majeczka.30
08.06.09, 09:32
Witam Wszystkich. Od dłuższego czasu podczytuję forum i szukam czegoś dla siebie. Postanowiłam więc podzielić się moimi odczuciami i poprosić o radę Was i P. Ekspert. Założyłam nawet konto gazetowe wyłącznie w tym celu.
Jestem w szczęśliwym związku małżeńskim od kilku lat. Mamy dwójkę dzieci. Przeprowadziliśmy się na wieś, ze względu na pracę męża.Cały czas jeździłam do pracy prawie do samego końca drugiej ciąży, 40 km. Nie było lekko, praca stresująca, wyzuta z uczuć wyższych kierowniczka, końcówka ciąży w największych upałach. Starałam się jednak, bo była to praca którą ceniłam, zgodna z wykształceniem (ukończyłam studia z wąską specjalizacją) i miałam nadzieję, że doceniając moje starania kierowniczka znajdzie dla mnie miejsce po urodzeniu dziecka. Umowę miałam tylko na zastępstwo (po kolei za dwie osoby) i kończyła się parę dni przed urodzeniem dziecka. Moje nadzieje okazały się płonne. Po urodzeniu zarejestrowałam się w U.pracy i do tej pory jestem na zasiłku. Poprzednich prac miałam kilka, nie w zawodzie, umowy na czas określony .Zajmuję się domem i dziećmi i generalnie nie jest źle - mąż docenia to co robię, z jego strony mam wsparcie.Ale…I tutaj zaczyna się moje martwienie się… Właściwie o wszystko…
Martwię się, że nie znajdę pracy w zawodzie, nie znajdę jakiejkolwiek pracy, wszędzie mam daleko. Z drugiej strony nie chcę podejmować byle jakiej pracy, nie po tyle lat się uczyłam, żeby np. stać za ladą w sklepie.
Nie znalazłam do tej pory godnych zaufania znajomych z dziećmi. Nie przyzwyczajona jestem do okropnego zwyczaju obgadywania wszystkich i wszystkiego i chyba wolę nie spotykać się z nikim.
Bolą mnie pytania osób: kiedy wracasz do pracy? Bo nie mam ochoty tłumaczyć się nikomu, że nie mam gdzie wracać.
Wkurza mnie wywyższanie się osób, które pracę dostały wyłącznie po znajomości (urząd, bank, na miejscu, bez dojazdów) bez wykształcenia i kwalifikacji. Takie osoby potrafią śmiać się prosto w twarz z kogoś, kto ma pracę niskopłatną lub poniżej kwalifikacji.
Z tego też powodu wychodzę z domu wyłącznie kiedy muszę, na spacery z dziećmi. Nie wdają się w zbędne rozmowy, mówię zawsze, że się śpieszę. Boje się, że całkiem zdziczeję.
Mąż nie ma tego problemu, zna wszystkich, ma blisko rodziców. Ja zostawiłam całe swoje dotychczasowe życie w mieście, gdzie do tej pory mieszkałam. Wiem, wiem są telefony, internet, mam to wszystko, co nie zmienia faktu, że czuję się samotna.
Łapię się na tym, że martwię się niemal bez przerwy. Uciekam w Internet, dużo czytam, staram się zająć myśli czym innym. Czasem sama jestem na siebie zła, że tak mi się wszystko w życiu dobrze układa, a ja wymyślam. Czasem patrzę na innych ludzi i zastanawiam się, co ich zżera od środka, czego na zewnątrz nie widać.
Chcę się wybrać do byłej pracy w odwiedziny, zobaczyć co słychać. Już się boję tej wizyty i przygotowałam sobie w głowie już setki scenariuszy. Osoby z byłej pracy dopytują przy okazji czy już mam pracę (!) ,a żeby było śmieszniej to zazwyczaj pytają osoby, które długi czas pracy nie miały, lub siedziały z dziećmi. Kto jak kto, ale one chyba najlepiej powinny wiedzieć, jak czuje się osoba której zadano takie pytanie.
Do tego wszystkiego dochodzi zmęczenie dwójką małych, ruchliwych dzieci, z których młodsze źle sypia w nocy.
Ostatnio zauważyłam , że byle szczegół, luźno rzuconą przez znajomych uwagę traktuję jako atak i zaczynam się bronić.
Kiedyś też się martwiłam, ale nie z takim nasileniem jak do tej pory.
Założyłam sobie parę zadań do wykonania w najbliższej przyszłości m.in. kontynuacja języków obcych, ale boję się że w mojej aktualnej sytuacji będzie brakować mi sił.
Chciałabym, żeby moje dzieci miały szczęśliwą mamę, a mąż szczęśliwą żonę. Nie mówię mężowi o moich lękach, nie chcę go martwić, chcę żeby po pracy wracał do domu gdzie czeka na niego uśmiech i dobre słowo, a nie smutek.
Przepraszam za chaotyczność. Po napisaniu tego wszystkiego już mi trochę lepiej.