Mam kota wychodzącego.
Wielki (prawie 8kg), piękny, choc wykastrowany to wciąz "pan na
osiedlu". Zwykle wychodzi na 1-2 godziny 2x dziennie a resztę czasu
spędza śpiąc i jedząc - ot, standardowy kot.
W sobotę nie było go długo, wrócił do domu z 30 centymetrowym
kawałkiem zardzewiałego, skręconego, podwójnego DRUTU KOLCZASTEGO u
szyi. Prawdopodobnie zaczepił się obrożą i nie mógł uwolnić.
Obrożę miał taką specjalną, dla kotów, która powinna się w takich
sytuacjach rozpiąć A SIĘ NIE ROZPIĘŁA. Obrożę nosi tylko po to by
było gdzie przypiąc adresownik. W razie gdyby się łajdak gdzieś
zgubił będzie szansa, że jakiś dobry człowiek szybko pomoże mu
trafic do domu. Finał tej historii nie do końca jest szczęśliwy.
Mój kot ma zerwane "do mięsa" WSZYSTKIE pazury w przednich łapach i
kilka w tylnich. Pazury kończą się na wysokości pochewek. Byłam w
szoku jak je zobaczyłam - żywe, zakrwawione mięso. Lekarz
powiedział, że musiał wisieć, drapać o coś i walczyć kilka godzin
nie zważając na ból. To jakaś masakra była!
Jakby tego było mało we wszystkie te rany wdało się zakażenie

Kot strasznie śmierdzi (rany rozkładają bakterie), dostaje zastrzyki
przeciwbólowe i antybiotykowe, łapy ma oczyszczane, odkażane ale
dopóki pazury nie odrosną niewiele wiecej można zrobić. Zaraz znowu
ładuję go w kontener i wiozę do weta.
Serce mi się kraje jak widzę, że liże te łapki, zawija pod siebie,
nie może na nich stawać, ma gorączkę i strasznie cierpi.
Jestem wściekła bo gdyby nie ta felerna obroża, która się nie
rozpięła kocur nie musiałoby przeżywać takiego stresu.
Macie jakieś doświadczenia z takimi zakażeniami? co z tym robić? ile
czasu odrastają "od zera" pazury?
Można jeszcze jakoś zwierzęciu pomóc "domowym sposobem" czy
pozostaje tylko czekać aż sam wydobrzeje?