zonx26
18.02.10, 23:07
Witam! Może zacznę od początku. Za kilka dni kończę 26lat, w maju miną 2 lata
od ślubu z ukochanym mężczyzną. Mamy 20miesięczną córcię.
Tydzień temu moje małżeństwo legło w gruzach, jestem przerażona, chcę wszystko
naprawić, odzyskać miłość i zaufanie męża, ale czy to możliwe? To jest właśnie
pytanie, które pragnę skierować do Pani.
Tak jak wspomniałam wcześniej świat zawalił mi się dokładnie tydzień temu. Po
raz kolejny wykazałam swój paskudny charakter.Pokłóciliśmy się po raz kolejny
o to samo-o jego mamę. Zaakceptowanie jej lenistwa, wykorzystywanie męża do
najmniejszych błahostek, brak pomocy przy opiece nad dzieckiem, wielokrotne
wystawianie nas do wiatru wywoływało u mnie wielką niechęć do niej. Niestety
nie potrafiłam stłamsić tego uczucia, ani trzymać języka za zębami.
Wielokrotnie wybuchałam, gdy słyszałam o kolejnych pomysłach mamy. Od pewnego
czasu, po każdej takiej kłótni mąż uprzedzał mnie, żebym uważała na to co
mówię, że go to bardzo boli i że kiedyś może coś się wydarzyć, coś pęknąć i
będzie za późno. Nie traktowałam tego poważnie. Żeby tego było mało, przy
kolejnych kłótniach wspominał,że nie mówi mi wielu rzeczy, o których chciałby
ale nie umie. Mówił też wiele rzeczy łącznie z tym, że jest ze mną tylko ze
względu na małą. Po każdej takiej kłotni, kiedy było już dobrze, zaczynałam
rozmowę, czy naprawdę mnie nie kocha. Zawsze powtarzał, że w kłótni działają
silne emocje i nie mówi się nieraz tego co się myśli, a on świadom tego co
mnie zaboli, próbował się odgryźć na mój atak szału.
Chociaż nieraz padały słowa o rozwodzie, zawsze prosiłam o tę jedną ostatnią
szansę. I mi ją dawał. Takie kłótnie trwały krótko, godziliśmy się maksymalnie
na drugi dzień. Chociaż nieraz padały słowa o rozwodzie, zawsze prosiłam o tę
jedną ostatnią szansę. I mi ją dawał. Teraz jest inaczej. Powiedział, że już
więcej nie umie, że coś pękło, że nie umie tego nazwać, sprecyzować. Po prostu
coś pękło.Błaganiem, płaczem, prośbami poprosiłam by został. I został,
początkowo na jedną noc z zastrzeżeniem, że nie wie czy w następnych dniach
się nie wyprowadzi. Tak już jest 7 dni i nocy, śpi odwrócony plecami na skraju
łóżka. Po wielu rozpoczynanych rozmowach powiedział w skrócie,że:
-jedynym wyjściem jest rozwód, chce sobie ułożyć życie na nowo (to było na
samym początku)
-że nie umie sobie spojrzeć w lustrze w twarz (także pierwszego dnia kłótni)
-że jedynym hamulcem jest nasza córka
-że czuje obojętność, że nie umie nazwać uczuć do mnie, że może jak przyjdzie
odwilż to okaże się, że jednak są w nim jeszcze jakieś uczucia pozytywne dla mnie
-że to co go najbardziej przeraża, że kiedyś po sprzeczkach wieczorami chciał
się do mnie przytulić,poczuć bliskość, a teraz nie ma tego kompletnie, że
nawet umie mi spojrzeć dłużej prosto w oczy
Wczoraj dodał jednak, że:
-chyba chciałby by było między nami tak jak dawniej (podkreślam słowo chyba),
ale że nie umie i nie wie, czy coś z tego wyjdzie
-po zaproponowanej terapii dla par uznał, że pójdzie ze mną skoro mi to może
coś pomóc, on jest natomiast sceptyczny do do możliwych zmian w jego umyśle po
takiej terapii.Stwierdza też, że gdyby to było zależne od woli, to by wmówił
sobie że ma mnie kochać i byłoby ok. Ale to jest gdzieś wewnętrzna przeszkoda.
Wie jednak, że wiele rzeczy on musi przemyśleć i wiele on musiałby popracować.
Powtarza jednak, że będzie pracował na tyle ile umie, czego nie będzie
potrafił, nie zrobi tego
-Na pytanie o rozwód powiedział, że ptrzecież wiem, że nie lubi podejmować
skrajnych działań, "ale on nie jest już nawet przyparty do muru, on jest gdzie
poza tym, jakby w innym wymiarze"
-chce ratować rodzinę, ale nie wie czy nasz związek
-że o wielu rzeczach mi nie mówił, bo się bał, nie umiał, unikał kontaktów, że
byłam najbliższą mu osobą, z którą jako jedyną chciał pogadać o pewnych
sprawach a nie umiał. Powiedziałam mu wczoraj, że chcę na nowo go odzyskać,
jego miłość,zaufanie i że niczego tak nie pragnę jak doczekać chwili, iedy
podejdzie to mnie i zacznie mówić o jakimś problemie. Odpowiedział, że to
docenia i że zawsze o tym marzył.
Widzę, że zachodzą w nim jakieś zmiany. Cielesność w ogóle jest wyłączona,
przeprasza za każde przypadkowe otarcie, jak kogoś w autobusie.W umyśle jednak
coś drga. Przez pierwsze 2 dni nasze rozmowy były bardzo oschłe, właściwie
wsró tej całej formy grzecznościowej brakowało jedynie sformułowania:
Pan/Pani.Teraz rozmawiamy normalnie, czasem pożartujemy, ale tylko na luźne
tematy.Sam powtarza,że lubi ze mną rozmawiać, więc w nawet zaistniałej
sytuacji to nam bez większych oporów wychodzi
Koleżanka ze studiów, fanka psychologii, psychiatrii twierdzi, że to da się
odbudować. Że wybudował sobie mur przede mną, że tak naprawdę za tym wszystkim
jest miłość do mnie, ale jest głęboko ukryta. Twierdzi, że jeśli zmienię swoje
zachowanie, to z czasem uda mi się wyjmować cegiełka po cegiełce i otworzy się
na mnie.Czy to prawda? Czy możliwy jest taki scenariusz?
Proszę powiedzieć, czy są jeszcze jakieś sznase na uratowanie naszego małżeństwa?