Czwartek 21.06.2006r., ósmy dzień naszych wspaniałych wakacji. To już minął
półmetek, choć przyznać muszę, że nie czujemy upływającego czasu. Jest tak
wspaniale, tak cudownie. Dzień wcześniej uzgodniliśmy, że ja z Igorem zrobimy
sobie wycieczkę pieszą wąwozem Imbros. Jagoda z Bartkiem zawiozą nas i odbiorą
u jego wylotu. Pobudka już w normalnym czasie czyli ok. 8.30 (może to była
9?). Z całą pewnością to my z Żonką wstaliśmy wcześniej. Kawę zdążyliśmy
chyba jeszcze spożyć sami, potem już chłopcy dołączyli. Igor- tym razem z
Bartkiem wycisnęli sok z pomarańczy (Bartek je przecinał, a Igor obsługiwał „
ręczne urządzenie manulano-siłowe”

. Potem - na pewno nie zgadniecie -
basenik. Około 11-tej w samochód, kierunek droga do Sfaki. W Horafakia zakupy-
kilka butelek wody i jakieś ciastka. Następnie przez Soudę do National Road.
Jagoda postanowiła, że i tym razem pojedziemy choć trochę inną trasą; mijamy
więc pierwszy skręt w prawo i mniej więcej na wysokości wioski Kaina skręcamy
w prawo. Tuż za Agi Pantes ponownie w prawo na Nipos, a stamtąd do znanego
już nam Vrises. Potem droga jest już tylko jedna. Po przejechaniu ok. ¾
dojeżdżamy do małej tawerny- przy niej napis „ Imbros Canyon- enter”. Ostatnie
zdjęcia do albumu rodzinnego i z Igorem kamienną ścieżką schodzimy w dół.
Jagoda z młodszym pojechali do Sfaki. Umówiliśmy się za dwie i pół godziny
przy wyjściu- odwrotu już nie ma. W tym momencie taka mała dygresyjka- mojego
starszego na tą wycieczkę namówiłem m.in. dlatego, iż nakłamałem, że wąwóz
jest krótki i do przejścia będzie nie więcej niż 4 km. Wyobraźcie sobie jego
minę, gdy doszliśmy do jego wejścia. Tam stoi taka budka, w której płaci się
za wejście (2 euro od osoby). Była też tam tablica informacyjna, na której
stało napisane- trasa długości 8 km. Szczęka mu trochę opadła. I jeszcze jego
komentarz, cyt.” Nie dość, że musimy tyle iść, to jeszcze każą nam za to
płacić- powinni nam dać popcorn i colę gratis”. Ale jak już było wyżej-
odwrotu nie ma, więc idziemy. Kamienista ścieżka prowadzi lekko w dół. Jest
bardzo wczesne popołudnie, słońce wysoko na niebie, ale upał nie daje się zbyt
we znaki, bo dość silny, ale nie upierdliwy wiatr nieco nas chłodzi. Imbros to
zapewne nie Samaria, ale widoki również są kapitalne. Co ok. 500m kosze na
śmieci i tabliczki z napisem „Please no smoking”. Co jakiś czas robimy sobie
krótkie postoje, by uzupełnić płyny w organizmie. Zafascynowały mnie drzewa,
ale nie takie zwykłe rosnące sobie na ziemi. Drzewa, które rosły na pionowych
skałach. Wyobraźcie sobie kamienną skałę, jest w niej jakieś niewielkie
pęknięcie, czy rysa i z tego pęknięcia wyrasta drzewo- naprawdę niesamowite.
Po około trzech kilometrach mijamy Greka prowadzącego osła. Na zapytanie czy
możemy zrobić zdjęcia z uśmiechem wyraża zgodę. Po kolejnych kilkuset metrach
ukazuje się nam kamienna chatka z drewnianą altaną, przy niej tabliczka z
informacją, iż jesteśmy w punkcie kontroli biletów. W altanie stół i ławy
wykonane z drewnianych bali. Wszędzie poprzypinane zdjęcia, wśród nich
rozpoznaję wizerunek Greka z osłem. Czyżby on tu mieszkał?. W rantach stołu
znajduje się mnóstwo powbijanych naboi karabinowych, co wzbudza znaczne
zainteresowanie Igora. Oczywiście siadamy, konsumujemy ciastka, popijamy wodę.
W oddali słychać dzwoneczki kóz. Chyba nawet starszemu szkodnikowi tu się
podoba. Przeszliśmy już około połowy drogi, a do tej pory nie spotkaliśmy
żadnego turysty; czujemy się prawie jaki pionierzy. Czas iść dalej. Już od
dłuższego czasu na wielu kamieniach widzę poukładane przez kogoś takie
kamienne piramidki czy grzybki. Ktoś co jakiś czas z reguły na dużych głazach
układał po kilka niewielkich kamieni jeden na drugim- ten najwyższy zawsze był
największy (stąd „grzybki”

- łącznie było ich na całej długości wąwozu
kilkaset. Kto i w jakim celu zadał sobie tyle trudu? Ta zagadka zostanie dla
mnie nie rozwiązana. Dzwoneczki kóz słychać to z lewej, to z prawej strony-
większość gdzieś wysoko w górze. W końcu wydaje nam się, że któreś z tych
zwierząt są stosunkowo niedaleko nas. Zatrzymujemy się i nasłuchujemy- przez
cały czas słychać je jednak gdzieś w oddali. Nagle Igor zauważył dwie kozy-
leżą dosłownie 3 metry od nas pod niewysokim drzewem. Patrzą z nieufnością i
chyba niechęcią, że ktoś śmie zakłócać ich spokój. Po chwili niedaleko w górze
zauważamy kolejne. Od tego momentu, aż do wyjścia z Ibrosu będą nam
towarzyszyć do końca. Przez cały czas nieufne i raczej niezadowolone z naszej
bytności. Dochodzimy do najwęższego miejsca wąwozu- wisi tam tabliczka
informacyjna- w tym miejscu szerokość wynosi 160cm- oczywiście pamiątkowe
zdjęcia. Dróżka wije się wśród skał zakręcając to w lewo, to w prawo. Za
każdym skrętem Igor ma nadzieję, że to już wyjście. W końcu mówi do mnie-„tato
słyszę szum fal”. Odpowiadam, że to nie fale, a wiatr, a ono na to” I tak
niszczy się ostatnią iskierkę nadziei”. Ale dzielnie idzie dalej. W końcu
zbliżamy się do wyjścia. Tam dwie tawerny- można zamówić taxówkę do Sfaki. Ale
na nas czekają Bartek i Jagoda. Pamiątkowe zdjęcia przy tablicy informującej,
że to koniec wąwozu i do samochodu. Postanowiliśmy, że w drodze powrotnej
gdzieś sobie zjemy. Po przejechaniu najbardziej krętego odcinka i minięciu
wąwozu Imbros znajdujemy się w dużej dolinie. Jej cechą charakterystyczną jest
góra z ruinami jakiejś twierdzy. Jeszcze jadąc „tam” zauważyłem tabliczkę
informującą o jakimś muzeum wojennym. Postanowiłem tam zajechać. Właśnie w tej
dolinie w miejscowości Askifou (trzeba zjechać z głównej drogi) jest to
muzeum. Dla mnie jedno z bardziej magicznych miejsc. Po wybetonowanej ścieżce
wchodzi się do prywatnych zabudowań, a tam działa, karabiny maszynowe, hełmy,
otwarte pokoje jakby żywcem wyjęte z czasów wojny- zresztą zobaczcie sami-
fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,65649049,65649049.html . Muzeum zostało
założone przez George’a Andreasa Hatzidakis”a- dziadka obecnego opiekuna-
Andreasa George’a Hadzidakisa. Obecny opiekun to przeuroczy starszy Grek (w
wieku 76 lat), który po angielsku mówi tylko OK. Ale jest bardzo chętny do
rozmowy. Wyciąga kartkę z datami: 1931r- wtedy się urodziłem, 1941- wtedy
przyszli Niemcy, 1943- wtedy dostałem pociskiem w głowę (pokazuje ranę na
głowie), 1944- wtedy przegnaliśmy Niemców. 1947- dziadek założył to muzeum,
2007- teraz- ja mam 76 lat.. Pozwala na fotografowanie wszystkiego. Widać, że
jest wprost szczęśliwy, że ktoś tu przyjechał, że ktoś jest zainteresowany
jego historią. Wstęp oczywiście jest bezpłatny- w jednym z pomieszczeń jest
wiklinowy koszyk i kartka z napisem (cytat dowolny) „zostaw ile chcesz”.
Naprawdę nie żal zostawić 10 euro- cudowne miejsce, wspaniały człowiek, aż żal
odchodzić. Wyjazd na główną drogę i w jednej z bodajże dwóch tawern ponad
doliną Askifou naprawdę smaczny posiłek (Jagoda zjadła smażone czerwone rybki-
pychotka, ja bodajże duszonego królika). W knajpce tylko my i jeszcze jakieś
małżeństwo z rocznym chyba dzieckiem (okazało się po chwili, że to też
Polacy). Z tawerny rozciąga się cudowny widok na cała dolinę, na stoliku
lornetka dla klientów- warto z niej skorzystać. Pora już wczesno-wieczorna,
więc czas wracać, tym bardziej, że chłopaki już mocno zatęskniły za basenem.
Wyjazd na National Road, gaz do dechy, pierwszy zjazd do Soudy, jeszcze 20
minut i już w ukochanej Georgia-Vicky. Dla chłopaków (i dla nas oczywiście
też) wytęskniony basen. Arbuz na tarasie, zachód słońca, ponowna kąpiel już
po ciemku (basen prześlicznie oświetlony od spodu). W końcu szkodniki spać-
taras w końcu tylko nasz. Bajko trwaj.