Od dłuższego czasu zabierałam się za napisanie wątku pt. "Filip - nowe życie". Niestety przewrotny los zabrał dziś Filipka za TM. Oto nasza historia:
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Filipka, siedział głęboko w krzakach, w których stawiam miski z jedzeniem i wodą. Na drugi dzień nieznacznie się poruszył ale już na trzeci podbiegł i jak miał w zwyczaju, nadstawił łepetynkę do miziania.
W kolejnych dniach wyglądało to tak:
Wtedy postanowiłam, że małe chude musi znaleźć dom. Wstawiłam zachęcające zdjęcia na fb i odezwał się Andziulec, do której kilka m-cy temu wiozłam Mimi, która zmarła przed jej blokiem. Jako że drogę znam a dobro kota najważniejsze zapadła decyzja o odłowieniu, kastracji i przetransportowaniu Filipka (bo takie imię robocze otrzymał, jako że wybiegł jak Filip z konopi z tych krzaków) do Poznania. W dniu 08.07.2016 udało się Filipka złapać, w 09.07. wykastrować a 10.07 pojechał w swoją daleką podróż.
Tak wyglądał w dniu złapania
Co chwilę wybiegał z pod stolika i mruuuczał zawzięcie. Widać było, że jest mu dobrze. Ponieważ moja trójka nie toleruje innych kotów, Filip roboczo (z racji tego, że mieszkanie było puste i pod naszą opieką) został umieszczony u teściów. W sobotę po kastracji dochodził do siebie a w niedzielę tak opróżniał miski, że myślałam że zwymiotuje. No i pojechaliśmy, choć serducho już do niego pikało...
Z podróży
Kiedy dojechaliśmy na miejsce i przyszło się z nim pożegnać, czułam że robię błąd, że nie powinnam go była oddawać. A kiedy przy ostatnich uściskach poczułam bicie jego przerażonego serduszka, najchętniej zawróciłabym z powrotem. Lecz cóż słowo się rzekło, dziecko Andzi wiedziało że kociak przyjedzie a i u mnie czwarty kot był niemożliwy do zaakceptowania, a ponadto mąż ma alergię na koty i moje nie tolerują obcych.
Jak mu było u Andzi - najlepiej jak ona sama opowie. Koniec końców w dniu 21.07.2016 Filip z Wielkopolski powrócił na Mazury. Ile miałam stresu z mężem, synem, ojcem itp. to nie pytajcie. Ile się modliłam w drodze powrotnej aby moje nie dostały szału to nie pytajcie. Oprócz Najwyższej Instancji,Święty Franciszek też był proszony o interwencję, tabletki uspokajające w użyciu itp. Zresztą nasza Wiesia była ze mną w stałym kontakcie tel. to wie co przeżyłam. A Filip cały szczęśliwy, mruczał mi całą drogę, o tak:
Po przyjeździe do domu opróżnił wszystkie miski z prędkością światła. Jeszcze nigdy nie widziałam żeby kot, zagarniał jak koparką! W nosie miał zapoznanie się z resztą towarzystwa, które było dopuszczane do siebie pojedynczo. Dokocenie przebiegło nad wyraz łagodnie i obyło się bez większych burd. A potem było już coraz lepiej:
Pierwszy raz zachorował tuż po przyjeździe i myślę że od klimy w samochodzie, zastrzyki przez tydzień miał. Drugi raz była to angina z bardzo wysoką temperaturą, rankami w pyszczku itp. Kroplówki i zastrzyki przez tydzień. Chory wyglądał tak:
Podczas kuracji :
Tydzień temu byliśmy na kontroli, było wszystko ok, a w piątek 02.09. mieliśmy iść jeszcze raz. Niestety w czwartek wieczorem Filipek schował się za wersalkę, z pyszczka pociekła ślina. Wiedziałam że coś jest nie tak ale do weta się nie dodzwoniłam. W piątek rano sytuacja się powtórzyła i do tego zsiusiał się pod siebie. Niestety po dowiezieniu z rana do weta okazało się że ma bardzo złą morfologię. RTG nic nie wykazał. Parametry wskazywały na silne zatrucie lub białaczkę (tę ostatnią wykluczył test). Filipek dostawał non stop kroplówki i wyglądało to tak:
W sobotę do południa ponowiono wyniki, były jeszcze gorsze a Filipek dostał żółtaczki. w ciągu dnia wyglądał tak:
a wieczorem już niestety tak (zdjęcie drastyczne):
Już wieczorem Pani doktor wspomniała o eutanazji ale podobnie jak ja, jest temu bardzo niechętna i walczy do końca. Usg wykazało jakieś niewielkie zmiany w wątrobie i trzustce. Kiedy rano poszłam do lecznicy, Filipek na mnie czekał i pojawiła się iskierka nadziei:
To była 7:49. Pani doktor załatwiała dla niego krew, leciała kroplówka ja Filipka
przytulałam, głaskałam, całowałam a on mruczał. Myślałam - dobrze jest, ale on przy mnie za chwilę odszedł.
Z całego serca dziękuję naszej Wiesi za wszystkie rady - a było ich całkiem sporo, za dzielenie każdego smutku i każdej radości, za możliwość dzwonienia o każdej porze dnia czy nocy. Wiesiu, jesteś Kochana. Jesteś Kocim Aniołem. Chcę byś to wiedziała.
Przepraszam za oschły opis pobytu Filipka, nie tak to miało wyglądać ale trudno się pisze kiedy przez łzy nie widać ekranu. Filipek miał zaledwie nieco ponad rok lub dwa i zasługuje na swoje miejsce na Zakątku. To był cudownie słodki kociak, który z baranka nadstawiał główkę do głaskania. Mruczący, kochany i bardzo młody.
Biegaj szczęśliwie za TM...