zmija_w_niebieskim
28.09.14, 13:11
Jak rasowa żona, od paru miesięcy marudzę mężowi, ze chcę mieć nowe futro. Ale takie żywe, mruczące, pazurzaste...
Od śmierci naszego kota minęło pół roku. Nadal za nim tęsknię, ale też coraz bardziej brakuje mi fizycznej obecności kota...jakiegokolwiek kota. Poza tym, kiedy mijamy schronisko, serce mi się wyrywa do tych biedaków, siedzących w klatkach i czekających na trochę uczucia...Mamy spory dom, stać nas na utrzymanie dwóch kotów, to wręcz nie w porządku nie mieć zwierząt.
Ale mąż się opiera...bardzo kochał naszego Samusia i bardzo przeżył jego śmierć...chyba dużo bardziej niż ja. Może nie jest jeszcze gotowy...
Głównym jednak argumentem jest to, że nie mamy ogrodu i mieszkamy przy dosć ruchliwej ulicy. Nasze koty musiałyby być niewychodzące. Mamy takie maciupeńkie betonowe podwóreczko, ale to się prawie nie liczy, tam nic nie ma. Kiedys postawiłam tam skrzynkę z kocią trawą to ją na drugi dzień mewy wydziobały...
Mąż się boi, że nawet jesli weźmiemy dwa koty, to i tak się będą nudzić, będą nieszczęśliwe, zaczną niszczyć ściany itp, że trzymać kota niewychodzącego to okrucieństwo...
Ja myslę, że przecież kotom wszędzie będzie lepiej niż w schronisku, moglibysmy wziąć takie, które mają małe szanse na adopcję, np starsze koty.
Co o tym myslicie? Wiem, że wielu z Was ma koty niewychodzące, czy to taki duży problem?