martvica
16.01.05, 16:09
Studiuję ogrodnictwo. Warzywnictwo, dodajmy. A ponieważ uwielbiam jedzenie, w
koncu musiałam się 'zgadać' z resztą mojej grupy. No i... jak w temacie.
Jestem w stanie pojąć, że mój wegetarianizm jest dla nich nie do zrozumienia,
bo powiedzmy że to 'wina' pochodzenia - małe miasteczka, wsie, środowiska
generalnie raczej rolnicze. Jestem w stanie pojąć, że nie smakowały im kotlety
sojowe, bo co się okazało: 'a czym przyprawiałeś?' 'No jak mięsne, pieprzem i
solą' ?? takie to też by mi nie smakowały, ale mięsa przprawionego wyłącznie
pieprzem i solą to nawet za wszystkozernych czasów bym nie tknęła. Tak bez
żadnych ziół czy choćby czosnku? Błe. Ohyda...
Nie jestem w stanie zrozumieć, że oni w sporej części NIGDY nie jedli
brokułów. Przecież to jest na tyle powszechne warzywo, ze da sie je kupić
wszędzie, niektórzy to nawet uprawiają w gospodarstwach, ale tylko na
sprzedaż. A teraz mieszkają w Krakowie, gotuja sobie sami i nawet nie maja
ochoty spróbować... O soczewicy czy ciecierzycy, albo oberżynie to juz nie ma
co wspominać:/ Jak mi wyznał jeden z kolegów (i sporo osób go poparło) 'dla
mnie to by wystarczyła kapusta, marchewka, cebula i pomidory, reszta nie jest
potrzebna'.
I tak na koniec: rozmawiałam z koleżanką o sałatkach i zimie, poskarżyła się
że teraz to sałata taka zwiędnieta jest, więc poradziłam jej kapustę pekińską.
Zero zrozumienia, pustka w oczach i pytanie: 'Ty... a jak to wygląda?'
I tym smutnym akcentem...
pozdrawiam ciepło
martva