igahubert
15.01.08, 00:16
Jestem mamą 6 letniego chłopczyka. Mój problem mnie przerasta, nie
wiem jak sobie poradzieć, jestem wrakiem człowieka. Zawsze bałam się
o swoje zdrowie, z każdej błahej choroby robiłam tragedię i żegnałam
się ze światem. W końcu wpadłam w depresję, codzienne bóle głowy od
rana do wieczora, nudności, wymioty - byłam pewna guza mózgu.
Neurolog zdiagnozował carcinofobię, dla świętego spokoju zlecił
tomografię głowy, która nic nie wykazała. Dostałam leki, które
przyjmowałam ok. roku. Usilnie postanowiłam zajść w ciążę, czekałam
na dziecko 5 lat, oczywiście w międzyczasie sama zdiagnozowałam
sobie bezpłodność... Od pojawienia się na świecie mojego synka
wszystko to co dotyczyło mnie, przeniosłam na niego. Każda choroba
dziecka kojarzyła mi się tylko z najgorszym i tak jest do dziś.
Niestety synek jak to przedszkolak choruje notorycznie, to co
przeżywam jest chyba nie do wyobrażenia przez normalną osobę. Nie
śpię całe noce, zrobiłam z dziecka tyrana, bo ustępuję mu we
wszytkim, bojąc się, że jeśli zachoruje na śmiertelną chorobę to
nigdy sobie nie wybaczę tego, że go np. ukarałam czy zabroniłam
czegokolwiek. Przez swoją fobię narażam dziecko na stres- morfologia
co 2-3 miesiące, prześwietlenia, endoskop laryngologiczny, codzienne
sprawdzanie węzłów chłonnych.... duzo by pisać. Najgorsze jest to,
że zdaję sobie sprawę z tego dopiero po fakcie, kiedy okazuje się,
że wszystko jest w porządku i obiecuję sobie odpuścić.... i nie daję
rady. Codziennie po odprowadzeniu dziecka do przedszkola wzdrygam na
każdy telefon czy aby nie dzwonią wychowawczynie, że dziecko źle się
czuje, co chwilę pytam czy nic go nie boli, czy dobrze się czuje
sprawdzam czy nie ma gorączki. Wiem, e to chore, ale nie potrafię
nabrać dystansu, zdrowego rozsądku, boję się coś przeoczyć.... a
przecież on ma dopiero 6 lat, do czasu jego dorośnięcia chyba mi
całkiem odbije. Mąż odsuwa się ode mnie, to też moja wina... nie mam
ochoty na nic, na przytulanie, zbliżenia bo boję się, że za to moją
przyjemność czy radość jakaś siła mnie "ukarze" chorobą dziecka.
Boje się cieszyć z czegokolwiek, boję się, że za radość coś stanie
sie mojemu dziecku, że nie może być tylko dobrze. Nigdzie nie
wychodzę, bo oczywiście boję się, że za to, że jestem rozrywkowa
moje dziecko zachoruje. Dużo mogłabym pisać, nie mam już siły, nie
mogę tak żyć, błagam o pomoc.