d.terminus
24.07.05, 01:38
Tego lata po kilkunastu upalnych dniach w połowie lipca nadeszły oczekiwane
deszcze, a wraz z nimi chłodniejsze noce. Była sobota i właśnie zaczynało się
zmierzchać, gdy wyszedłem z domu. Wsiadłem do samochodu. Rzut oka na zegarek -
mam jeszcze dość czasu, aby pojechać do sklepu: skończył mi się chleb, a i ser
zjadłem już do ostatka. Rzeczywiście, market jeszcze był czynny, więc zrobiłem
zakupy, po czym wyjechałem z miasta drogą na wschód. Wieczór, chciałoby się
rzec, pogłębiał się, niebo ciemniało, a bliski pełni księżyc niechętnie
prześwitywał zza cienkich chmur, zasnuwających cały nieboskłon.
Długie światła - krótkie, czwórka - piątka. Im dalej było od miasta, tym
jednak mniej spotykałem aut jadących z przeciwka; wciąż jednak nie można było
jechać zbyt szybko, bo droga obfitowała w zakręty, niezbyt wprawdzie ostre,
ale liczne. Gdy włączałem długie światła, rozbłyskiwała przede mną girlanda
białych i czerwonych ogników, dzięki której orientowałem się w przebiegu
szosy. Przejeżdżałem przez wsie, koło zamkniętych sklepów, których wejścia
oświetlały żarówki bez kloszy; mijałem domostwa całkiem ciemne lub z jednym
oknem rozświetlonym bądź rzęsiście, bądź nikłym pałaniem telewizyjnego obrazu.
Jednak nikt na szosę nie wychodzi; czasem tylko mrugający czerwono punkt
zdradzał obecność jakiegoś zapóźnionego rowerzysty, którego łacno wyprzedzałem.
Droga wiodła rozległymi polami, niekiedy wpadając w lasy, których wielkości
nie mogłem w ciemnościach ocenić. Nieraz horyzont rozjarzył się refleksami
świateł jakiegoś większego miasta, jednak szosa nigdy nie doprowadzała do
niego i mętna ciemnopomarańczowa poświata sodowego światła zostawała za moimi
plecami. Poboczami przemykały koty, których oczy lśniły odbiciem moich
reflektorów, ale i prędko gasły, gdy zwierzę umykało w przydrożny rów. Z
rzadka mrok rozpraszały latarnie, w których zimnym świetle odczytywałem nazwy
mijanych miejscowości; żadne tam wydumane czy zmyślone, ale jednak nic mi nie
mówiące. Choć nie trzymałem się drogowskazów, miałem przeświadczenie, że jadę
we właściwym kierunku, ale właściwie zupełnie nie wiedziałem, gdzie jest cel
mej podróży. Jak gdyby droga wiodła mnie sama, dopiero u kresu ujawniając,
dokąd prowadzi. Sprawiało to wrażenie, jakby droga nie była dziełem planistów
czy inżynierów, ale wprost samej natury, jak gdyby stała się, a nie powstała
dzięki czyjemuś działaniu.
Jak długo jechałem? Nie wiem. Nie zapamiętałem stanu głównego licznika przy
wyjeździe ani nie wyzerowałem tego do precyzyjnych obliczeń. Noc jednak trwała
i żaden jaśniejszy punkt na horyzoncie nie zwiastował, gdzie wstanie świt,
choć chyba była już ku niemu pora. Droga wiodła przed siebie prowadząc mnie
bez wytchnienia ani chwili zawahania. Nachodziła mnie nieraz myśl, aby
spróbować zawrócić albo stanąć, ale jednak zaniechałem tego, gdyż nigdy w
podróży tak nie czyniłem. Owszem, kilkakroć zatrzymał mnie opuszczony szlaban
na przejeździe kolejowym, ale z reguły rychło nadjeżdżał pociąg i nie
starczało czasu, aby wysiąść z samochodu i choćby dotknąć stopami obcej ziemi.
Parokroć zdarzyło się, że rogatka zatrzymała mnie przed pustym przejazdem, i
gdy tylko pomyślałem, że mógłbym teraz wyjść i nawet - choć bylo to szalone -
uciec z auta, szlabany podnosiły się same, znów tylko w zimnym świetle lamp, w
którym darmo było szukać dróżnika, a tym bardziej pociągu, który przez ten
przejazd wszak w ogóle nie przejechał. Czasem zza uchylonej szyby doleci
zapach palonej stearyny, jak od właśnie odwiedzonego przez rzesze cmentarza,
którego jednak też darmo z drogi wyglądać. Dobiega tylko ujadanie psów,
cykanie świerszczy i szum opon, a o przednią szybę rozbijają się wielkie ćmy,
które zdają się być dziwnie miękkie i sprężyste, jak gdyby pęd auta nie czynił
im żadnej krzywdy.
Jedynie, gdy dobiegnie mnie śpiew nocnego ptaka, zatrzymuję się, uchylam okno
szerzej i słucham. Dźwięki rozbijają się o moje na wpół uchylone usta jak
dawne pocałunki. Potem spoglądam jeszcze na zegar, który nieodmiennie wskazuje
dziesięć po północy i - równie machinalnie - na wskaźnik poziomu paliwa. Jest
trzy czwarte baku, choć stacje benzynowe skończyły się - już nawet nie
pamiętam kiedy. Zdążyłem przywyknąć i przestałem się dziwić.
Bo ta droga nie ma końca.