chciałam to wszystko napisać rano (koło 8), ale net mi się skończył, wrrr,
więc wklejam dopiero teraz.
dziewczyny,
już lepiej się ten dzisiejszy dzień nie mógł zacząć... wstaję, od razu
książka z pozytywizmu w łapę (6 rano). o 10.00 rozpoczęcie zjazdu, spoko.
zimno jak cholera, więc spod kołdry nie wyłażę, lampkę włączyłam, bo
ciemno...
po przeczytaniu połowy tej cholernej książki stwierdzam, że mi coś nie
pasuje. jedna para kocich oczy we mnie wlepiona.
ale nic, leżę dalej i wołam "Buuuuurek, kici kici, Buuuuuureeeeeeek".
nic.
tylko Kota się jeszcze bardziej "gapiąco" we mnie gapi.
wstaję więc.
Burka nie ma, nigdzie. ale już wiem dlaczego tak mi było zimno. zostawiłam
uchylone okno. siarczyście pod nosem mamroczę pod swoim adresem, szybko
wkładam coś na siebie (w tym wypadku spodnie dresowe i najbardziej
porozciągany sweter jaki mam) i gonię pod okno szukać kota.
nie ma.
wołam, "kiciam", po krzakach ganiam.
nie ma.
bluzgam jeszcze gorzej i wściekła na siebie gonię dalej - wokół bloku. stoi
jakiś facet. dziwnie się patrzy. no nic. idę. gość stoi w drzwiach do klatki,
trzyma te drzwi otwarte, a w środku... BURY KOT. lecę więc, prawie mam kota w
łapie. ups. pokaźny ogon. więc ot nie Burek. tłumaczę facetowi, że "kot mi
się zgubił", a on mówi, że właśnie tego znalazł. próbował wziąć do siebie,
ale ma kocicę, która kociaka goni (oglądam dokłądniej kota - malutki,
rozkoszny kociak, na moje oko koło 3 mies, bury, długaśny ogon).
Cóż mam robić. Biorę kota pod pachę i idę dalej. szukam Burka.
pytam po drodze spotkanych ludzi czy nie widzieli kota. patrzą na kota,
którego trzymam z rękach i mówią, że nie. tłumaczę, że nie tego. szukam
swojego, a tego właśnie znalazłam. patrzą jeszcze dziwniej. kota nie
widzieli.
zrezygnowana idę dalej i już obmyślam jak napisać plakaty szukam kota i gdzie
je wywiesić. wchodzę prawie do sowjej klatki, wołam cały czas.
nagle moje znajome, rozpaczliwe i dobrze znane "miaaaaauuuuuu". BUREK!!!
czołgam się w tym żywopłocie pod klatką, jakieś róże mnie kolcami
potraktowały, wołam, on miauczy, ale za cholerę znaleźć kota nie mogę. w
końcu prawie położyłam się na chodniku i z krzaków, zaraz przy ziemi widzę,
że patrzy na mnie para Burkowych oczu. uff. więc kot znaleziony. po kolejnej
eskapadzie przez coś kującego (gruby sweter nie pomógł...) znalazłam Burego.
pod jedną pachą znaleziony kociak, pod drugą Burek. kocur przerażony, że
szok. kociak warczy...
jakoś dotoczyłam się na górę (najpierw jeden kot mi zwiał w dół, potem drugi
w górę).
reasumując:
1. mam dwa moje koty domowe i znajdę. znajda ma z kolei pchły. wydaje się być
kotem domowym wyrzuconym lub zgubionym. nie boi się ludzi, nie boi się moich
kotów. być może pazurki miała przycinane wcześniej, ma mięciutkie futerko.
PYTANIE - co zrobić, żeby moje pcheł nie złapały? nie mam gdzie zamknąć
kotki, puściłam ją "na salony", powąchała wszystko i właśnie zasnęła na
monitorze, jest słodka. nie sprawdzałam jeszcze czy to kotek czy kotka, ale
taka dziewczynkowata mi się wydaje
2. chyba ma coś z ogonem, bo niebardzo daje się dotykać, coś chyba ją (go)
boli.
3. idę sprzątnąć i zabezpieczyć drugi pokój, na moje wyjście zamknę kociaka w
drugim pokoju, bo się jednak boję zostawić ją z moimi "starymi".
4. mam w domu tylko i wyłącznie karmę dla kastratów. dałam kociakowi kilka
chrupek, więcej jej nie dam. wyjątkowo głodna się nie wydaje. potem kupię,
ale przyniosę dopiero wieczorem, eh...
dziewczyny, dlaczego akurat dzisiaj?? buuu

( jak ja mam egzamin jutro i
zjazd do niedzieli, na którym będę praktycznie od 8 do 20.... w poniedziałek
na tydzień znów wyjeżdżam. a poza tym (wstyd przynać, ale takie są fakty),
jestem zupełnie spłukana i nawet nie mam jak jej teraz odpchlić. nie pamiętam
ile kosztuje odpchlenie, parę zł znajdę, ale na taką pełną wizytę u dobrego
weta nie będę miała. poza tym nie wiem kiedy mogłabym pojechać. lecznic
nocnych chyba nie ma. a jak są to opłaty też są ekstra...
eh, co ja mam zrobić kobitki?
Aga
z nowości:
kupiłam whiskasa dla kociaków, na nim ambitniejszego nie mam czasu (urwałam
się z uczelni, zaraz jadę z powrotem), kicia siedzi w małym pokoju, na razie
bezszkodnie, ale chyba jej nie pasuje żwir silikonowy, bo w kuwecie czysto.
jest przymilna i rozkoszna. on lub ona, dalej nie wiem. świerzb w uszach, że
ho ho, widać na pierwszy rzut oka. z tym ogonem ma coś nie tak, być może jest
połamany albo zmiażdżony - nie macha nim normalnie, tylko tak go ciąga trochę
za sobą. ale ogólnie rusza nim, pomaga sobie przy skokać (pięknie skacze),
ale coś jest na pewno uszkodzone.
mam zdjęcia, bo akurat mam w domu cyfrówkę, ale będą dopiero wieczorem, bo ja
zaraz spadam, tylko coś zjem.
CO ROBIĆ TERAZ...?
Aga