laband
15.10.04, 08:26
Matka pcha syna na wózku przez całe Gliwice
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Fot. Maciej Jarzebinski / AG
Tomasz Głogowski 15-10-2004, ostatnia aktualizacja 15-10-2004 00:03
Czy miasto może zbankrutować z powodu stu złotych? Gliwiccy urzędnicy chyba
uważają, że tak i nie chcą pomóc 19-letniemu Grześkowi Kwiatkowskiemu.
Chłopak dotknięty dziecięcym porażeniem mózgowym musi pokonywać drogę do
szkoły z jednego końca miasta w drugi na wózku inwalidzkim
czytaj dalej »
r e k l a m a
Grzesiek jest pogodny, uśmiechnięty i bardzo inteligentny. Skończył liceum i
zdał maturę. Z trudem się porusza - ma niedowład rąk i nóg. Przez ostatnie 13
lat siedział w domu, bo nauczyciele przychodzili do niego. W końcu
powiedział: - Dość. Chcę wyjść z domu, spotykać rówieśników. Normalnie żyć,
bo inaczej zwariuję!
Wiosną zapisał się do szkoły pomaturalnej, która ma klasę dla informatyków.
Problem w tym, że znajduje się na drugim końcu miasta. - W kwietniu
poprosiłam Urząd Miejski, żeby pomogli mi załatwić transport. Wiceprezydent
odpisał, że mają obowiązek dowozić tylko niepełnosprawnych uczniów
podstawówki i gimnazjum. Grzesia już nie, bo skończył szkołę i nie musi się
dalej uczyć - załamuje ręce Małgorzata Kwiatkowska.
Ale nie poddała się i przyrzekła, że syn zostanie informatykiem. Wstają
codziennie o szóstej rano. Pani Małgorzata ubiera Grzesia i sadowi go na
wózku inwalidzkim. Walczą z wysokimi krawężnikami, dziurami w asfalcie,
omijają kamienie, uciekają przed pędzącymi samochodami i lawirują między
rowerzystami. Z domu do szkoły jest pięć kilometrów. Wędrówka zajmuje im
półtorej godziny. Gdy pada deszcz, są przemoknięci do suchej nitki, gdy wieje
wiatr, łapią grypę. A co będzie, jak spadnie śnieg? - To już po nas -
odpowiada z trwogą Kwiatkowska.
Bolą ją ręce i nogi. Z trudem łapie oddech. Grzesiek to chłop jak dąb. Waży
ponad 70 kg. - Ale mama jest twarda. Nigdy się nie skarży - mówi chłopak z
podziwem.
Gdy docierają do szkoły, pani Małgorzata może wreszcie odsapnąć. Siada na
ławce, czyta książki, rozmawia z nauczycielami. Codziennie czeka w szkole, aż
syn skończy zajęcia.
Urzędnicy mówią krótko: na specjalną taksówkę, która dowozi niepełnosprawne
dzieci do szkoły, Grzesiek nie ma szans. Można by poszukać dla niego busa,
ale to kosztowałoby 200 zł miesięcznie. Pani Kwiatkowska ze skromnej renty
jest w stanie wysupłać zaledwie 100 zł. Mówi, że resztę mogłaby dołożyć
gmina. Przecież miasto od tego nie zbankrutuje. - Nie mamy podstaw prawnych
do takiej dotacji - rozkłada ręce Marek Jarzębowski, rzecznik prasowy
magistratu. Tłumaczy, że przypadek Grzesia jest precedensowy, a miejscy
prawnicy głowią się, jak załatwić dla niego specjalne stypendium. - Może
uchwałę w tej sprawie da się jeszcze wcisnąć na sesję 20 października. Tylko
wtedy znalazłyby się pieniądze na transport - zapewnia Jarzębowski.
Zawsze wesoły Grzesiek czasem smutnieje. Myśli wtedy o propozycji, jaką jego
mama usłyszała od Moniki Gałażewskiej, naczelniczki wydziału edukacji UM. -
Chłopak mógłby przecież zamieszkać w internacie - wymyśliła pani naczelnik.
To drobiazg, że musiałby wdrapywać się na czwarte piętro, bo nie ma tam windy
dla niepełnosprawnych...