Drogie Hashimotki/Hashimotkowie
Pragnę podzielić się z Wami moją historią.
Obecnie mam 32 lata. Chorobę Hashimoto zdiagnozowano u mnie w 2005 roku - mądra internistka od razu wyczuła, że moje zmęczenie i opuchlizna może mieć związek z tarczycą. Okazało się, że mam jakieś rekordowe ilości przeciwciał

Choroba bardzo szybko postępowała i w ciągu kilku kolejnych lat bardzo szybko dobrnęłam do wysokich dawek. Przeszłam przez ręce wielu endo, w tym jednej która chciała mi podawać sterydy na obniżenie przeciwciał... Masakra...Na szczęście rozsądny ze mnie człowiek i sterydów nie wzięłam. Zmieniłam tylko lekarza
Moja choroba odbija się szczególnie na sferze psychicznej, kiedy następuje "natarcie" odbiera mi radość życia, przynosząc ból całego organizmu (od ślinianek, szyi, przez stawy, żyły i mięśnie po ból egzystencjalny nie do zniesienia), zabiera mi urodę (dając trądzik i opuchliznę twarzy, choć na szczęście nigdy nadwagi nie miałam). W wyniku zawirowań hormonalnych lądowałam już i u psychologów, i u psychiatrów - ze straszliwą depresją i brakiem sił witalnych.
Jednak jest jeden element tej historii, którym chcę się szczególnie z Wami podzielić. Mimo choroby urodziłam dwoje cudownych, zdrowych dzieciaczków. Podczas obu ciąż byłam pod opieką bardzo dobrych endokrynologów (Warszawa, przy pierwszej - u Dr Stefanowskiej, przy drugiej - u Dr Makowskiej, tę drugą polecam szczególnie). Nigdy nie myślałam o tym, że choroba ta może zaszkodzić dzieciom po prostu wyparłam tę myśl
Najważniejsze, moim zdaniem, zasady przy tej chorobie - to zwolnienie tempa życia, w miarę możliwości wybór mało stresującej pracy (wiem, haha, sama nigdy takiej pracy nie znalazłam, zawsze był stres ponad moje siły), właściwa dieta, duuuużo ruchu (szczególnie na świeżym powietrzu), dobry lekarz, częste kontrole i optymizm
Pozdrawiam Was gorąco i życzę wszystkiego dobrego!