25.02.08, 08:32
Minęło 9 miesięcy a ból coraz większy,nie umiem się z tym pogodzić.
Lekarka powiedziała żebym sobie kogoś znalazła ,idiotka.
Jestem sama jak palec,znajomi wyparowali,przyjaciele się odwrócili tak jakbym
stanowiła jakieś zagrożenie.Nic już nie wiem i nic nie rozumiem.
Obserwuj wątek
    • fiambala Re: wariuję 25.02.08, 11:36
      suzi - nie ma uniwersalnej rady na radzenie sobie z takim stanem. Na
      swoim przykładzie mogę tylko powiedzieć, że czasami trzeba po prostu
      przeczekać bo te troszkę lepsze dni muszą kiedyś przyjść. A czasami
      samemu trzeba wyciągnąć rękę po pomoc i to niekoniecznie do tych
      osób, które wydawały nam się przyjaciółmi, ale nawet do tych prawie
      obcych - mimo że jest to bardzo trudne. Najważniejsze to pamiętać,
      że tak długo jak tego potrzebujesz, masz prawo opowiadać o tym, co
      Cię boli i szukać pomocy. Mnie czasami pomaga jeszcze pisanie o tym,
      co się stało...
      • 22suzi Re: wariuję 26.02.08, 08:23
        Nie wiem,minęło już trochę czasu a ja dalej nie radzę sobie z tym.
        Jego rzeczy dalej są tak jakby miał zaraz wrócić,wiem że muszę się tym zająć ale
        jak się przemóc?
        • fiambala Re: wariuję 26.02.08, 11:30
          w tzw. mądrych książkach autorzy piszą, że ten najgorszy okres to
          właśnie rok, kiedy wszystko trzeba po raz pierwszy zrobić samej. CO
          nie znaczy, że w tym roku nie może być lepszych dni i że po jego
          zakończeniu ma nastąpić radykalna poprawa. Nie chce pisać jak będzie
          potem, bo sama nie wiem - u mnie nie minęło nawet pół roku...

          Wiem jedno, że są dni kiedy nie mam nawet siły otworzyć oczu rano, a
          są takie kiedy wiem z całą pewnością, że jeszcze da się żyć. Tyle
          tylko, że nikt mnie nie zmusi, żebym to zrobiła, no i nikt tego nie
          zrobi za mnie. Ja muszę sama tego chcieć. I ja chcę. Chcę jeszcze
          kiedyś cieszyć się życiem, co nie znaczy, że chcę zapomnieć o tym,
          co było.

          I wydaje mi się, że chyba to jest klucz, żeby gdzieś w tej rozpaczy
          i bólu znaleźć te resztki siły, które pozwolą podtrzymać malutką
          nadzieję, że jeszcze kiedyś będę żyła, a nie wegetowała.

          Już gdzieś pisałam coś podobnego i trochę się powtórzę, ale...
          Właśnie świadomość, że to mimo wszystko ode mnie zależy sprawia, że
          wracam do życia, powoli - to prawda, czasami stoję w miejscu,
          czasami się cofam, ale idę. I przeżyję kolejne trudne daty, tak jak
          przeżyłam Święta, dzień wyjazdu na wspólny urlop, którego już nie
          było, i dzień jego urodzin i moich też kilka dni później, Sylwestra.
          Wiem, że nigdy nie będzie łatwo, że będzie bolało, ale dam radę.
          Będę płakała, będę wspominała, będę pamiętała i kochała, ale będę
          żyła. Nie tylko funkcjonowała jak teraz.

          Jeszcze raz uczę się robić plany na dłużej niż jeden dzień, uczę się
          znowu myśleć, że nawet jeśli życie ma się skończyć jutro, to nie
          mogę zrezygnować z siebie, znowu uczę się podejmować decyzje - te
          małe codzienne i te ważne, duże... Ale są też chwile, dni, kiedy
          wydaje mi się, że to nie ja napisałam te słowa, bo przecież ja już
          nie mogę dalej sama... Wtedy staram się pamiętać, że przecież są też
          dni, kiedy jest lepiej i że dla nich warto przeczekać te złe.

          Bo smutek jest jak fala - przychodzi i odchodzi z różną siłą -
          czasami tylko zachwieje człowiekiem, czasami powala na kolana i
          odbiera oddech. Wtedy trzeba świadomie wstrzymać ten oddech i
          przeczekać - fala przecież zawsze się cofa.

          A jeśli chodzi o Jego rzeczy - wydaje mi się, że nie chciałabym być
          przy tym sama. Chciałabym, żeby obok był ktoś, komu mogłabym
          powiedzieć dlaczego tak płaczę nad tą a nie inną koszulką, kto
          wysłucha historii właśnie tej koszulki i tysiąca innych drobiazgów,
          a kiedy trzeba przytuli i pomoże, albo nawet zrobi to za mnie.
          • hanwon4 Re: wariuję 26.02.08, 20:57
            Mądre słowa fiambala.Oby pomogły.
        • hanwon4 Re: wariuję 26.02.08, 20:52
          Musisz się przemóc.Ja też trzymałem pełna szafę rzeczy mojej
          zony.Doradzano mi żebym pozbył się tego jak najszybciej ale
          uważałem,że to profanacja.Teraz wiem,że wspomogłem te kobiety,ktore
          potrzebowały czegoś "na grzbiet" a ja wreszcie nie wracam myslami
          do "kiedyś".To trudne,ale musisz podjąć decyzję i opróżnić
          mieszkanie z Jego rzeczy.Koniecznie.
    • kasik2222 Re: wariuję 26.02.08, 08:34
      ja juz parę razy podchodziłam do Jego trzeczy, za każdym razem
      wracały na miejsce. Wczoraj spakowałam bieliznę, i włożyłam znów do
      szuflady, i posprzątałam Mu w szafie. Też sobie nie radzę, ból coraz
      większy. Chyba zaczyna docierać prawda.
      • hanwon4 Re: wariuję 26.02.08, 21:09
        zdaje sobie sprawę jak bardzo trudno jest osamotnionej kobiecie
        podjąć decyzję pozbycia się niepotrzebnych już rzeczy Jej
        mężczyzny.Pozostałość,po kimś kto odszedł budzi wspomnienia ale
        wierz mi,im szybciej podejmiesz decyzję i przestaniesz sprzatać Jego
        szafę,tym lepiej dla Ciebie.On nie wroci ale Ty pozostałas i musisz
        żyć dalej.
    • bajeczka35-pl Re: wariuję 26.02.08, 08:57
      Ja też nie mogę się pozbierać ale staram się dla Julci ,która
      przeżyła to strasznie .Kiedyś napiszę co się z nią działo.Dużo
      pracuje ,staram się zagospodarować każdą chwilę ale co z tego skoro
      łzy pojawiają się nie wiadomo kiedy.Najgorsze są wieczory i widok
      pełnych rodzin z dziećmi, kurcze nie mogę na to patrzeć.I tylko
      słysze "jaka ty jesteś silna ja to bym nie przeżyła tego" a ja już
      nie chce być silna .Żeby tak można było cofnąc czas
      Pozdrawiam
      • samela_0 Re: wariuję 26.02.08, 13:03
        Ja przyznaje,ze czuje sie podobnie. Gdy mąż zmarł przez najbliższy
        tydzień miałam wokół siebie sporo psełdo przyjaciół. Nie będę
        wyjasniała czemu psełdo bo to nie na temat. Po tygodniu zostałam
        sama. Czas leciał dosyć szybko bo było sporo spraw do załatwiania i
        przyswajania się do tej sytuacji która była-jest. Teraz minęło 1.5
        roku. Dla innych czas leci dalej a dla mnie nadal stoi. Ktoś
        mówi ..."czas leczy rany"...ale na taka ranę chyba trzeba dużo
        więcej opatrunku. Nie moge iść do pracy bo dziecko jest za małe,wiec
        siedzę w domu i żyje chwilą. Gdyby nie syn zastanawiała bym się czy
        warto wstawać. Kolezanki podobnie do Ciebie powyjeżdżały więc nie
        mam nawet skim sie spotkać.Takie siedzenie w domu naprawdę
        przygnębia jednak żyję nadzieją,że gdy przyjdzie wiosna i ja poczuję
        się lepiej(....a może ktoś złoży niemoralną propozycję?...) Nie
        publikujcie tego bo to żart :-).
    • kasik2222 Re: wariuję 26.02.08, 15:20
      nie wiem czy dzisiaj taki dzień... boli jeszcze bardziej
      • 22suzi Re: wariuję 26.02.08, 16:11
        Fiambala podziwiam cię i dziękuję za te słowa tylko dla mnie czas się zatrzymał
        wydaje mi się że wszystko stało się wczoraj.Wszystko stoi mi przed oczami,a
        mijających dni nie zauważyłam,brak mi wiary że będzie lepiej.Pracuję ale nie
        pomaga w pracy jestem jak automat.Mój syn ma naście lat i więcej go nie ma niż
        jest,mówi że nie lubi teraz domu,to jego reakcja,dorastające dzieci jeszcze
        bardziej potrzebują ojca a ja mu go nie zastąpię.
        • fiambala Re: wariuję 27.02.08, 01:08
          suzi - nie ma powodu, żeby mnie podziwiać... Dla mnie tez w pewien
          sposób czas się zatrzymał, wciąż nie mogę otrząsnąć się ze
          zdumienia, że minęło już tyle czasu, a ja ciągle tutaj jestem. Ba,
          są już nawet dni, kiedy nie płaczę, kiedy funkcjonuję w miarę
          poprawnie, potrafię się skupić nad tym co robię, bo moja praca tego
          wymaga. Ale mam też dni, kiedy wydaje mi się, że już dalej nie dam
          rady, w oczach co chwilę łzy a wieczorem fontanna... I właśnie w te
          dni, staram się po prostu pamiętać o tych lepszych. I że taka jest
          kolej rzeczy - po złych dniach muszą kiedyś przyjść lepsze i one
          rzeczywiście przychodzą. Trzeba tylko jakoś z siebie tę wiarę
          wykrzesać. Mi pomagają inni - i ku mojemu zdumieniu są to ludzie,
          których poznałam dopiero po, albo tacy, których znałam wcześniej ale
          byli tylko znajomymi. I nie potrafię powiedzieć kiedy, ale jakoś
          nastąpił ten moment, że kolejne wyjście z domu do którego oni mnie
          namówili nie było kwestią tego, że "tak trzeba" ale po prostu
          że "tak chcę".

          Myślę, że Twój syn nie oczekuje żebyś zastąpiła mu ojca, ale pewnie
          chciałby żebyś była tą samą mamą, co kiedyś. Moja rodzina zachowuje
          się w ten sam sposób - wiedzą, że cierpię i bardzo ich boli to, że
          właściwie nie są w stanie mi pomóc, no bo jak... Nie unikają mnie,
          ale wiem, że nie lubią jak jestem smutna, więc staram się przy nich
          nie być. Trudne to, ale zazwyczaj mi się udaje.
    • hanwon4 Re: wariuję 26.02.08, 20:45
      Najgłubsza porada,po prostu bemyślna.9 miesięcy po śmierci bliskiego
      człowieka to krótki okres ale kiedyś trzeba zacząć zyć normalnie.Ja
      straciłem żonę i wiele miesięcy po Jej odejsciu czułem totalna
      pustkę.Moi przyjaciele nie odwrócili się ode mnie ale nie
      odwiedzałem ich zeby nie widziec współczucia w ich oczach.Mnie,jako
      facetowi nikt nie proponował znalezienia "zastępstwa" wychodząc
      pewnie z załozenia,ze męzczyźnie łatwiej jest wypełnic pustkę.Byc
      moze tak jest.Nie szukam potwierdzenia.Piszesz,że przyjaciele
      wyparowali-chyba przyjaciółki z mężami bo nagle stalas się samotna
      kobietą,zagrozeniem.Nie umiem dawać rad ani pocieszać,ale wiem,ze
      ból trzeba zagłuszyć,pozbyc sie go bo żywemu nic nie pomoże
      pograżanie się w rozpaczy.A "przyjaciół"olej.Znajdziesz innych.Na
      świecie jest dużo ludzi z mózgami zamiast trocin.Powodzenia "suzi"))
      • binka19 Re: wariuję 26.02.08, 21:09
        hanwon4 napisał:

        > Najgłubsza porada,po prostu bemyślna.9 miesięcy po śmierci bliskiego
        > człowieka to krótki okres ale kiedyś trzeba zacząć zyć normalnie.Ja
        > straciłem żonę i wiele miesięcy po Jej odejsciu czułem totalna
        > pustkę.Moi przyjaciele nie odwrócili się ode mnie ale nie
        > odwiedzałem ich zeby nie widziec współczucia w ich oczach.Mnie,jako
        > facetowi nikt nie proponował znalezienia "zastępstwa" wychodząc
        > pewnie z załozenia,ze męzczyźnie łatwiej jest wypełnic pustkę.Byc
        > moze tak jest.Nie szukam potwierdzenia.Piszesz,że przyjaciele
        > wyparowali-chyba przyjaciółki z mężami bo nagle stalas się samotna
        > kobietą,zagrozeniem.Nie umiem dawać rad ani pocieszać,ale wiem,ze
        > ból trzeba zagłuszyć,pozbyc sie go bo żywemu nic nie pomoże
        > pograżanie się w rozpaczy.A "przyjaciół"olej.Znajdziesz innych.Na
        > świecie jest dużo ludzi z mózgami zamiast trocin.Powodzenia "suzi"))
        święta prawda hanwon4
        • 22suzi Re: wariuję 27.02.08, 08:26
          Dziękuję za wszystkie porady,bardzo pomaga to że mogę rozmawiać z tymi którzy
          czują to samo.Wiem że to głupie ale póki nie znalazłam tego forum myślałam że ja
          jedna na całym świecie tak cierpię.Mój mąż umierał dwa razy ,właśnie 27 lutego w
          zeszłym roku po 5 minutach reanimacji się udało ale tylko przedłużyć agonię o
          kolejne 3 miesiące.Pocieszam się że każdy kolejny mijający dzień zbliża mnie do
          spotkania z nim.Bardzo chcę w to wierzyć ale jestem człowiekiem małej wiary i
          ogarnia mnie przerażenie na myśl że tam nic nie ma,on już nie istnieje i nigdy
          się nie spotkamy.
          • kasik2222 Re: wariuję 27.02.08, 08:50
            ja zawsze byłam wierząca, ale po Darka śmierci też przestraszyłam
            się, że może nic nie ma dalej i co wtedy? Juz Go nie zobaczę? Cały
            czas mam duże wątpliwości, moja wiara się bardzo zachwiała. Teraz
            czytam książkę poleconą tu na forum, pozdrowienia z niebios, podnosi
            bardzo na duchu. Juz wcześniej proponowałam, jak ktoś będzie chciał
            przeczytać to chętnie pożyczę jak skończę czytać. Kasia
            • alicjajulia Re: wariuję 28.02.08, 17:27
              Mam to samo. Przed śmiercią Artura moja wiara (tak mi się wydawało) była
              niezachwiana. I w tym trudnym okresie, kiedy Artur walczył o życie też w wierze
              i Bogu pokładałam wszystkie nadzieje. Jeszcze jakiś czas po pogrzebie się
              trzymałam, ufałam. Teraz jest inaczej. Już nie wiem sama - może to jest takie
              myślenie życzeniowe, chciałabym kiedyś jeszcze się z Nim spotkać. A co, jeśli to
              nieprawda?
    • erybka77 Re: wariuję 28.02.08, 19:07
      Alicjajulia- nie mysl ze to nieprawda.. Na pewno kiedys spotkamy sie
      z naszymi ukochanymi. Na pewno.
      Nadal łączy nas miłosc, dzieli tylko czas. Oni już są na innym
      etapie życia, tam gdzie nie ma już bólu, cierpienia i smierci. Im
      już jest dobrze, są szczęsliwi.
      My tu tęsknimy ogromnie, boli nas dusza i krwawi serce, ale to tylko
      chwilowe. Ludzkie życie jest takie krótkie..za to potem czeka nas
      miłosc na wieki i już nigdy przenigdy nic nas nie rozdzieli.
      Miłosc jest silniejsza od smierci. Nie dajmy sie, choc jest nam tak
      cholernie ciężko..
      • elwirak7 Re: wariuję 28.02.08, 19:34
        Poczytalam ten watek i czasem czuje sie tak samo nierozumiana i wyobcowana.Juz
        na wlasnej skorze odczulam najpierw wielkie zainteresowanie ludzi, niczym
        sensacja tuz po smierci mojego Romka, a teraz cisze.. I mysle, ze tak trudne
        zdarzenia mocno weryfikuja znajomych.. Pojawily sie nowe osoby, kiedys prawie
        obce, pojawily sie calkiem nowe i niektore bliskie, okazaly sie naprawde
        wspaniale. Juz nie ma miejsca na jakiekolwiek udawane kontakty, po tych paru
        miesiacach, wiecej wiem o otaczajacych mnie ludziach. Moze troche sama sie
        odsuwam czasem, bo po ponad pol roku, wiele oczekuje ode mnie ze bede potrafila
        jak kiedys sie smiac, zartowac, slchac o randkach, zakupach, przeroznych tak
        dzis dla mnie blachych problemach. Czasem i owszem, jestem duzo spokojniejsza,
        jakby nawet pogodna. Ale to nie jest latwe.Same wiecie ile trzeba wysilku by
        nakierowac mysli na pozytywny tor, by doceniac to co mamy i te wlasnie trwajaca
        chwile, gdy odszedl ON. Wiem, ze to ja dzis patrze inaczej na zycie i trudno
        wymagac zeby inni tez tak patrzyli, ale przez to trudniej czuc mi sie
        rozumiana.. Mam trudny czas. Mocno dotarlo do mnie co sie stalo, tesknie coraz
        bardziej, dopadaja mnie przerozne "ludzkie" problemy i musze liczyc tylko na
        siebie. Ale wierze.. Ja akurat mocniej, bo juz pisalam w wielu watkach, od
        pierwszych dni podjelam sie poszukiwan sensu zycia i smierci. Mocno czuje JEGO
        obecnosc.I doszlam do wniosku, ze dopiero rozumiejac smierc, mozemy zrozumiec
        zycie.Dotarlo do mnie bardzo wiele,spotkalam niezwyklych ludzi, trafilam na
        niezwykle ksiazki - wierze, ze nie przypadkowo - dzieki temu mam czasem "nie
        ludzka" sile. A potrzebuje duzo sily dla mojego malego skarba. Jesli ktos z Was,
        bedzie mial tak wielka potrzebe jak ja zrozumiec choc troche "dlaczego", to moge
        sie podzielic tym do czego doszlam, choc mam swiadomosc, ze tak naprawde
        wszystkiego dowiemy sie gdy juz bedziemy po drugiej stronie.Pozdrawiam Was cieplo.
    • jo39 Re: wariuję 28.02.08, 20:13
      czytam, czytam i nie moge uwierzyc, ze tak podobne jest to, co nas
      spotyka..
      Kiedy maz/zona umiera myslisz:'to jest najgorsze nieszczescie, jakie
      mnie w zyciu spotkalo' - to prawda.
      Ale potem zaczynaja sie dziac rzeczy, ktore wczesniej nie miescily
      ci sie w glowie, ktorych istnienia nawet nie podejrzewalas... no bo
      jak - bylas w dobrym zwiazku, byliscie mlodzi, dzieci male - szmat
      czasu do przezycia, kto by myslal o rzeczach ostatecznych...
      A tu wlasnie okazuje sie, ze tlumy przyjaciol, ktore jakoby cie
      otaczaly, to gromada oportunistow i tchorzy, ktorzy nie potrafia
      nawet podejsc do ciebie po pogrzebie meza (ba, nawet na ten pogrzeb
      sie nie pofatygowali - chociaz na pogrzebie mojego meza byly tlumy -
      dzis wiem ile z tych tlumow zostalo).
      Kiedy moja babka zostala wdowa z trojka dzieci, obie rodziny
      przescigaly sie w gestach pomocy, mniejszych i wiekszych - kto mogl,
      pomagal jak mogl. Do smierci powtarzala mi, jak na braci meza i
      swoja rodzine mogla liczyc jak na Zawisze - i jakie to jest wazne. W
      dzisiejszych skundlonych czasach slowo wdowa i sierota nie ma
      zadnego znaczenia - po prostu mysl o smierci i nieszczesciu bliskich
      zmarlego nalezy wyprzec i udawac, ze sie nic nie stalo...
      Chcialabym Cie pocieszyc z perspektywy moich prawie dwu lat
      wdowienstwa, ale nie jest to proste. Nie zmuszaj sie do wyrzucania
      rzeczy meza - nie ulzysz sobie na sile, a dla dziecka drobiazgi
      przypominajace Tate sa wazne - moj syn kazdy drobiazg powierzony mu
      w opieke bardzo ceni - zgubiony portfelik ze zdjeciem ojca, to byl
      prawdziwy dramat. Byc moze stopniowe wynoszenie rzeczy z domu
      spowoduje, ze bedzie latwiej. Przeciez obecnosci meza w zyciu
      dziecka i swoim nie przekreslisz, ani nie oszukasz sie, ze 'tego
      nigdy nie bylo'
      A co do pseudo-przyjaciol - sprobuj na to spojrzec w ten sposob -
      nieszczescie spowodowalo selekcje na przyjaciol i tych, ktorzy ich
      tylko udawali. Nie rozgoryczaj sie, ze ta druga grupa jest wieksza
      od pierwszej, tylko dbaj o tych przyjaciol, ktorzy zostali, a reszte
      potraktuj jakby ich nigdy nie bylo - nie sa warci Twoich emocji.
      Jest Ci bardzo ciezko - dziewiec miesiecy to parszywy okres - boli
      coraz bardziej, a otoczenie oczekuje, ze sie 'otrzasniesz'.
      Pisz - jak widzisz, tutaj dostaniesz odpowiedz. Pzdr.
      • 22suzi Re: wariuję 29.02.08, 08:16
        Z bliskich osób mam tylko siostry i wstyd pisać ale po śmierci męża usłyszałam
        że mam problem z głowy.Może dlatego że mój mąż nie zmarł nagle tylko bardzo
        długo chorował i wymagał opieki i dużo starań z mojej strony i nikt nie rozumie
        że wlałabym dalej się nim zajmować mimo iż było ciężko,bo teraz jest sto razy
        gorzej.Najgorsze jest to że nie czuję jego obecności ,nie śni mi się i mam
        uczucie że wszystko stracone na zawsze.Jak mam uwierzyć że cokolwiek jest po
        tamtej stronie ?
        • elwirak7 Re: wariuję 29.02.08, 12:00
          Suzi ja zauwazlam, ze gdy rozpaczam, zloszcze sie, jestem rozalona - trudniej mi
          czuc Jego obecnosc. A gdy sie otwieram, to docieraja do mnie jakby telepatyczne
          przekazy, niezwykle sny, trafiam na ludzi, ktorzy mowia niezwykle slowa, trafiam
          na wyjatkowe filmy, ksiazki, slowa piosenek w radiu itd.. Bo wierze, ze tak moga
          najlatwiej miec z nami kontakt. Jesli potrzebujesz wiecej informacji by miec
          wiare, daj znac. A podobno "tyle w nas sily, ile wiary". Pozdrawiam cieplo.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka