                    - Na przyjazną gminę...
                                                    - Na współpracę z inwestorami...
                                                    - Na przejrzystość gospodarki fiansowej...
                                                    - Na dialog... - Główspec i Dyrektor przekrzykiwali się jak dzieci.
                                                    - Cisza ma być - Druwice zamachał poprzednio podniesionym uchem - mówicie, że
                                                    rozsławimy?
                                                    - Rozsławimy nasze miasto! - nie zważając na zakaz wrzasnął Główspec.
                                                    Druwice zmarszczył zamachnięte ucho. Ponownie ucichło.
                                                    - A na czym opieracie swoje opinie? - zapytał takim tonem, że emocje od razu
                                                    opadły na zamulone dno Odry.
                                                    - No tak - rzekł jakby przepraszająco Główspec - zbyt wielkiej przyjaźni to u
                                                    nas nie ma.
                                                    - I z inwestorami coś nam ostatnio nie wyszło - przyznała Dyrektor.
                                                    - O gospadarce finansami w kontekście wyroku...
                                                    - Błąd, błąd i jeszcze raz wielbłąd - wpadł mu w słowo Druwice - robicie
                                                    podstawowe błędy w rozumowaniu.
                                                    - Ale to fakty - Dyrektor zdobyła się na ślad protestu.
                                                    - Błąd numer jeden - Druwice zaszczycił ją kiwnięciem ucha - w konkursie ocenia
                                                    się nie fakty, tylko ofertę. Łap piórko i pisz - skierował ucho w kierunku
                                                    Główspeca.
                                                    - Ocena Biura Obsługi Intersantów, najwyższa z możliwych, skarg, dwanaście,...
                                                    co ty tam piszesz?
                                                    - Dwanaście tysięcy, zgodnie z prawdą - odpowiedział Główspec.
                                                    - My skromne ludzie, nie będziemy się chwalić - tak po prostu stwiedził
                                                    Druwice - ... z tego odmownie załatwionych...
                                                    - Zero! - radośnie wykrzyknął Główspec.
                                                    - Kłamać to ty nie umiesz - zganił go po ojcowsku Druwice - kto ci w to
                                                    uwierzy? Napisz minus jeden.
                                                    - Przecież to jest niemożliwe!
                                                    - Niemożliwe to to jest w twoim wymiarze. A w programie komputerowym daje to
                                                    nam osiem i trzydzieści trzy setne procenta przewagi nad potencjalnie
                                                    najlepszym wskaźnikiem konkurencji - wyłożył Druwice - no, co tam jeszcze?
                                                    - Trudny orzech, współpraca z inwestorami - Główspec nie wiedział, jak do tego
                                                    podejść.
                                                    - Pestka - zgasił go Druwice - pisz, że nikomu nie odmawiamy i bierzemy
                                                    inwestorów z kapitałem zakładowym w wysokości trzynaście euro...
                                                    - To musi zrobić wrażenie - zachwyciła się Dyrektor.
                                                    - A co? - Druwice dał się podrzucić - co jeszcze?
                                                    - Gospodarka finansowa... - posmętniała Dyrektor - to odszkodowanie nas
                                                    dyskwalifikuje.
                                                    - A kiedy było to odszkodowanie?
                                                    - Na początku tego roku.
                                                    - A za jaki rok jest konkurs?
                                                    - Za poprzedni zapiał Główspec - Dru, jesteś wielki!
                                                    - Wiem! O odszkodowaniu zgodnie z prawdą ani słowa - zarządził - a co właściwie
                                                    chcą wiedzieć?.
                                                    - Budżet, deficyt, dług skumulowany, jakieś procenty, jakby inwestycje, takie
                                                    duperele...
                                                    - U-uuu - zauczała Dyrektor - niedobrze z nami.
                                                    - Wręcz przeciwnie - Druwice włączył do akcji prawe ucho - pisz: budżet
                                                    wykonany, deficyt w normie, dług poniżej, procenty... wszędzie sto...
                                                    - Moim zdaniem to się powinno sumować do stu... - wtrąciła Dyrektor.
                                                    - To zsumuj, tyle chyba umiesz zrobić - zawstydził ją Druwice.
                                                    - No jasne - zaraz się odchwaliła - jeszcze przejrzystość...
                                                    - Przejrzystość czego?
                                                    - No... tych finansów...
                                                    - Napisz, że wieszamy je w gablocie do wglądu obywateli - Druwice rozwiązał
                                                    problem.
                                                    - A gdzie ta gablota? - całkowicie głupio zapytał Głóspec.
                                                    - Na strychu - zaśmiał się Druwice - co ty robisz? Nie pisz, że na strychu.
                                                    Główspec wykreślił niepotrzebny tekst.
                                                    - Jeszcze coś? - pogonił Druwice spoglądając w miejsce styku swego ołówka z
                                                    papierem.
                                                    - Jeszcze dialog...
                                                    - Coś wymyślcie - poinstruował ich Druwice.
                                                    - Napiszemy, że u nas nawet portier...
                                                    - Widzę, że czujecie blusa - pochwalił.
                                                    - Wiadomo - Główspec wydął dolną wargę
                                                    - I błąd numer dwa - rzekł niespodzianie Druwice odmachując lewe ucho -
                                                    rozsławimy nie miasto, tylko urząd...
                                                    - Co? - wyrwało się Główspecowi.
                                                    - A urząd to ja! - podsumował i powrócił do rozwiązywania krzyżówki.
                                                  • albert_c Germanusie 03.08.04, 19:24
                                                    gdzie jestes? jakies wakacje Cie dopadly czy co? tesknimy!
                                                  • Gość: Hanka Re: Germanusie IP: *.atlsfl.adelphia.net 04.08.04, 01:06
                                                    Tak, tak, brakuje nam Ciebie ale rozumiemy ze czasem trzeba wypoczac.
                                                    Poki co, Absztyf nas bawi rozmowkami POMIEDZY KOTEM A MJ -tem. Wprawdzie
                                                    skromnie nie przyznaje sie do Germanusopodobienstw ale takowe wyraznie sa.
                                                    Wracaj i przywiez z soba MISIA.
                                                    Pozdrawiam wyczekujaco Hanka
                                                  • germanus Hasło 1 07.08.04, 07:42
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Hasło 1

                                                    - Mamy ponad trzysta haseł... - zaczął Naczelny.
                                                    - Trudno wybrać - dodał Juror.
                                                    - A do tego jest dodatkowe hasło z Forum - ciągnął Naczelny.
                                                    - Tylko nie z Forum! - wrzasnął Druwice.
                                                    - Proponuje rozważyć - Naczelny lubił swe idee - to jest bardzo chwytne hasło.
                                                    - Taak, a jakie? - zainteresował się Członek na wszelki wypadek unikając
                                                    spojrzenia Druwice.
                                                    - Szczecin morze więcej - Naczelny rozwinął mały plakacik i po prostu
                                                    przeczytał.
                                                    - Nie spełnia warzunków! - szybko ucieszył się Druwice.
                                                    - A to dlaczego? - zaczepił go Członek ponownie, nie wiedząc dlaczego, unikając
                                                    spojrzenia.
                                                    - Zawiera błąd ortograficzny! - Druwice cieszył się jak dziecko.
                                                    - To jest przenośnia - spróbował wytłumaczyć Juror.
                                                    - Raz przenośnia, a innym razem równia pochyła - odpalił Druwice - nie ze mną
                                                    te cyfry.
                                                    - Numery... - jęknął Naczelny, ale za cicho.
                                                    - A równia pochyła to maszyna prosta - wyjaśniał dalej Juror.
                                                    - Nie będziemy się wdawać w prostotę - Druwice wyraźnie oddalał sprawę - a poza
                                                    tym to morze źle się kojarzy.
                                                    - Co? - nie wytrzymał Juror.
                                                    - Z bajką o starym człowieku...
                                                    - Opowiadaniem - znów nie wytrzymał Juror.
                                                    - Bajki jakieś...
                                                    - Mówisz o twórczości noblisty - Naczelny uznał za słuszne wspomóc kolegów.
                                                    - Za takie bajki dają Nobla? - pytająco skomentował Druwice - zaczynam pisać.
                                                    - Zacznij od bajki o chlewie - poradził mu Członek robiąc pół wzrokowego uniku.
                                                    - Albo o lotnisku - dodał Juror.
                                                    - Albo o chatynce dziadka jagi na działce...
                                                    - Albo o księciu z mafii...
                                                    - Albo o sroce złodziejce...
                                                    - Albo o donosicielu, co miał dwóch psów...
                                                    - Albo o komuchu kłamczuszku...
                                                    - Albo o ...
                                                    - To już masz całą książkę - podsumował go Juror.
                                                    - Jako przewodniczący odrzucam wniosek o włączenie podmiotowego hasła do
                                                    rozważań konkursowych z powodu oczywistych, wręcz nagannych, zaniedbań
                                                    językowych, historycznych, literackich i społecznych - Druwice wreszcie
                                                    przemówił, i to nie tak krótko.
                                                    - Nie zgadzam się - nie zgodził się Naczelny.
                                                    - I ja - zgłosił swój sprzeciw Juror.
                                                    - Popieram odrzucenie hasła - powiedział niespodzianie Członek, któremu nagle
                                                    przypomniało się, że jutro ma sprawę w magistracie.
                                                  • germanus Hasło 2 07.08.04, 15:51
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Hasło 2

                                                    - To wracamy do naszych trzystu haseł... - Naczelny zdecydował nie jątrzyć.
                                                    - Sekretarka przeczytała mi kilka - pochwalił się Druwice.
                                                    - Ja przeczytałem wszystkie - cicho powiedział Członek.
                                                    - Ja też - Juror był nieco głośniejszy.
                                                    - Wstępnie podzieliliśmy je na kilka grup - kontynuował Członek.
                                                    - Oczywiste beztalencia odrzucamy bez oglądania - zaopiniował Juror odsuwając
                                                    na bok największą górkę kartek.
                                                    - Zaraz! - skoczył Druwice - dajcie mi to z góry!
                                                    - Dajcie kto? - spod włosa spojrzał Juror.
                                                    - No, obojętnie kto!
                                                    - Ja jestem Juror, a on nazywa się Członek - Juror wziął na przetrzymanie - a
                                                    wy to są twoi koledzy.
                                                    - Ceregiele jakieś - wrzasnął Druwice i sięgnął po kartkę przez stół.
                                                    - Ułożyliśmy od najgorszych - wyjaśnił Juror.
                                                    - To jest najlepszy przykład złego hasła - tłumaczył Członek.
                                                    - Głównie chodzi o porównanie Szczecina z rajem...
                                                    - ... bo raj z wielu względów ma w polskiej świadomości negatywną konotację.
                                                    - No i słowo doczesny za bardzo kojarzy się krańcowością lub wręcz końcem.
                                                    - A do tego w oczywisty sposób naruszono prywatność obywatela - zakończył wywód
                                                    Członek.
                                                    - Hasło jak hasło - odetkał się Druwice - pewnie są lepsze...
                                                    - I to dużo - Juror pośpieszył z wyjaśnieniem.
                                                    - ... ale to hasło ma w sobie coś...
                                                    - Nazwisko - Juror wskazał to coś.
                                                    - Ja nie o tym - przeciągał Druwice - tu jest jakaś nadrealistyczna wizja
                                                    rozwoju...
                                                    - Socrealistyczna? - upewnił się Naczelny.
                                                    - ... która wywołuje w nas pozytywne odczucia...
                                                    - Mów za siebie - Naczelny wyłożył pierwszą zasadę opiniowania.
                                                    - ... no ale to nazwisko - zastanawiał się Druwice - no tak, ono jest dużą wadą.
                                                    - Odrzucamy! - zdecydował Juror.
                                                    - Zaraz! - ponownie skoczył Druwice - tego nie powiedziałem.
                                                    - Przecież...
                                                    - Nie chcemy przecież narazić się na zarzut dyskryminacji.
                                                    - Czego? - Naczelnemu zdało się, że zupełnie nie kuma.
                                                    - Że odrzucamy z pobudek osobistych - wyjaśnił Druwice - dajemy trzecią nagrodę.
                                                    - Rany Mariana! - Juror tylko jęknął.
                                                    - Albo lepiej wyróżnienie - poprawił się Druwice.
                                                    - Jest tyle lepszych - próbował ratować Członek.
                                                    - To przecież wszystko jedno - zakrzyczał go Druwice.
                                                    - Jak to? - z kolei Juror nie rozumiał.
                                                    - Wszystko jedno komu się wyśle jakiś album z jakimś zdjęciami. Bo tak
                                                    naprawdę, to czy z tego cokolwiek wynika? - retorycznym pytaniem zakończył
                                                    dyskusję Druwice nad doczesnością.
                                                  • germanus Obłędna linia 5, czyli Finał 05.09.04, 21:06
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 5, czyli Finał

                                                    - Dzień dobry - powiedziała bardzo wyraźnie i bardzo grzecznie Abonentka.
                                                    - Dzień dobry - odpowiedziała pełnym pozdrowieniem i nawet jakby jeszcze
                                                    grzeczniej Linijka - dziękujemy bardzo za założenie telefonu w naszej firmie.
                                                    Jesteśmy do usług.
                                                    - Dzwonię po raz kolejny i myślę, że ostatni - zaczęła Abanentka.
                                                    - Ależ my jesteśmy do usług - zaprotestowała Linijka - proszę dzwonić, kiedy wola.
                                                    - Właśnie teraz i właśnie dzwonię...
                                                    - Bardzo mi przyjemnie. W czym mogę pomóc? - zaoferowała się Linijka g;osem
                                                    najmilszym z możliwych.
                                                    - Rzecz w tym, że już w niczym nie możesz pomóc - jak najszczerzej przyznała
                                                    Abonentka.
                                                    - Ale nigdy nie jest tak źle, by nie można było odkręcić...
                                                    - No, nie wiem...
                                                    - Nawet jak huragan zerwie linię, to można ją naprawić.
                                                    - W to akurat wierzę.
                                                    - No widzisz! - triumfowała Linijka
                                                    - Pewnie wtedy panowie technicy wreszcie ruszą się w teren...
                                                    - Ja nie wnikam w ich metody działania.
                                                    - ... no bo jakże inaczej połączyć zerwane druty? - zwątpiła Abonentka.
                                                    - Panowie technicy nie są od łączenia drucików.
                                                    - To akurat już słyszałam.
                                                    - Jakbyś pamiętała, to oszczędziłoby nam wiele czasu!
                                                    - Pamiętać pamiętam, ale ktoś musi druciki posczepiać, nieprawdaż?
                                                    - Ja mówiłam tylko o naprawie - zauważyła skromnie Linijka.
                                                    - Przecież to to samo!
                                                    - Telefon jest naprawiony, jak pan technik stwierdzi, że jest.
                                                    - To jest możliwe, że pan technik stwierdzi, że jest - chciała wiedzieć
                                                    Abonentka - a tymczasem nie jest.
                                                    - Ja nie wnikam w ich metody działania, już mówiłam.
                                                    - Zaczynam rozumieć...
                                                    - Jak dokumentacja jest kompletna, to wszystko działa.
                                                    - ... rozumieć, dlaczego nigdy mi nie pomogliście w moich kłopotach...
                                                    - Z naszej strony zawsze wszystko jest w porządku...
                                                    - Wierzę... i dlaczego nigdy żadna moja reklamacja nie została załatwiona
                                                    pozytywnie.
                                                    - Wszystkie reklamacje załatwiamy pozytywnie.
                                                    - A rzecznik mówił, że negatywnie.
                                                    - I ma rację!
                                                    - Co?
                                                    - W naszej firmie wszyscy zawsze mają rację - rozsądnie podsumowała Linijka.
                                                    - A nie mają racji klienci.
                                                    - Na to wychodzi.
                                                    - To ja nie mam racji i rezygnuję z telefonu w waszej firmie! - odważyła się
                                                    wreszcie przyznać Abonentka.
                                                    - Trzeba złożyć podanie...
                                                    - Rezygnację?
                                                    - ...podanie na piśmie...
                                                    - Z rezygnacją?
                                                    - ... z prośbą o przyjęcie rezygnacji...
                                                    - A wy je załatwicie w terminie dwóch tygodni - wymyśliła szybko Abonentka.
                                                    - Tak jest, załatwimy odmownie!
                                                    - Bo wszystkie sprawy załatwiacie odmownie, jak deklarował wasz Rzecznik.
                                                    - Nasz rzecznik ma zawsze rację.
                                                    - Ale ja już zrezygnowałam z waszych usług.
                                                    - Złożyłaś podanie?
                                                    - Nie, zrezygnowałam - upewniła ją Abonentka - już nie mam telefonu w waszej
                                                    firmie - dodała bardzo szczęśliwa.
                                                    - To po co jeszcze dzwonisz?
                                                    - Dla własnej satysfakcji. Żegnam jak najczulej - z niekłamanym triumfem
                                                    powiedziała Abonentka i odłożyła słuchawkę.
                                                  • germanus Naprawa 12.09.04, 01:28
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Naprawa

                                                    - Będziesz dalej naprawiał... - zaczął Wojewoda.
                                                    - Ja zrobię wszystko, co każesz - poddańczo zgodził się Naprawiacz.
                                                    - Teraz naprawisz żeglugę.
                                                    - To pewnie trzeba umieć pływać?!
                                                    - Trzeba...
                                                    - To ja nie umiem - zdecydownie zanegował sens naprawiania Naprawiacz..
                                                    - ...umieć nawigować w przepisach.
                                                    - O, to ja umiem - ucieszył się Naprawiacz.
                                                    - Pamiętasz, jak naprawiałeś przetwórstwo? - zagadał Wojewoda.
                                                    - Co mam nie pamiętać? - zachłysnął się Naprawiacz - ogromny sukces!
                                                    - No właśnie...
                                                    - Skręciliśmy melona...
                                                    - Ci...
                                                    - ... na łeb! - zdążył dokończyć Naprawiacz.
                                                    - Cicho! - prawie wrzasnął Wojewoda.
                                                    - Noo, upadli bardzo cicho - zgodził się Naprawiacz - nikt nie usłyszał
                                                    najmniejszego huku.
                                                    - Muszę ci przypomnieć, że załoga szumiała.
                                                    - Szum to nie huk - poprawił go Naprawiacz.
                                                    - Fakt, trudno się nie zgodzić - zgodził się Wojewoda - ale nawet szumu było za
                                                    dużo.
                                                    - Szumi dokoła las...
                                                    - Teraz nawet szumu nie ma być - mimo najwytworniejszych manier Wojewoda nie
                                                    mógł powstrzymać grymasu - jasne? - dorzucił ganiącym tonem.
                                                    - Oki-doki - odśpiewał Naprawiacz - ze mną, jak z dzieckiem...
                                                    - Teraz może być trudniej - Wojewoda uznał za stosowne go ostrzec.
                                                    - Nie bój nic, co to dla mnie!
                                                    - Mam taką nadzieję, ale oni są bardzo zderminowani, by nie upaść.
                                                    - Wszyscy są...
                                                    - I wcale nie są w takiej złej kondycji, jak się z ksiąg wydaje.
                                                    - W to nikt mnie nie wrobi - ubezpieczył się Naprawiacz - na księgach to ja się
                                                    nie znam.
                                                    - Wiem - uspokoił go Wojewoda - gdybyś się znał, to byś tego nie dostał.
                                                    - Zacznę, jak zwykle, od znalezienia właściwych ludzi.
                                                    - Pewnie masz już jakieś plany...
                                                    - Do ksiąg wezmę Drogowca...
                                                    - Nieźle startujesz.
                                                    - ... do kontaktów bankowych Nauczyciela...
                                                    - Tego, co ostatnim razem?
                                                    - ...no, a do statków emerytowanego kapitana.
                                                    - Za duże kwalifikacje.
                                                    - .. wojska polskiego...
                                                    - Nieco lepiej.
                                                    - ... a od nieruchomości będzie nasz kumpel Uzdrowiciel z PZ.
                                                    - Ty mi do tego Połczyna nie mieszaj - przywołał go do porządku Wojewoda.
                                                    - Mogę wziąć Pielęgniarkę.
                                                    - Nie, nie, załoga wygląda OK - przyklasnął Wojewoda - masz sześć miesięcy na
                                                    naprawienie żeglugi.
                                                    - Zwariowałeś? - nie wytrzymał Naprawiacz - kto w sześć miesięcy zdoła powalić
                                                    całkiem dobrze zorganizowane przedsiębiorstwo? Daj mi chociaż rok.
                                                    - Naprawić, a nie powalić, rozumiesz? - poklepał go po ramieniu Wojewoda - a
                                                    poza tym, to czasy się zmieniają.
                                                    - Zrobię co w mojej mocy! - zadeklarował Naprawiacz.
                                                    - Zrobisz nawet więcej - mruknął do siebie Wojewoda po wyjściu Naprawiacza - ale
                                                    czasy naprawdę się zmieniają - spojrzał na drzwi - dawniej po rękach byś mnie
                                                    całował, a dziś się ostro stawiasz ...
                                                  • germanus Nagroda 13.09.04, 04:14
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Nagroda

                                                    - Należy mi się nagroda - powiedział spokojnie Marszałek.
                                                    - Nagroda za co? - spytał tym samym tonem Rektor.
                                                    - Za rektorowanie - uświadomił Rektora Marszałek.
                                                    - Przecież to ja jestem rektorem - uświadomił Marszałka Rektor.
                                                    - Ale dopiero od dzisiaj - uświadomił Rektora Marszałek.
                                                    - Co nie zmienia faktu, że rektorem to ty nie jesteś - Rektor przerwał
                                                    uświadamianie i po prostu powiedział.
                                                    - Ale jeszcze wczoraj byłem...
                                                    - Ale już nie jesteś...
                                                    - Więc za to, że byłem, należy mi się nagroda.
                                                    - Za to, że byłeś, nic ci się nie należy.
                                                    - Byłem najlepszym możliwym rektorem! - niemal wrzasnął Marszałek, ale zaraz
                                                    pomyślał, że nie był to najrozsądniejszy okrzyk.
                                                    - Dostawałeś za to zapłatę - Rektor wcale nie przejął się gburowatym okrzykiem.
                                                    - Przyczyniłem się do niebywałego rozwoju mojej uczelni!
                                                    - Takie było twoje zadanie.
                                                    - Sprawowałem...
                                                    - Wykonywałeś swoją pracę, dostawałeś za to godziwe wynagrodzenie - Rektor był
                                                    jak skała.
                                                    - Hmm - Marszałek otworzył jakąś teczkę - co my tu mamy? - patrzył chwilę w
                                                    papiery - strefa ekonomiczna, droga, a to chyba jakiś głupek - zmienił nagle ton.
                                                    - Skoro tak mówisz...
                                                    - No sam zobacz - Marszałek uznał za stosowne podzielić się spostrzeżeniem z
                                                    rozmówcą - rektor WSIE wnioskuje o dotację na zakup sprzętu...
                                                    - Co w tym dziwnego?
                                                    - ... ze źródeł unijnych.
                                                    - Chyba każdy może wniosować? - jakby mniej pewnie spytał Rektor.
                                                    - Ale to jest prywatna uczelnia.
                                                    - ?
                                                    - To niech sama dba o siebie.
                                                    - Właśnie dba o siebie w ten sposób, że składa wniosek - zapewnił go Rektor.
                                                    - Chyba lepiej rozbudować strefę ekonomiczną...
                                                    - Chyba lepiej kształcić...
                                                    - Trudno rozstrzygnąć komu dać - wahał się Marszałek - są jeszcze politechnika i
                                                    uniwersytet...
                                                    - Ale nie wnioskowały!
                                                    - Wnioskowały, ale skromniej. Skąd ja ci wezmę sto tysięcy euro?
                                                    - Jak to skąd? Z funduszy unijnych! - ucieszył się Rektor - Proste, nie?
                                                    - Ciekawe, kto wpadł na taki durny pomysł?
                                                    - Na pewno nie ja - zapewnił go Rektor - ja jeszcze żadnych wniosków nie składałem.
                                                    - Zatem wniosek składał poprzedni rektor, czyli ja - Marszałek uśmiechnął się
                                                    dobrodusznie.
                                                    - Na to wychodzi.
                                                    - No to przyznaję WSIE sześćdziesiąt pięć tysięcy euro dotacji - po prostu
                                                    powiedział Marszałek.
                                                    - Miało być sto!
                                                    - Więcej nie ma - szepnął Marszałek tłumacząco.
                                                    - No to przyznaję marszałkowi pięćdziesiąt tysięcy złotych nagrody za
                                                    rektorowanie - po prostu powiedział Rektor.
                                                    - A mówiłem, że należy mi się nagroda - triumfująco podsumował Marszałek.
                                                    - No, mówiłeś - chętnie przyznał Rektor.
                                                    - I jeszcze drobiazg...
                                                    - Tak?
                                                    - Antydatuj tę nagrodę o jeden dzień - Marszałek dał znać, że audiencja skończona.
                                                  • Gość: mimi Re: Nagroda IP: *.cpe.net.cable.rogers.com 05.10.04, 05:09
                                                    wlasciwie to juz nie wiem, czekac jeszcze na jakis tekscik, czy juz odpuscic i
                                                    isc w las, daj sie posmiac, tematow nie braknie, a nawet przybywa
                                                    pozdrowka
                                                  • blackexit Re: Nagroda 05.10.04, 09:31
                                                    Gość portalu: mimi napisał(a):

                                                    > wlasciwie to juz nie wiem, czekac jeszcze na jakis tekscik, czy juz odpuscic i
                                                    > isc w las, daj sie posmiac, tematow nie braknie, a nawet przybywa
                                                    > pozdrowka

                                                    czekac zdecydowanie czekac. pozdrawiam black
                                                  • Gość: Hanka Re: No to czekamy..... IP: 67.23.217.* 05.10.04, 22:02
                                                    Germanusie, czekamy i pozdrawiamy.
                                                    Hanka
                                                  • germanus Obłędna linia 6 czyli Cd. nastąpił 1 11.10.04, 06:42
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 6 czyli Cd. nastąpił 1

                                                    - Dzień dobry - Linijka całkiem wyraźnie usłyszała przyduszony głos.
                                                    - Dzień dobry - odpowiedziała pełnym pozdrowieniem - dziękujemy bardzo za
                                                    założenie telefonu w naszej firmie. Jesteśmy do usług.
                                                    - Mówi Duch, uhahahaha! - zaanonsował ten sam przyduszony głos.
                                                    - My się duchów nie boimy - odważnie zadeklarowała Linijka - dla nas duch to też
                                                    klient.
                                                    - Duch nie może mieć telefonu - zaprotestował Duch.
                                                    - Teraz każdy musi mieć telefon - sprostowała Linijka - tak jak dawniej nie
                                                    musiał...
                                                    - Raczej nie mógł...
                                                    - Nieważne. Takie czasy. Duch nie duch, telefon jest obowiązkowy.
                                                    - Ale po co mi telefon w zaprzestrzeni?
                                                    - A to już twój problem.
                                                    - Przecież ja tu mam łączność bezprzewodową z każdym punktem wszechprzestrzeni.
                                                    - Chwila, już dopisuję usługę do rachunku.
                                                    - To macie cennik na wszechprzestrzeń? - zakpił Duch.
                                                    - Na wszystko mamy cennik, nawet na głuchy telefon. Cennik to podstawa.
                                                    - Sugerowałbym mieć za podstawę zdrowy rozsądek.
                                                    - Sugestie przyjmuje Międzywydziałowy Komitet Sugestii Strategicznych...
                                                    - Proszę?
                                                    - Podkomitet Kreowania Pozytywnego Imydżu...
                                                    - Hę?
                                                    - Podpodkomitet Zwalczania Nieuzasadnionych Negatywnych Opinii.
                                                    - Tak? - zaskoczył wreszcie Duch - a kiedy?
                                                    - W poniedziałki...
                                                    - O, to dzisiaj!
                                                    - Od siódmej do piątej rano.
                                                    - Od piątej do siódmej?
                                                    - Od siódmej do piątej - poprawiła Linijka - nauczy się słuchać.
                                                    - W negatywnym czasie?
                                                    - Znakomicie ujęte.
                                                    - A jak się to odbywa?
                                                    - Odbywa co?
                                                    - Ta sugestia.
                                                    - A jak ma się odbywać? - Linijka pomyślała, że dawno nie miała takiego tępego
                                                    rozmowcy - przychodzi się, sugeruje się.
                                                    - To wiem - szybko zapewnił ją Duch - ale co z czasem?
                                                    - Od siódmej, przecież mówię, nie?
                                                    - Ok, przychodzę za pięć siódma i co dalej?
                                                    - Proste, przyjmujemy od siódmej, więc czekasz na siódmą - w duchu Linijka była
                                                    całkowicie pewna, że takiego przygłupa jeszcze nie słyszała.
                                                    - Przecież jest od piątej! - pogubił się trochę Duch.
                                                    - Do piątej! - nieco za głośno poprawiła go Linijka - od siódmej, więc czekasz.
                                                    - A rozumiem! - zrozumiał Duch - a jak nadejdzie siódma, to sugeruję!
                                                    - To ja ci sugeruję, abyś dojrzał, że w tym momencie jest po piątej, co oznacza
                                                    koniec przyjmowania sugestii.
                                                    - Przed siódmą też jest po piątej.
                                                    - Jest, no i co z tego - zgodziła się Linijka.
                                                    - Czyli przed siódmą też nie mogę złożyć sugestii.
                                                    - Nie możesz, bo przyjmujemy od siódmej.
                                                    - To kiedy właściwie mogę? - nie mógł dowiedzieć się Duch.
                                                    - Od siódmej do piątej! - zakrzyknęła Linijka. I ciszej dodała - już mówiłam.
                                                    - A kiedy mogę złożyć skargę?
                                                    - Skargi nie możesz.
                                                    - Wiem - Duch przypomniał sobie rozmowę z czasów klientowania - bo macie sto
                                                    pięć procent pozytywnie załatwionych sugestii.
                                                    - Jak to ładnie ująłeś - pochwaliła go Linijka - a skąd wiesz?
                                                    - Od Duchnijki - a słysząc przydługą przerwę dodał - spotkałem w zaprzestrzeni.
                                                    - No i jak jej tam?
                                                    - Jak i na Ziemi.
                                                    - Przypiekają?
                                                    - Gorzej.
                                                    - Mów, bo nie zdzierżę
                                                    - Przecież powiedziałem, że jest Duchnijką.
                                                    - Ale co to znaczy?
                                                    - Za przeżycie życia w kłamstwie i krętactwie, dostała karę linijkowania jako
                                                    duuuuch, uuuu-uhu - zauczał na koniec Duch.
                                                    Mrugnięciem lewej powieki rozłączył rozmowę, zatrzymał na dłużej wzrok na jednym
                                                    zapunkcie zaściany służącej za zaekran do zawszystkiego i połączył się z
                                                    Rzecznikiem.
                                                  • germanus Obłędna linia 7 czyli Cd. nastąpił 2 11.10.04, 22:11
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 7 czyli Cd. nastąpił 2

                                                    - Mówi Duch - zaskrzeczało w słuchawce Rzecznika.
                                                    - Słabo słyszę - szybko zareagował Rzecznik - przekręć zero.
                                                    - Nie mogę przekręcić...
                                                    - To chociaż naciśnij.
                                                    - Też nie mogę...
                                                    - To taka liczba, kształtu cokolwiek owalnego - instruował Rzecznik życzliwie.
                                                    - ...bo nie mam telefonu.
                                                    - Aaa, dzwonisz z automatu - domyślił się Rzecznik - pewnie popsuty przez
                                                    chuliganów.
                                                    - Dzwonię z zaprzestrzeni - wyjaśnił krótko Duch. Ale potem dodał: - Bez
                                                    telefonu. Z połączeń niebiańskiej generacji i jakości.
                                                    - Nie rozumiem, prawda?
                                                    - Mówiłem, Duch jestem...
                                                    - Słabo słyszę.
                                                    - Przekręć zero, to taka cyferka.
                                                    - Słabo słyszę.
                                                    - Duch jestem... - podkrzyknął Duch - już mówiłem.
                                                    - Gdybym ja wierzył we wszystko, co klienci mówią... A masz na to jakiś dowód?
                                                    - Akt zgonu.
                                                    - To złóż w Biurze Spławiania Klienta.
                                                    - Złożyłem.
                                                    - No to załatwione i co mi głowę zawracasz - zniecierpliwił się Rzecznik i
                                                    odłożył słuchwakę.
                                                    - Wcale nie jest załatwione - odezwał się znakomitej jakości głos z odłożonej
                                                    słuchawki.
                                                    - Jakieś dziwne przebicie - zafrasował się Rzecznik.
                                                    - Mówiłem, niebiańskie.
                                                    - A to ty? Masz swoiste poczucie humoru...
                                                    - Pomówmy o telefonach.
                                                    - Oczywiście, od tego jestem.
                                                    - Cieszę się, że to uzgodniliśmy - raczej nie ucieszył się Duch.
                                                    - Zawsze do usług...
                                                    - Zmarłem, a dostaję rachunki.
                                                    - Na tym polega postęp! - Rzecznik był bardzo ucieszony.
                                                    - Na czym?
                                                    - Klient sobie umiera, tak sobie, z niczego, niespodzianie...
                                                    - Nooo, nie zawsze...
                                                    - ... i myśli, że ucieknie od odpowiedzialności...
                                                    - Myśli?
                                                    - .... a tymczasem, zgon, nie zgon, życie idzie do przodu...
                                                    - Jakie życie?
                                                    - ... i rachunki trzeba płacić...
                                                    - Co?
                                                    - ... jak się nadużywało życia...
                                                    - Hę?
                                                    - ... na tych seksliniach...
                                                    - Nie korzystałem!
                                                    - ... na tych 0-700...
                                                    - Zmarłem w wieku 90 lat!
                                                    - Każdy tak może powiedzieć!
                                                    - Złożyłem akt zgonu - Duch wrócił do jedynego konkretnego argumentu.
                                                    - Jak złożyłeś, to niech leży.
                                                    - Znaczy, wręczyłem Biurwijce.
                                                    - I dobrze zrobiłeś! - Rzecznik potwierdził prawidłowość działania.
                                                    - A wy się tym zajmiecie i skasujecie ten rachunek - domyślił się Duch.
                                                    - Nic bardziej mylnego!
                                                    - Że co?
                                                    - Od naszych rachunków nie ma ucieczki.
                                                    - Przecież kontrakt wygasa w momencie zgonu.
                                                    - A kto ci to powiedział?
                                                    - Ty sam, w wywiadzie dla prasy.
                                                    - Wstydziłbyś się - rzekł Rzecznik - taki stary jesteś i jeszcze wierzysz prasie.
                                                    I wyszedł z gabinetu.
                                                  • Gość: Hanka Re: Obłędna linia 7 czyli Cd. nastąpił 2 IP: 67.23.217.* 12.10.04, 02:57
                                                    Dzieki ze sie pojawiles, a juz myslalam ze wyemigrowales za absztyfikantem.
                                                    Co z Misiem ?? Przeciez Ptak go nie zastapi !
                                                    Pozdrawiam radosnie Hanka
                                                  • germanus Do H. 12.10.04, 07:12
                                                    dzięki za słówko wsparcia
                                                    a czy teraz możesz już do mnie napisać na priv?
                                                    napisz, niektórych wieści nie można tak po prostu
                                                    pozdr
                                                    aha Miś się szykuje i na Srokę i na Magazyniera jednocześnie
                                                  • germanus Obłędna linia 8 czyli Cd. nastąpił 3 13.10.04, 02:42
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Obłędna linia 8 czyli Cd. nastąpił 3

                                                    - A co tam, wpadłem sobie - powiedział Duch.
                                                    - W co wpadłeś? - zapytała inteligentka Biurwijka spoglądając czule na kwiatek
                                                    na swoim komputerze.
                                                    - Do ciebie wpadłem - odparował Duch, ale złapał się, że o mało nie zakręcił
                                                    odpowiedzi erotycznie. Brrr...
                                                    - Dziękujemy za założenie telefonu w naszej firmie. W czym mogę pomóc? -
                                                    trajkotała Biurwijka ciągle podziwiając raczej kwiatek niż zajmując się klientem.
                                                    - W zlikwidowaniu rachunku - śmiało, chyba za śmiało, powiedział Duch.
                                                    - W tym nie mogę - z wyraźnym bólem w głosie przyznała Biurwijka.
                                                    - Ale rachunek jest niesprawiedliwy!
                                                    - Tego akurat nie wiem...
                                                    - To spróbujmy pogrzebać w danych.
                                                    - Spróbujmy... - zgodziła się lękliwie Biurwijka - szef mnie chyba zabije...
                                                    - Za co?
                                                    - Jak to za co? Za grzebanie!
                                                    - A po co są komputery?
                                                    - Służą różnym celom - Biurwijka czule spojrzała na kwiatek.
                                                    - Proszę, sprawdź mój numer telefonu - mimo oporu Biurwijki dopomniał się Duch -
                                                    no i co wyszło? - dociekał, gdy wystukała numer.
                                                    - Ciekawe... - na chwilę rozpuściła się Biurwijka.
                                                    - Co ciekawe? - Duch poczuł, że coś zaczyna iść dobrze.
                                                    - Abonenta nie ma, a telefon jest... - niewyraźnie pół majaczyła Biurwijka.
                                                    - I o to chodzi! - Duch był niemal pewny wygranej.
                                                    - Nie wiem - Biurwijka przerzucała wzrok z ekranu na kwiatek i odwrotnie - sama
                                                    nie wiem, o co tu chodzi...
                                                    - Pewnie jakaś pomyłka... - Duch twardo brnął w kierunku wygranej.
                                                    - Nie sądzę... - przeciągle i zastanawiająco mruczała Biurwijka - pomyłka?
                                                    Pomyłki wykluczone...
                                                    - Przecież może się zdarzyć - ratował Duch sytuację - ludzie się mylą...
                                                    - Ale nie w naszej firmie - niby pewnie, ale lekko powątpiewająco mruczała - nie
                                                    u nas, to wiem na pewno...
                                                    - Załóżmy na chwilę, że pomyłka się zdarzyła. I co widać, jeśli nie ma abonenta?
                                                    - Telefon! - zupełnie zagubiona Biurwijka nie wiedziała, jak się bronić - i
                                                    rachunek!
                                                    - No właśnie - drążył Duch - nie ma komu dać rachunku, to trzeba go zlikwidować.
                                                    - Tego jeszcze nie grali.
                                                    - Ale precedensy się zdarzają...
                                                    - Nie u nas...
                                                    - ... na przykład, nie było kiedyś tranzystorów... - spojrzał wymownie na
                                                    komputer...
                                                    - Ładny kwiatuszek, prawda? - zaświergoliła Biurwijka.
                                                    - ... a teraz są. I to miliony na jednym milimerze kwadratowym.
                                                    - Proszę?
                                                    - Tranzystory. Scalone. Wypalone.
                                                    - Że co?
                                                    - Był rachunek, nie ma rachunku.
                                                    - Odwrotnie niż tranzystory - zauważyła Biurwijka.
                                                    - Raz tak, a raz tak.
                                                    - Odwrotnie nie można.
                                                    - Była snopowiązałka, nie ma snopowiązałki, jest kombajn - zaczarował Duch.
                                                    - Był rachunek, nie ma rachunku, jest rachunek - odczarowała Biurwijka.
                                                    - Ale to tylko 140 złotych i 30 groszy!
                                                    - Tylko?! - roztrzęsła się Biurwijka - szef za te pieniędze obedrze mnie ze skóry.
                                                    - Ale przez dziesięć miesięcy nie używałem telefonu...
                                                    - Co?
                                                    - ... znaczy, nikt nie używał, można sprawdzić bilingi.
                                                    - Co? Dziesięć miesięcy?
                                                    - Widzisz! - kuł Duch - zmarłem, więc telefon milczał.
                                                    - Dziesięć miesięcy mówisz?
                                                    - Właśnie - Duch kuł, ile sił w piersiach - nikt nie dzwonił, nie można było się
                                                    dodzwonić.
                                                    - 28 złotych i 6 groszy miesięcznie?
                                                    - No, niesłusznie naliczane.
                                                    - A rachunek na 140,30?
                                                    - Właśnie...
                                                    - Czyli jest pomyłka!
                                                    - Wiedziałem, od razu wiedziałem - Duch zaniósł się niemal niebiańskim triumfem.
                                                    - Jesteś nam winien 280 złotych i 60 groszy - podsumowała Biurwijka. Ale Duch
                                                    zemdlony Duch już nie dosłyszał groszy.
                                                    - Znakomita robota - zza węgła wysunął się Szef - szczególnie z tym udanym
                                                    współczuciem - dodał na odchodnym.
                                                    - Kiedy ja naprawdę... - westchnęła sobie cichutko Biurwijka.
                                                  • absztyfikant Re: Do H. 13.10.04, 14:32
                                                    Ja tez naturalnie udzielam Ci moralnego i jakiego tylko pragniesz wsparcia:))))
                                                    Jak emigrant emigrantowi ma sie rozumiec:)

                                                    germanus napisał:

                                                    > dzięki za słówko wsparcia
                                                    > a czy teraz możesz już do mnie napisać na priv?
                                                    > napisz, niektórych wieści nie można tak po prostu
                                                    > pozdr
                                                    > aha Miś się szykuje i na Srokę i na Magazyniera jednocześnie
                                                  • Gość: Hanka Re: Do H. IP: 67.23.217.* 16.10.04, 06:19
                                                  • Gość: Hanka Re: Do H. IP: 67.23.217.* 16.10.04, 06:20
                                                  • Gość: Hanka Re: Do H. IP: 67.23.217.* 16.10.04, 06:24
                                                    Sorry, bylam chwilowo wylaczona. Niestety dalej nie moge ....Czekam z
                                                    utesknieniem na Misia. Pozdrawiam wspierajaco Hanka
                                                  • Gość: Pismak Do Germanusa IP: 83.144.120.* 17.10.04, 14:58
                                                    Wszyscy Cię wspieramy. Wyemigrowani, miejscowi, zaginieni w akcji :))).

                                                    pismak_logowany@gazeta.pl
                                                  • germanus Uliczka w Barcelonie 17.10.04, 16:58
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Uliczka w Barcelonie

                                                    - Hmm... - zahymował idący nieśpiesznie Hiszpanek.
                                                    - Yhy... - odpowiedział uprzejmie Wystawca.
                                                    - Looks like it is a very nice city...
                                                    - A co nie widać? - zachęcił wystawca.
                                                    - S...sch..z.ce..syn? - płynnie przeczytał - Where is it?
                                                    - Łatwa nazwa - Wystawca roześmiał się Hiszpankowi w twarz - tak jak szczotka,
                                                    szczaw i Szczebrzeszyn - walił w rozdziawioną twarz.
                                                    - Sz...sz...c...c...
                                                    - Zdolności językowych to ty nie masz - zachęcał dalej Wystawca.
                                                    - I have ten euro - ostatkiem sił jęknął sponiewierany Hiszpanek.
                                                    - Juro! Pieniądze! - wysunął się zza brudnej kotary Druwice - to jest całkiem
                                                    inna rozmowa. Zapraszam na rozmowy handlowe.
                                                    - Excuse me...
                                                    - Egzekwować będziemy potem - pogroził mu Druwice - dawać mi tu śmigiem Tłumacza.
                                                    - Tłumacz poszedł podziwiać Bratysławę
                                                    - To jest usprawiedliwiony - Druwice trzymał Hiszpanka za rękaw.
                                                    - What did you say?
                                                    - Poradzę sobie - Druwice postanowił stanąć na wysokości i wciągnął Hiszpanka za
                                                    kotarę.
                                                    - Let me tell you... - Hiszpanek wyglądał na lekko zagubionego.
                                                    - Mani - zameldował Druwice - haben mani?
                                                    - Aaa, money? - Hiszpanek dał się popchnął na siermiężne krzesełko. Zakołysało
                                                    się, ale wytrzymało.
                                                    - Kolko mani? Kolko? - frunął Druwice.
                                                    - Ten euro.
                                                    - No właśnie, kolko tych juro.
                                                    - I have no big money. All I have is ten euro.
                                                    - Ale szybko dziamgolisz. Masz juro, to jesteś łokej.
                                                    - Ok! - Hiszpanek ucieszył się, że wreszcie coś zrozumiał.
                                                    - Bomba!
                                                    - A bomb? Where is a bomb? - niemal spanikował Hiszpanek.
                                                    - Z mani ju możesz byznes - nadawał spokojnie Druwice niechcący uspokajając
                                                    Hiszpanka.
                                                    - Business? Why not? - przeleciało Hiszpankowi przez głowę - What kind of
                                                    business do you have in mind?
                                                    - Majnd? Ju majnd? No-no, no majnd. Geld, ferstejen? Geld.
                                                    - You mean gold?
                                                    - Jaki gold? GELD! DZIENGI! Pominajesz?
                                                    - I have to go - Hiszpanek zerwał się z krzesła.
                                                    - Tugoł? Gdzie jest Tugoł?
                                                    - To go ouside!
                                                    - Ju siaden - Druwice pchnął go znowu na krzesełko - na aut to ty mnie nie
                                                    wystawisz, kochany.
                                                    - Annie? I don't need Annie.
                                                    - Koch-any! Oni mnie zabiją. Paniał? Ja potrzebuję sukces!
                                                    - I see! You need a success!?
                                                    - Jess, sukces, daj mi sukces.
                                                    - If you need a success you need to know your market segment.
                                                    - Mogę iść nawet na market.
                                                    - You have to analyze the components of consumer and industrial markets.
                                                    - Jes, market...
                                                    - Your analyze the information from marketing systems and do a process of
                                                    marketing research.
                                                    - Nie nie, no proces. Sąd mnie uniewinnił. Nie bylo dowodów, paniał? - Druwice
                                                    znacząco zmrużył oczko.
                                                    - Basically to segment the consumer market you may have four categories...
                                                    - Goris co?
                                                    - ... geographic..
                                                    - Z geografii to mnie nie zagniesz. Ja wiem nawet, gdzie jest noj..., neu...,
                                                    nieważne.
                                                    - ... demographic...
                                                    - Gdzie ty żyjesz człowieku, no jasne, że mamy demokrację.
                                                    - ... psychographic...
                                                    - O nie, znam z filmu, w żadne sajko mnie nie wrobisz.
                                                    - ... and behaviour towards product.
                                                    - Jes, ja mam produkt, widzisz te zdjęcia? - Druwice wskazał ręką.
                                                    - You mean photos?
                                                    - Jes, fotos!
                                                    - Let me introduce myself - powiedział niespodzianie Hiszpanek wyciągając rękę -
                                                    I'm Carlos. I am a photographer. I specialize in a urban and rural architecture.
                                                    It would be a real pleasure to do business with you.
                                                    - No Urban, już nie lubimy Urbana. Ale twoje rury są łokej.
                                                    - I can come to your city and take a few pictures.
                                                    - Jes, ju kom, jes!
                                                    - I'll come in two weeks.
                                                    - Jes, łykend!
                                                    - Good bye - Carlos pożegnał Druwicego, gdy odebrał teczkę z zaproszeniem.
                                                    - Baj - niemal zakrzyknął Druwice. I przymknął rozmarzone oczko: - Sukces!!!
                                                    - Uliczkę znam w Barcelonie - zanucił na widok wracającego Tłumacza.
                                                    - Coś się stało?
                                                    - ... uliczkę z tysiącem kobiet - Druwice ignorował świat.
                                                    - Jakiś byznesik? - Tłumacz nie popuszczał.
                                                    - Haben juro? - zapytał niespodzianie Druwice - idziemy!
                                                  • germanus Zwolnienie 03.11.04, 06:51
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Zwolnienie

                                                    - Chłopaki, tak dalej być nie może! - zakrzyknął Prezydent jesiennym głosem.
                                                    - Nie może - potwierdziła szybko Pierwice mając swoje na myśli.
                                                    - Nie może - zgodził się szybko Naczelnik mając na myśli coś dokładnie przeciwnego.
                                                    - Nie może - przyklepał Sekretarz mając na myśli Prezydenta.
                                                    - A o co właściwe chodzi? - zza fotela wykręcił się Doradca.
                                                    - No właśnie! - krzyknęli wszyscy naraz - nie wiemy o co chodzi!
                                                    - Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze - podpowiedział Doradca
                                                    odwracając się na fotelu, czyli znikając jak pieniędze.
                                                    - A gdzie Dru? - obudził się Trzewice.
                                                    - To chodzi o Dru - domyślnie wtrącił Doradca za kolejnym obrotem.
                                                    - Jezusinku! - pisnęła Pierwice.
                                                    - Tak - powiedział cicho Prezydent - to chodzi o Druwice.
                                                    - Taki miły starszy pan...
                                                    - Stary tak, miły nie - Doradca uparcie, jak Merkury, ćwiczył obroty.
                                                    - Drze się na współpracowników...
                                                    - Zawsze myślałem, że on jest kulturalny...
                                                    - Strasznie przeklina...
                                                    - I taki pracowity...
                                                    - Właśnie do jego pracowitości mam największe zastrzeżenia - Prezydent patrzył w
                                                    papier na biurku.
                                                    - Sypał inicjatywami...
                                                    - No... - brał się do wyliczania Trzewice - wyspa, lotnisko...
                                                    - You forgot Pogoń - wykrzyknął Doradca obracając się jak Neptun.
                                                    - ... zjazd...
                                                    - ... na równi pochyłej - Sekretarz wprowadził element humoru.
                                                    - ... z autostraaaady - tonem i spojrzeniem skarcił go Trzewice.
                                                    - Zjazd się nie liczy - stwierdziła Pierwoce.
                                                    - Zjazd najważniejszy - upierał się Trzewice.
                                                    - A dlaczego? - wyjątkowo chytrze zapytała Pierwice.
                                                    - Bo jakby się udał, to mielibyśmy największe bazarowisko na zachód od
                                                    Berlina... - całkiem poważnie zaczął Trzewice
                                                    - I na wschód od Goleniowa...
                                                    - I na północ od Gryfina...
                                                    - I na południe od Polic... - z największą radochą przekrzykiwali się naradnicy.
                                                    - Ale się nie udał - Trzewice niemal zrobił podkówkę - taki pech!
                                                    - I co jeszcze? - Doradca ukazał twarz przy obrocie w przeciwną stronę.
                                                    - Co, co jeszcze?
                                                    - I co jeszcze zainicjował Dru? - Doradca ukazał twarz Marsa.
                                                    - No właśnie, co jeszcze... - zastanawiał się głośno Sekretarz - już wiem, tego
                                                    Niemca.
                                                    - Niemiec jest podpięty pod lotnisko - uspokoiła go Pierwice.
                                                    - Co by tu jeszcze... co by...
                                                    - Widzicie sami, chłopaki - spoglądając na Pierwice rzekł Prezydent - że można
                                                    mieć zastrzeżenia do jego pracowitości.
                                                    - No - wychylił się zza fotela Doradca z twarzą Saturna - dużo nie poinicjował.
                                                    - Co fakt, to fakt - potwierdził Sekretarz - jakby przymało...
                                                    - Mało? - podskoczył Prezydent - jeszcze wam mało?
                                                    - Dużo tego nie było...
                                                    - Dużo? Ogromnie dużo! - zagrzmiał Prezydent - ten facet zawalał mnie robotą.
                                                    - Mam odczucie... - Sekretarz chciał łagodnie.
                                                    - Nie chodzi o odczucie, chodzi o fakty - w dalszym ciągu grzmiał Prezydent.
                                                    - Fakty są, jakie są - Trzewicemu lekko splątał się język - każdy widzi, nie?
                                                    - Odsapnąć ani chwilki nie mogłem - ludziska dawno nie widzieli tak wpienionego
                                                    Prezydenta - na ławeczce bym posiedział, herbatkie z konfiturkami i cztery
                                                    piesami...
                                                    - W sumie, Prez - zdecydował się wychylić zza fotela Doradca z twarzą
                                                    dobrotliwej Wenus - należy ci się chwila oddechu.
                                                    - Nie po to walczyłem... - zakrzusił się Prezydent.
                                                    - Zgadza się, nie po to, Prez - przeklepała szybko Pierwice.
                                                    - Zwalniam go - z twarzą Jowiusza wykrzyknął Prezydent - zwalniam go i już -
                                                    dodał ostatkiem sił.
                                                    - A ty co się tak kręcisz i kręcisz? - nie wytrzymał Sekretarz w nadziei
                                                    dowalenia Doradcy.
                                                    - Bo to jest baśń "O obrotach ciał niebieskich" - Doradca pokazał uśmiech Księżyca.
                                                    - I jeszcze kamienice... - Prezydent w bezsilnym spaźmie opadł na biurko, gdy
                                                    naradnicy bezgłośnie wyszli z gabinetu. Znaczy, opuścili pomięszczenie prezydenckie.
                                                  • germanus Baszta 7 - I po baszcie 16.11.04, 07:25
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Baszta 7, czyli ...

                                                    I po baszcie

                                                    - O BUM nie ma mowy - powiedziała Konserwator.
                                                    - Wiedziałem ... - zaczął Inwestor - zaraz, zaraz, ty nie jesteś konserwatorem!
                                                    - wykrzyknął.
                                                    - Jestem - stwierdziła Konserwator - jestem aż wojewódzkim konserwatorem zabytków.
                                                    - Oszustwo - wybuchnął inwestor - oszustwo!
                                                    - Tak? A czy coś się stało?
                                                    - Tak nie wolno, tak się nie robi, to nie fair! - darł się Inwestor.
                                                    - A dokładniej, o co chodzi? - reszta zgromadzenia wydawała się być dość spokojna.
                                                    - Nie zmienia się zawodników po rozdaniu kart! - Inwestor walnął światłą myśl.
                                                    - W piłce nożnej wolno zrobić trzy zmiany... - odpowiedział Przewodnik.
                                                    - Za to w kolarstwie żadnej!
                                                    - Może skupmy się na merytoryźmie - wtrąciła Konserwator jakby mrugając.
                                                    - Na czym? - jęknął Historyk.
                                                    - Znaczy na sprawie.
                                                    - Ależ oczywiście - przyklasnął Mieszkaniec - jest baszta, średniowieczna zresztą...
                                                    - ... kawał historii, unikat na skalę krajową - dopowiedział szybko Historyk.
                                                    - ... i jest poparcie czynników i autorytetów - dał głos Przewodnik.
                                                    - ... w związku z czym - to znów Mieszkaniec - wnioskujemy o oddalenie prac
                                                    budowlanych...
                                                    - ... jakichwolwiek prac budowlanych - przytomnie wtrącił Historyk.
                                                    - ... raz na zawsze - dodał Przewodnik.
                                                    - ... na odległość bezpieczną dla tego rodzaju zabytków...
                                                    - ... a w przyszłości umożliwienie odbudowy baszty...
                                                    - ... jeśli nawet nie z funduszy miejskich, to z naszych, społecznych -
                                                    dokończył Mieszkaniec.
                                                    - To nie są duże pieniądze - dodał Przewodnik po krótkim milczeniu - w sumie
                                                    koszt cegieł i robocizny.
                                                    - Właśnie w Olsztynie rekonstruują podobną basztę za około trzysta tysięcy...
                                                    - Ile? - stęknął nieprzytomnie Inwestor.
                                                    - Złotych, nie euro - burknął mu w nos Historyk.
                                                    - Ogromne pieniądze! - wrzasnął Inwestor dramatycznie przytomniejąc.
                                                    - Na koszt parafii.
                                                    - A to co innego - chętnie przyznał Inwestor.
                                                    - Ale są rzeczy, które nie mają ceny... - zaczepił go Historyk.
                                                    - Każda rzecz, jak każdy człowiek, ma cenę - Inwestor znał się na wycenianiu.
                                                    - A tak na przykład Zamek Królewski? - rzekł Przewodnik tak chytrze, że jasne
                                                    było, iż zamierzał przechytrzyć.
                                                    - 106 milionów dolarów - przywalił przechytrzaczowi Inwestor.
                                                    - Świadomość historyczna? - ratował sytuację Historyk.
                                                    - Konserwator, powiedz im, że są naiwni.
                                                    - Są bajecznie i dziecięco naiwni - Konserwator uznała, że czas dać głos - aż
                                                    miło sluchać.
                                                    - Widzicie, jesteście naiwni.
                                                    - Naiwni? Tak? - Przewodnik chyba lekko się podniecił - to dowiedz się, że
                                                    sprawa jest u Generalnego.
                                                    - U Ryśka? - spytał ucieszony Inwestor - to możecie spać spokojnie.
                                                    - A dokładniej, co masz na myśli? - z tonu Historyka można było wyczytać, że
                                                    spodziewa się najgorszego.
                                                    - Jak by to wam powiedzieć? - zadumała się Konsewator - on nie ma interesu.
                                                    - Powiedzmy, że dostał telefon - Inwestor uśmiechnął się szeroko.
                                                    - A jakiego koloru i marki?
                                                    - Zadzwoniono do niego - Inwestor do uśmiechu dołożył rozłożone ręce.
                                                    - Jak już dostał ten telefon, to nic dziwnego, że w końcu zadzwoniono do niego -
                                                    dalej wyjaśniał Mieszkaniec nie zważając na porozumiewawcze uśmieszki Inwestora
                                                    i Konserwator.
                                                    - Generalny wam tego nie popchnie, jasne? - Inwestor postanowił skrócić męki
                                                    rozmówców.
                                                    - Liczymy, że obecna tu Konserwator... - Przewodnik ciągnął nadzieję za kołnierz.
                                                    - Ja, jako dobry pracownik, nie zrobię niczego wbrew woli Generalnego - usadziła
                                                    go Konserwator.
                                                    - Jakiej woli?
                                                    - Żeby nie odbudowywać!
                                                    - Takiej decyzji nie było.
                                                    - A jaka była?
                                                    - Na razie żadna. Czekamy na odpowiedź.
                                                    - Brak odpowiedzi jest też odpowiedzią - wywnioskowała Konserwator - jak nie ma
                                                    decyzji, by odbudowywać, to jest decyzja, by nie odbudowywać.
                                                    - Ale...
                                                    - Zresztą obecny tu Inwestor zachował się bardzo ładnie...
                                                    - Że jak?
                                                    - ... i z własnej i nieprzymuszonej woli zaznaczy owal...
                                                    - Po zasypaniu oczywiście - Inwestor dołożył wachlowanie uszami.
                                                    - Zachowujemy zabytek dla dobra przyszłych pokoleń, odnosimy się z całą troską,
                                                    robimy wszystko, by ... - przerwała, bo rozmówcy podnieśli się z krzeseł i
                                                    wyszli bez słowa.
                                                    - A tak przy okazji - Konserwator zwróciła twarz do Inwestora - to całkiem miły
                                                    głos na ten twój Uszko.
                                                    - Rysiek też tak twierdzi - potwierdził Inwestor - ale módl się, abyś go już
                                                    więcej nie musiała słuchać.
                                                  • germanus Patyna 1 27.11.04, 23:43
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Patyna 1

                                                    - Witam państwa - na widok nieznanych ludzi Patyna rzucił się do drzwi.
                                                    - My z zamówieniem - powiedział Starszpan - dzień dobry.
                                                    - Do usług, stolarstwo to moja specjalność - rozpłaszczył się Patyna.
                                                    - To świetnie, wprost świetnie, bo nam polecono... - zaczęła Starszpani.
                                                    - Wszyscy moi klienci zawsze mnie polecają - przerwał jej Patyna.
                                                    - ... twoje usługi - ciągnęła lekko zrażona Staszpani - że niby dobra jakość -
                                                    dodała.
                                                    - Jakość to maja specjalność - szybko wtrącił Patyna.
                                                    - Zależy nam w miarę szybko - dodał Starszpan.
                                                    - Terminowość to moja specjalność - ponownie zachwalił się Patyna.
                                                    - I żeby cena nie była zbyt wygórowana - Starszpani miała kolejne życzenie.
                                                    - Zbyt? - Patyna niemal rzucił się na klepisko - moje usługi są prawie darmowe.
                                                    - Wolałbym zapłacić godziwą cenę za godziwą pracę - Starszpan zaprezentował
                                                    staromodność.
                                                    - Oczywiście, oczywiście - Patyna naprawiał niezręczność - ale ja na tym i tak
                                                    niewiele zarabiam.
                                                    - Wolałbym, aby wykonawca rzetelnie zarobił... - Starszpan miał zasady.
                                                    - No tak, zarabiam, ale to jest niewiele - jakoś mało zręcznie stawiał się Patyna.
                                                    - ... bo jak rzetelnie nie zarobi, to może kraść i oszukiwać - dokończył Starszpan.
                                                    - Na Hermesa! Nie ma takiej możliwości - żywo zaprzeczył Patyna - jakość i
                                                    terminowość to moja specjalność!
                                                    - To dobrze...
                                                    - I jeszcze bije konkurencję ceną! - Patyna dokończył autoreklamę.
                                                    - Co do ceny - Starszpan spojrzał jak na dziecko, któremu trzeba wyjaśnić zasadę
                                                    równowagi - to ma być rzetelna i niezbyt wygórowana.
                                                    - Tak, tak, oczywiście - choć Patyna zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, to
                                                    załapał, że nie należy się spierać - rzetelna cena to moja specjalność.
                                                    - Dom jest lekko wiekowy, więc jest trochę stolarki do przerobienia... -
                                                    Starszpan przeszedł do szczegółów.
                                                    - Tak, tak, oczywiście... - szybko przyklepał Patyna.
                                                    - Trochę podłóg, futryny, drzwi, niektóre okna, ... może jeszcze trochę
                                                    drobiazgów - Starszpan podał Patynie komputerowo sporządzoną dokumentację.
                                                    - Spora robótka - Patyna zatarł krótkie i tłuste dłonie - sporo materiału,
                                                    potrzebna zaliczka - Patyna już machał ołówkiem po skrawku papieru.
                                                    - ... i dwa w rozumie... - zamruczał - ... i trzy dalej, wychodzi jakieś
                                                    szesnaście tysięcy...
                                                    - Jakieś? - zapytał Starszpan.
                                                    - Tak niby wychodzi z szacunków...
                                                    - A z jaką dokładnością jest to jakieś? - nie odpuszczał Starszpan.
                                                    - Tak pi razy futryna na sześćdziesiąt procent.
                                                    - Dokładność nie jest twoją specjalnością - Starszpan zdecydował się przyczepić
                                                    do Patyny.
                                                    - Właśnie, że jest - wyszarpnął spod desek kawał papióra - już piszemy umowę...
                                                    - Podłogi...hmmym..m - szczegółowo wyliczał.
                                                    - Futryny ... tego ... dwajścia...
                                                    - Dźwi .... tam, panie, dziesiendź .... ymha...
                                                    - Okna... okna... to bydzie, szejść dalej..
                                                    - No, gotowe - szczęśliwiutki Patyna podsunął Starszpanu papiór.
                                                    - A termin?
                                                    - Racja, racja, no tak, powiedzmy... dwa tygodnie - wpisał datę.
                                                    - "Wykonawca gwarantuje doskonałą jakość robót i terminowość wykonania zlecenia"
                                                    - dopisał Starszpan w uwagach.
                                                    - Ależ co ty, Starszpan, ja mam nieskazitelną opinię - postawił się Patyna.
                                                    - Polecono nam ciebie, to prawda - wtrąciła Starszpani - ale chcemy mieć pewność.
                                                    - Nie stawia się ten, kto ma uczciwe zamiary - wtrącił Starszpan.
                                                    - Uczciwość to moja specjalność - znowu zdeklarował się Patyna.
                                                    - "Wpłacono zaliczkę w wysokości 60% wartości zlecenia" - Starszpan poczynił
                                                    następny zapisek.
                                                    - Jakbyś mi nie wierzył! - uniósł się Patyna.
                                                    - To nie ma nic wspólnego z wiarą - odpowiedział Starszpan spokojnie - napisałem
                                                    prawdę, i tyle.
                                                    - No tak...
                                                    - Rozumiem, że tydzień potrzeba na przygotowania i wstępne prace, czy tak?
                                                    - Mniej więcej - jakoś nieszczególnie powiedział Patyna.
                                                    - Dokładność to jednak nie twoja specjalność - Starszpan zaryzykował mało
                                                    budującą opinię.
                                                    - Powiedzmy, że tydzień - chyba najdokładniej, jak umiał, zgodził się Patyna.
                                                    - To za tydzień oczekujemy rozpoczęcia prac w naszym domu - zaczął pożegnanie
                                                    Starszpan.
                                                    - Wszystko będzie wspaniale, będziecie szczęśliwi, że wybraliście moje usługi...
                                                    - kontynuował samoreklamę Patyna.
                                                    - Twój los w twoich rękach - jakoś dziwnie tajemniczo powiedział Starszpan na
                                                    odchodnym.
                                                    - Do miłego zobaczenia za tydzień - dodała Starzpani.
                                                    A Starszpan pomyślał, że nie wiadomo, czy zawsze warto być miłym dla ludzi, ale
                                                    szybko odpędził myśl tak społecznie niepoprawną.
                                                  • Gość: Hanka Re: Patyna 1 IP: *.atlsfl.adelphia.net 28.11.04, 04:48
                                                    Witamy po dlugiej nieobecnosci. Widze ze teraz kolej na niesolidnych ...
                                                    nie wiem czy to przypadek czy tytul jakos mi sie dziwnie rymuje ??
                                                    pozdrawiam niedzielnie Hanka
                                                  • germanus Dobrze jest 20.12.04, 02:37
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Dobrze jest

                                                    - Panowie, nie jest zbyt dobrze.. - zaczął Szef, ale zamilkł.
                                                    - Czyli jest źle? - dopytał po chwili ogólnego milczenia Radny.
                                                    - Chyba nie można generalizować - stanął w obronie Kierownik.
                                                    - Na pewno nie wolno, ale zbyt dobrze nie jest - Zastępca poparł stanowisko Szefa.
                                                    - Jak nie jest dobrze, to jest źle - powiedział Radny.
                                                    - A o co chodzi? - zapytał Członek.
                                                    - Zespół się nam rozlatuje - Szef wyrwał się z milczenia.
                                                    - Zostanie nas garstka, a potem nikt oprócz Szefa i mnie - Kierownik wpadając w
                                                    panikę nie zapomniał się podlizać.
                                                    - Tworzymy silny i zwarty kolektyw - zadeklarował Zastępca.
                                                    - To prawda - przyklepał Szef - i dlatego mamy obowiązek obrony.
                                                    - Tak jest, będziemy bronić - Zastępca był bezkompromisowy - damy odpór.
                                                    - Czego bronić? - zapytał Członek.
                                                    - Zespołu, kolektywu i dobrego imienia...
                                                    - To my mamy dobre imię? - zainteresował się Radny.
                                                    - My mamy tylko imię - odpowiedział szybko Kierownik, ale zaraz podpatrzonym na
                                                    amerykańskim konkursie piękności gestem złapał się za twarz.
                                                    - Mamy jeszcze partię, znaczy sojusz - Zastępca spojrzał wymownie - oraz
                                                    sukcesy, tradycje, plany, budżety, kontakty, ... i oczywiście miliony członków.
                                                    - Kilka tysięcy - wtrącił od niechcenia Szef.
                                                    - I jeszcze sztandar! - zachwycił się Zastępca.
                                                    - Aby było co wyprowadzać - cichutko mruknął Radny.
                                                    - No to jest wprost świetnie - Członek rzucił się podsumowywać.
                                                    - Są też problemy - ponownie wtrącił Szef.
                                                    - I dlatego nie jest dobrze? - zmartwił się Członek.
                                                    - Między innymi dlatego - niechętnie przyznał Szef.
                                                    - Nie mówisz nam całej prawdy - znienacka dość rozsądnie zagadnął Członek.
                                                    - Bo co tu mówić - Zastępca pośpieszył z pomocą - wsypali sojusz, są problemy.
                                                    - Kto ... wsypali? - drążył Członek.
                                                    - Ojej, nieważne - Kierownik dojrzał możliwość upieczenia własnego udźca - jest
                                                    wsypa, jest problem.
                                                    - To powiedzcie, przyznajcie, wyjaśnijcie ... - naiwność Członka aż biła po oczach.
                                                    - Przecież nie będą donosić na samych siebie - wyrwało się Radnemu.
                                                    - Kazałeś zrobić tę przewałę - Członek oskarżycielsko wyprostował palec.
                                                    - Licz się ze słowami - zachrzął się Szef - nie przewałę, tylko zadanie partyjne.
                                                    - A co to było za zadanie? - słodziutko zainteresował się Członek.
                                                    - Zarządu Szczecina zerwał umowę... - zaczął Zastępca patrząc błagająco w oczy
                                                    Szefa.
                                                    - Nasi ludzie zrobili to, czy tak?
                                                    - Tak, tak, przecież wszyscy wiedzą, że tak.
                                                    - Kolektyw nam się rozlatuje - na boku mruknął Radny.
                                                    - No to coś trzeba zrobić...
                                                    - Nic nie trzeba - Szef wyraźnie zajął stanowisko - to była jedynie błędna decyzja.
                                                    - Wygląda na to, że jest dobrze - po raz pierwszy naprawdę przejął się Członek.
                                                    - Nic nie zrobimy - okopywał się Szef - i to będzie obrona ludzi oddanych naszej
                                                    partii.
                                                    - Tak jest, naszych najlepszych ludzi - potwierdził Zastępca - którzy nie wahali
                                                    się zaryzykować swoich karier dla dobra.
                                                    - Przewalili miasto na dziesięć milionów - jakoś dziwnie powiedział Członek.
                                                    - Dziewięć i pół - wyprostował Zastępca.
                                                    - To była jedynie błędna decyzja - wypowiedź Szefa była ostateczna.
                                                    - O ile wiem, prokuratura... - Członek chciał coś powiedzieć...
                                                    - Najważniejsze bowiem, że nie było tu korupcji - poparł go Zastępca.
                                                    - Najważniejsza jest niezachwiana jedność kolektywu, wzajemne poparcie i
                                                    sojusznicza dyscyplina - Szef do czegoś dążył.
                                                    - I dobre imię - wsparł go Zastępca.
                                                    - Tak jest. I nie ma żadnych kłopotów! Zrozumiano? - zakończył Szef. Bo jak się
                                                    okazało, dążył do końca mininarady.
                                                  • germanus HH 3 20.12.04, 20:29
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    HH 3

                                                    - A mimo to Hamburg może się podobać - stwierdził nagle Druwice.
                                                    - Jak to?
                                                    - A dokładniej niektóre jego dzielnice.
                                                    - Zgadza się - potwierdził Doradca - Wandsbek jest całkiem OK..
                                                    - I Rahlstedt, i Farmsen, i Sasel - dodał Naczelnik - takie spokojne
                                                    mieszkaniówki, wprost urocze - niemal się rozmarzył.
                                                    - I nadjeziorne Ulen Horst, i Rotherbaum...
                                                    - I nowoczesne City Nord...
                                                    - I lotnisko jest w porządku...
                                                    - I Stadtpark i Oejendorfer Park ...
                                                    - A nade wszystko Planten un Blomen, cudowne...
                                                    - Zapełnie nie wiem, o czym mówicie... - zaniepokoił się Druwice.
                                                    - O ładnych dzielnicach.
                                                    - Ładna dzielnica jest tam jedna: Sankt Pauli - wyartykułował opinię Druwice.
                                                    - Trzeba było tak od razu - wpadł mu w słowo Naczelnik.
                                                    - No, no, koniecznie trzeba iść wieczorkiem... - dodał Doradca.
                                                    - Właśnie, na tej głównej, jak jej tam, ... no... - zaciął się Druwice.
                                                    - Reperbahn... - podpowiedzieli chórem.
                                                    - Właśnie, Leper-pan, to panienki, wicie sami...
                                                    - Nie tylko na głównej - wtrącił Pierwice - na bocznej...
                                                    - Davidstrasse - Doradca wykazał się znajomością szczegółu.
                                                    - ... jest taki teatrzyk...
                                                    - No jasne - zatriumfował Druwice - byliśmy, a jakże...
                                                    - Sztuczki odchodzą...
                                                    - Sztuczki-suczki, koczki-foczki! - naśmiewał się Druwice do oporu.
                                                    - A za bramą?
                                                    - Jaką bramą?
                                                    - Na Herbertstrasse...
                                                    - Ty mi tu nie sztrasuj, tylko mów o co chodzi - niemal zezłościł się Druwice.
                                                    - No, jest brama, damy zostają, panowie wchodzą, jest deptak... - zaczął Doradca.
                                                    - Nadawaj, nadawaj - niepokoił się Druwice.
                                                    - ... są wystawy, na wystawach panienki....
                                                    - Takie?
                                                    - Takie! Niektóre całkiem do rzeczy...
                                                    - No, no...
                                                    - Kotarka zasunięta, panienka zajęta...
                                                    - Eeee...
                                                    - Kotarka odsunięta, negocjujesz cenę...
                                                    - Wygląda zachęcająco...
                                                    - One są bardzo zachęcające. A jak dogadasz, to znikasz za zasłonką.
                                                    - Z panienką?
                                                    - A jakże by inaczej!
                                                    - To jest to, to mi się podoba.
                                                    - To lepsze niż Bałuty, nie? - doradca spróbował podrzucić Druwicego.
                                                    - Mówiliście, że Szczecin bardzo przypomina Hamburg?
                                                    - Mówiliśmy, i co z tego?
                                                    - A gdzie nasz Leper-pan? - zapytał znienacka Druwice.
                                                    - Reperbahn ... - poprawił go Doradca.
                                                    - Jeden czort - zgasił go Druwice - jutro wydaję decyzję.
                                                    - Jaką?
                                                    - Jak to jaką? Budujemy nasze własne Sankt Pauli!
                                                  • swarozyc Re: HH 3 20.12.04, 21:51
                                                    germanus napisał:
                                                    - Jak to jaką? Budujemy nasze własne Sankt Pauli!
                                                    '''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''''
                                                    Z Jacyna-witt jako odzwierna, wozna i porzadkowa w jednej osobie?
                                                  • Gość: Hanka Re: HH 3 IP: *.atlsfl.adelphia.net 20.12.04, 22:18
                                                    Musze uderzyc sie w piers i przeprosic za moj watek pt." drodzy forumowicze ",
                                                    nie docenilam Germanusa . Myslalam ze o MJ i magistracie wszystko juz zostalo
                                                    powiedziane i napisane a tu okazuje sie ze talent Germanusa nie zna granic.
                                                    pozdrawiam z podziwem. Hanka
                                                  • germanus HH 4 21.12.04, 07:26
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    HH 4

                                                    - Omawiałem wczoraj taka jedną koncepcję - powiedział Druwice w powietrze.
                                                    - Ja już jestem na to za stary - odpowiedział Prezydent nie odrywając oczu od
                                                    dwunastego numeru Poradnika Zasłużonego Działkowca PRL.
                                                    - Ale nie taką koncepcję, koncepcję budowy.
                                                    - Mnie w to nie wrobisz.
                                                    - Posłuchałbyś chociaż.
                                                    - Ani nie będę słuchał, ani nie będę budował.
                                                    - Jak chcesz - dość szybko zgodził się Druwice - ale to jest koncepcja na miarę
                                                    drugiej kadencji.
                                                    - Kadencji czego?
                                                    - Nie czego, tylko czyjej! Twojej kadencji.
                                                    - No chyba że tak - Prezydent udał małe odnudzenie - z kim omawiałeś?
                                                    - Nieważne, i tak nie znasz.
                                                    - Pytam, aby udać zainteresowanie.
                                                    - Z twoim doradcą, z kierownikiem Wydziału Zanudzania i z pierwszym zastępcą -
                                                    mimo to Druwice doniósł na rozmówców.
                                                    - Rzeczywiście nie znam - szczerze przyznał Prezydent - jacyś ciekawi ludzie?
                                                    - Nieważne - równie szczerze odpowiedział mu Druwice - ważne, że w wyniku
                                                    omawiania podjąłem decyzję.
                                                    - Tak... - Prezydent wpatrywał się w reklamę nasion malwy w Paradniku Działkowca
                                                    - decyzję czy koncepcję?
                                                    - Budujemy... budujemy drugi Hamburg... - Druwice przed własnymi oczami
                                                    rozciągał marzenia jak watę na choince.
                                                    - To nie budujemy już drugiej Korei?
                                                    - ... zatrudnienie... inwestorzy...
                                                    - Jacy inwestorzy? - zaniepokoił się Prezydent - nie po to walczyłem...
                                                    - Nieważne, jacyś się znajdą...
                                                    - Mają być miejscowi! - Prezydent odwrócił stronę i wlepił oczy w zdjęcie
                                                    omżyna, obsypanego purpowoliliowym kwieciem - piękny... - westchnął.
                                                    - Pewnie, że pięknie - Druwice kuł żelazo - inwestorzy będą głównie z Pomorza.
                                                    Przedniego - dodał po małej chwili.
                                                    - To rozumiem...
                                                    - Nic nie rozumiesz - uściślił Druwice - ale komuś muszę to powiedzieć.
                                                    - To mów - Prezydent odwrócił kolejną kartkę.
                                                    - Aleję Niepodległości przemianujemy na Leper-pan...
                                                    - O tę niepodległość walczyłem...
                                                    - I wywalczyłeś. Już wystarczy - Druwice miał wszystko przemyślane - ze
                                                    wschodniej ściany wszystkie sklepy won.
                                                    - Odszkodowania?
                                                    - Sami pójdą, jak im powiesimy czerwone lampki...
                                                    - Może zielone?
                                                    - Nie mieszaj, cała koncepcja i kolorystyka jest przemyślana pod czerwone -
                                                    Druwice nie zwalniał ani na chwilę - a na Tkackiej deptak.
                                                    - Dobre miejsce - przyznał Prezydent - że też ja na to nie wpadłem!?
                                                    - Wystarczy, że wpadłeś na mnie - zanucił cicho Druwice - męski deptak.
                                                    - Jest równouprawnienie. Moja żona na pewno będzie chciała tam pójść.
                                                    - Na pewno nie będzie chciała tam pójść - zapewnił go Druwice - sam zobaczysz.
                                                    - Paniom wstęp zabroniony?
                                                    - A na Łaziebnej teatrzyk...
                                                    - Tam jest szkoła muzyczna!
                                                    - A szkoła do Starej Rzeźni!
                                                    - Piękna koncepcja - pochwalił Prezydent i z powrotem przewrócił kartkę, bo
                                                    zauważył, że wciągając się w nieistotne problemy miasta nie podjął decyzji co do
                                                    krzewu - a może raczej rokitnik? - pomyślał.
                                                    - Dzięki naszej unikalnej czerwonej dzielnicy rozsławimy imię miasta - Druwice
                                                    nadawał siłą rozpędu.
                                                    - Przydałaby się nowa nazwa - dorzucił Prezydent.
                                                    - Nazwa już jest - Druwice tylko na to czekał - wymarzona, nawiązująca,
                                                    podchwytliwa...
                                                    - No, no...
                                                    - Równie dobra jak sam Sankt Petersburg...
                                                    - No?
                                                    - Ale lepsza...
                                                    - No!!!
                                                    - Sankt Georg - Druwice wyrzucił z siebie z prawdziwym nabożeństwem i opadł
                                                    wyczerpany na fotel.
                                                    Prezydent przewrócił kartkę Poradnika Działkowca PRL i pomyślał, że najlepiej
                                                    komponowałby się janowiec angielski.
                                                    - Tak, jeszcze to przemyślę - mruknął.
                                                  • Gość: Hanka Re: HH 4 IP: *.atlsfl.adelphia.net 21.12.04, 22:36
                                                    Rozmowka slicznosciowa , oddaje sedno manipulacji glupkiem.
                                                    Czy Sankt Georg to na czesc .. . Grzesia ???
                                                    Pozdrawiam HH ichoczac. Hanka
                                                  • germanus HH 5 22.12.04, 04:26
                                                    Rozmówki Szczecińskie

                                                    HH 5

                                                    - Ale dlaczego Sankt Georg? - Doradca podskoczył w powietrze.
                                                    - A dlaczego nie? - odpowiedział pytaniem Druwice.
                                                    - On o niczym nie wie - podpowiedział Naczelnik.
                                                    - A niby był w Hamburgu! - zaśmiał się Pierwice.
                                                    - Jak był na Sankt Pauli, to był w Hamburgu - podsumował Doradca - proste, nie?
                                                    - Nawet to widzę - rozluźnił się Naczelnik - języka nie posiada...
                                                    - Bo niby skąd - domyślnie dorzucił Doradca.
                                                    - Na Wumlu takich głupot nie uczyli...
                                                    - Gospodarze nie zaprowadzili - Pierwice podchwycił styl.
                                                    - Bo miejsce lekko wstydliwe...
                                                    - A jak Dru sam coś wymyśli - dobił go Doradca - to tylko łzy zrywać.
                                                    - To na cześć naszego wielkiego prezydenta - Druwice zameldował dumniej niż
                                                    szlemika w bez atu.
                                                    - Czyżby?
                                                    - Georg to Jerzy...
                                                    - Jesteś pewien?
                                                    - A Jerzy to Jurek...
                                                    - I trafił kulą w Preza!
                                                    - Powiedzcie, chłopaki, o co tu chodzi - dziwnie proszącym głosem rzucił Druwice.
                                                    - A przejść się do Hansaplatz to nie łaska?
                                                    - Lekko na wschód od dworca...
                                                    - Tylko dwieście metrów Steindammem...
                                                    - A po drodze ... sklepiki...
                                                    - No, no, a w półpiwnicach małe kina...
                                                    - A w kinach kabinki...
                                                    - A na tej bocznej...
                                                    - Właśnie, Bremer Reihe...
                                                    - Fajnie, że przypomniałeś, bo ze łba mi wyszło.
                                                    - Tuż koło Steintorweg, nie?
                                                    - Tam to się dzieje!
                                                    - Jasne nikomu nie przepuszczą...
                                                    - A jakie napastliwe są...
                                                    - Oj, są...
                                                    - Powie mi ktoś wreszcie, o co tu chodzi - krzyk Druwicego pokazał, że znalazł
                                                    się on na granicy wytrzymałości.
                                                    - To taka dzielnica - odpowiedział Doradca cicho.
                                                    - Nieco czerwona, nieco różowa... - dodał Naczelnik.
                                                    - Nieraz trudno przejść...
                                                    - Ale ogólnie oni są bardzo szczęśliwi...
                                                    - I nastrojowi...
                                                    - No, no, lubię, jak się obejmują...
                                                    - I jak się całują - dodał Doradca - to jest super widok...
                                                    - Buźka, ślinka,...
                                                    - Powie mi ktoś wreszcie!?!? - zawył Druwice.
                                                    - Sankt Georg to jest dzielnica gejów i lezbijek - powiedział Doradca spokojnie.
                                                    - Nie! Tylko nie to! - Druwice opadł bezradnie na fotel.
                                                    - Ale o co chodzi? - małodomyślnie spytał Naczelnik.
                                                    - Jestem skończony... - mamrotał Druwice.
                                                    - Według mnie to Dru od prawie roku jest skończony - zapodał Doradca.
                                                    - Mam pomysł! - Druwice skoczył tak, jakby po raz pierwszy od prawie roku
                                                    wytrzeźwiał - to Preza przekona.
                                                    - Tobie, Dru, nic już nie pomoże - mimo to zapewnił go Doradca.
                                                    - Nazwiemy naszą czerwoną dzielnicę... - zawiesił głos w oczekiwaniu aplauzu -
                                                    Sankt Marian.
                                                  • absztyfikant Re: HH 5 22.12.04, 05:59
                                                    WOW! Nie traktuj tego Germanusie jako tanie pochlebstwo, ale zawylem ze
                                                    smiechu! Dziekuje!
                                                  • germanus Wigilia 22.12.04, 23:03
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Wigilia

                                                    Prezydent postał chwilę samotnie.
                                                    - Piękny dzionek... - zagadnął pierwszą przechodzącą Osobę.
                                                    - Niewątpliwie - odpowiedziała Osoba i szybko się oddaliła.
                                                    - ... a właściwie wieczorek ... - dokończył półgłosem.
                                                    - Ja nie mam z nim nic wspólnego - zapewnił go kolejny Przechodzień nawet na
                                                    chwilę nie zwalniając kroku.
                                                    - Ludzie zbliżają się do siebie... - mówił dalej Prezydent obserwując tłumek.
                                                    Spora pustka wokół Prezydenta powiększyła się nieco.
                                                    - W takich momentach - zamruczał - czuję bliskość...
                                                    - ... czuję braterstwo... - rozglądał się.
                                                    - ... czuję potrzebę bycia z ludźmi... - zrobił krok w kierunku tłumku.
                                                    - Prawda, jak my tu wszyscy razem... - znów zagadał przechodzącego Przedstawiciela.
                                                    - Prawda - odpowiedział Przedstawiciel i się odłączył.
                                                    Prezydent zdecydował się na poważny krok.
                                                    - W takich chwilach nikt nie powinien być samotny, prawda, Księże Biskupie -
                                                    powiedział Prezydent prosto i szczerze.
                                                    - Arcybiskupie - zapewne bez chęci zrobienia mu przykrości poprawił go Arcybiskup.
                                                    - Przecież to wszystko jedno - mruknął Prezydent.
                                                    - Niech dobry Bóg ma magistrat w swej wszechmocnej opiece - pobłogosławił dobrym
                                                    słowem Arcybiskup i odwrócił się w kierunku Redaktora.
                                                    - Widzisz, Wojo, jak my tu jak bracia, tak razem, nie to co dawniej - Prezydent
                                                    przybliżył się do kolejnego kółeczka.
                                                    - Prez, już czas - szepnęła z boku Rzeczniczka.
                                                    - Co, co?
                                                    - Czas zacząć - podszeptywała - goście czekają.
                                                    - A muszę?
                                                    - Może głodni?
                                                    - Ty zawsze masz rację, głodnego nakarmić - złapał podsunięty mikrofon.
                                                    - Dziękuję, że nie zlekceważyliście władz miasta - podziękował Prezydent za
                                                    obecność.
                                                    - Kto mu to napisał? Ty? - zapytał Redaktor Rzeczniczkę.
                                                    - Jego własna inicjatywa...
                                                    - Żałosne.
                                                    - Nie trać nadziei, dopiero się zaczyna...
                                                    - Jeszcze kilka lat temu byliśmy przeciw sobie... - ciągnął Prezydent.
                                                    - Ja nie byłem przeciwko tobie - zamruczał Aktor.
                                                    - ... a dzisiaj policjanci, służby bezpieczeństwa, są razem...
                                                    - ... a kiedyś nie byli? - spojrzał Redaktor na Rzeczniczkę.
                                                    - Lepiej posłuchaj dalej...
                                                    - W Szczecinie jest wielu potrzebujących - nawiązując do zastawionych wszelkimi
                                                    smakołykami stołów spojrzał po obecnych.
                                                    - Złomiarze - zauważył Pismak.
                                                    - Niezłe żarełko - otwarcie przyznał Prezes.
                                                    - Będziemy dla nich budować wielką halę ... - Prezydent zaczął przedstawiać
                                                    program wyborczy.
                                                    - Choć jeszcze nie ma planów - wtrącił Architekt.
                                                    - ... i aquapark...
                                                    - To mi wygląda na czarną magię - skrytykował kulturalnie Architekt.
                                                    - I jeszcze jest mi wstyd, że szczecinianie muszą jeździć do innych miast, by
                                                    szukać pracy...
                                                    - Tego się po nim nie spodziewałem - z niejakim podziwem powiedział Radny.
                                                    - ... ale na wyroki boskie nic się nie poradzi...
                                                    - Ty sobie Bogiem gęby nie wycieraj - Radny skomentował na tyle głośno, że aż
                                                    Arcybiskup odchrząknął.
                                                    - Wierzę...
                                                    - Co on dzisiaj z tą wiarą? - Urodziwy Junior wyraźnie czuł się poruszony.
                                                    - ...iż zebrani na sali, działając wspólnie, mogą zrobić wiele dobrego dla
                                                    rozwoju miasta - Prezydent publicznie wyłożył swe credo.
                                                    - A co ty zrobiłeś dla miasta? - zapytał Pismak na tyle głośno, że ściągnął na
                                                    siebie nieco spojrzeń.
                                                    - Wystarczy, jak nie będziesz blokował inicjatyw społecznych - nieco głośniej
                                                    dopowiedział Architekt.
                                                    - Najlepiej zrezygnuj...
                                                    - Albo chociaż siedź cicho na działce...
                                                    - I jeszcze zwolnij Druwicego...
                                                    - Po pierwsze, nie przeszkadzaj...
                                                    - Tego pewnie Prez się nie spodziewał - Redaktor otwarcie powiedział do Rzeczniczki.
                                                    Ale zapatrzony w swoją nieomylność Prezydent nie słuchał nikogo i niczego.
                                                    - Wszyscy odpowiadacie za szczecińską rację stanu - naznaczył każdego obecnego.
                                                    Na takie dictum wszyscy zamilkli.
                                                    Każdy obecny zastanawiał się, jak uniknąć zbiorowej odpowiedzialności za grzechy
                                                    niepopełnione. Niektórzy nawet zerkali w stronę Biskupa (Arcy), ale Arcy nie
                                                    dawał się sprowokować tanimi gestami.
                                                    - Spokoju, miłości i wyciszenia - w tym rozgardiaszu Pierwice przejęła mikrofon
                                                    i pożyczyła gościom.
                                                    Prezydent zrobił krok w kierunku stołów, ale...
                                                    Pierożki wyszły z grzybków, a ciasta z kapusty.
                                                    Teatr jednak się ostał.
                                                  • Gość: Hanka Re: Wigilia IP: *.atlsfl.adelphia.net 23.12.04, 02:40
                                                    Skoro absztyfikant zawyl.. to ja zaskowyczalam i zanieoddychalam z podziwu.
                                                    pozdrawiam przed-wigilijnie. Hanka
                                                  • germanus Nowy Rok 31.12.04, 23:30
                                                    Rozmówki szczecińskie

                                                    Nowy Rok

                                                    - Jeśli mnie wzrok nie myli - Druwice drętwo spojrzał na zegarek - to chyba
                                                    minęły święta.
                                                    - Chyba tak - jakby potwierdził Prezydent.
                                                    - To ja wam powiem prawdę - zniżył się do ich poziomu profesorowy Marszałek -
                                                    jest już pięć dni po świętach.
                                                    - Pięć dni mówisz! - podskoczył Wojewoda - jak ta wóda leci...
                                                    - Jak czas, kochany - Poseł czuł przewagę wszystkiego nad wszystkimi - jak czas.
                                                    - No to chyba koniec się zbliża - Marszałek sposobił się do misji.
                                                    - Koniec czego? - niespodzianie skoczył Poseł.
                                                    - Ale cię użądliło! - otwarcie ucieszył się Druwice - koniec twego posłowania!
                                                    - Wybory niby ustalone - rzekł ociągająco Wojewoda - ale nie na pewno.
                                                    - I twego też! - nie przestawał cieszyć się Druwice.
                                                    - O co tu chodzi? - Prezydent jak zwykle nie łapał.
                                                    - Będą wybory, zdejmują ich - wyjaśnił niechętnie Marszałek.
                                                    - To nas też? - Prezydent trwożnie spojrzał na Druwicego.
                                                    - Nas nie - powiedział Druwice tak, że widać było, jak bardzo nie chce niczego
                                                    Prezydentowi powiedzieć.
                                                    - Marsz, a ciebie? - coraz bardziej niespokojnym głosem drążył Prezydent.
                                                    - Jeszcze nie wiadomo - zaryzykował Marszałek - to zależy od ordynacji.
                                                    - Jakiej ordynacji? Czytałem kiedyś o ordynacie...
                                                    - Wyborczej - Poseł nie wiedział, co robić.
                                                    - Gazety? - Prezydent był bliski paniki - to gazety teraz robią wybory?
                                                    - Prez, daj spokój - Wojowoda poczuł się w obowiązku poklepać go po spracowanych
                                                    w spawalnictwie plecach - tobie nic nie grozi.
                                                    - Rozumiesz, to nas zdejmują - wyjaśnił Poseł z ledwo ukrywanym obrzydzeniem.
                                                    - Takich porządnych ludzi, to wywożą - Prezydent był bliski płaczu.
                                                    - Prez, nikt ich nie wywozi - Druwice był bliski użyć całego swego wpływu na
                                                    Prezydenta.
                                                    - Sami mówiliście, że zdejmują - Prezydent był jednak nieczuły - a taczki
                                                    chociaż czyste?
                                                    - Taczki czyste - rzekł szybko Marszałek ogarniając wzrokiem towarzystwo - sam
                                                    sprawdzałem.
                                                    - To kto mnie teraz będzie wspierał?
                                                    - I kadził?
                                                    - I podrzucał?
                                                    - I upewniał?
                                                    - I zachwalał?
                                                    - I poklepywał?
                                                    - O czym wy wszyscy mówicie? - Prezydent był bliski zrozumienia poważnej
                                                    sytuacji osobistej.
                                                    - Prez, nieważne - profesorskiego serca Marszałek zamyślił oszczędzić Prezydenta
                                                    - będzie dobrze.
                                                    - Wiecie co? - Prezydent jak zwykle wiedział, co robić - zastrajkujmy!
                                                    - Tiaaa... - nikt nie wiedział, co rzec.
                                                    - Taki protest - Prezydent już snuł wizję - strajkujemy, całe miasto, co ja
                                                    mówię, województwo, stoi, nikt nie pracuje, bo my nie wydajemy decyzji, wszystko
                                                    wstrzymane jak pociągi, prace zawieszone jak suwnice w stoczni, totalny bałagan
                                                    jak w policji, po dwóch dniach przychodzą na kolanach i błagają, dostajemy
                                                    podwyżki, podpisujemy postulaty, zwycięstwo! - zakończył tryumfalnie i spojrzał
                                                    po zakrytych dłońmi twarzach.
                                                    - Prez? - Wojewoda zdecydował się zapytać - wiesz, który rok mamy?
                                                    - Albo chociaż na znak protestu podajmy się wszyscy do dymisji! - Prezydent w
                                                    oczywisty sposób nie kontaktował.
                                                    - Prez, który rok? Rok! - nie dawali za wygraną.
                                                    - Co? Jaki rok?
                                                    - Mamy stary rok - wyjaśnił naukowo Marszałek. I dodał z profesorską
                                                    dokładnością: - Zaraz nadejdzie nowy.
                                                    - No, Prez, idź, wygłoś przemówienie, a potem dobrze się wyśpij - Poseł podsunął
                                                    mu program działania.
                                                    - Zawsze dobrze spię - pochwalił się Prezydent.
                                                    - To teraz wyśpij się nawet lepiej - Wojewoda wpadł w temat.
                                                    - Bo w poniedziałek podajesz się do dymisji - kontynuował Poseł.
                                                    - Tylko nie to! - zaprotestował Druwice.
                                                    - My wszyscy, prawda? - resztką sił upewniał się Prezydent wypychany za drzwi
                                                    magistratu.
                                                    - Jeszcze nie zgłupiałem, by się pozbawiać takiego dochodu... - powiedział
                                                    Wojewoda szczerze.
                                                    - Ani wpływów...
                                                    - Ani kontaktów...
                                                    - Szkoda, że Pierdama nie kandyduje - zauważył pieszczoszek Wojewoda..
                                                    - Ale mamy jeszcze sześć miesięcy - przytomnie policzył Poseł.
                                                    - Właśnie! Szczęśliwego Pół Nowego Roku - wznieśli toast.
                                                    - A ja? - zaskowyczał Druwice.
                                                    - Ty? - spojrzał na niego Marszałek - może wreszcie skończysz tam, gdzie twoje
                                                    miejsce.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka