Dodaj do ulubionych

studia nie w Polsce/emigracja

15.05.09, 20:14
Witajcie,

Kilka z naszych lobbystek mieszka i studiuje poza granicami Polski. Ja także
rozważam poważnie taką możliwość, ale ciekawią mnie Wasze doświadczenia w tym
zakresie? Co można stracić przez taki wyjazd, co można zyskać? Ile z Was
poradziło sobie z tęsknotą i samotnością? Czy naprawdę studiowanie na dobrej
uczelni np. w UK daje większe możliwości? Teorię znam, ale to wciąż teoria.
Obserwuj wątek
    • tfu.tfu Re: studia nie w Polsce/emigracja 15.05.09, 21:01
      tęskniłam WYŁĄCZNIE za ogórkami małosolnymi, samotna sie nie czułam, miałam
      najfajniejszych sąsiadów na świecie :) polecam! to rewelacyjne doswiadczenie :)
      teraz czasem tęsknię za Glasgow! (staram się nie używac autobusów, bo mi się
      zawsze zatęskni :P po stolnicy pomykam tramwajami ;))
    • ja_joanna Berlin 15.05.09, 21:28
      Hej maszo.s,

      ja wyjechałam na studia do Niemiec w 2003 i jeszcze ich nie
      skończyłam, więc trudno mi powiedzieć, czy jest przewaga dyplomu
      zagranicznej uczelni na dyplomem z Polski.

      Same studia tutaj (Berlin, informatyka) uważam za lepsze niż w
      Polsce (byłam semestr na politechnice w PL na tym samym kierunku),
      pod wieloma względami. Mogę sama układać sobie plan zajęć i
      zdecydować, jakie zajęcia mnie interesują (poza pierwszymi dwoma
      latami studiów, kiedy jest cały zestaw zajęć obowiązkowych). Mogę
      sama decydować o tym, do których egzaminów chcę podejść w danym
      semestrze i nikt mi nie każe się tłumaczyć, jeśli np. nie podejdę do
      żadnego. Oczywiście to wszystko ma swoje wady, są ludzie, którzy
      potrzebują czasem bata nad głową, żeby iść do przodu ;-)

      Ale są też zalety - można spokojnie pracować w trakcie studiów i
      wtedy je sobie trochę przedłużyć.

      No i to wszystko to jest piękna teoria. Ja osobiście miałam i mam
      duży problem z dostosowaniem się do obcej mentalności. Od początku
      wiele rzeczy tutaj negowałam i cały czas jeszcze trudno mi
      przychodzi zintegrowanie się z tutejszą społecznością. Wydaje mi się
      teraz już trochę z perspektywy czasu, że to jest ważne, żeby
      spróbować się otworzyć od początku. Jak będzie się miało swój krąg
      znajomych na miejscu to też zaraz będzie łatwiej. Ja od bardzo dawna
      już marzę o powrocie do Polski, aczkolwiek na razie jeszcze zostało
      mi sporo studiów do ukończenia, bo z powodu problemów zdrowotnych
      (częściowo zapewne spowodowanych właśnie niedopasowaniem do tego
      miejsca tutaj) od kilku semestrów nie podeszłam do żadnego egzaminu.

      Czytałam ostatnio artykuł w "Charakterach" o emigracji (duża część
      numeru była poświęcona tej tematyce) i tam było napisane, że
      (przytaczam w uproszczeniu) albo się człowiek na emigrację nadaje
      albo nie. Dużo zależy od charakteru. I ja po tych sześciu latach
      tutaj mogę powiedzieć, że się z tym zgadzam. Oczywiście, że jest to
      pewien rodzaj uogólnienia. Ale są osoby, które w obcym środowisku,
      języku, mentalności, kulturze czują się jak ryba w wodzie, a są
      takie, którym to po prostu nie pasuje i potrzebują znanego sobie
      środowiska, rodziny, przyjaciół, swojego ojczystego języka, kultury,
      w której dorastali.

      Mieszkanie za granicą ma wiele zalet (w moim przypadku, bo nie mogę
      tego uogólniać na innych czy inne kraje, których nie znam). Po
      latach cenię sobie bardzo różne aspekty bycia tutaj, np. niemiecką
      dokładność i biurokrację, bo oprócz tego, że produkuje to mnóstwo
      papierów to jednak ma tą zaletę, że w 95% przypadków wiem, na czym
      stoję i jestem dostatecznie poinformowana ;-)

      Tęsknota za ojczyzną i rodziną daje się we znaki, mi przynajmniej,
      szczególnie, że pociągiem stąd do Gdańska jedzie się min. 8 godzin,
      a raczej 9-10, więc trzeba przeznaczyć na to cały dzień, czyli w
      ciągu semestru praktycznie nie mam możliwości "wyskoczyć na
      weekend", samolotowego połączenia nie ma.

      Co można zyskać? Na pewno można się sprawdzić i psychicznie
      wzmocnić. Wielkim plusem jest moim zdaniem dogłębne poznanie języka
      i nabycie swobody w posługiwaniu się nim. Na pewno dużo daje też
      spojrzenie na różne życiowe aspekty z innej perspektywy (innej
      kultury czy organizacji), można może bardziej krytycznie podejść do
      tego, co się widzi w ojczyźnie. Albo zmienić podejście do czegoś na
      takie, którego się wcześniej nie znało, a tu się poznało i okazało
      się ono być lepsze niż stary nawyk na przykład.
      A tak jeszcze bardziej w kontekście studiów: myślę, że przynajmniej
      tu w Niemczech kładzie się na studiach duży nacisk na naukowy aspekt
      uczelni, to jest ciągle obecne. W Polsce nie miałam takiego
      wrażenia. Tu dużo się mówi o badaniach, wkładzie w naukę itp. Zwraca
      się dużą uwagę np. na to, żeby zawsze podawać źródło wiedzy, spis
      literatury użytej w pracy itp. I to nie tylko przy pracach
      dyplomowych czy doktorskich, ale też przy najprostszych pracach
      seminaryjnych czy prezentacjach.

      Samo studiowanie jest bardzo przyjemne, miałam szczęście trafić na
      studia w nowowybudowanym kampusie, także same budynki już cieszyły
      oko :-)

      I coś o czym ostatnio dyskutowałyśmy z koleżankami z Polski - moim
      zdaniem (i ich też) jest tu o wiele lepszy dostęp do literatury.
      Biblioteki są tak zorganizowane, że książki stoją na półkach w
      czytelni, można je sobie po prostu brać z półek (oczywiście są
      terminale, na których można też książki wyszukiwać i stanowisko
      informacji, gdzie bibliotekarze pomagają w wyszukiwaniu literatury)
      i czytać na miejscu, a jeśli chce się jakąś wziąć do domu to się
      idzie do odpowiedniego stanowiska z legitymacją i wypożycza do domu
      na 3 tygodnie (można kilka razy przedłużać o taki właśnie okres,
      maks 80 dni bodajże). Czyli nie ma - u nas na uczelni - czegoś
      takiego jak magazyn i wypisywanie sygnatur na karteczkach wręczanych
      pani, która przynosi książkę z magazynu. Można sobie książki oglądać
      przed wypoożyczeniem i obejrzeć też wszystkie inne z tej samej
      półki, czasem znajdzie się coś bardziej odpowiedniego.
      Ale są też duże publiczne biblioteki (płatne), gdzie są ogromne
      magazyny oprócz ogromnych czytelni.
      A co do naszej czytelni biblioteki nauk przyrodniczych (do których
      zalicza się informatyka...) to jest tam mnóstwo stanowisk, każde
      przystosowane do podłączenia laptopa, z lampką, internetem itp. Są
      ludzie, którzy w bibliotece siedzą od rana do wieczora :-)

      Hmm, nie wiem, co Ci jeszcze opowiedzieć. Może jak Ci coś przyjdzie
      do głowy to pisz.
      • quleczka Re: Berlin 15.05.09, 23:33
        >Mogę sama układać sobie plan zajęć i
        >zdecydować, jakie zajęcia mnie interesują (poza pierwszymi dwoma
        >latami studiów, kiedy jest cały zestaw zajęć obowiązkowych).

        Nie wiem na ktorej politechnice w Polsce probowalas ale w Wawie wyglada to
        dokladnie tak samo z tym, ze nawet mniej niz 2 lata sa tych obowiazkowych, a
        pozniej kazdy robi co chce i kiedy chce :)

        > Ale są też zalety - można spokojnie pracować w trakcie studiów i
        > wtedy je sobie trochę przedłużyć.

        To samo u nas :)

        Ja zaczelam wczesniej niz 2003 i nadal nie mam dyplomu ;)

        Na pewno sa roznice bo sila rzeczy inny jezyk, inna kultura, inni ludzie,
        odleglosc od domu, wieksza samodzielnosc i czasem pewnie tez odrobina samotnosci
        i tak dalej... ale roznice jesli chodzi o studia, szczegolnie takie jak
        informatyka coraz bardziej sie zacieraja, wiem bo tez mialam okazje porownac
        Polske i inny kraj :)

        Co do odleglosci to dla pocieszenia powiem, ze ja do Gdanska tez mam przynajmnie
        8-9h, wiec jakbys wybrala zamiast Niemiec np. Politechnike Slaska to czas
        dojazdu bylby ten sam ;)
        • smallfemme PW 16.05.09, 00:11
          Ja chętnie podpytałabym Cię quleczko o to co studiujesz na Polibudzie tylko nie wiem czy śmiecić wątek maszy, czy założyć nowy...
        • ja_joanna Re: Berlin 16.05.09, 12:46
          quleczka napisała:

          > >Mogę sama układać sobie plan zajęć i
          > >zdecydować, jakie zajęcia mnie interesują (poza pierwszymi dwoma
          > >latami studiów, kiedy jest cały zestaw zajęć obowiązkowych).
          >
          > Nie wiem na ktorej politechnice w Polsce probowalas ale w Wawie
          wyglada to
          > dokladnie tak samo z tym, ze nawet mniej niz 2 lata sa tych
          obowiazkowych, a
          > pozniej kazdy robi co chce i kiedy chce :)

          Na Politechnice Gdańskiej. Jest stały plan zajęć na każdy semestr, w
          określonych grupach. Mój brat teraz studiuje na tym samym wydziale,
          na którym ja byłam i też tak ma.

          > > Ale są też zalety - można spokojnie pracować w trakcie studiów i
          > > wtedy je sobie trochę przedłużyć.
          >
          > To samo u nas :)

          No to bardzo fajnie, ja mogę tylko mówić o doświadczeniach, które ja
          miałam, a były takie, że nie byłoby szans na pracę poza studiami, bo
          zajęcia były przez cały dzień i w każdym semestrze były do
          zaliczenia konkretne przedmioty. Nie byłoby gdzie wcisnąć pracy.
          Z tego, co wiem, to się niewiele w tej kwestii zmieniło, ale może
          się mylę.

          > Ja zaczelam wczesniej niz 2003 i nadal nie mam dyplomu ;)

          :-)

          > Na pewno sa roznice bo sila rzeczy inny jezyk, inna kultura, inni
          ludzie,
          > odleglosc od domu, wieksza samodzielnosc i czasem pewnie tez
          odrobina samotnosc
          > i
          > i tak dalej... ale roznice jesli chodzi o studia, szczegolnie
          takie jak
          > informatyka coraz bardziej sie zacieraja, wiem bo tez mialam
          okazje porownac
          > Polske i inny kraj :)

          A gdzie studiowałaś, jeśli mogę spytać?
          Cieszę się bardzo, jeśli różnice się zacierają. Te sześć lat temu
          różnica była dla mnie ogromna. Jak zaczynałam to jeszcze nie byliśmy
          w Unii i to też była duża różnica, bo o miejsce na studiach musiałam
          konkurować z obcokrajowcami z całego świata (kilka miejsc dla
          obcokrajowców vs. reszta miejsc dla Niemców i osób z pozostałych
          krajów Unii).

          > Co do odleglosci to dla pocieszenia powiem, ze ja do Gdanska tez
          mam przynajmni
          > e
          > 8-9h, wiec jakbys wybrala zamiast Niemiec np. Politechnike Slaska
          to czas
          > dojazdu bylby ten sam ;)

          No to prawda, różnica między Berlinem a Śląskiem jest taka, że na
          Śląsku też czułabym się mimo wszystko jak u siebie. Polski język,
          polska kultura, polskie sklepy itp...

          Pozdrowienia,

          Joanna
          • skrzydlasta Re: Berlin 17.08.09, 22:56
            > > Co do odleglosci to dla pocieszenia powiem, ze ja do Gdanska tez
            > mam przynajmni
            > > e
            > > 8-9h, wiec jakbys wybrala zamiast Niemiec np. Politechnike Slaska
            > to czas
            > > dojazdu bylby ten sam ;)
            >
            > No to prawda, różnica między Berlinem a Śląskiem jest taka, że na
            > Śląsku też czułabym się mimo wszystko jak u siebie. Polski język,
            > polska kultura, polskie sklepy itp...

            Mieszkając w Gliwicach studiowałam w Toruniu. Pociągiem (minimum jedna
            przesiadka) to było właśnie 8 - 9 godzin (o ile nie było po drodze problemów z
            pociągiem, zimą były zawsze). Przez 6 lat nie byłam w stanie polubić toruńskiego
            pieczywa (sprawdzałam każdą piekarnię). Gdy po 2 latach przywiozłam do Torunia
            auto od razu miałam zamki zmasakrowane (bo lokalni musieli mi pokazać, że jestem
            obca - obce rejestracje) i auto warte jakieś 500 zł stało na parkingu strzeżonym
            (po -nastej wymianie zamków przestałam wierzyć, że w ogóle może się to skończyć,
            a po przeprowadzce w inne miejsce i próbie zostawienia auta na noc na normalnym
            parkingu zabawa zaczęła się od nowa).
            Z całej tej opowieści wniosek jest jeden - można czuć się obco i mieć daleko do
            domu nawet studiując w Polsce.
        • pierwszalitera Re: Berlin 16.05.09, 14:10
          quleczka napisała:

          > >Mogę sama układać sobie plan zajęć i
          > >zdecydować, jakie zajęcia mnie interesują (poza pierwszymi dwoma
          > >latami studiów, kiedy jest cały zestaw zajęć obowiązkowych).
          >
          > Nie wiem na ktorej politechnice w Polsce probowalas ale w Wawie wyglada to
          > dokladnie tak samo z tym, ze nawet mniej niz 2 lata sa tych obowiazkowych, a
          > pozniej kazdy robi co chce i kiedy chce :)

          Wiele zależy od tego, jak definuje się dowolność, bo dla niektórych "każdy robi co chce i kiedy chce" znaczy, że jakieś zajęcia dla danego semestru proponowane są na przykład w poniedziałek o ósmej rano, albo w piątek o 19 wieczorem i ma się możliwość wyboru. ;-) Na niemieckiej uczelni sprawa wygląda troszkę inaczej. W moim przypadku było tak, że na początku trzeba było wziąć w łapkę regulamin studiów, zobaczyć ile zaliczeń potrzebnych jest zapisania się do egzaminów końcowych, sprawdzić czy istnieją jakieś przedmioty obowiązkowe i całkiem samodzielnie rozpisać sobie plan studiowania. W każdym semestrze proponowane były jakieś zajęcia, ale bez wskazań dla którego semestru, dlatego mogłaś zapisać się na nie w pierwszym, albo w czwartym semestrze, zupełnie jak ci pasowało. Niektóre były hierarchiczne, nie poszło się w jakimś semestrze na podstawowe, trzeba było czekać długo, aż się powtórzą i dopiero później robić resztę. Niektóre inne rzeczy miały sens, gdy robiło się je w danej kolejności, ale nikt nikogo do tego nie zmuszał. To była w pewnym sensie wielka wolność, ale wymagała odrobinę samoorganizacji, bo nikt nie mówił ci co masz robić. Niektórzy już po połowie studiów zaczynali pisać pracę dyplomową, inni czekali na sam koniec i zabierali się do tego po zrobieniu wszystkich zaliczeń. Podobnie praktyki. Potrzebowałam dwie i określony był tylko czas ich trwania, znalezienie miejsca praktyki wymagało własnej inicjatywy, uczelnia nie pomagała w tym ani odrobinę i punkt odbycia praktyki nikogo nie interesował. Miałam semestry, w których chodziłam tylko na cztery godziny zajęć, w innych nadrabiałam, wysłuchując jednocześnie wykładów wprowadzających, pogłębiających i wszystkie możliwe warsztaty w danym przedmiocie. Nie znałam człowieka, który miałby plan podobny do mojego i często spotykało się kogoś na którymś tam semestrze na zajęciach, potem długo nie widziało i znowu gdzieś w jakiejś grupie się na niego napotykało. To było nawet całkiem fajne, bo można było zamienić się doświadczeniami, niepotrzebnymi już skryptami, materiałami, pozamieniać literaturą, albo coś komuś polecić lub odradzić. Czasem zdawało się też razem egzamin, czy nawet umawiało na wspólny punkt zdawania z konkretnego przedmiotu, by móc uczyć się razem. W takiej sytuacji jednak trudno też o konkurencję i możliwość stałego porównania, każdy studiuje tak trochę tylko dla siebie i nie może zbytnio orientować się na innych. Ilość przestudiowanych semestrów nie mówi wtedy za wiele o stopniu zdobytej wiedzy. Wiele zajęć robi się przez to ciekawszych, bo spotykają się tam ciągle różni ludzie, o różnym poziomie wiedzy w różnych dziedzinch, to wpływa bardzo inspirująco.
          • kasiamat00 Re: Berlin 16.05.09, 23:15
            Pierwszalitero, właśnie opisałaś moje studia. Na polskiej, państwowej uczelni.
            Na informatyce i matematyce. I tak, nikt nie miał takiego samego planu jak ja,
            ba, nikt w historii wydziału nie miał takiego samego zestawu zaliczonych
            przedmiotów (bo monografy zazwyczaj się nie powtarzały wcale (wcale oznacza, że
            dany przedmiot odbywał się raz, ew. w cyklu nie częstszym niż 6-8 lat), więc
            byli tam wszyscy zainteresowani z wszystkich lat, zazwyczaj od 3. roku
            licencjackich do 4. roku doktoranckich). Tak, takie ewenementy też się zdarzają.
            Kompleksy słabej uczelni to ja mogę mieć w stosunku do MIT czy CalTechu, ale nie
            do przeciętnego angielskiego czy niemieckiego uniwerku.
            • pierwszalitera Re: Berlin 17.05.09, 00:58
              kasiamat00 napisała:

              > Kompleksy słabej uczelni to ja mogę mieć w stosunku do MIT czy CalTechu, ale ni
              > e
              > do przeciętnego angielskiego czy niemieckiego uniwerku.


              Po pierwsze, to nie wiesz, czy mój uniwersytet należy do przeciętnych, nie testowałaś. A po drugie, to nigdzie nie napisałam, że moje studia były lepsze od polskich. Sorry, ale za czyjeś kompleksy nie odpowiadam. ;-) Nie snobuję się na studia ukończone w Niemczech. Nie dostaję z tego powodu żadnego poklasku, bo żyję w kraju, w którym studiowałam i większość ludzi z wyższym wykształceniem, których mam okazję spotkać w życiu codziennym skończyło jakąś niemiecką uczelnię. Ciekawe, że dopiero w Polsce każda, nawet subtelna inność musi nabierać zawsze jakiejś wartości, zwykle dalekiej od neutralności. Jeżeli nie widzi się powodu by pozazdrościć, to trzeba obowiązkowo ściągnąć w dół. Wygląda na to, że ludzie wracający po zagranicznych studiach do Polski mogą spotykać się nie tylko z zachwytami otoczenia. Na tym chyba ktoś wyruszający w świat też powinien się zastanowić.
              • kasiamat00 Re: Berlin 17.05.09, 14:42
                Słonko, ja tylko stwierdziłam, że tak, w Polsce takie "cuda" jak całkowicie
                samodzielne układanie planu zajęć się zdarzają - wiem, bo sama studiowałam w
                takim miejscu.

                > Wygląda na to, że ludzie wracający po zagranicznych studiach do
                > Polski mogą spotykać się nie tylko z zachwytami otoczenia.

                To chyba oczywiste? Czym się zachwycać? Samym faktem studiowania za granicą? Nie
                żartujmy. Co więcej - nie rozumiem i nie zrozumiem sensu wyjeżdżania za granicę
                po to, aby studiować na słabszej uczelni niż w Polsce. No chyba, że ktoś ma
                plan, aby po studiach zostać tam, dokąd wyjechał albo bardzo chce się wyrwać
                byle dalej od rodziny. Wyjeżdżanie na studia zagranicę, a potem wracanie do
                Polski i liczenie, że ktoś się będzie zachwycał dyplomem, uważam za wybitnie
                śmieszne.
                • pierwszalitera Re: Berlin 17.05.09, 15:21
                  kasiamat00 napisała:

                  > Słonko, ja tylko stwierdziłam, że tak, w Polsce takie "cuda" jak całkowicie
                  > samodzielne układanie planu zajęć się zdarzają - wiem, bo sama studiowałam w
                  > takim miejscu.

                  No to ślicznie dla ciebie. Moi znajomi z liceum studiujący w Polsce mieli mniej szczęścia tego "cuda" doświadczyć. Ale pewnie to jakieś niedorajdy życiowe i wybrali tylko zły uniwerek. ;-)


                  Czym się zachwycać? Samym faktem studiowania za granicą? Ni
                  > e
                  > żartujmy. Co więcej - nie rozumiem i nie zrozumiem sensu wyjeżdżania za granicę
                  > po to, aby studiować na słabszej uczelni niż w Polsce. No chyba, że ktoś ma
                  > plan, aby po studiach zostać tam, dokąd wyjechał albo bardzo chce się wyrwać
                  > byle dalej od rodziny. Wyjeżdżanie na studia zagranicę, a potem wracanie do
                  > Polski i liczenie, że ktoś się będzie zachwycał dyplomem, uważam za wybitnie
                  > śmieszne.

                  No skoro uważasz, że na świecie istnieją tylko dwie uczelnie mogące porównać się do tych słynących z wielkiej sławy polskich, to faktycznie nie ma po co wyjeżdżać. To, że studia w obcym kraju są możliwością perfekcyjnego opanowania języka, wypróbowania swoich umiejętności fachowych i soft skills w odmiennych warunkach, wymiany doświadczeń życiowych, zebrania ciekawych wrażeń, inspiracji i impulsów do samorozwoju oraz doskonałą okazją wyrwania się ze schematu, pewnie nie wpadło ci do głowy. No tak, istnieją ludzie, którym do szczęścia wiele nie potrzeba. ;-)
                • masza.s Re: Berlin 17.05.09, 20:55
                  Problem w tym, że dużo uczelni zagranicą jest, przynajmniej według rankingów,
                  lepszych niż w Polsce. Chcąc studiować jakikolwiek kierunek ścisły ruszałabym
                  zagranicę z jednego powodu - wyposażenie uniwersytetów. Nasze nie dorasta do
                  niemieckiego/angielskiego czy szczególnie amerykańskiego poziomu. Po prostu.
                  • mauzonka wyposażenie uczelni 17.05.09, 21:24
                    Całkowicie się zgadzam i potwierdzam: w krajach, którym dane było uczestniczyć w planie Marshalla wyposażenie uczelni jest tysiąc razy lepsze niż nawet w najlepszych uniwersytetach w Polsce.

                    I nie chodzi tylko o kierunki ścisłe (porównuję np. laby na MIMUWie i laby w K.U.Leuven), ale też humanistyczne. Leuven miało imponująco większe ksiągozbiory i imponująco większy dostęp do elektronicznych baz czasopism naukowych. Porównuję z UW, UMCS-em i U.Szczecińskim, czyli polskimi uczelniami z zasadniczo różnych półek.

                    Całe zaplecze okołostudenckie, czyli kampusy, ośrodki sportowe, "infrastruktura społeczna" to też niebo a ziemia, na niekorzyść Polski, niestety.

                    Dlatego w przeciwieństwie do Kasiamat00 zupełnie rozumiem wybranie podobnej albo gorszej uczelni zagranicznej, zamiast polskiej uczelni lepszej - pod względem obiektywnych osiagnięć studentów. Czasami wcale nie chodzi o poziom, a o atmosferę studiowania czy dostępne możliwości.

                    Mam też wrażenie, że w zachodniej Europie łatwiej o wszelkiego rodzaju stypendia, studia PhD z finansowaniem (u nas? 1000 zł dla 3 najlepszych kandydatów, śmiech na sali!), udział w międzynarodowych projektach badawczych. Nie znam dobrze niehumanistycznych dziedzin, ale w humanistyce typu filozofia czy socjologia, projektów międzynarodowych jest naprawdę śmmiesznie mało. To wygląda tak, jakby "nasi" nie umieli korzystać zupełnie z funduszy unijnych przeznaczonych na badania naukowe:/
    • sarahdonnel Re: studia nie w Polsce/emigracja 15.05.09, 22:32
      Ja jestem 'językowcem', i raczej ze skłonnościami do pracy 'dla
      efektu' a nie 'dla deadlines'. Wymyśliłam sobie magisterium z
      kreolistyki - można zrobić to w Amsterdamie, w Londynie (chyba), w
      Szwecji (Uppsala), w paru ośrodkach w Stanach.
      Amsterdam był z tego wszystkiego najrozsądniejszy, miałam tam
      troche 'lokalnych' znajomych, i mozna było studiowac po angielsku,
      studia w Holandii są też, w porównaniu do np. Brytanii, stosunkowo
      tanie (równowartość średniej miesięcznej pensji za rok) i można ew.
      starać się o państwowe dofinansowanie, o ile pracuje się 8 godz (IB-
      groep). w tygodniu. Kursy językowe finansuje rząd, więc dodatkowo
      można nauczyć się niderlandzkiego ('Taalwijzer' w gminie, w której
      masz meldunek).

      Zgadzam się z 'ja_joanna' - dostęp do informacji i literatury jest
      łatwiejszy, większą uwagę zwraca się na oryginalność pracy i
      oddzielenie 'analizy informacji i dyskusji z nią' od pracy własnej -
      stąd np. cytato- i bibliografiomania.
      Masz wolność w ułożeniu sobie programu studiów - do tego masz cały
      sztab doradców, małe grupy, osobisty kontakt z wykładowcami,
      plus 'niefochaty' kontakt via e-mail (w 'godzinach biurowych'
      odpowiedzi na pytanie czy wątpliwość możesz spodziewać w mniej niz
      poł dnia, lub zaproszenia na konsultacje). Ja brałam udział w
      konferencjach, spotkaniach grup roboczych, wykladach-prezentacjach
      naukowców z całego świata z 'szerokiej' dziedziny, czyli np.
      ja 'musiałam' byc nie tylko na wykładach z socjolingwistyki i
      kreolistyki, ale z pozostałych dziedzin językoznawstwa, z językiem
      migowym włącznie.
      W Amsterdamie u większości wykładowców możesz sama ustalić sobie
      deadlines (w rozsądnych granicach), ale musisz absolutnie
      odpowiedzialnie ich przestrzegać. Nie ma 'dwóch
      nieusprawiedliwionych nieobecności' - możesz od czasu do czasu się
      nie pojawić, ale wtedy albo uprzedzasz wcześniej (osobiście/przez
      maila), albo [rzez maila wyjaśniasz, dlaczego nie mogłaś być na
      zajęciach, i pytasz, co masz zrobić z tej okazji, przyjść na
      konsultację, coś doczytać etc.
      Wkład pracy własnej jest dużo wiekszy, niż w Polsce.
      To stanowiło dla mnie największy problem - szczególnie, gdy zaczęłam
      pracować 'w zawodzie' co wiązało się z samodzielnością i jeżdżeniem
      dużo. Magisterium nie obroniłam, koniec końców właśnie ze względu na
      skłonność do 'pracy w stresie i na ostatnią chwilę', ale w przyszłym
      roku chcę zrobic kolejne podejście do programu z tymi
      doświadczeniami.

      Groet!
      • quleczka Re: studia nie w Polsce/emigracja 15.05.09, 23:41
        > W Amsterdamie u większości wykładowców możesz sama ustalić sobie
        > deadlines (w rozsądnych granicach), ale musisz absolutnie
        > odpowiedzialnie ich przestrzegać.

        To chyba wszystko zalezy od specyfiki studiow i m.in. wielkosci grup :) Ja
        studiowalam w Holandii tyle, ze informatyke i deadliny byly wyznaczone odgornie,
        system komputerowy, wszystko podane na stronie internetowej, dokladne
        pilnowanie itp.

        Jedyne co mi sie raz udalo "wynegocjowac" to robienie zadania teoretycznie
        1-osobowego w parze bo zadanie tyczylo sie przetwarzania tekstu w jezyku
        holenderskim w ktorym znalam moze piec slow ;)

        Ale fakt, ze duzo wiecej jest pracy wlasnej, dochodzenia do roznych rzeczy
        samemu i podkreslanie tego calego naukowego charakteru studiow :)

        No i kontakt z profesorami zupelnie inny, szczegolnie przez email ale po czesci
        to chyba przez brak w angieskim formy Pan/Pani...ale tak czy inaczej nie
        wyobrazam sobie napisania po polsku "Drogi Janie" do wykladowcy, a moi
        holenderscy koledzy jak najbardziej pisali do profesora "Dear Jan" ;)
        • quleczka Re: studia nie w Polsce/emigracja 15.05.09, 23:45
          Aha i jeszcze jedno - u mnie w Holandii obecnosc na zajeciach byla zupelnie
          dobrowolna, mozna bylo nie byc ile ktos chcial - zero sprawdzania, tylko
          ewentualne konsultacje dotyczace projektu bywaly obowiazkowe

          No ale w sumie tak samo mialam w Polsce - poza cwiczeniami w malych grupach to
          na wszystkich wykladach obecnosc nie byla obowiazkowa :)

      • 987ania sarahdonnel 15.05.09, 23:42
        Wymyśliłam sobie magisterium z kreolistyki

        A co to jest tak z ciekawości pytam
        • sarahdonnel [ot]ania987 16.05.09, 19:05
          Właśnie dlatego napisałam, że 'wymyśliłam' ;).
          [OT]
          A tak naprawdę, to dość niszowy dział językoznawstwa. Na tyle
          niszowy, że moja całkiem zorientowana profesor od językoznawstwa z
          UW nie potrafiła podać mi żadnej literatury do tematu, nawet po
          angielsku.
          Moim konikiem są tzw. 'bastard tongues' (pożyczyłam nazwę od tytułu
          fajnej popularnonaukowej książki), a bardziej poważnie - kreole.
          Stosunkowo dobrze znanym przykładem jest patois, czyli 'jamajski
          (nie)angielski'. Tu do posłuchania (z komentarzy jeden jest
          sensowny, użytkownika XanBcoo, reszta zasługuje na wylot na
          śmietnik):
          www.youtube.com/watch?v=HZnYa7u6WxQ
          Tu przykład 'disco-polo' z Surinamu (dawna kolonia Holandii, język
          nazywa się 'sranantongo', na bazie słownika angielskiego - Surinam
          został wymieniony z Anglikami za obecny Nowy Jork):
          www.youtube.com/watch?v=06vtml1a0jc

          Podałam przykłady z angielskojęzyczną bazą, oczywiście podobne
          języki powstawały na bazie innych kolonialnych substratów, np.
          francuskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, oraz języków spoza
          rodziny indoeuropejskiej. Z 'naszego' podwórka językiem o podobnej
          genezie jest jidisz.
          Na dalsze pytania chętnie odpowiem.
          Groet,
          N.
          Ps. Kreol z Sierra Leone (na angielskiej bazie) jest jednym z
          moich 'domowych' języków. Mój TŻ jest dwujęzyczny.
          • sarahdonnel Re: 987ania, przepraszam za przekręcenie nicka 16.05.09, 19:06

    • turzyca Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 00:42
      Sporo zalezy od dziedziny, ktora chcesz sie zajac, sporo od Twojego charakteru i
      sporo od sytuacji rodzinno-przyjacielskiej.

      Zaczynajac od konca - mi brakuje rodziny. A ze nalezymy do gatunku, ktory lubi
      pogaduszki mimochodem, to brakuje mi tych pogaduszkowych okazji: wspolnych
      dojazdow w korkach czy dzialalnosci ogrodkowej. Fakt, ze sytuacje mam utrudniona
      o tyle, ze nie moge ot tak spontanicznie zadzwonic, tylko musze to zawsze
      wczesniej zaplanowac. I wolalabym byc na miejscu w waznych momentach zycia
      rodzinnego, staram sie, ale nie zawsze sie da. Tak samo zle mi z powodu braku
      przyjaciol i to w obydwie strony: gdy moj najblizszy przyjaciel lezal obloznie
      chory sam w domu nie moglam mu nawet zrobic zakupow. Zle mi, ze nie moge moim
      przyjaciolom pomoc i ze nie moge dostac od nich pomocy. Internet nie zastapi
      posiedzenia razem w objeciach i szeptow przez cala noc az sie znow zrobi jasno.
      Jesli nie masz na miejscu nikogo do kogo bedziesz tesknic tak, ze az dech w
      piersiach zapiera, to jest to argument za emigracja.

      Charakter - tu jest cala gama problemow. Zeby dokonczyc watek uczuc - jesli
      komus nawiazywanie znajomosci i przyjazni przychodzi z trudem, to raczej nie
      powinien emigrowac. Jesli kogos przeraza wyjscie z dotychczasowych procedur, to
      rowniez, po prostu za granica jest inaczej i tego sie nie da uniknac. Steffen
      Moeller w Viva Polonia ladnie to ujal - trzeba miec odpowiedni charakter do
      emigracji. Jesli fakt, ze jestes nieco obca i bedziesz taka do konca nie
      przeszkadza Ci, a wrecz sprawia Ci przyjemnosc, to mozesz smialo jechac. Jesli
      czerwienisz sie na mysl o gafie sprzed 10 lat, to nie jedz, bo jako
      obcokrajowiec gaf bedziesz popelniac mnostwo - pomylki jezykowe, pomylki
      kulturowe, pelen wachlarz. Emigracja uczy pokory i dystansu do siebie samej. Nie
      ma innej metody przetrwania niz wziecie sie do tej nauki dosc szybko.
      Ja wprawdzie co i rusz przezywam opad szczeki "jak to? ja mam podac reke mojemu
      sedziwemu szefowi JAKO PIERWSZA???" "jak to? naprawde to jest uprzejme
      sformulowania, a to niegrzeczne?", ale w sumie akurat to w emigracji lubie.
      Czasem mnie meczy i drazni, ale zazwyczaj powoduje, ze zycie jest ciekawe.

      Dziedzina ktora masz sie zajac a Twoje plany zyciowe. Jesli rozwazasz emigracje,
      to raczej w branzy, ktora jest miedzynarodowa, studiowanie czegokolwiek
      zwiazanego wylacznie z danym krajem (np. ze wzgledu na panstwowa reglamentacje
      zawodu chociazby) jest slepa uliczka. Po drugie zastanow sie jakie sa Twoje
      plany zyciowe i sprawdz, czy dany kraj sie z nimi da pogodzic. Z mojego punktu
      widzenia emigracja do Niemiec nie byla, jak sie okazalo, najszczesliwszym
      rozwiazaniem, bo trudno tu pogodzic nauke i rodzenie dzieci. Ale zobaczymy, jak
      nie uda mi sie dostac etatu, to wszystkie mozliwosci beda otwarte, moze wroce do
      Polski, moze pojade gdzie indziej, moze zmienie branze w ogole. Wybranie kraju,
      w ktorym naukowiec nie musi zmieniac co i rusz uczelni, byloby rozsadniejsze.
      Sprawdz jak sobie dany kraj/uczelnia radza z procesem bolonskim. Mam wrazenie,
      ze moj warszawski instytut lepiej sie dostosowal do procesu niz moj niemiecki. W
      Warszawie pierwsze kroki wdrozeniowe byly wprowadzone w 2003 roku i potem krok
      po kroku, z semestru na semestr rozwijane, chyba nikt przeciwko temu nie
      protestowal, zmiany byly kolosalne ale rozlozone w czasie. Tu proces bolonski
      wprowadzony jest duzo chaotyczniej niz w Warszawie, wszystko na raz, ludzie sa
      niedoinformowani, zagubieni, w przyszlym tygodniu bedzie wiec protestacyjny
      przeciwko "bolonii". Co do poziomu - w Warszawie u mnie bylo od 3 do 15 osob w
      grupie, tu jest do 45. Teoretycznie, bo bywa i wiecej. No i widze ze ja mam
      zupelnie inne przygotowanie warsztatowe, zdecydowanie rzetelniejsze. Co mnie nie
      dziwi, bo zajec takich czysto warsztatowych tutaj nie ma. Dzieki czemu moje
      paskudne tendencje do niepuntkualnosci udaje mi sie niezle maskowac, bo ja sie
      nad warsztatem nie musze zastanawiac, ja mam go wbity az do kosci. ;)

      Dla mnie emigracja jest swoista przygoda zyciowa. Ale jest tylko etapem i to o
      nieokreslonym zakonczeniu, bo nie przyjechalam z przekonaniem, ze bede tu do
      konca zycia - dostalam zaproszenie, zeby napisac doktorat, to skorzystalam, co
      bedzie jak juz bede miec te dwie literki ekstra, to zobaczymy. Na pewno bylo
      warto, bo mnostwo sie dzieki temu nauczylam. Np. odkrylam, ze pewne stereotypy
      sa naprawde tylko stereotypami - wczesniej moglam to podejrzewac, teraz to wiem. ;)
      No i spelnilam moje odwieczne marzenie mieszkania w srodku miasta i mieszkania
      nad morzem - tez cenne. :)
      • pierwszalitera Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 02:46
        turzyca napisała:

        No i widze ze ja mam
        > zupelnie inne przygotowanie warsztatowe, zdecydowanie rzetelniejsze. Co mnie ni
        > e
        > dziwi, bo zajec takich czysto warsztatowych tutaj nie ma.

        Być może jest to jedna z rzeczy, które na uczelni zagranicznej, a tu konkretnie niemieckiej, dziwią. Wydaje się często, że ludzie są jakby mniej przygotowani, posiadają mniejszą wiedzą podstawową i nie potrafią tak szybko wytrząsnąć z rękawa rzeczy, które nam wydają się ważne. Ja sama studiowałam na niemieckiej uczelni i trochę byłam na początku tym zaskoczona. Różnica polega chyba na tym, że tu mniejszy nacisk kładzie się na naukę pamięciową, na ogarnianie materiału i gromadzenie morza faktów, ale za to więcej liczy się samodzielność, indywidualne zainteresowania oraz po prostu umiejętność radzenia sobie z naukowymi problemami. Czyli uczy się bardziej samodzielnego zdobywania wiedzy, a mniej wiedzę jako samą w sobie. Wiem też, że taka forma studiowania orientująca się bardziej na koncepcie studium generale była w Niemczech często krytykowana. Zarzucano jej, że jest chaotyczna, nie zgadza się często z potrzebami komercyjnego rynku, nie przygotowuje do praktycznej pracy zawodowej. Bo bardzo często ludzie kończący ten sam kierunek na różnych uczelniach uczyli się całkiem różnych rzeczy i trudno było ich ze sobą porównać. Tak wyglądała na przykład psychologia, którą kończyłam. Podejście do założeń wielkich szkół psychologicznych oraz metod pracy zależało bardzo mocno od tego, w jakim mieście się studiowało. W ostatnich latach próbowano tą sytuację zmienić wprowadzając na uniwersytety na niektórych kierunkach studia bachelor i master, które są bardziej uszkolnione i orientują się na jednoznacznych standardach. Plany ułożone są też tak, by studiowało się szybciej i wydajniej. Mnie to już nie objęło, więc trudno mi powiedzieć, co jest lepsze. Ja miałam na studiach sporo swobody, mnóstwo zajęć mogłam wybrać sobie sama, wypróbować i w razie niepodobania odrzucić. Luźny regulamin pozwalał łączyć też psychologię z przedmiotami z obcych dziedzin, na przykład u mnie osobiście z prawa i medycyny. Wszystkie zaliczone egzaminy są na moim psychologicznym dyplomie. Myślę, że nawet po wprowadzeniu nowego regulaminu wiele zostało jeszcze po staremu, więc komuś chcącemu studiować w Niemczech radziłabym przyjrzeć się bliżej konkretnej uczelni, bo te same studia w Berlinie, albo w Kolonii mogą okazać się całkiem inną rzeczą.
        Ja chyba należę też do ludzi, którzy dają sobie świetnie radę z emigracją. Żadna pokora i dystans, tylko stałam się tu raczej pewniejsza siebie i bardziej w siebie uwierzyłam. W Europie Zachodniej stawia się bardziej na pozytywną motywację, więcej docenia indywidualne umiejętności i osiągnięcia, pozwala pokazać i zobaczyć się z tej lepszej strony. To się na pewno przydaje w życiu. W Polsce miałam wrażenie, że szuka się w człowieku tylko błędów i na jakich brakach we wiedzy można go złapać. Nawet pewna obcość i odmienność były na emigracji zaletą, bo przyjęłam je jako fakt, mogłam wykorzystać nawet jako atut, skupić się na moich własnych potrzebach i nie musiałam się dopasowywać do reszty. Bardzo szybko miałam zresztą niemieckich przyjaciół. W razie ewentualnej tęsknoty polecam znaleść budynek, gdzie odbywają się zajęcia ze slawistyki, tam poznać można zwykle całą masę zwariowanych Polaków. ;-) No i jeszcze jedno, Niemcy wcale nie są tacy punktualni, jak się myśli. Ciągle aktualna jest tu na uniwersytetach zasada studenckiego kwadransu.
        • turzyca Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 22:08
          Różnica polega chyba na tym, że
          > tu mniejszy nacisk kładzie się na naukę pamięciową, na ogarnianie materiału i
          > gromadzenie morza faktów, ale za to więcej liczy się samodzielność, indywidualn
          > e zainteresowania oraz po prostu umiejętność radzenia sobie z naukowymi problem
          > ami. Czyli uczy się bardziej samodzielnego zdobywania wiedzy, a mniej wiedzę ja
          > ko samą w sobie.

          Ja pod haslem "warsztat" rozumiem wlasnie umiejetnosci, a nie wiedze. Na
          przyklad, zeby sredniowiecznik po studiach umial czytac sredniowieczny rekopis.
          Albo zeby umial "przetlumaczyc" date z opisowej na nasza - dla mnie uzywanie
          tablic chronologicznych jest rownie odruchowym zajeciem jak uzywanie normalnego
          kalendarza i caly czas sie dziwie, ze dla jakiegos historyka ta latwosc moze byc
          przedmiotem podziwu. Przeciez to jest narzedzie z ktorego bez przerwy sie
          korzysta i naprawde mozna sobie poradzic bez internetowego kalkulatorka. Fakt,
          ze wygralam z wykladowca zaklad o pierwszy mozliwy termin Wielkanocy*, jest dla
          mnie swego rodzaju porazka. Albo ze lacina sredniowieczna zmienila sie od
          starozytnosci i slownika do laciny klasycznej przy tlumaczeniu tekstu
          sredniowiecznego trzeba uzywac z duza ostroznoscia.
          Nie czepiam sie wiedzy faktograficznej, bo po to ludzie nauczyli sie pisac, zeby
          nie musiec wszystkiego pamietac. Ale trzeba wiedziec jak sie ta dostepna
          literatura poslugiwac.

          No i jeszcze jedno, Niemcy wcale nie są
          > tacy punktualni, jak się myśli. Ciągle aktualna jest tu na uniwersytetach zasa
          > da studenckiego kwadransu.

          Jesli chodzi o zajecia to owszem. Ale jesli umawiam sie z kims o 10 to przyjscie
          o 10.15 a nawet o 10.05 bywa bardzo zle widziane. Ja sie zazwyczaj nie spozniam
          wiecej niz kwadrans, ale jednak moj szef zdecydowanie nie uwaza mnie za osobe
          punktualna. Niestety. Ale na szczescie pod kazdym innym wzgledem jest zaskoczony
          na plus, wiec te jedna slabostke mi przebacza.

          W ostatnich lat
          > ach próbowano tą sytuację zmienić wprowadzając na uniwersytety na niektórych ki
          > erunkach studia bachelor i master, które są bardziej uszkolnione i orientują si
          > ę na jednoznacznych standardach.

          Bachelor/master to jest wlasnie "bolonia" czyli system bolonski. Wprowadzona w
          calej Europie, wiec takze w Niemczech. Ma zwiekszac mobilnosc - bachelor z
          Gdanska ma byc uznawany w Madrycie tak samo jak ten z Madrytu, Berlina czy Aten.
          Wprowadzana na roznych uczelniach z roznym wdziekiem...
          Ale oczywiscie system haupt- i nebenfachow zostaje.

          > Ja chyba należę też do ludzi, którzy dają sobie świetnie radę z emigracją. Żadn
          > a pokora i dystans

          Mysle, ze to zalezy od sytuacji wyjsciowej, bolesnosc upadku zalezy od wzrostu
          konia. ;) Z osoby, ktora oprocz ton literatury fachowej czytala mnostwo dla
          przyjemnosci stawiajac na polce Prousta kolo Pratchetta, a jeszcze dla
          przyjemnosci czytala zarowno Christie jak i Akunina w oryginale, zmienilam sie w
          czlowieka, ktory sobie musi starannie zaplanowac czytanie literatury fachowej,
          bo mu czasu brakuje. I wcale nie czytam po niemiecku jakos ekstra wolno, mam
          tempo porownywalne z niemieckimi studentami z dolnej cwiartki. A ze to trzy razy
          wolniej niz po polsku to mi przeszkadza. Gdybym nie miala po polsku slownictwa
          szalonych rozmiarow, to pewnie nie odczuwalabym po niemiecku braku takich slowek
          jak ceownik, szafirki i plecha. A tak to odczuwam. I brak tych dwoch ostatnich w
          slowniku tez. Gdybym wyszla z innego srodowiska, to pewnie nie uderzylby mnie
          zwyczaj trzymania przez Niemcow rak w kieszeniach podczas rozmowy czy
          oczekiwanie, ze podam reke mojemu siwowlosemu szefowi. I mnie to uczy z jednej
          strony swoistej pokory, z drugiej dystansu do siebie. Bez dystansu spalilabym
          sie ze wstydu juz 150 razy. A tak odsmiewam sytuacje i siebie sama na czele i
          doceniam calosc.


          *) Brak religijnosci nie jest uzasadnieniem, historycy-ateisci tez istnieja. Jak
          sie czlowiek zajmuje Sredniowieczem, w ktorym wiekszosc dat od lutego do
          czerwca opisywalo sie w zaleznosci od tego swieta, to problem "kiedy jest
          Wielkanoc i dlaczego" jest raczej sprawa rudymentarna.
          • pierwszalitera Re: studia nie w Polsce/emigracja 17.05.09, 02:31
            turzyca napisała:

            > Ja pod haslem "warsztat" rozumiem wlasnie umiejetnosci, a nie wiedze. Na
            > przyklad, zeby sredniowiecznik po studiach umial czytac sredniowieczny rekopis.

            Już kiedyś chyba na ten temat rozmawiałyśmy. Być może są to różnice wynikające z kierunku. A może całkiem coś innego. Mnie czasem też bardzo dziwiło, dlaczego tematem zajęć praktycznych są takie banały i jak długo można dyskutować na temat, o którym wystarczy przeczytać kilka podręcznikowych stron i wie się na końcu tyle samo. Bardzo szybko załapałam jednak, że wiedzę zdobywa się samemu w domu, żadne zajęcia nie przygotowują do egzaminów, do których trzeba było czytać często zupełnie inną literaturę, a zajęcia służą tylko do pokazania się na uniwersytecie, zdobycia koniecznego zaliczenia, przygotowując samemu jeden jedyny wybrany temat i odprężającego pogadanie sobie fachowym językiem bez jakiegokolwiek stresu. ;-) I nawet jak nic się nie umie, to nie ma to najmniejszego znaczenia. Też chodziłam na takie warsztaty z teorii testu, kiedy nie kapowałam jeszcze zupełnie niczego. Dopiero do egzaminów uczyłam się w małej grupce i dopiero tam prywatnie i intensywnie objaśnialiśmy sobie wzajemnie, o co biega. A dziewczyna, która na warsztatach była bardzo dobra, dostała w efekcie dosyć słabą ocenę. Pozory czasem mylą. ;-)


            > Jesli chodzi o zajecia to owszem. Ale jesli umawiam sie z kims o 10 to przyjsci
            > e
            > o 10.15 a nawet o 10.05 bywa bardzo zle widziane. Ja sie zazwyczaj nie spozniam
            > wiecej niz kwadrans, ale jednak moj szef zdecydowanie nie uwaza mnie za osobe
            > punktualna. Niestety. Ale na szczescie pod kazdym innym wzgledem jest zaskoczon
            > y
            > na plus, wiec te jedna slabostke mi przebacza.

            Ha, ha, ha, to masz pewnie do czynienia z północno- protestancką mentalnością. Ja mieszkam w Zagłębiu Ruhry, co poniedziałek spóźniam się parę minut na pierwszy termin, jakoś zwiewa mi zawsze sprzed nosa autobus, a mój kolega, a właściwie przełożony, regularnie zaczyna pracę kilkanaście minut później, bo musi zjeść spokojnie śniadanie. Ludzie cierpliwie czekają. ;-) Jedynym grzechem w mojej okolicy jest przyjście ze wcześnie na zaproszenie, albo wpadnięcie do kogoś zupełnie bez zaproszenia, albo uprzedzenia. Należy też pamiętać, że szkoły wyższe i uniwersytety niemieckie oraz środowiska akademickie w ogóle, są ideologicznie zakorzenione w demokratycznej generacji 68, hierarchie i tytuły są niemile widziane i nieraz wymagany jest wprost luz, który w normalnym życiu posuwa się już odrobinę za daleko. Może zdarzyć się, że do profesora zwracać można się na ty, a po drugim piwie nawet "Du alter Schwede" i jako kobieta masz zawsze prawo wyciągnąć do każdego pierwsza rękę. ;-) A jeżeli ten profesor to twój Doktorvater, to już w ogóle twój dystans może być odbierany przez niego nieco dziwnie. Na moim fakultecie takie "związki" traktowane był prawie po kumpelsku. W czasie kiedy ja studiowałam, szybki internet domowy był jeszcze sporą nowością i mój profesor z psychologii rozwojowej nie miał najmniejszych problemów z autorytetem, kiedy raz po zajęciach objaśniałam mu szczegółowo jak zamówić fachowe artykuły z biblioteki na maila do domu. ;-)


            I wcale nie czytam po niemiecku jakos ekstra wolno, mam
            > tempo porownywalne z niemieckimi studentami z dolnej cwiartki. A ze to trzy raz
            > y
            > wolniej niz po polsku to mi przeszkadza. Gdybym nie miala po polsku slownictwa
            > szalonych rozmiarow, to pewnie nie odczuwalabym po niemiecku braku takich slowe
            > k
            > jak ceownik, szafirki i plecha. A tak to odczuwam. I brak tych dwoch ostatnich
            > w
            > slowniku tez.

            Może się zdziwisz, ale w drugą stronę jest podobnie. Mnie bardzo czasem drażni, gdy używane przeze mnie niemieckie wyrażenie, znaczy kilka niuansów co innego, niż jego polskie tłumaczenie. Ja czasem robiłam też objazd przez angielski. Słowniki angielsko-niemieckie są zwykle trochę lepsze. No i czasem zagląda się po prostu do Wikipedii i zmienia po znalezieniu język. I tak z plechy wyszedł Thallus, jeżeli to ta plecha, której szukasz. ;-) A szafirek to Kleine Traubenhyazinthe. Wszystkiego się po prostu nie wie. Ostatnio ktoś z Polski pisał mi, że zasadził w ogrodzie różaneczniki. Że co? Ja znałam tą roślinę tylko jako rododendron, albo azalię i w ogóle nie wiedziałam o co chodzi. Być może masz po prostu tylko ciągoty do perfekcji i chcesz zbyt wiele na raz. ;-) Nauka języka i umiejętność przetłumaczenia każdego słowa i wyrażenia potrzebuje trochę czasu. Ja czytam teraz bez wysiłku Fausta Goethego w oryginale i o dziwo rozumiem z tego języka sporo więcej niż swego czasu z Pana Tadeusza. ;-)
      • palacsinta Re: studia nie w Polsce/emigracja 17.05.09, 13:40
        turzyca napisała:

        > Charakter - tu jest cala gama problemow. Zeby dokonczyc watek uczuc - jesli
        > komus nawiazywanie znajomosci i przyjazni przychodzi z trudem, to raczej nie
        > powinien emigrowac. Jesli kogos przeraza wyjscie z dotychczasowych procedur, to
        > rowniez, po prostu za granica jest inaczej i tego sie nie da uniknac. Steffen
        > Moeller w Viva Polonia ladnie to ujal - trzeba miec odpowiedni charakter do
        > emigracji. Jesli fakt, ze jestes nieco obca i bedziesz taka do konca nie
        > przeszkadza Ci, a wrecz sprawia Ci przyjemnosc, to mozesz smialo jechac. Jesli
        > czerwienisz sie na mysl o gafie sprzed 10 lat, to nie jedz, bo jako
        > obcokrajowiec gaf bedziesz popelniac mnostwo - pomylki jezykowe, pomylki
        > kulturowe, pelen wachlarz. Emigracja uczy pokory i dystansu do siebie samej.

        To nie do końca tak wygląda: wyjeżdżając za granicę człowiek dowiaduje się o sobie rzeczy, o które siebie przedtem nie podejrzewał, więc nie należy na podstawie zachowania tu na miejscu oceniać tego, czy nadajemy się do emigracji. W ludziach, którzy w kraju są mimozowaci i zamartwiają się tą jedną gafą popełnioną rok temu, na wyjeździe, w sytuacji, w której muszą sobie sami poradzić, budzą się nierzadko pokłady zaradności i konstruktywnego podejścia do porażek. Z kolei krajowe dusze towarzystwa mogą na wyjeździe odkryć, że są bardzo uzależnione od pozostawionych w kraju rodziny i bliskich i ciężko odchorować etap adaptacyjny, na którym co prawda zakumplują się z wieloma osobami, ale siłą rzeczy w większości nie będą to związki trwałe ani głębokie. Osoby asertywne i pewne siebie, które z pewnością nie zwracają uwagi na popełniane błędy językowe ani kulturowe, mogą utkwić na etapie, w którym wszystkie odmienności działają im na nerwy i drzeć koty z miejscową administracją, od pani w sklepie zaczynając na uczelni kończąc, na zasadzie: "dlaczego u was jest inaczej niż u mnie?" i to, że teraz nie są u siebie, nie będzie dla nich żadnym argumentem:) Reguł nie ma, jeśli ktoś rozważa emigrację, to najprostszym sposobem na przekonanie się, czy się do niej nadaje, jest spróbowanie. Mnie na przykład przestrzegano przed tym, jak traumatyczne jest spędzanie świąt daleko od domu i bez rodziny - Boże Narodzenie przeżyłam zupełnie nieźle, a o Wielkanocy przypomniał mi dopiero telefon z życzeniami od rodziców:) A nadmieniam, że w Polsce obchodzimy wszystkie święta bardzo hucznie i rodzinnie.
        • pierwszalitera Re: studia nie w Polsce/emigracja 17.05.09, 14:23
          palacsinta napisała:

          Mnie na przykład przestrzegano przed tym, jak trau
          > matyczne jest spędzanie świąt daleko od domu i bez rodziny - Boże Narodzenie pr
          > zeżyłam zupełnie nieźle, a o Wielkanocy przypomniał mi dopiero telefon z życzen
          > iami od rodziców:) A nadmieniam, że w Polsce obchodzimy wszystkie święta bardzo
          > hucznie i rodzinnie.

          No i czy nie jest to wspaniała szansa na sprawdzenie, czy sami faktycznie jesteśmy tacy świateczni i czy przypadkiem nie ulegamy tylko zbiorowej polskiej histerii? ;-)
          • palacsinta Re: studia nie w Polsce/emigracja 17.05.09, 21:45
            pierwszalitera napisała:

            > palacsinta napisała:
            >
            > Mnie na przykład przestrzegano przed tym, jak trau
            > > matyczne jest spędzanie świąt daleko od domu i bez rodziny - Boże Narodze
            > nie pr
            > > zeżyłam zupełnie nieźle, a o Wielkanocy przypomniał mi dopiero telefon z
            > życzen
            > > iami od rodziców:) A nadmieniam, że w Polsce obchodzimy wszystkie święta
            > bardzo
            > > hucznie i rodzinnie.
            >
            > No i czy nie jest to wspaniała szansa na sprawdzenie, czy sami faktycznie jeste
            > śmy tacy świateczni i czy przypadkiem nie ulegamy tylko zbiorowej polskiej hist
            > erii? ;-)

            E tam, każdy naród ma swoje zbiorowe histerie, może nie zawsze okołoreligijne
            albo okołonarodowe, ale poza tym nie wydaje mi się, żebyśmy odstawali od normy.
            Tylko w tym konkretnym przypadku naprawdę dużo nasłuchałam się o tym, jak
            traumatyczne są święta spędzane poza domem, oczywiście w sytuacji, w której ktoś
            jest przyzwyczajony do rodzinnej atmosfery, potraw świątecznych itd. Chyba nie
            trafiłam na ani jedną osobę, która powiedziałaby, że dla niej to małe piwo.
            Gdybym nie sprawdziła tego w praktyce, to pewnie do teraz trwałabym w
            przekonaniu, że to faktycznie musi być przykre. A tu się okazuje, że po mnie to
            spływa. I nie była to jedyna rzecz, którą się, wielokrotnie uprzednio
            ostrzegana, martwiłam. Wychodzi więc na to, że nie należy się martwić i
            zastanawiać, czy damy sobie radę, tylko trzeba próbować.
            • pierwszalitera Re: studia nie w Polsce/emigracja 18.05.09, 00:06
              palacsinta napisała:

              > E tam, każdy naród ma swoje zbiorowe histerie, może nie zawsze okołoreligijne
              > albo okołonarodowe, ale poza tym nie wydaje mi się, żebyśmy odstawali od normy.

              Pewno. Jak u mnie w Niemczech zaczyna się coroczny Happy Christmas shopping horror, to mam też ochotę uciec na bezludną wyspę.
              A z polskich świąt brakuje mi tylko i wyłącznie śniegu, na którym zresztą też już nie można aż tak polegać. Ale zaraz potem przypominam sobie o zaletach łagodnej zachodnio-europejskiej zimy i mogę ten brak śniegu też szybko przeboleć. ;-)
              • bebe.lapin Re: studia nie w Polsce/emigracja 19.05.09, 22:32
                Oj, ja ciezko przezylam samotne Boze Narodzenie, i to nie wiadomo dlaczego, bo
                gdy wyjezdzalam kilka miesiecy wczesniej, to zostawialam za soba baaardzo
                nieciekawa sytuacje osobista i rodzinna, wcale nie tesknilam i nie utrzymywalam
                prawie kontaktu z domem.
                Ale swieta w tym pustym akademiku...to bylo jednak straszne...a moj facet w domu
                u rodzicow..

                Swoja droga, to ta samotnosc zawdzieczam po czesci przyszlej tesciowej, ktora
                stwierdzila, ze bede mogla do nich przyjechac, jak juz bedziemy z J. dluzej sie
                znali (chodzilismy od prawie 3 miesiecy). Jakos nie przyszlo kobicie do glowy,
                ze mozna po prostu wczuc sie sytacje kogos samotnego w swieta w obcym kraju i go
                zaprosic z tego powodu, mimo, ze tez bywala wielokrotnie w sytacji imigranta, w
                tym niechcianego :/
                Jakos od tego czasu nie potrafilam jej polubic...
    • nanah Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 07:49
      Studiowałam przez rok w Belgii w ramach Erasusa. Takie stypendium ma inną
      specyfikę, niż pełnowymiarowe studia - z założenia jedzie się na pół roku lub na
      rok, także trochę później (nie zaraz po maturze). Niemniej, studiowanie
      zagranicą wiele uczy. Dla mnie to było przede wszystkim doświadczenie, że mogę
      sobie poradzić w zupełnie innej sytuacji, w innym kraju. Dzięki temu
      zgeneralizowałam sobie poczucie skuteczności:) Ponadto wyjazd zagraniczny
      pozwala Ci si wiele nauczyć - o innych kulturach, ale też i o tym, że w gruncie
      rzeczy ludzie z różnych krajów są do siebie podobni. Nauczyć się również możesz
      sporo o sobie samej (to cenna wiedza!).
      Jeśli chodzi o system studiowania i podejście do studentów - jeśli trafisz na
      dobrą uczelnię, to zanurzysz się w naukowej atmosferze, możesz znaleźć
      przyjemność w codziennym chodzeniu do biblioteki (świetnie zaopatrzonej). W
      miejscu, w którym studiowałam także duży nacisk kładzie się na samodzielną pracę
      studentów - było sporo paperów i prac grupowych do zrobienia. Jednocześnie
      wykładowcy byli w większości świetnie przygotowani do zajęć (o co zagranicą
      łatwiej, bo nie muszą obskakiwać niezliczonej liczby przedmiotów tylko prowadzą
      np. jeden w tygodniu) i traktowali studentów z szacunkiem oraz zakładali nasze
      wysokie kompetencje.
      Z tęsknotą i samotnością można sobie poradzić. Pierwszy dzień w nowym miejscu
      był dla mnie okropny - nie mogłam znaleźć sensownego pokoju do wynajęcia,
      wszędzie drogo, nikogo nie znałam. Na szczęście zamieszkałam w końcu w
      multinarodowej studenckiej kamieniczce. Wspominam to doświadczenie fantastycznie
      a z częścią moich współlokatorów utrzymujemy przyjacielskie stosunki do teraz.
      Warto szczególnie na początku szukać kontaktu z innymi ludźmi (przyjaźnie
      zawarte w takich okolicznościach często są naprawdę głębokie): zapisać się do
      klubu studenckiego, na języki (przede wszystkim na język kraju, w którym
      będziesz studiować), poszukać różnych opcji integracji (może jakiś wolontariat?
      może projekt? może uczelnia oferuje zajęcia przeznaczone dla obcokrajowców na
      temat tego, jak się zaadaptować).
      Moja uczelnia organizowała "Orientation Days" dla międzynarodowych studentów.
      Szczególnie pamiętam wykład na temat adaptacji kulturowej prowadzony przez
      panią, która pochodziła z afrykańskiego plemienia i wyjechała do Belgii
      studiować antropologię kulturową, niesamowita kobieta z niej była. Opowiadała,
      że adaptacja do innej kultury przebiega z reguły według podobnego schematu.
      Najpierw pierwsze zderzenie i szok - dużo kwestii się różni, denerwuje Cię,
      odczuwasz lęk. Chwilę później poznajesz odmienność i różnorodność i się
      zaczynasz zachwycać, często aż do przesady:) Wtedy wszystko skrzy się kolorami,
      cieszą Cię najdrobniejsze rzeczy (trochę jak w dzieciństwie), pamięć się
      wyostrza. Za jakiś czas znów zaczniesz zauważać rzeczy, które Cię denerwują -
      może miejscowi traktują Cię stereotypowo? Może brakuje Ci polskiego twarogu a
      las nigdzie nie pachnie tak pięknie, jak w Polsce? Ten etap także jest
      potrzebny, żeby Twoje uczucia ustabilizowały się na optymalnym poziomie. Etap
      kolejny, to właśnie w miarę stabilne i dobre funkcjonowanie w innym kraju. Za to
      po powrocie do Polski na stałe możesz przejść podobny cykl:)
      Fajnym pomysłem na radzenie sobie w początkowych dniach jest także prowadzenie
      dziennika. Może to być blog, możesz pisać w notesie, cokolwiek. To świetne
      narzędzie do uporządkowania myśli i uczuć a także bardzo ciekawie jest zajrzeć
      do takiego dziennika za jakiś czas:) Warto natomiast odłączyć się od domu i
      zanurzyć w inną kulturę (przesiadywanie na Skypie czy pisanie niezliczonej
      ilości maili to niekorzystna opcja - czujesz się ciągle "tam", z rodziną i
      przyjaciółmi a nie w nowym miejscu).

      Jeśli masz możliwość wyjazdu (robisz IB, prawda?) i Cię na to stać to studia
      zagranicą mogą być świetną przygodą. Jak będziesz bardzo tęsknić, możesz
      przyjechać do Polski na przykład na Eramusa:) (serio niektórzy tak robią).

      Studiowanie na dobrej uczelni raczej daje więcej możliwości. Albo inaczej -
      łatwiej jest pewne rzeczy przeskoczyć, są jakby na wyciągnięcie ręki. Ale nie
      uważam wcale, że dobre uczelnie są tylko zagranicą:) Wielkim ich atutem są
      natomiast pieniądze na nowoczesne badania, świetnych profesorów i dobrą
      organizację studiów.

      A co chcesz studiować, Maszo?
      • szelmiasta Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 20:56
        A gdzie byłaś w Belgii? Ja byłam na Erazmusie w Leuven w roku akademickim
        2005/2006 :-). Nalepszy rok mojego życia, stanowczo :-D.
        Pod względem akademickim było super. W Polsce studiowałam języki, a w Belgii
        filologie są na bardzo wysokim poziomie. Dużo mi to dało - i z angielskim, i z
        francuskim, i z hiszpańskim. Do tego uczyłam się za darmo niderlandzkiego i, nie
        chwaląc się, całkiem nieźle mi szło, co teraz owocuje. Forma zajęć była inna.
        Dużo wykładów, mniej seminariów (przynajmniej u mnie, ale to zależy od kierunku
        - na językach jest dużo studentów i to dlatego). Dużo do czytania w domu -
        naprawdę trzeba było być na bieżąco, żeby potem zdążyć w sesji. Sesja - koszmar.
        Typu 13 egzaminów (normalka). Większość ustnych. Ocenianie bardzo surowe -
        możliwe 20 punktów, których nikt nie dostaje. 14 punktów to powód do dumy ;-).
        Ale świetni wykładowcy z ludzkim podejściem do studentów, odpowiadający na maile
        i chętni do dyskusji i spotkań w czasie ich office hours. Ogólnie - super :-).
        Plus życie studenckie w Leuven - ech, świetne wspomnienia i już :-).
    • masza.s dzięki dziewczyny! 16.05.09, 14:10
      Za wszystko to, co napisałyście. Ja też się obawiam tego, czy się nie nauczę
      mniej niż w Polsce, ale zawsze wtedy sobie powtarzam, że mój program dla wieku
      ludzi oznacza "mniej", bo jest specyficzny, a dużo mi dał.

      Moim takim wymarzonym uniwersytetem jest UCL z kierunkiem Language&Culture,
      gdzie mogę sobie dowolnie połączyć naukę dwóch/trzech języków z zajęciami
      kulturowymi ( szeroko pojętymi. W tok studiów jest wliczony rok zagranicą w
      kraju, którego język wezmę jako mój "pierwszy", w moim przypadku to zapewne
      byłby Izrael. Niemniej ta uczelnia daje mi możliwość uczenia się moich dwóch
      innych wymarzonych języków, przynajmniej ich liźnięcia - rumuńskiego i
      węgierskiego. Możliwości połączenia tych trzech języków w Polsce praktycznie nie
      mam. Pozostają kwestie pieniężne - w UK są pożyczki na studia, które łatwo
      uzyskać i są dobre, więc pewnie bym się o takową ubiegała. Życie w Londynie to
      musi być jakiś pieniężny koszmar, ale zakładam optymistycznie, że mogłabym jakoś
      dorobić plus moi rodzice jednak zechcą mi pomóc. Chociaż mój ojciec wolałby,
      żebym studiowała we Francji, ale ja nie za bardzo chcę.

      Boję się trochę tego, że ja po studiach zagranicą po prostu tam dostanę. A jeśli
      wyjadę, to pewnie kiedyś chciałabym wrócić. W samym UK znaleźli by się chociażby
      znajomi z mojej szkoły, w Londynie też, więc to nie byłby problem, ale dla mnie
      te 4 lata studiów jednak oznaczają to, że pewnie do Polski nie wrócę. Z drugiej
      strony w Polsce jest MISH, który też mnie ciekawi. Sama nie wiem. Na pewno złożę
      papiery do UK i do innych krajów pewnie też. Tęsknoty też się boję. Nie za
      rodzicami, ale za przyjaciółką, za językiem ( który kocham), za literaturą, za
      tym, co znam. Chociaż myślę sobie, że warto. Sama nie wiem.

      • mszn MISH i zagranica 16.05.09, 16:46
        Wspomniałaś MISH, poczułam się wywołana do odpowiedzi :)

        Za chwilę będę kończyć 4 rok wrocławskiego MISHu, we wrześniu zaczynam studia w Amsterdamie i nie mam najmniejszego zamiaru wracać. Boję się tego wyjazdu i ten wątek bardzo mnie ucieszył.

        Z mojego doświadczenia wynika jak na razie, że czasem warto pobyć trochę w Polsce. Być może to specyfika mojej dziedziny - logika - bo jednak z nauką języków bywa u nas różnie (chodzi mi o różnorodność, nie o jakość!). Ale spokojne rozkręcanie się tutaj w kraju i planowanie studiów zagranicznych dopiero na dalszych etapach pozwoliło mi najpierw precyzyjnie określić swoje zainteresowania, a potem wyciągnąć z polskich uczelni jak najwięcej w tym temacie.

        Wyjeżdżam teraz wiedząc dokładnie, dlaczego się na to zdecydowałam. Miałam czas poznać różne uczelnie na kilku kontynentach, dowiedzieć się, które ośrodki na świecie specjalizują się w tym, czym ja się interesuję. Mam nadzieję, że to wszystko zwiększa szansę na to, że studia w Holandii okażą się strzałem w 10.

        Kilka słów o MISHu. To są świetne studia, które zawsze będę polecać. Tym bardziej, że można je jeszcze rozszerzyć na studia międzyuczelniane - zobacz sobie www.aal.edu.pl
        Uważam tylko, że aby w pełni z MISHu skorzystać, od początku trzeba mieć jakiś pomysł na siebie. Widziałam mnóstwo osób, które przez pierwsze dwa-trzy lata studiów skakały po różnych wydziałach, zachwycone możliwościami, i tym, że i to ciekawe, i tamto - ponad 30h zajęć w tygodniu i żadnego im wspólnego pierwiastka. Takim osobom trudno jest potem znaleźć się wobec konieczności np. napisania magisterium - ich interesuje wszystko, czyli nic.
        Dlatego zawsze będę powtarzać - wbrew informatorom :) - że MISH to studia nie dla osób o szerokich zainteresowaniach, tylko o zainteresowaniach konkretnych. No i niemieszczących się w instytucjonalnym podziale na dyscypliny akademickie.
        • mauzonka to je też w temacie 17.05.09, 02:44
          Uwielbiam takie tematy, jak ten, bo zaraz się okazuje, że na Lobby są moje bratnie dusze:)
          Mszn, logika? MISH? AAL? I założę się, że wybierasz się studia w UvA w ILLCu?:)

          Ja też mam za sobą rok studiów poza Polską - w Belgii. Miałam ten komfort, że pojechaliśmy tam razem z mężem, na Erasmusa, na IV roku, więc w ogóle nie odczuwaliśmy jakichś sentymentów czy samotności. Ale inni erasmusi, którzy w Leuven znaleźli się sami, bez znajomyh, wydawali się być dosyć zagubieni... W tym sensie, że znajomości z localsami, które zawiązują się przy okazji takich rocznych pobytów sa siłą rzeczy dość powierzchowne. Do tego wchodzi w grę bariera językowa. Wydaje mi się, że po angielsku mówię całkiem nieźle i bez problemu mogę konwersować na każdy temat, ale jednak często ludzie nie rozumieli moich dowcipów czy gier słownych... To też może być kwestia różnic kulturowych, różnego stopnia opanowania języka itp. Zdziwiłybyście się, jak wielu erasmusów, zwłaszcza z Hiszpanii czy Włoch mówi po angielsku _ledwo_.

          Ma jednak też sporo znajomych z klasy (IB), którzy wyjechali za granicę na całe studia, nie tylko na roczne stypendium. I w zasadzie nikt z nich nie wrócił, wszyscy wsiąkli, mają zagranicznych partnerów/partnerki. Patrząc na ich zdjęcia na Facebooku wydaje się, że raczej nie doskwiera im samotność:))
        • palacsinta Re: MISH i zagranica 17.05.09, 13:15
          mszn napisała:

          > Uważam tylko, że aby w pełni z MISHu skorzystać, od początku trzeba mieć jakiś
          > pomysł na siebie. Widziałam mnóstwo osób, które przez pierwsze dwa-trzy lata st
          > udiów skakały po różnych wydziałach, zachwycone możliwościami, i tym, że i to c
          > iekawe, i tamto - ponad 30h zajęć w tygodniu i żadnego im wspólnego pierwiastka
          > . Takim osobom trudno jest potem znaleźć się wobec konieczności np. napisania m
          > agisterium - ich interesuje wszystko, czyli nic.
          > Dlatego zawsze będę powtarzać - wbrew informatorom :) - że MISH to studia nie d
          > la osób o szerokich zainteresowaniach, tylko o zainteresowaniach konkretnych. N
          > o i niemieszczących się w instytucjonalnym podziale na dyscypliny akademickie.

          Jako osoba interesująca się wszystkim, czyli niczym, pozwolę sobie zauważyć, że
          z pracą magisterską jest tak: na czwartym, piątym roku wybierasz sobie z tego
          niczego, którym się interesujesz, temat, który szczególnie przypadł ci do gustu,
          konsultujesz z promotorem, przeprowadzasz badania i piszesz. Dla inteligentnego
          człowieka nic trudnego.
      • pierwszalitera Re: dzięki dziewczyny! 17.05.09, 13:45
        masza.s napisała:

        Tęsknoty też się boję. Nie za
        > rodzicami, ale za przyjaciółką, za językiem ( który kocham), za literaturą, za
        > tym, co znam. Chociaż myślę sobie, że warto. Sama nie wiem.

        Dziewczyno, ty wybierasz się do UK, a nie do Australii. ;-) Londyn oddalony jest o jakąś lotniczą godzinkę od Polski, a i wybierając się do jakiegokolwiek kraju europejskiego czasem nawet trudno zapomnieć o polskim języku. Co chwilę napotykam się na kogoś, z kim można pogadać w języku ojczystym. Ja mieszkając w Niemczech nawet na koncerty i inne kulturalne wydarzenia do Polski się wybieram, polską literaturę zamawiam internetowo, a moje polskie przyjaźnie to nawet ostatnio wyjątkowo kwitną. Ogórki kiszone i ptasie mleczko kupuję też w supermarkecie. ;-) A niedawno dostałam propozycję polsko-niemieckiego biznesu i możliwe, że będę bywała w kraju jeszcze częściej. 20 lat temu, kiedy wsiadałam do pociągu z biletem w jedną stronę, do głowy by mi nie przyszło, że coś takiego może się zdarzyć. Jak żegnałam się z rodziną, to niektórzy myśleli, że to już na zawsze i nigdy się więcej nie zobaczymy ;-)
    • szelmiasta Re: studia nie w Polsce/emigracja 16.05.09, 21:06
      Ja studiowałam i w Polsce, i w Belgii (Erazmus), i w UK. W Polsce zrobiłam
      magistra na UW, a na ostatnim roku przeprowadziłam się do UK, pisałam polską
      pracę magisterską i robiłam roczne studia magisterskie w Warwick. Więc mam jako
      takie porównanie. O Belgii pisałam w innym poście. Co do różnicy UK i Polska -
      ogromna. W UK godzin zajęć mieliśmy w tygodniu 6 (słownie: sześć). Ale do każdej
      godziny zajęć trzeba było poświęcić co najmniej 6 godzin na przygotowania (nawet
      było to w regulaminie studiów :-D). Dużo czytania, siedzenie w bibliotece całymi
      dniami, kilometry notatek z przeczytanych książek - a wszystko dlatego, że na
      koniec kursu trzeba było napisać esej. I to nie kompilację źródeł, ale coś
      oryginalnego. Ocenianie surowe nad wyraz - w procentach, ale powyżej 80%
      dostałoby się tylko wtedy, kiedy napisałby człowiek pracę na miarę poważnej
      publikacji akademickiej. Powyżej 70% znaczyło ocenę z wyróżnieniem. Są też
      różnice w ogólnym życiu studenckim - zwłaszcza jeśli mieszka się na kampusie.
      Dużo więcej życia studenckiego niż doświadczyłam w Warszawie.
      Czy pomaga w szukaniu pracy? Chyba tak. Mam dyplom z Anglii, więc jest to
      poświadczenie moich umiejętności językowych, którymi zarabiam na chleb. Choć
      studia były cholernie drogie i troche potrwa zanim zwróci się nam ta inwestycja ;-).
      Czy człowiek tęskni? Ja tęskniłam za rodziną i w Belgii, i w UK. Niby z UK
      połączenia do Polski tanie jak barszcz, ale zależy, gdzie mieszkasz - tak w UK,
      jak w Polsce. W UK jest mniejszy problem, żeby dostać polskie jedzenie, bo
      Polaków i polskich sklepów od groma (choć mnie osobiście to przeszkadza). Ale
      życia poza Polską to coś, co zmienia człowieka i całe życie :-). Zmienia pogląd
      na podróże i szukanie pracy, znosi ograniczenia geograficzno-polityczne, otwiera
      horyzonty. Nigdy nie żałowałam, że wyjechałam za pierwszym razem i wszystkim to
      polecam :-). A w moim życiu miało to dosyć poważne konsekwencje, bo w Belgii
      poznałam mojego narzeczonego i to przez niego wyjechałam do UK, a teraz
      przeprowadzamy się na stałe do Belgii. Więc nigdy nie wiadomo, jak taki wyjazd
      może się skończyć - dyplomem uniwersyteckim, ale może czymś jeszcze :-D.
      • kotwtrampkach Re: studia nie w Polsce/emigracja 19.05.09, 13:53
        szelmiasta napisała:
        > Ale
        > życia poza Polską to coś, co zmienia człowieka i całe życie :-). Zmienia pogląd
        > na podróże i szukanie pracy, znosi ograniczenia geograficzno-polityczne, otwiera
        > horyzonty.

        myślę że to jest największa wartość takich wyjazdów. Nawet jeżeli pracy nie
        dostaniesz od razu po powrocie albo nie będzie ona taka super, jak się marzyło,
        to i tak warto (gdybym była pracodawcą wolałabym osobę, która się nie boi zmian
        i wyzwań niż osiadłą posądzaną o skostniałość poglądów ;-) ) Z tęsknotą chyba
        dziś łatwiej sobie poradzić - rok czy dwa to nie całe życie, a można łatwo
        wysyłać sobie zdjęcia, maile, gadać godzinami ;-)
        (oczywiście może się okazać, że właśnie z TĄ osobą wcale nie jest tak fajnie
        gadać godzinami albo i nie ma o czym, ale chyba jednak lepiej dowiedzieć się
        tego wcześniej ..)
    • sylwiastka Erasmus-Paryż 17.08.09, 16:58
      Fantastyczny temat, sama nawet miałam taki założyć, ale wyszukiwarka pokazała
      mi, że Masza.s mnie uprzedziła.

      Ja mam doświadczenia w studiowaniu za granicą tylko na podstawie półrocznego
      pobytu na erasmusie w Paryżu. Wiadomo pół roku, to nie to samo co całe studia,
      ale zawsze jakiś punkt odniesienia. Mnie ten wyjazd rozjaśnił wiele i chyba
      zdecyduję się na kontynuację studiów za granicą (myślę o PhD), ale na pewno nie
      we Francji:)

      Zatem po pierwsze wybór kraju. Oczywiście najważniejsze jest to, jakimi językami
      się posługujesz... W przypadku erasmusa, do niektórych krajów wystarczy znać
      język 'jako tako" oraz komunikować się po angielsku. O ile w Skandynawii to się
      sprawdzi, to we Francji czy Włoszech już nie bardzo. Są też kraje, w których
      miejscowego języka uczy się szybko, a mieszkańcy są w tym pomocni (Hiszpania,
      Włochy), są też takie do których jadąc język trzeba znać, aby przetrwać (Francja).
      Po drugie warto jechać z kimś...Mauzonka wyjechała z mężem, ja takowego nie mam
      zatem zabrałam przyjaciółki. Nie żałuję, bo stały się one moimi siostrami, ale
      też nie odizolowałyśmy się we własnym gronie. Wg mnie w grupie przyjaźnie (jeśli
      się jest otwartym) nawiązuje się łatwiej. Przy dłuższym pobycie trzeba
      koniecznie znaleźć sobie znajomych, inaczej tęsknota doskwiera bardzo. Ale z
      wielu doświadczeń, kiepskim pomysłem jest emigracja (krótko czy długoterminowa)
      z partnerem dość świeżo poznanym lub niesprawdzonym. Takie pary się na początku
      izolują, później rozpadają i jest dużo przykrości.
      Oczywiście asymilacja z rdzennymi mieszkańcami danego państwa jest trudniejsza
      niż z innymi obcokrajowcami. Plusem jest możliwość poznania wielu kultur, ale
      czasami różnice mentalne bywają niemal nie do przeskoczenia, mimo otwartości i
      dobrych chęci z wielu stron.
      Na początek dobrze jest mieszkać w wielkonarodowych akademikach lub studenckich
      mieszkaniach. Mieszkanie samemu też pogłębia tęsknotę.
      Jeśli chodzi o zostawianie rodziny i bliskich w ojczyźnie. Po pierwsze jest
      skype, po drugie tanie połączenia. Od razu radzę zarezerwować bilety na okres
      świąt (wtedy też tęskni się najmocniej).
      Jesli nie jesteś pewna czy podołasz studiom za granicą, zacznij w Polsce i
      podczas licencjatu wyjedź na Erasmusa do wybranego kraju. Po studiach 1go
      stopnia możesz zacząć te drugiego stopnia w innym kraju (nie mówiąc już o
      trzecim stopniu).
      studiuję kierunek przyrodniczo-ścisły na uniwerku w PL i znam zarówno osoby,
      które wyjechały za granicę i są zadowolone (w sensie naukowym i życiowym) jak i
      te, które wróciły do Polski, bo zagranicą się rozczarowały (również prestiżowymi
      studiami w Wielkiej Brytanii).
      Jesli chodzi o poziom nauczania i organizację studiów to powoli Polska dogania
      Europę zachodnią. Jeśli będzie Ci zależało na nauce, to nauczysz się równie
      dobrze w PL, co za granicą. Zgadzam, się jednak, że jeśli chodzi o dostęp do
      materiałów czy sprzęt polskie uczelnie (głównie z powodów finansowych)są gorzej
      zaopatrzone.

      Na zakończenie ogłaszam krótki konkurs: gdzie mogę studiować?? Niemieckojęzyczne
      kraje odpadają (nie znam i się nie nauczę tego jezyka), na wyspy mnie nie
      ciągnie (może klimat nie ten), Francji już doświadczyłam i mogę tam wracać na
      urlop, ale naukowo mnie nie zachwyciła, a mentalność i zaściankowość paryżan
      mnie skutecznie zniechęciła...? Licze na pomysły i inspiracje:)
      • sarahdonnel Re: Erasmus-Paryż 17.08.09, 17:14
        Hmm... jest Belgia: do wyboru magisteria i doktoraty angielsko- i
        francuskojęzyczne, Holandia: większość magisteriów na prestiżowych
        uniwersytetach jest angielskojęzyczna, o doktoratach nie wspomnę.
        W Holandii studenci-emigranci nie czują presji, żeby poznać język,
        może urzędnicy patrzą na Ciebie trochę krzywo, ale przeżyjesz znając
        tylko angielski (i na uczelni czy w akademikach raczej większość to
        będzie towarzystwo międzynarodowe). Holendrzy mówią do obcokrajowców
        po niderlandzku dopiero, kiedy obcokrajowiec w miarę nie kaleczy
        języka. Jak chcesz, to możesz uczestniczyc w bezpłatnym kursie w
        gminie, w której masz meldunek. Kurs kończy się albo, kiedy się
        wyprowadzasz, albo egzaminem państwowym mniej-więcej na poziomie FCE
        z angielskiego.
        Jedna uwaga - czesne za rok ok. 1600 eur, plus obowiązkowy NFZ ok.
        100 eur za miesiąc (najpierw trzeba płacić samemu, potem można się
        postarac o dopłatę z gminy). I drogie akademiki/pokoje, plus
        biurokracja (obowiązek meldunkowy jak w Polsce w 'dobrych czasach',
        a wynajęcie stancji z meldunkiem graniczy z cudem).

        Mój brat robi angielskojęzyczny doktorat w Giessen w Niemczech, jest
        tam razem ze szwagierką, już na post-docu. Inżynierowie-genetycy z
        wykształcenia. Chwalą sobie, dużo jeżdżą na konferencje.
        Skandynawia - też raczej angielskojęzyczna, ale nie mam dobrych
        źródeł.
      • kura17 Re: Erasmus-Paryż 17.08.09, 20:58
        Sylwiastka, doktorat robi sie w dowolnym kraju znajac wylacznie angielski.
        zwlaszcza w naukach przyrodniczo-scislych (na filologiach byloby ciezko ;).
        ja od lat mieszkam i pracuje naukowo w niemczech, w zasadzie nie znajac jezyka.
        czasem sa klopoty administracyjne, ale na pewno nie przy pracy - angielski w
        zupelnosci wystarczy :)

        a poza tym sa supermarkety ;)
      • kasiamat00 Re: Erasmus-Paryż 17.08.09, 21:23
        Francja, ale nie Paryż, tylko np. Bordeaux? Szwajcaria? Hiszpania? Włochy? Cała
        Skandynawia? Ciężko coś doradzić nie wiedząc gdzie są dobre ośrodki z tego, co
        cię interesuje... Domyślam się, że ze wszystkim jest tak jak z matematyką -
        czyli doktorat ogólnie "z matematyki" to możesz robić gdziekolwiek, ale wcale to
        nie oznacza, że w danym miejscu świata da się sensownie robić doktorat z,
        powiedzmy, topologii algebraicznej. A jak masz jeszcze bardziej sprecyzowane
        zainteresowania, to się nagle okazuje, że zostaje kilka (albo i zero :/) miejsc
        w całej Europie. Bo nawet w matematyce (gdzie wyniki są chyba najbardziej
        indywidualne) robienie doktoratu w miejscu, skąd do najbliższej osoby, która
        jest w stanie go zrozumieć, jest 1000 km, jest bardzo trudne. W biologii czy
        fizyce doświadczalnej to AFAIK jest w ogóle niewykonalne, bo pracujesz w
        większej grupie.
      • sylwiastka Re: Erasmus-Paryż 17.08.09, 22:09
        Dzięki dziewczyny za pomysły. Nie chcę żeby to wyszło, że jestem naiwna i nie
        wiem czego chcę. Wręcz przeciwnie, chcę dokonać przemyślanego wyboru, tak aby
        później nie mieć wątpliwości czy innych frustracji. A wiadomo doświadczenia
        innych osób są bezcenne.

        Dziedzina nauki, którą się zajmuję (tu wielki uśmiech do Zawsze_zielonej, która
        zajmuje się czymś podobnym, acz na wyższym stopniu wtajemniczenia) jest na
        szczęście bardzo na topie i pracuje nad nią wiele ośrodków w europie. Jak
        podkreśliłam w Polsce też nie jest źle, ale brak pieniędzy na wszystko.
        Ośrodki prowadzące badania z obszaru moich zainteresowań są w każdym kraju,
        oczywiście nie każdy mnie przyjmie (np. do takiego Maxa Plancka w Dreźnie to za
        cienka w uszach jestem.)
        Wiadomo, że kandyduje się na konkretne projekty, do konkretnych grup i trzeba
        przejść przez rekrutacyjne sito. Jednak naukowo jestem bardziej elastyczna niż
        mentalnie.
        Koszmarem dla mnie byłby wybór kraju, w którym się źle czuje. Nie chodzi tylko o
        znajomość języka (tego się można mniej więcej nauczyć) ale o atmosferę i styl
        życia. Co innego wyjazd z rodziną, przyjaciółmi, co innego samemu. Zrobiłam
        wstępny research i wybrałam francuskojęzyczną część Szwajcarii (może panuje tam
        mniejszy bałagan niż we Francji) oraz Hiszpanię (manana to wiadomo, ale ludzie
        są otwarci i nie są dwulicowi) ostatnio wpadła mi do głowy Portugalia (podobno
        moja dziedzina się tam rozwija, ktoś miał doświadczenia ze studiami w tym
        kraju??). Belgia, Dania i Holandia brzmią atrakcyjnie, ale podobnież ciężko się
        zasymilować z ludnością tambylczą (a może się mylę). Bo ja nie chcę spędzić paru
        lat tylko w labie...:)
        I znów wyszłam na niedojrzałą idealistkę z roszczeniową postawą wobec życia :)
    • magdalaena1977 Re: studia nie w Polsce/emigracja 17.08.09, 23:36
      Jestem pod wrażeniem tych międzynarodowych doświadczeń Lobbystek.

      Ja napiszę z drugiego końca - studiowałam cały czas na jednym uniwersytecie (UW
      WPiA), mieszkałam z rodzicami i wtedy wydawało mi się to takie sensowne i
      naturalne, bo przecież prawo jest narodową dyscypliną .
      A teraz żałuję, że nie zafundowałam sobie takiego zanurzenia w obcym świecie, że
      nie wyjechałam na jakiegoś erasmusa. Że przegapiłam ten moment - nie sprawdziłam
      siebie, nie zmierzyłam się z nowymi wyzwaniami.
      I niestety na obecnym etapie mojej kariery zawodowej jakikolwiek wyjazd na
      dłużej nie jest możliwy czy sensowny :-(

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka