Jakis czas temu przyszedl sobie do nas kot. Kocur. Nedza i rozpacz. Poraniony, pobity, wychudzony, wielki leb i wor z koscmi. Przyszedl i polozyl się na tarasie, majac w nosie Kicie.Yode. Co było robic, dostal miche, jadl i jadl i jadl po czym ulozyl się na krzesle pod stolem i zasnal.
To kocisko było już widziane, trzy lata wczesniej? Poznalismy go po charakterystycznej plamce na grzbiecie, mlode kocie wtedy było. Kicia.Yoda pogonila go wtedy tak, ze zwiewajac z predkoscia nadswietlna o malo bramy nie wylamal i tyle go widzieli.
Spal i jadl, jadl i spal, ignorujac calkowicie Jej Najwyzszy Majestat. Inna sprawa, ze Kicia.Yoda z niezrozumialych przyczyn w ogole nie wykazywala checi pogonienia rudego.
Kocur okazal się przyjazny, proczlowieczy i w ogole. Z racji widocznego doswiadczenia zyciowego został nazwany Miszczem, a potem doszla ksywka Pavarotti, bo zawsze swoja obecnosc anonsowal calkiem glosna aria. I tak przychodzil i przychodzil. Bardzo chcial wejsc do domu, jak nie drzwiami to oknem i parę razy mu się udalo. Czasami znikal na dwa dni, zjawial się najwyrazniej zeby odpoczac po bojkach. Nie był raczej typem agresora, to było widac po zachowaniu wobec Kici.Yody, owszem zaczepial, ale zeby się pobawic.
Zdobylismy spore zaufanie, zaczal nocowac na tym krzeselku, rano przeciagajac się i spiewajac czekal na sniadanie. Mial jedna wlasciwosc, znikal jak tylko byliśmy umowieni na kastracje, juz nam bylo wstyd terminy przekladac

W koncu zaczelo się robic zimno, dostal na krzeselko koc elektryczny, na to namiocik z drugiego koca. Slowem dobra miejscowka. I tak wspolnie się poznajac minela zima. Polubilismy się wzajemnie, wiedzial ze jest bezpieczny, ze teren w porzadku.
I tak Miszczu Pavarotti stal się naszym podworkowym rezydentem

broniacym wlosci przed innymi kotami (ale dwie pannyi synek mu umkneli ), szczurow natlukl tez sporo. Slowem pracowal solidnie na swoja miske.
17 września poznym popoludniem ledwo się przywlokl

opuchnieta, krwawiaca przednia lewa lapa, powyzej spora dziura z lejaca się ropa.... Z braku odosobnionego miejsca został zakwaterowowany w budzie dostawczaka (podobnie jak Pan Wasik rowno rok temu). Dostal antybiotyk i p/zapalny. Czyscilam mu ropien, przemywalam lape. Musial dotrwac do poniedzialku, z uwagi na swieta narodowe a tym samy paraliz kraju. Apetyt mu dopisywal

z kuwety korzystal (corn okazal się swietny dla niekastrowanego kocura).
W poniedzialek rano sam wlaz do transportera, przez cala droge do wetki przespal spokojnie. Okazalo się, ze lapa przbita na wylot (domyslamy się gdzie i jak to się stalo), w sumie dorobil się 8 szwow, 10 dni antybiotyku i okolo dwoch tygodni przymusowego karceru. Na pace dostawczaka.
W lykned pojawil się kolejny ropien, wyciskanie i przemywanie rywanolem pomoglo w dwa dni, zreszta antybiotyk tez swoje zrobil.
I tak dotrwalismy do dzisiaj. W ostatnich dniach bardzo pocieplalo, chodzilismy na spacery na smyczy, odwiedzilismy kociniec, bardzo cieplo w sumie został przyjety. Tylko, ze Miszczu to raczej typ samotnego wojownika i dluzej niż 5 minut nie wytrzymuje. Choc to zamkniecie na czas leczenia zniosl bardzo dobrze, ani slowa skargi, widac ze jest jeszcze oslabiony, na spacerze czesciej się kladzie niż lazi. Dzisiaj był ciezki dzien, solidny deszcz, burze, grad, to nerwy kocie były napiete.
W tym wszystkim narodzil się dylemat, Miszczu zasluzyl sobie na dobra emeryture, w kocincu ma miejsce, może nawet w domu jeśli będzie chcial. Ale on chyba nie chce, on chce wrocic na podworko, być wolny i niezalezny, nawet za cene smierci. Owszem wpadac do domu, powachac, polezac. Moze gdyby nie było rodziny
W naszym rozumieniu nieba bysmy mu chcieli przychylic za te wiernosc, przywiazanie i dobry wpływ na Kicie'Dzika'Yode, tym bardziej, ze to jak nic ojciec Grubsonow, Bractwa Kurnikowego i Elvisa. Protoplasta rodu. Podobienstwo w meskiej linii , nie tylko fizyczne, jest uderzajace.
Musimy podjac decyzje i naszymi zasadmi jestesmy na rozdrozu.