...zawsze muszą się tym pochwalić.
Wchodzi taki do domu, widzi kota i od razu, od progu "A ja to nie cierpię
kotów" I wielopiętrowe uzasadnienia składające się z samych banałów (bo
wredne, bo fałszywe, bo jeden kot zagryzł we śnie staruszkę. Ciekawe, że tę
zagryzioną staruszkę to zawsze znała koleżanka córki byłego męża ciotki).
Jak to stwierdziła Joanna w "Błękitnym Zamku": "Ludzie, którzy nie lubią
kotów wydają się uważać to za jakąś szczególną swoją zaletę". I niektórzy
chyba rzeczywiście tak myślą...
A może to jest w ogóle taki podgatunek ogólnego wielkiego gatunku
krytykantów, którzy zawsze uważają za swój obowiązek oznajmić ci, że książka
którą właśnie czytasz to kicz bez najmniejszych ambicji literackich, a
wyjeżdżanie na wakacje pod namiot to obciach i wiocha.
Pozdrawiam kotolubnych.