W fińskiej saunie

02.06.18, 12:31
W fińskiej saunie wszyscy są równi, tak jak ich Pan Bóg stworzył
Wojciech Orliński

Najlepiej gada się w saunie. Bo jak ci brak tchu, nie będziesz gadał bez potrzeby

Robiłem wywiady w różnych warunkach, ale po raz pierwszy nago, z nagim rozmówcą, w tłumie innych nagich mężczyzn. Rozmówca to Arto, Fin mniej więcej w moim wieku.
Plan był taki, że spotykamy się u niego w mieszkaniu, bo skoro mam pisać o fińskim dizajnie, chciałem odwiedzić kilka osób z fińskiej klasy średniej, tamtejsze odpowiedniki naszych „lemingów”. By zobaczyć, jak im się żyje, co mają w kuchni, w sypialni itd. Jakoś nikt mnie nie chciał wpuścić, w końcu Arto się zgodził, ale ledwie weszliśmy do jego mieszkania, oznajmił: – To moja sypialnia, to moja kuchnia, to moja łazienka; a może teraz pójdziemy do sauny?
Kwadrans później siedzieliśmy na golasa na drewnianych ławkach w tłumie innych nagich, obcych ludzi. Cóż, zawód dziennikarza wymaga poświęceń.
– To teraz pytaj, o co chcesz – powiedział wyraźnie odprężony.

Próbuję, ale brak mi tchu. Wiem jednak, że nie wolno mi się do tego przyznać. Finowie najbardziej cenią sobie w ludziach cnotę, którą nazywają „sisu”. Czasem to się tłumaczy jako „odwagę” lub „wytrwałość”, ale nie należy tego mylić z naszą słowiańską brawurą z serii „Ja nie dam rady? Potrzymaj mi piwo i patrz”.
Sisu to dokładne przeciwieństwo. Jeśli chwalisz się swoim sisu, to znaczy, że go z definicji nie masz. Sisu polega na tym, że dobiegniesz do mety mimo kontuzji, jak legendarny fiński maratończyk Paavo Nurmi. Pytania dziennikarzy, jak się biega z urazem stawu, zbywać będziesz machnięciem ręki, że takie tam, drobne niedogodności, nie ma o czym gadać.
Na nic więc nie narzekam, tylko z trudem usiłuję zadawać pytania. Naturalnym tematem rozmowy jest zresztą sama sauna, w której siedzimy.

Buduj, co chcesz

Kompleks saunowo-basenowo-gastronomiczny Allas Helsinki wziął się z problemu, który ma obecnie wiele miast naszego regionu geograficznego, w tym Polska. W samym centrum często jest nabrzeże morskie czy rzeczne, które mogłoby być wielką atrakcją turystyczną, ale na razie jest zaniedbaną pamiątką po przeszłości miasta (jak choćby do niedawna warszawski brzeg Wisły).
Ten problem można rozwiązać na dwa sposoby. W tym zaniedbanym rejonie jakiś wspaniały budynek może postawić państwo albo miasto.

Oslo dla przykładu miało w centrum terminal kontenerowy Bjørvika, miejsce szpetne i kryminogenne (we wczesnych powieściach o fikcyjnym detektywie Harrym Hole zazwyczaj tutaj właśnie odnajdują się zwłoki). Za grube miliardy państwo wybudowało operę, budynek niedopasowany do otoczenia, z białego marmuru sprowadzanego z Włoch, którego głównym przesłaniem jest okrzyk: „Patrzcie, cieniasy, ile mamy kasy”.

U nas kasy trochę mniej, ale często nasze nabrzeżne inwestycje wyglądają podobnie. Stawiają je nam jacyś „oni” (z rządu albo z ratusza), a my potem narzekamy, że dlaczego akurat to, dlaczego tak drogo, dlaczego nie inaczej.
Helsinki to przeciwny koniec spektrum. Po pierwsze, tutaj rygorystycznie dbają o harmonię przestrzeni publicznej. Wszystkie budynki muszą wizualnie pasować do innych budynków, nie wolno stosować nietypowych materiałów wykończeniowych. Po drugie, fińska architektura unika przepychu. Prezydent Warszawy ma siedzibę bardziej reprezentacyjną od prezydenta Finlandii. A po trzecie, tutaj najważniejsza jest partycypacja obywatelska. Miasto ten sam problem rozwiązało więc tak: oddało działkę mieszkańcom, żeby sami sobie zbudowali to, co tam chcą mieć.

CDN...
    • diabollo Re: W fińskiej saunie 02.06.18, 12:33
      Mieszkańcy uznali, że chcą mieć kompleks saunowo-basenowo-gastronomiczno-rekreacyjny. Zrobili na niego publiczną zbiórkę, zebrali przeszło 1,1 miliona euro – i zbudowali.

      Kto wpłacił swoją symboliczną cegiełkę, ten jest teraz udziałowcem spółki Helsinki Allas Oy (oy – „osakeyhtiö” – to fiński skrót od „spółki akcyjnej”). Cegiełki miały limit, żeby udziałowców było jak najwięcej i nie powstała żadna „grupa trzymająca basen”. Udziałowcy mogą w głosowaniu decydować o takich sprawach jak sprzedaż alkoholu albo godziny otwarcia.
      No i nikt nie może narzekać. Kto nie kupił cegiełki – nie ma nic do gadania. Kto kupił – może zagłosować na zebraniu i np. odwołać zarząd.
      Smutne pierdoły
      Arto, mój rozmówca, był jednym z organizatorów zbiórki, a obecnie należy do zarządu spółki.
      – Kiedy nastały czasy dobrobytu, każdy Fin marzył o własnej saunie – tłumaczy mi Arto. – Jak już się ich dorobiliśmy, okazało się, że brakuje nam spotkań z obcymi ludźmi w saunie.
      – Ale dlaczego? – sapię na resztkach oddechu.
      – W saunie najlepiej się rozmawia.
      – Przecież brak tchu?
      – I o to chodzi. Jak ci brak tchu, nie będziesz gadał bez potrzeby. Lubimy w Finlandii krótką, bezpośrednią rozmowę. Robimy interesy tak: ty przychodzisz i mi mówisz, co masz do zaoferowania. Ja albo jestem zainteresowany, albo nie. Albo mam jakieś warunki, i jeśli ty je akceptujesz, to robimy coś razem, a jeśli nie, to nie. O czym tu więcej gadać? I tak się rozmawia w saunie.

      Kiwam głową ze zrozumieniem, bo nie mam siły na odpowiedź. Ale wtedy nagle Arto odwraca role i to on mnie pyta.
      – A teraz ty mi powiedz, co tam się u was dzieje. Dlaczego chcecie wojować z Unią Europejską?
      – Polska prawica ma potężną propagandę. Ludzie tutaj mało podróżują, więc naprawdę wierzą, że zachodnioeuropejskie miasta są opanowane przez imigrantów, którzy zaprowadzili swoje strefy islamu – odpowiadam.
      – Ale dlaczego wasze liberalne media nie potrafią tej propagandy skontrować? – drąży Arto.
      Gdybyśmy nie siedzieli w saunie, może bym i znalazł jakąś długą i elokwentną odpowiedź. Ale brak mi tchu, więc odpowiadam tylko: „Bo takie z nas smutne pierdoły”.

      To kochają Finowie
      Finowie dobrze się czują w saunie, bo w saunie wszyscy są równi. Nie można tutaj zaimponować złotym zegarkiem czy drogim garniturem. Wszyscy są jak ich Pan Bóg stworzył.
      Fiński dizajn jest nierozłącznie związany z fińskim przywiązaniem do równości. Najważniejszym fińskim architektem jest Alvar Aalto (1898-1976). Jego projekty są skromne, oszczędne, wręcz ascetyczne. Finowie to kochają.
      Bodajże najlepiej te równościowe ideały w dizajnie symbolizuje pakiet macierzyński („äitiyspakkaus”), który od 1938 roku państwo rozdaje młodym matkom. Potocznie nazywa się to „baby box”.

      CDN...
      • diabollo Re: W fińskiej saunie 02.06.18, 12:35
        W pudełku mamy wszystko, co potrzebne młodej matce. Śpiworek, śpioszki, czapeczki, przytulanka, skarpetki, termometr, śliniaczek. Plus podpaski i paczka prezerwatyw, żeby kontrolowała, kiedy ma od państwa dostać kolejny äitiyspakkaus. Samo pudełko zaś może być wykorzystywane jako łóżeczko.
        Finowie często zostawiają coś ze swojego „baby box” na pamiątkę. Wystrój pudełka zmienia się co rok. Obecne, zaprojektowane przez Roberta Loonqvista, udekorowane jest wesołymi zwierzątkami, ale na przykład pudełko, które na pamiątkę przechowali rodzice Arto, było brązowe w białe listki.
        Co kilka lat w projekcie wprowadzane są różne zmiany, wywołujące ogólnonarodową dyskusję. W 1969 roku wprowadzono pieluchy jednorazowe – w 2006 zastąpione ponownie wielorazowymi.
        W 1957 roku zrezygnowano z płótna i przyborów do szycia (przedtem tradycyjnie fińskie matki same wyszywały ubranka dla swoich dzieci). W 1970 z kolei zrezygnowano ze wszystkich materiałów, które trzeba prać ręcznie.
        Zamiast pudełka matka może wybrać gotówkowy ekwiwalent (140 euro), ale 95 procent wybiera pudełko. Częściowo ze względów sentymentalnych (przeciętny Fin gdzieś ma schowane pamiątkowe przedmioty ze swojego „baby box”, zazwyczaj w domu rodziców), częściowo patriotycznych.
        To narzędzie budowania wspólnoty. Każdy Fin na przywitanie dostaje od innych Finów pewien pakiet na start. Potem jeszcze dostaje od nich najlepszą na świecie edukację. Jak z tego wszystkiego skorzysta, to jego sprawa, ale niech nie narzeka, że miał gorzej od innych Finów.

        Zasypane podziały
        Często mówimy, że u nas nie da się wprowadzić nordyckiego państwa opiekuńczego, bo brak nam kapitału społecznego. Nie mamy do siebie nawzajem zaufania, nie potrafimy się łączyć w konstruktywne akcje takie jak budowa miejskiego spa w zbiórce publicznej.
        Finlandia to ciekawy kontrprzykład. Na początku swojej niepodległości była terenem wojny domowej między „białymi” i „czerwonymi”.
        Wojna pochłonęła kilkadziesiąt tysięcy ofiar. Obie strony dokonywały zbrodni, w rodzaju torturowania i egzekucji jeńców strony przeciwnej. Biali wygrali, więc to oni mają na sumieniu większość ofiar.
        W Polsce nigdy nie było aż tak źle, rok 1918 przyniósł akurat historyczny kompromis między socjalistami i endekami, którzy najpierw wywalczyli niepodległość, a potem wspólnie bronili kraju przed bolszewikami. W Finlandii nienawiść między lewicą a prawicą sięgała tak głęboko, że obie strony wolały obce wojska od własnych rodaków (biali wezwali na pomoc Niemców, czerwoni Rosjan).
        Kiedy fińska lewica w końcu pokojowo zdobyła władzę w 1937, wprowadziła szereg ustaw wspierających macierzyństwo („baby box” było jednym z jej elementów). I to było praktyczne po fińsku podejście do zasypywania podziałów, na pierwszy rzut oka niemożliwych do zasypania.
        Może u nas to też by zadziałało?

        Dom typu C-3
        Ledwie Finowie zaczęli budować u siebie państwo opiekuńcze, zaatakował ich potężny sąsiad – Związek Radziecki. Cały świat był oburzony i wyraził wsparcie moralne, Anglicy i Francuzi nawet obiecali wsparcie wojskowe, ale w sumie skończyło się też na moralnym. Brzmi znajomo?
        Finowie w walce wykazali się „sisu”. Mieli około 30 czołgów, a Rosjanie około 6 tysięcy. Rosjanie stracili przeszło połowę. Finowie praktycznie wszystkie. Ale obronili niepodległość, choć musieli oddać znaczną część terytorium.
        Potem, gdy Hitler zaatakował ZSRR, Finowie odzyskali te tereny w kontrowersyjnej „wojnie kontynuacji”. W 1944 zawarli ponownie pokój ze Stalinem, na mocy którego musieli znów się cofnąć i wypłacić ogromne reparacje.

        Zaczęła się kolejna wojna, tzw. lapońska, między Finami a ich byłymi sojusznikami. Niemcy wycofywali się w kierunku Norwegii, zostawiając za sobą zaminowaną, spaloną ziemię.
        W 1945 Finlandia nie była więc oczywiście tak zniszczona jak Polska, ale jednak Helsinki miały za sobą wiele lat bombardowań, gospodarka była zrujnowana zmobilizowaniem wszystkich zdolnych do noszenia broni (kilkaset tysięcy już nigdy nie wróciło z frontu do pracy), trzeba było znaleźć mieszkania dla kilkuset tysięcy przesiedleńców.
        Paradoksalnie to był początek złotej ery fińskiego dizajnu. Najsłynniejsze projekty Alvara Aalto mają tytuły takie jak „prefabrykowany dom typu C-3”. To, co my nazywamy w Polsce „domkiem fińskim”, Finowie nazywali „domem dla weterana”. Państwo budowało bowiem masowo osiedla prefabrykowanych domków jednorodzinnych, w których w pierwszej kolejności osiedlano żołnierzy wracających z frontu.

        CDN...
        • diabollo Re: W fińskiej saunie 02.06.18, 12:37
          Te domy trzeba było umeblować od zera. A po kolejnej serii nalotów i tak we wszystkich mieszkaniach w Helsinkach trzeba było od nowa skompletować szkło i ceramikę. Alvar Aalto mawiał: „Biednych ludzi nie stać na tandetę”. Fińskie mieszkania do dzisiaj są pełne mebli i przyborów kuchennych z lat 50., bo były trwałe, piękne i funkcjonalne. Do takich fińskich „must have” należy „stołek kuchenny numer 60”, który Alvar Aalto oferował w założonej przez siebie firmie Artek. Wszędzie mają też coś z ceramicznego zestawu kawowo-herbacianego Teema zaprojektowanego przez Kaja Francka oraz świeczniki Festivo zaprojektowane przez Timo Sarpanevę (jedne i drugie oferuje firma Iittala). Na specjalne okazje wyjmują zaś porcelanową zastawę marki Arabia.
          Te firmy do dziś mają swoje salony w centrum Helsinek i można w nich kupić współcześnie produkowane wersje ich najsłynniejszych produktów sprzed pół wieku. Poza tym jednak działa też osobny salon Artek Second Cycle i mnóstwo małych butików oferujących używane szkło i ceramikę. Te vintage’owe produkty, kojarzące się współczesnym Finom z latami dzieciństwa, są dziś bardzo modne. Na podobnej zasadzie my mamy teraz modę na wartościowy dizajn z czasów PRL (np. porcelanę z Ćmielowa). Tyle że meble z PRL się rozlatywały, bo u nas jednak stawiano na tandetę.

          Pomarańczowe uszy
          Nie należy sobie wyobrażać Finlandii jako jakiejś lewicowej utopii. To kapitalistyczny kraj, w którym ludzie pracują w korporacjach, jak u nas. Ale jest różnica. Kultura równości zmniejsza dystans między zarządem a pracownikami. U nas najczęściej jest tak, że góra podejmuje decyzje, a pracownicy mają się dostosować albo odejść. Bo firma nie może podejmować dobrych decyzji w demokratycznym głosowaniu. Zwłaszcza w kwestii wzornictwa produktów!
          Tymczasem wielu z nas ma w domu przykład trafnej decyzji podjętej w ten sposób w Finlandii. To bezpieczne nożyczki marki Fiskars z pomarańczowymi „uszami”, jedna z ikon fińskiego dizajnu (w muzeum wzornictwa w Helsinkach zwiedzających wita od wejścia instalacja w postaci drewnianego panelu, w który powbijano dziesiątki tych nożyczek).
          Fiskars to prywatna firma. Wywodzi swoje tradycje z warsztatu kowalskiego działającego w wiosce Fiskars od 1649 roku. Czyni ich to jedną z najstarszych nieprzerwanie działających firm prywatnych w Finlandii, a nawet w Europie.
          Według pierwotnego projektu nożyczki miały mieć czerwone „uszy”. Kolor pomarańczowy powstał przypadkiem, z powodu błędnej obróbki plastiku. „Świetny kolor!” – uznali pracownicy. W 1967 roku zarząd spółki przeprowadził w tej sprawie referendum wśród załogi. Miażdżącą większością głosów wybrała pomarańczowy, który dziś jest chronionym znakiem towarowym firmy Fiskars.
          Inne jej wyroby też mają często pomarańczowy detal. Na przykład łopaty do odśnieżania, bez których w Finlandii nie da się żyć...
          Chodzi o to, by chodzić
          Kiedy wahałem się, czy iść z Arto do sauny, użył ostatecznego argumentu, który mnie przekonał: że pożyczy mi ręcznik. Był w jaskrawe, żółte paski. Zerknąłem na metkę: oczywiście, Marimekko!
          Każdy Fin ma w domu coś tej marki, jeśli nie ubranie, to chociaż ręcznik. Firma powstała w roku 1951 i również należy do ikon okresu powojennej rekonstrukcji. Od początku znakiem rozpoznawczym tej marki są jaskrawe kolory i proste, geometryczne formy. Kilkadziesiąt lat temu wynikało to z ograniczonych możliwości – firma nie mogła się wyróżniać na rynku oryginalnymi materiałami ani finezyjnym wykończeniem.

          Założycielka firmy, projektantka Armi Ratia przełożyła fińskie ideały równości na język mody. Kobieta w sukience Marimekko wygląda naturalnie bez względu na wiek, figurę czy status społeczny. Szczupła? Otyła? Studentka? Prezeska? Nie ma znaczenia. Specjalnością jest odzież damska, ale wiele bluzek jest celowo zaprojektowanych jako unisex. Do najsłynniejszych serii należą bluzki Jokapoika („każdy chłopak”).
          Na pokaz nowej kolekcji Marimekko od lat każdy jest zaproszony. Modelki maszerują po wybiegu ustawionym w centrum miasta, publicznością są zwykli przechodnie. Markę rozsławiła w latach 60. Jacqueline Kennedy, która chętnie fotografowała się w sukienkach Marimekko. To była dekada mody na op-art, unisex i egalitaryzm. Okazało się, że Finowie kultywowali to od lat, nie wiedząc, że to się tak nazywa.

          W odróżnieniu od szwedzkich firm, takich jak IKEA czy H&M, ani Artek, ani Marimekko nie podbiły świata. To w dużym stopniu kwestia filozofii ich założycieli (odzwierciedlającej różnice między Szwecją a Finlandią).
          Finowie nie lubią wielkich centrów handlowych na peryferiach, do których trzeba jechać samochodem. Mieszkańcy Helsinek cenią sobie, że w ich mieście wszystko się da załatwić na piechotę. Trasy nie przerwie nam tutaj coś w stylu wielopoziomowego skrzyżowania dróg tylko dla samochodów, w którym pieszy nie ma co ze sobą zrobić, a takie coś zdarza się nawet w centrum Sztokholmu.
          To nie znaczy, że w Helsinkach nie da się założyć firmy, która podbije świat. Symbolem fińskiego sukcesu w zglobalizowanej gospodarce jest gra „Angry Birds”. Ma więcej wspólnego z Finlandią, niż to widać na pierwszy rzut oka. Po pierwsze, zanim jeszcze jej projektant Jaakko Iisalo wymyślił, o czym to w ogóle będzie, miał już gotowe rysunki przedstawiające ptaki w jaskrawych kolorach, o wyraźnych geometrycznych kształtach. Pół wieku wcześniej podobne projekty mogłyby zdobić ubrania Marimekko albo ceramikę Iittala. Po drugie, to była 52. gra firmy Rovio i zarazem pierwsza, która odniosła sukces. Ktoś inny by się załamał po 50. porażce, ktoś inny już po 20. Ja się zwykle załamuję po pierwszej.
          Ponieść 51 porażek i po każdej wzruszać ramionami i dalej robić swoje, to jest właśnie sisu.
          W pisaniu tego artykułu bardzo pomogli mi: Piia Lehtinen, Ulla Pietiläinen, Jan Rudkiewicz, Arto Sivonen i Minni Soverila. Kiitos paljon!

          wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23451670,w-finskiej-saunie-wszyscy-sa-rowni-tak-jak-ich-pan-bog.html
Pełna wersja