Lato, pogoda piękna wiec zrobiłam sobie małą przerwę w pracy i na łono natury
na pięc dni. Futrzaki zostały w domku z pełnym oporzadzeniem (jedzonko, woda,
kuweta, balkon otwary na świat, ale osiadkowany) i dochodzący znajomi dwa razy
dziennie do towarzystwa. Wróciłam, a one obrażone śmiertelnie. Już drugi dzień
i nic, rzaden ne przyjdzie, jestem powietrzem i tak właściwie to mnie nie ma.
Próbuję zagadać, pogłaskać, na ręce, a te małe skubańce wyślizgują se całe
sztywne i odchodzą. Jak długo jeszcze? Czy kara jest współmierna do winy?

Jak najdłuzej was przetrzymało kociarstwo po wyjeździe i powrocie do domu?