zmija_w_niebieskim
30.01.15, 20:38
Prawie cały poprzedni weekend spędziłam w łóżku, zmożona katarem-gigantem. Nie mogłam oglądać telewizji, przed komputerem mogłam spędzić najwyżej 10 minut, bo zaczynałam kichać i z oczu łzy mi sie lały...Książki też nie bardzo mogłam czytać, po jednej-dwóch kartkach musiałam robić odpoczynek... Leżałam więc sobie na stercie poduszek, tuląc do piersi "Chłopów" Reymonta i podsypiając od czasu do czasu...
W sobotę po południu przyśniło mi się dwóch paralotniarzy bujających w powietrzu. W oddali jakaś kobieta skoczyła też z paralotnią i jeden mówi: Zobacz, to Ruth!
I zaczeli do niej machać i wołać: Ruth! Ruth! Ru! Ru! Rrru!
Obudziłam się i okazało się, że to Kaja, zniecierpliwiona moim nieróbstwem, nawoływała mnie takim przynaglającym, świergotliwym, dźwięcznym MRRU...
Muszę przyznac, że mieliśmy ogromne szczęście do naszych czarnulek...okazały się nie tylko miziaste i nakolankowe, ale też bardzo gadatliwe, a to jest coś, co uwielbiam u kotów.
Mia od razu pierwszego dnia podeszła do mnie i powiedziała: Miu. I od tej pory mordeczka się jej nie zamyka. Nawet jej mówię czasem: Mia, Mia, nie drzyj ryja - ale to bardziej żeby do rymu było, niż żebym naprawdę chciała ją uciszyć.
Kaja przez pierwszy tydzień milczała jak głaz. Potem zaczęła cicho pomiaukiwać siostrze do wtóru, kiedy niosłam na górę miseczki z jedzeniem. Teraz już świergocze jak skowroneczek albo grucha jak gołąbek, no i miauczy bardzo elegancko.
Zakochana jestem po uszy, w obu naraz