erytea777
27.07.15, 12:25
Jedna z moich koleżanek chyba lubi wprawiać ludzi w zakłopotanie.
Na wesele nie została zaproszona, bo robiliśmy skromną uroczystość przy wsparciu finansowym rodziców i lista gości była ograniczona do rodziny (fakt, że licznej, bo ok. 40 osób) i świadków, ale znajomych nie zapraszaliśmy. Nauczyłam się już nie wspominać przy niej o weselu, nie poruszać tego tematu, ale ona zawsze z tym wyskoczy, np. planujemy spotkanie towarzyskie, a z jej ust słyszę: Ooo, dobrze, że mnie zapraszacie, a nie tak jak z weselem" albo ktoś wspomni o weselu, a ona wyskakuje z: "Och, nawet mi już nie wspominaj o tym weselu, na którym NIE BYŁAM". Wytyka w takich pół-żartach, że przecież ona jedna to by dużej różnicy nie zrobiła itp. a na argumenty o rodzinnym charakterze odpowiada, że przecież ona to prawie rodzina, bo poznała mnie z mężem i gdyby nie ona, to naszej rodziny w ogóle by nie było (to jest jej interpretacja, męża poznałam przy okazji dużej imprezy, na której była masa ludzi i nawet nas nie przedstawiła, powiedziała mu tylko na osobności, że jestem sama i że on mi wpadł w oko;]).
Nasza rodzina organizuje kilka razy w roku spotkania rodzinne, które rozpoczynają się wspólnym uczestnictwem we mszy św., no i doszło do sytuacji, że przyszła do kościoła, a kiedy rodzina gromadziła się po mszy, żeby udać się na obiad, to ona też tam stała, rozmawiała ze wszystkimi, powtarzała każdemu, że jest moją koleżanką itd. itd., aż w końcu męża babcia zaproponowała jej, żeby poszła z nami na obiad, na co przystała z radością, chyba nawet oczekiwała tego zaproszenia, bo jak można tyle stać i rozmawiać z dopiero co poznanymi ludźmi i czekać nie wiadomo na co, chociaż mówiłam jej dwukrotnie wtedy: "Xx, nie będę cię już dłużej w niedzielę zatrzymywać..." - nie podziałało.
Teraz zbliżają się chrzciny naszego dziecka. Od kilku tygodni ciągle robi aluzje i niby-żarty, że ona byłaby świetną matką chrzestną, a skoro siostra męża z powodów formalnych być nią nie może, to druga w kolejności powinna być ona. Przepraszam za określenie, ale to jej ględzenie o tym działa mi już na nerwy. Zapowiedziała też, że będzie w kościele, gdyż chce uczestniczyć w tej uroczystości (kilkoro innych znajomych również tam będzie, ale z nimi nie ma takiego kłopotu jak z jej nachalnością), podejrzewam, że będzie stać potem z nami i narzucać się (tak to odbieram), żeby w końcu ktoś rzucił hasło, żeby pojechała z nami. I co teraz, mam uprzedzać wszystkich, żeby ucinali rozmowę z nią, bo błyskawicznie podchwyci temat? To trochę niegrzeczne.
A ona jest typem rzepa, który się nie chce odczepić. Jest nachalna, więc jej krąg znajomych jest wąski, ludzie raczej za nią nie przepadają, bo robi wokół siebie zawsze dużo zamieszania, więc generalnie w życiu się mocno nudzi. Jak wpada "na kawkę", to siedzi i siedzi godzinami, mówię, że muszę np. posprzątać czy ugotować, a ona od razu: "Ooo, to ja ci pomogę", ja na to, że dziękuję, ale nie potrzebuję pomocy, no to ona wtedy: "To sprzątaj/gotuj, a ja cię zabawię rozmową". Chyba brak mi asertywności, jak się jej pozbyć? Znajomi przestali ją zapraszać, ale zawsze 'wyględzi' sobie zaproszenie albo się wprosi "oo robisz urodziny, popatrz, szkoda że nie wiedziałam, ale w sumie mam wolny wieczór, bo jestem sama, nikt nie ma dla mnie czasu, jak chcesz, to moge przyjść, pomóc ci" itp itp., ludzie się uginają. O ile spotkania ze znajomymi to pół biedy, to jednak na uroczystości rodzinnej nie chcę jej towarzystwa, a jestem pewna, że przyczepi się i będzie stać z moją rodziną i stać, a jak nie wyżebrze zaproszenia, to będzie się z każdym żegnać z odpowiednim komentarzem, że nie została zaproszona, a przecież to ona stworzyła tę rodzinę.
Jakieś pomysły na asertywne uświadomienie jej, że nie jest mile widziana?