Dodaj do ulubionych

Ziyntek - proba 2

26.11.04, 13:09
Jerzy Ziętek


Kazimierz Kutz 25-11-2004 , ostatnia aktualizacja 25-11-2004 22:25

19 lat temu pożegnał się ze światem Jerzy Ziętek, ale pamięć o nim jest nadal
żywa i dość powszechna. Gdyby prowadzić ranking pamięci powojennych dygnitarzy
na Śląsku, to obok niego jeszcze tylko Edward Gierek mógłby się z nim mierzyć.

Choć i to zależałoby, od której strony Brynicy by się patrzyło. Wiele o Ziętku
napisano, a nadal - kiedy myśli się o nim - jego osoba może być impulsem do
wielu przemyśleń, choćby nad społeczną służebnością urzędników. Niestety,
poziom dygnitarstwa w Polsce wzrósł niepomiernie, stał się ostentacyjnie
nowobogacko-mieszczański, co nie znaczy nic innego, jak tylko oddalenie się od
społeczeństwa. Przed urzędami nieco wyższego szczebla stoją limuzyny, a już
przed urzędami miast tak bogatych, jak Katowice, nie wypada aby mogły
kosztować mniej niż 150 tys. złotych. Przejęcie przez urzędy fasonu dawnego
aparatu partyjnego, często niespotykanego blichtru i obrzędowości wzrósł
bardziej niż cokolwiek, a co najmniej jak nędza dawnego proletariatu. Ten
kontrast jest jaskrawy i powszechny. Więc kiedy myśleć o Jerzym Ziętku i jego
"dygnitarstwie" to powiedzieć wypada, że w porównaniu z dzisiejszymi notablami
cechowało go ubóstwo iście apostolskie. Bo, mimo że co dzień demokracja,
samorządy i wybory, to status urzędniczy rozrasta się w swoisty bizantynizm.
Ponadto, choć Jerzy Ziętek pracował w państwie o cechach zdecydowanie
totalitarnych, uprawiał najbardziej demokratyczny styl rządzenia, z jakim w
Polsce można było się zetknąć. Jego generalna zasada - ma ona dziś wymiar
niejako biblijny - którą z jego ust usłyszałem, brzmiała: "Sam się nie pracuje
dla pieniędzy, tu się robi z miłości do ludzi". Mówił to zza swego biurka,
stukając w stosownym miejscu palcami w blat.

Jerzy Ziętek był po prostu bardzo poważnym, pracowitym i kompetentnym
urzędnikiem, niepoprawnie otwartym na człowieka. Nie było w nim grama
dygnitarza, bo dygnitarz to ktoś taki, który urząd stawia powyżej misji, dla
której został powołany. Jego autorytet był naturalny i miał wymiar moralny.
Autorytet moralny jest właściwością ludzi o czystych rękach, a co za tym idzie
i sumieniu, i sprowadza się do tego, że ci co mają sumienia skalane czują się
przy nim nieswojo. Autorytet Jerzego Ziętka brał się z jego przyzwoitości. I
tu dotykamy źródła deficytu i upadku autorytetów dzisiejszej rzeczywistości.
Sprawa jest poważna. Dotąd, od dziesięcioleci budowało się w Polsce kościoły,
bo takie było zapotrzebowanie; teraz idzie czas na budowanie miejsc
odosobnienia dla nieuczciwych, bo oczekiwanie na miejsce w więzieniu trwa
równie długo, jak na amerykańską loterię emigracyjną.

Toteż z przyjemnością pojechałem do Mysłowic na uroczystość zespołu szkół
zawodowych "na górce" - wybudowanych jeszcze za czasów Jerzego Ziętka - które
przyjmowały jego imię. Dobrze byłoby, aby szkoły miewały patronów równie
wyrazistych, równie niekonwencjonalnych i o poziomie jego prostoty. Człowiek,
który odchodzi, zostawia po sobie bilans i daje się on policzyć. Najbardziej
uchwytny byłby spis dokonań, czyli dzieło życia, służących innym. Jerzy Ziętek
może być w tej konkurencji wzorem do naśladowania i jeszcze długo czekać
trzeba będzie, aż pojawi się ktoś jemu równy. O jego rzetelności, pracowitości
i przyzwoitości już wspomniałem. Ale był to także człowiek o wielkiej sile
woli; jemu chciało się robić swoje od świtu do nocy i zmierzać do wytkniętego
celu. Był galernikiem z wolnego wyboru, a łajba na której się katował nazywała
się - Śląsk. Czy był jeszcze drugi taki w PRL-u?

To jest bardzo trudny patron dla mysłowickiej młodzieży, choć okoliczności, w
których przyjdzie im działać, wydają się o wiele łagodniejsze, bo bez
hitleryzmu, wojny i komunizmu. Dlatego cechy charakteru Jerzego Ziętka: jego
umiłowanie własnej ziemi, wyobraźnia obywatelska, odwaga cywilna, wytrwałość i
umiejętność wieńczenia zamierzeń często nierealnych, mogą być nadal dla
młodych ludzi, jeśli nie wzorem do naśladowania, to źródłem refleksji nad
wyborem drogi życiowej. Jerzy Ziętek nie jest św. Jadwigą - odległą księżną i
wydestylowaną ikoną - on jest ciągle tu, pomiędzy ludźmi na Śląsku, w gąszczu
tych samych problemów, z którymi kołatał się przez całe swoje życie. Nie idzie
więc o to, czy należy go nie lubić lub podziwiać, bo on i tak sam się obroni.
Nie gadulstwem, którego się wystrzegał jak ognia, a wielohektarowymi obszarami
dokonań cywilizacyjnych. Bo on nie gadał, a jeno z dnia na dzień zapobiegał,
gospodarzył i tworzył.

I nie był świętym. Wiadomo, że będziemy mieli w Polsce jednego świętego.
Powiem teraz herezję, ale w sutannie droga do świętości wydaje się być
krótsza. I nie idzie tu o pokusy świata, a opór materii, z którym trzeba się
zmagać. Ostatecznie każdy z nas wspina się na Mount Everest, który sam sobie
wyznacza. Szczyt góry Jerzego Ziętka był - jak to się mówi - niebotyczny. I
równie trudny, lodowaty i skalisty jak najwyższa góra w Himalajach. Boże, jemu
chciało się przez pięćdziesiąt lat trudzić dla innych! On, który technikę
dialogu i praktycznego konformizmu uznał za kanon, a spełnienie zobowiązań za
dobrowolny wyrok. Toteż, jeśli chce się o nim mówić i pisać rzetelnie, to
wypadałoby także zapytać o cenę, którą musiał za swoją niezłomność płacić. A
płacił poniżeniem, zagrożeniem życia i swoimi dziećmi.

Wstyd mi o tym pisać, zwłaszcza po przeczytaniu elaboratu na temat osoby
Jerzego Ziętka mojego felietonowego sąsiada, Michała Smolorza. Powiem
dosadnie: nie wypada publicznie tak seplenić. Są jednak granice czegoś
takiego, jak takt w osądzaniu umarłych, bo w końcu Jerzy Ziętek, przy
największej złej woli, nie powinien być traktowany na równi ze Zdzisławem
Grudniem. Powstaje bowiem naturalna hierarchia rzeczy, spraw i ludzi -
zwłaszcza pośród nieżyjących - która prosi się o zauważenie. Są bowiem
nieżyjący, którzy nie zasługują na wzgardliwy dystans, na spoufalenie i
obśmianie. Nawet nie wiem dokładnie dlaczego, ale granica ta istnieje. Może
jest dziedziczna albo intuicyjna (co na jedno wychodzi), ale istnieć musi.
Musi. Oczywiście, dziś wszystko wolno mówić i pisać, bo przekroczono granice
wszelakiego tabu, ale pewni ludzie, jeśli chcą zachować szacunek dla siebie,
powinni go też mieć dla innych. Zwłaszcza wobec tych, co już po tamtej
stronie. Nie dlatego, aby nie mogli się bronić, ale że nie wypada.

Chciałbym, żeby Michał Smolorz zapisał się do klubu tej lepszej części gatunku
ludzkiego, ponieważ - nie wiedząc chyba o tym - uprawia dokładnie to samo
poletko Pana Boga, na którym przez całe życie niezmordowanie tyrał Jerzy Ziętek.
Obserwuj wątek
    • tigletpilesar Re: Ziyntek - proba 2 26.11.04, 14:08
      Widzę, że Pan Michał S. popisał się znów swą inteligencją. Czas najwyższy
      usunąć tego buraka z szeregów felietonistów GW.
      • elver.b Re: Ziyntek - proba 2 26.11.04, 19:15
        Smolorz ma racje. Zientek to byl komunistyczny aparatczyk i dowodzenie, ze byl
        lepszym aparatczykiem od Grudnia do niczego nie prowadzi.
    • laband Re: Ziyntek - proba 2 06.12.04, 16:17
      Zapomniany advocatus diaboli


      Michał Smolorz 06-12-2004 , ostatnia aktualizacja 06-12-2004 11:49





      Znany i ceniony publicysta katolicki zwierzył mi się, że od lat kusi go, by
      wszcząć poważną dyskusję teologiczną na temat nauczania papieża Jana Pawła II.
      Dlaczego więc jej nie wszczyna? Ano boi się, że nie zdąży nawet ust otworzyć i
      już zostanie zakrzyczany, zatupany i potępiony. "W Polsce nie można nawet
      napisać, że kremówki wadowickie nie smakują, by nie być zaraz okrzykniętym
      antypapistą i wrogiem narodu" - to dosłowny cytat wypowiedziany przez tego
      człowieka wielkiej wiary i wielkiej wiedzy. Dlatego jeśli ktoś chce śledzić
      poważne debaty teologiczne, musi sięgać po dzieła niemieckie, francuskie czy
      amerykańskie.

      Przypomniała mi się ta rozmowa, gdy nieostrożnie ośmieliłem się opublikować w
      "Gazecie" garść rozważań wokół osoby Jerzego Ziętka. Po razach, jakie na mnie
      spadły, widzę, że - toutes proportions gardées - dyskusja o tej postaci jest na
      Śląsku równie niemożliwa, jak roztrząsanie papieskiej nauki w Polsce. Jeśli ktoś
      chce o Starym Jorgu pisać lub przemawiać, ma do dyspozycji wyłącznie takie
      zwroty: dobry gospodarz, wzór urzędnika, geniusz służby publicznej, tytan pracy,
      wybitny, wielki, wspaniały, nieoceniony, niedościgniony, ostoja szlachetnej
      śląskości na morzu zagłębiowskiej wredności. Każda próba wyjścia poza ten kanon
      grozi śmiercią lub kalectwem. Nie słuchałem mądrych ludzi - to i mam za swoje.

      Najzabawniejsze jest jednak to, że w moim artykule pt. "Śląski batiuszka" nie
      było ani jednego złego słowa o Ziętku - jak ktoś nie wierzy, niech raz jeszcze
      przeczyta. Wystarczy wyjść poza utarty schemat dyskusji o tym nieprzeciętnym,
      wielowymiarowym (i wielkowymiarowym) człowieku oraz pokazać jakiś inny możliwy
      punkt widzenia - zaraz odzywają się dzwonki alarmowe, syreny wyją, kraty
      spadają, instalacja gaśnicza tryska na wszystkie strony. A kamienie ciskają nie
      tylko weterani, którzy zasmakowali Ziętkowych rządów, ale nawet młodsze
      pokolenie, które zasmakowało co najwyżej jego legendy.

      Na naszym górnośląskim podwórku, między klopsztangą i hasiokiem, w ogóle panuje
      jakaś dziwna akcyjność. Z którejkolwiek strony człek podchodzi i próbuje wywołać
      dyskusję, tam zaraz larum grają i lament idzie w niebogłosy. A redaktor T.,
      niestrudzony Napoleon Bonaparte telewizyjnej reporterki, ludzi po nocach wyciąga
      z łóżek, podpisy zbiera pod listami protestacyjnymi, bije w dzwony na trwogę.
      Podobnie z kandydatami na pomniki. Wystarczy, że pojawi się pomysł uhonorowania
      jakiejś postaci, to zaraz słychać krzyk i zgrzytanie zębów. Żadnej rozsądnej
      debaty, żadnej wymiany poglądów, musi być albo powszechny entuzjazm i uznanie
      wielkości przez aklamację, albo pała po grzbiecie dla nieprawomyślnych.

      Stary Jorg bezsprzecznie zasłużył sobie na pomnik i tego nikt rozsądny nie
      neguje. Ale zanim stanie na piedestale, może warto przy tej okazji pokazać całą
      złożoność jego dzieła. Kościół katolicki już dawno wypracował rozsądną i
      skuteczną metodę dla procesów kanonizacyjnych i beatyfikacyjnych. Żaden kandydat
      nie trafi na ołtarze, póki wyznaczony przez papieża advocatus diaboli nie
      przedstawi dogłębnie i z największą starannością wszystkich jego grzechów i
      słabości. W przeszłości różnie to bywało, ale dziś z całą pewnością nikt nie
      zyska aureoli, jeśli wprzódy nie zostanie gruntownie skrytykowany i
      prześwietlony za wszystkie swoje ludzkie niedoskonałości.

      Stawiam zatem postulat, aby każdy społeczny komitet budowy pomnika też miał
      obowiązek powoływania czarciego adwokata. Ten musiałby udokumentować wszystko,
      co miał na sumieniu kandydat na cokół, i przedstawić to publicznie, dopiero
      potem w uczciwym "procesie monumentalizacyjnym" rozważano by "za i przeciw". Nie
      ukrywam, że liczę na stałą posadę wojewódzkiego advocatus diaboli. Bo
      największym szczęściem dla człowieka jest robić to, co się lubi, i jeszcze brać
      za to pieniądze.
    • bolko1335 zietek to byl siepacz warszawki 09.12.04, 21:49
      kutz to niedoczony debil, moze umi filmy robic, ale niech nie zabiera glosu na
      temat spraw historcznych,
      zietek to komusityczny siepacz warszawki a nie zaden dobroczyncy slazakow

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka