Zastanawiałam się czy o tym napisać, ale niech tam, najwyżej mnie zlinczujecie. Nawet wiem kto pierwszy się oburzy że tak podle traktuję takiego słodkiego kotecka
Otóż Grzdylek Nabadylek jest młodym, pełnym wigoru kociakiem. To dobrze. Gorzej, że pod wieczór zapada w sen, a tego wigoru dostaje ok. 21.30, gdy ja zapadam w sen. Zaczynają się gonitwy z Amurką (która raczej o tej porze też udaje się na spoczynek), a jak Amurka jest niechętna, to zaczyna się szaleństwo z każdą znalezioną zabawką.
Zabawką może być wszystko - reklamówka, moje kapcie, gazeta (na której się jeździ po podłodze), piłeczka z dzwoneczkiem, piłeczka bez dzwoneczka, kamyk, szyszka... najlepiej coś co robi hałas.
Gdy już nie jestem w stanie udawać, że mi to nie przeszkadza i że kocham wieczorne harce kotecka, wstaję i reaguję. Najskuteczniejszym sposobem na utemperowanie rozbrykańca jest zwilżenie mu futra wodą. Delikwent zwiewa wtedy w kąt i doprowadza się do porządku przez co najmniej pół godziny. Potem jest tak zmęczony myciem, że zasypia i słodko śpi aż do rana.
To skutkowało cudownie w przypadku Fraszki, sporadycznie (czyli ze trzy razy) było zastosowane wobec Amurki.
Ale na Grzdyla to nie działa.
Owszem, wyrwie się oburzony naruszeniem kociego jestestwa, po czym otrząśnie się z obrzydzeniem, dwa razy przejedzie jęzorem po grzbiecie i wariuje dalej...
Po niedzielnym spotkaniu kotecek był tak wymęczony upałem i wrażeniami, że spał jak nocny stróż.
Ale w nocy z poniedziałku na wtorek wziął się za nadrabianie zaległości. Ze sześć razy zabierałam mu hałasujące zabawki - zawsze sobie wykopał coś nowego. Zmoczenie futra nie pomogło. Przytulanie i mizianie (aaa kotki dwa...)tylko go podkręciło. Nad ranem na trochę usnął, po czym obudził się pełen zapału do powitania nowego dnia z całą energią młodego kota.
Wszystkie futra zameldowały się w kuchni na porcję mokrego (ze względu na psa kocie miseczki stoją na szafkach). Grzdylek wskoczył na szafkę, przegalopował po niej tratując wszystko po drodze, a część prawie zwalając na podłogę, po czym jednym susem znalazł się na lodówce.
I wtedy hamulce mi puściły i dostał ode mnie z liścia. Prosto w ten rudy pysk.
("liść" był wymierzony dwoma palcami, żeby ktoś nie pomyślał, że leję kota otwartą dłonią!)
Zbaraniał, po czym zszedł z lodówki z powrotem na szafkę, stąpając delikatnie jak baletnica pomiędzy wszystkim co tam stało i grzecznie przycupnął przy miseczce z mokrym. Od tej chwili aż do mojego wyjścia do pracy zachowywał się jak książę.
Pogłaskany i przeproszony zaczął się prężyć i mruczeć. Czyli ten liść nie naruszył dobrych relacji i Nabadylek nadal mnie kocha.
No to teraz możecie zacząć się nade mną pastwić. A ja na swoją obronę dodam to, że Fraszka, Duszka i Amurka też leją go łapami, żeby przywołać do porządku oraz to, że codziennie wstaję o 4.30. To, Wysoki Sądzie, chyba zostanie uznane za okoliczność łagodzącą.