Dodaj do ulubionych

ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE

14.01.05, 20:41
ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE, CZYLI ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA W LIBANIE I
SYLWESTER W SYRII


15 GRUDNIA – ŚRODA
Spóźniona wpadam na lotnisko na 50 minut przed godziną wylotu i chyba po raz
pierwszy cieszę się, gdy dowiaduję się, że mój samolot wystartuje z
opóźnieniem. Bezpośrednio po przejściu odprawy bagażowej i paszportowej,
biegnę ustawić się w kolejce do mojego wyjścia, czyli gate no 1. Niestety
jakaś mądra lotniskowa głowa wymyśliła odlot z 3 przyległych wejść, tj. 1,2 i
3 w odstępie 5 minut, a do wszystkich trzech prowadziła ta sama kontrola
antyterrorystyczna.

Dopiero, gdy już się usadziłam na fotelu samolotu, a ten wystartował,
zabierając mnie w kolejną podróż, zaczęło do mnie docierać to wszystko, co
wydarzyło się dzisiaj. Rano kupiłam kamerę i dyktafon, stamtąd popędziłam na
walny zlot delegatów Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Arabskiej. Tam niestety co
chwila zerkałam na zegarek, czas szybko leciał, a końca spotkania nie było
widać. Więc od razu po wyborach do zarządu (do którego notabene zostałam
wybrana, otrzymując stanowisko skarbnika) i poleciałam na uczelnię do
kwestury odebrać skromne dofinansowanie przyznane mi na badania naukowe w
Libanie. Stamtąd biegiem na autobus i zahaczyłam o CH Park Wola – dokupić
ostatnie niezbędne rzeczy oraz wymienić pieniądze w kantorze. Czułam jakby mi
skrzydła tego dnia wyrosły i poleciałam do Karawanseraju, gdzie dopchnęłam
rzeczy w plecaku i pędem wyruszyłam na lotnisko… uffff ciężki i szybki dzień
)))))

Lot do Mediolanu przebiegł szybko – pewnie dlatego, że głowę miałam zajętą
przemyśleniami o tym co było, i tym, co się ma w najbliższych dniach zdarzyć.
Na lotnisku w Mediolanie dokładna kontrola przylatujących. Trzeba było nawet
buty zdejmować.

Lot do Bejrutu wykorzystałam na zapoznanie się z instrukcjami obsługi kamery
i dyktafonu, ale czułam się senna i szybko tę czynność przerwałam na rzecz
kilku chwil snu… a filmować nauczę się w praktyce ))

Po wylądowaniu w Bejrucie bez problemu przeszłam tym razem wszelkie kontrole.
Wychodzę z odebranym już bagażem i widzę przed sobą chłopca trzymającego
kartkę z moim imieniem i nazwiskiem. Jest to Zouzou, czyli Joseph, którego
poznałam poprzez www.hospitalityclub.org. Kiwam głową do Zouzou na powitanie.
Jeszcze tylko trzeba przejść długim wybiegiem, gdzie przez ok. 30 metrów
towarzyszą każdemu przybyszowi spojrzenia tłumów opartych przez barierki. Gdy
ja przechodzę, tłum się ożywia. Wreszcie możemy przywitać się z Zouzou.
Następnie idziemy do jego samochodu. Jestem z powrotem w Libanie, nie było
mnie tu już dwa lata, niby krótko, lecz w przypadku kraju wychodzącego ze
zniszczeń wojennych – jednak długo. Bejrut odbudowuje się szybko, zmieniając
swoje oblicze na nowe nowocześniejsze, a może powracając do utraconej na lata
nazwy Szwajcarii Bliskiego Wschodu.

Jedziemy z Jospehem przez Bejrut pogrążony w nocnych ciemnościach, a jednak
rozświetlony licznymi kolorowymi neonami, billboardami, świecącymi wejściami
do klubów czy całodobowych kawiarni. Dodatkowo – w związku z zbliżającymi się
świętami Bożego Narodzenia – chrześcijańskie dzielnice miasta przystrojone są
różnymi świątecznymi światełkami, łańcuchami, Mikołajami, dzwoneczkami itp.
Właśnie w takiej części miasta mieszka Zouzou. Są to już przedmieścia
Bejrutu, usytuowane na okolicznych wzgórzach. Joseph mieszka w mieszkaniu w
kilkupiętrowym bloku mieszkalnym wraz z rodziną – mamą, siostrą i bratem. Po
wejściu do mieszkania siadamy z Zouzou w salonie – gdzie spostrzegam piękną
choinkę, a pod nią magharę, czyli grotę, a w niej Jezusa, Marię, Józefa,
pasterzy i zwierzątka. Dzień wcześniej przerabialiśmy na zajęciach z języka
arabskiego tekst o obchodach świąt wśród chrześcijan na Bliskim Wschodzie, w
którym przeczytałam m.in. o tej magharze (fajnie się ten wyraz odmienia w
języku polskim) i zastanawiałam się, jak taka jaskinia ma wyglądać.

W domu jest zimno i jak kładę się spać (o godz. 5 rano) – w jednym pokoju
mieszkam z rodzeństwem Josepha, on sam śpi dzisiaj w pokoju swojej mamy –
marznę. Niestety nie jest przyjęte ogrzewanie mieszkań. W Libanie większość
osób decyduje się ogrzać jedynie w ciągu dnia pokój dzienny, gdzie rodzina
spędza wspólnie dzień.
Obserwuj wątek
    • raja1 Re: ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.01.05, 18:05
      Zapowiada się ciekawie. Czekam na dalszy ciąg. I na zdjęcia też.... :)
      • beduinka Re: ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.01.05, 18:51
        no to zabieram się za spisanie następnego dnia
    • beduinka 2 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.01.05, 21:07
      16 GRUDNIA – CZWARTEK
      Wstajemy wcześnie rano. Najpierw brat – on wychodzi, nim ja jeszcze wstanę.
      Następnie siostra Fifi, która ma ok. 28-29 lat i pracuje jako asystentka
      dyrektora w jakiejś firmie. Ładna, szczuplutka dziewczyna, a co ważniejsze
      inteligenta, wygadana, posiadająca własne poglądy na różnorodne tematy.
      Następnie nadchodzi pora na mnie i na Zouzou. Wstaję zmarznięta, mam nadzieję
      na gorący prysznic, są to jednak płonne nadzieje – jest tylko zimna woda.
      Dzwonimy do organizacji Najdah, dowiedzieć się, gdzie ona dokładnie leży –
      planuję ją dzisiaj odwiedzić. Ubieram się i jedziemy z Zouzou samochodem do
      miasta. By dojechać do centrum musimy zjechać z naszych wzgórz autostradą.
      Przejazd nie zajmuje nam wiele czasu, a z tej perspektywy miasto wygląda
      uroczo. Wysiadam w pobliżu domu handlowego Virgin, gdzie mamy się spotkać
      ponownie wieczorem – jak zadzwonię do Zouzou, to po mnie przyjedzie. Ja idę na
      podbój miasta, a Zouzou udaje się na francuski uniwersytet św. Józefa, gdzie
      studiuje.

      Ja idę na spacer po Bejrucie. Obserwuję zmiany, jakie zaszły podczas ostatnich
      dwóch lat. Bardzo nowoczesne budowle sąsiadują z pozostałościami po wojnie.
      Jednak spalonych lub zburzonych domów jest już coraz mniej. Wydaje się, że
      wszędzie coś się remontuje lub buduje. Odbudowywane budynki są gustowne,
      pasujące do atmosfery miasta i jego mozaiki kulturowej.

      Przechadzam się po downtown. Mijam meczet przylegający do kościoła. Z placu o
      kształcie 6(?)-ramiennej gwiazdy idę pod parlament, mijam rzymskie łaźnie.
      Dochodzę do nadmorskiego bulwaru, który zazwyczaj jest popularnym miejscem
      spacerów. Dzisiaj są tutaj tylko ci najwytrwalsi, a to ze względu na mocny
      wiatr i falę rozbijające się o brzeg z taką siłą, że co chwila cały chodnik
      zalewała ściana wody. Ja oczywiście postanowiłam sfilmować i sfotografować to
      fajne zjawisko, co powiodło się, lecz wyszłam z tego zadania całkiem mokra –
      ubranie, włosy, a później marzłam, lecz dzięki silnemu wiatru, wyschnięcie nie
      zajęło mi zbyt wiele czasu. Doszłam aż do Gołębich Skał, stanowiących symbol
      miasta, a stamtąd udałam się na ulicę Hamra, gdzie urządziłam prawdziwy rajd po
      okolicznych księgarniach, wykupując wiele pozycji. Książki są tu o wiele
      droższe niż w Egipcie, ale na poczytała staram sobie nigdy nie żałować. Jednak
      na tej ulicy przeważają sklepy z modnymi ciuchami i seksowną bielizną.
      Zaglądam jeszcze do pobliskiej Informacji Turystycznej, gdzie sprawdzam, jakie
      wydarzenia kulturalne odbędą się tutaj w najbliższych dniach, dostaję mapę
      Bejrutu, mapkę sieci autobusowej i różne inne ulotki.

      Mam ochotę pójść do Organizacji Najdah – ale niezbyt wiem, jak tam trafić, więc
      tymczasowo rezygnuję. Organizacja ta zajmuje się pomocą Palestyńczykom,
      przygotowuje różnego typu warsztaty zawodowe dla dorosłych, prowadzi centra dla
      dzieci, zajmuje się niepełnosprawnymi itp. Decyduję się połazić trochę po
      okolicy i trochę tracę orientację, ale nie przejmuję się tym za bardzo i nawet
      cieszę się, że trafiam do tylu fajnych miejsc, w których wcześniej nie byłam.
      Gdy już czuję się znużona tym łażeniem, wchodzę do jakiegoś biura linii
      lotniczych i okazuje się, że jestem zaledwie 200-300 m od ulicy, na której
      znajduje się siedziba Najdah. Decyduję się tam jednak wpaść, trafiam na
      odpowiednią ulicę, tam wchodzę do sklepu spytać się, gdzie dokładnie znajduje
      się poszukiwane przeze mnie biuro. Nie wiedzą, ale dzwonią pod posiadany przeze
      mnie numer i uzyskują wskazówki, jak mam trafić. Dochodzę tam i najpierw
      rozmawiam z dyrektorem, a potem z urzędniczką, z którą jeszcze przed wyjazdem
      do Libanu kontaktowałam się drogą mailową. Długo rozmawiamy, czasem czuję się,
      jakbym była na egzaminie. Jestem dokładnie wypytywana o moje badania,
      kwestionariusz, studia, plan pracy magisterskiej itp. Dziewczyna jest Libanką,
      ale głęboko zaangażowaną w sprawę palestyńską i marzy o zintegrowaniu ich ze
      społeczeństwem libańskim. Zintegrowaniu, lecz nie zasymilowaniu. Palestyńczycy
      powinni mieć pełnię praw cywilnych, oczywiście bez prawa do udziału w wyborach.
      Jeździła już ona pomagać chorym na AIDS w Ugandzie czy głodującym Kurdom w
      Syrii. Ma poglądy marksistowskie. To co mnie zdziwiło to jej stwierdzenie, że
      obcokrajowcy nie są wpuszczani do obozów dla uchodźców palestyńskich – a
      raczej, by tam się dostać, potrzebują zezwolenia z komendy głównej policji.
      Osobie indywidualnej trudno to dostać, łatwiej załatwić to przez organizacje –
      przedstawi moją sprawę swojej szefowej i da mi znać, czy załatwią mi takie
      pozwolenie wystawione mi jako wolontariuszce Najdah (niestety obiecanego maila
      od niej do tej pory nie dostałam). W każdym razie ja nigdy przy wejściu do
      obozów nie byłam proszona o żadne zezwolenia, zawsze bez problemów wchodziłam
      do środka.

      Żegnamy się, a ja wracam na piechotkę do centrum miasta – pod Virgin i zaczynam
      szukać A) miejsca, gdzie bym mogła kupić kartę telefoniczną B) budkę
      telefoniczną, by móc poinformować Zouzou, że chcę wracać do domu. Nie mogę
      znaleźć ani A ani B. Zmęczona siadam w jakimś kościele, jest mi zimno i czuję
      się padnięta. Łażę już od 11 godzin. Postanawiam, że muszę iść dalej i dopiero
      z Hamry po znalezieniu AB dodzwaniam się do Josepha. Nie chce przyjechać na
      Hamrę, więc umawiamy się pod Virgin za 15 min. Ja łapię autobus, który jednak
      okazuje się tam nie jechać, lecz i tak mnie tam zawozi. Siadam na ławeczce pod
      Virgin i czekam i czekam i czekam. W tym czasie muszę spławiać jakiś typków. Po
      40 minutach przyjeżdża Zouzou.

      Jedziemy do niego do domu, lecz wkrótce decydujemy się odwiedzić jego starszą -
      już zamężną - siostrę, która pracuje w biurze podróży, a jej mąż jest
      policjantem. Długo rozmawiamy. Tam też jest brat Josepha, którego zabieramy do
      domu, gdzie jeszcze przed snem spędzam trochę czasu rozmawiając z Fifi, siostrą
      Josepha. Okazuje się, że na szczęście jest gorąca woda, więc szczęśliwa długo
      się pluskam.

      W nocy dostaję SMSa od Duni, że dotarli szczęśliwie do Libanu i informacje, w
      którym hotelu zamieszkali.
      Bejrut
    • beduinka 3 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 18.01.05, 20:15
      17 GRUDNIA PIĄTEK
      Kolejny ranek, kolejana pobudka. Troszkę żal mi mamy moich gospodarzy. Najpierw
      o wpół do szóstej budzi Danego. Żeby wstał, potrzebnych jest kilka podejść...
      nie chce mu się... Jednak musi się śpieszyć do pracy. Później przychodzi kolej
      na Fifi. Ona jest już bardziej zorganizowana i przy pierwszym podejściu,
      podnosi się z łóżka i maszeruje do łazienki. Ja też w tym momencie już wstaję i
      słyszę, że mama zabiera się za Zouzou. Teraz jego kolej, by wstać.

      Poranne mycie zimną wodą z pewnością mnie rozbudza. Staram się znaleźć nawet w
      tym - jakiś pozytywny aspekt. Wsiadamy do samochodu i sąsiad prosi o
      podwiezienie. Ma ok. 35 lat i jest - jak chyba każdy w tej dzielnicy -
      chrześcijaninem. W trakcie jazdy wywiązuje się rozmowa. Nienawidzi on
      Palestyńczyków, muzułmanów, Żydów, Amerykanów, Brytyjczyków i kogokolwiek
      jeszcze, by się dało. Przyznaje się, że w czasie wojny był w wojsku i zabijał.
      Rozpina koszule i pokazuje wytatuowaną na klatce piersiowej swastykę. Ogólnie
      mówiąc ten osobnik wzbudza we mnie bardzo negatywne odczucia. Gdy - tak jak
      wczoraj - wysiadam przy Virgin, chce zaprosić mnie na poranną kawę, lecz ja nie
      mam ochoty spędzić z nim ani minuty więcej.

      Ja idę do dzielnicy Ain al-Mreisse, w której ulokowało się mnóstwo Super Night
      Club, które funkcjonują także (a może przede wszystkim) jako burdele. Tutaj
      właśnie - a mam w tej chwili na myśli tę część miasta, nie zaś nocny klub -
      nocowali Dunia i Tomek, czyli współtowarzysze mojej wędrówki po Libanie. Z
      nocnego SMSu Duni wynika, że zatrzymali się w Pension Home Vallery. Wiem, gdzie
      to jest, bowiem dwa lata temu spędziłam tam dwie noce. A dokładniej mówiąc
      wiem, że są dwa Pension Home Vallery. W każdym razie leżą one w tym samym
      budynku - na 3 i 4 piętrze. Oprócz tego na 2, 5 i 6 są jeszcze inne hotele dla
      backpackersów. Zaczynam od Pension Home Vallery na drugim piętrze - muszę
      obudzić recepcjonistę, ten twierdzi, że nie ma tu żadnych Polaków. Podobne
      informacje słyszę na 4, 5 i 6 piętrze. Zrezygnowana zaczynam schodzić w dół.
      Gdy mijam drugie piętro - recepcjonista woła mnie, że jednak sobie przypomniał,
      że mieszkają u niego. No to fajnie... niech żyje skleroza. Całe szczęście, że w
      ogóle sobie przypomniał. Pukam do drzwi i otwiera mi zaspany Tomek. Biedacy
      jeszcze spali, a ja już od dawna byłam na nogach, w każdym razie jest godz. 9 i
      robię im pobudkę. Pokój jest olśniewający: bardzo "piękne" meble i jest tu
      tak "czysto". Jeszcze większe wrażenie robi łazienka. Cóż - cena jest
      odpowiednia: 5$ od osoby. Mam się przeprowadzić do D&T do hotelu, więc
      proponuję im, żebyśmy poszli obejrzeć University Hotel - także z niskiego
      pułapu cenowego, choć jednak droższy, lecz o wiele wyższym standarcie. Tam też
      idziemy. Hotel ten leży na ulicy Bliss tuż na przeciwko głównej bramy American
      University of Beirut (AUB). Ulica pełna jest różnego typu fastfoodów. Hotel
      leży nad McDonaldem. Recepcjonista pokazuje nam pokój: sypialnia z dwoma
      łóżkami, salon (do którego wniosą nam trzecie łóżko), telewizor, telefon,
      ogrzewanie, balkon, łazienka - wszystko czyste, wymuskane. Cena 65$, my
      schodzimy z ceną do 40$. Decydujemy się i jesteśmy z tego wyboru bardzo
      zadowoleni.

      Dunia za pomocą SMSu umawia się ze Sterianą, jej bułgarską znajomą na godz. 13.
      Mamy czas, by pójść na AUB i go sobie obejrzeć. Uniwersytet robi na nas
      wrażenie. Budynki są bardzo stylowe i skomponowane w pasujący do siebie układ
      urbanistyczny. Cały kompleks otoczony jest zielenią. Wchodzimy do biblioteki,
      zwiedzamy czytelnię. Korzystamy z komputerów z katalogiem bibliotecznym i
      zarówno ja, jak i Dunia znajdujemy mnóstwo książek i prac magisterskich z
      interesujących nas dziedzin. Spisujemy sobie tytuły, autorów i inne dane
      bibliograficzne. Następnnie schodzimy do niższej części zespołu
      uniwersyteckiego (co ciekawe - żeby studenci nie musieli się zbytnio wysilać
      między gónym a niższym poziomem jeździ uczelniany autobusik). Niżej są kolejne
      wydziały. Wszystkie sale są bardzo nowocześnie i estetycznie wyposażone. Widać
      też objawy pozanaukowej aktywności studentów - np. są stanowiska czerwonego
      krzyża, gdzie zbierane są datki na tę organizację. Są też rozłożone po uczelni
      specjalne plastykowe kosze na pomoc materiałową dla uchodźców palestyńskich
      (choć niestety spostrzegam, że są w większości puste). Wracam na górę i
      oglądamy West Hall, który jest siedzibą multum organizacji studenckich. My
      jesteśmy prowadzeni do siedziby uczelnianego czerwonego krzyża, potem oglądamy
      pokój do nauki dla niewidomych. Spotykam Palestynkę, która tutaj studiuje -
      mamy się jutro spotkać i pojechać razem do Szetili (ma mi dać znać smsem, czy
      ostatecznie będzie miała czas czy nie). Jest godz. 13, więc wychodzimy na ulicę
      Bliss spotkać się z Sterianą i jej mężem. Dostajemy od nich jednak SMSa, że
      przyjadą dopiero na 13:30, więc wracamy na uniwersytet. Tym razem trafiamy do
      biura dla odwiedzających, gdzie otrzymujemy broszury informujące nt. AUB.
      Pytamy się też o możliwość korzystania z biblioteki. Okazuje się, że wszystko
      da się załatwić i po telefonie jesteśmy zaproszeni do udania się do
      kierowniczki biblioteki. Ta daje nam zgodę, by na miejscu korzystać z książek i
      prac magisterskich. Umawiamy się wrócić tutaj w poniedziałek, bo teraz czas nas
      goni.

      Na ulicy spotykamy się z Sterianą - przesympatyczną dziewczyną. Mówi biegle po
      polsku, bowiem studiowała w naszym kraju. Jest obecnie muzułmanką i żoną
      Libańczyka. On nazywa się Rashid - ma dwa zawody: jest informatykiem i wytwarza
      protezy dentystyczne. Mają kilkumiesięcznego brzdąca - bardzo żywego,
      uśmiechniętego. Jedziemy z nimi samochodem do Pension Home Vallery, gdzie D&T
      pakują swoje rzeczy, następnie wracamy pod University Hotel, gdzie przenosimy
      toboły do naszego pokoju. Jedziemy do mieszkania Steriany i Rashida. Ja i Dunia
      zostajemy ze Sterianą, Rashid z Tomkiem jadą na zakupy motocyklem. Długo
      rozmawiamy, potem jak chłopcy wracają - jemy obiad. O 5 Rashid musi pędzić do
      pracy. Zostajemy ze Sterianą jeszcze trochę i ok. 6 wychodzimy. Zaglądamy
      jeszcze do księgarni i kupuję trochę kolejnych książek. Z budki telefonicznej
      dzwonię do Zouzou i umawiam się pod Virgin. My podjeżdżamy tam taksówką (5000
      lirów), a następnie z Zouzou i jego kolegą jedziemy do domu. Ja idę pakować
      swoje rzeczy, w tym czasie D&T rozmawiają z Fifi. Ok. 9 wieczorem żegnam się z
      rodziną - dając mamie kilka drobiazgów na pamiątkę i Zouzou odwozi nas do
      centrum, a co ważne po raz pierwszy wjeżdża do muzułmańskiej części miasta,
      gdzie leży nasz hotel - ja i jego kolega musimy służyć mu za przewodników i
      tłumaczyć, gdzie ma skręcać.

      W hotelu leniwie spędzamy czas oglądając telewizję, a także nagrania i zdjęcia
      z tego dnia z mojej kamery i z aparatu Tomka - co stanie się naszym codziennym
      rytuałem. W pokoju włączyliśmy ogrzewanie i jest przyjemnie i cieplutko.
      Idziemy spać.
      Bejrut
      • beduinka American University of Beirut - zobaczcie sami 18.01.05, 22:51
        www.aub.edu.lb/
        aż chce się tam studiować :)))
        • raja1 Re: American University of Beirut - zobaczcie sam 18.01.05, 23:03
          beduinka napisała:

          > www.aub.edu.lb/
          > aż chce się tam studiować :)))

          W koncu tyle tam sie placi za studia. Wiesz jakie kwoty dokladnie?
          • beduinka Re: American University of Beirut - zobaczcie sam 18.01.05, 23:10
            raja1 napisała:

            > W koncu tyle tam sie placi za studia. Wiesz jakie kwoty dokladnie?

            zależy od kierunku - są tańsze i droższe
            ale tak średnio to 10 000$ za rok nauki
            • arusa Re: American University of Beirut - zobaczcie sam 19.01.05, 19:58
              STELLIYANA i RASHAD Ooraz ich uroczy synek MURAD zwany MURI to nasi znajomi z
              Bejrutu, ktorych najserdeczniej pozdrawiamy :)
    • beduinka 4 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 23.01.05, 12:29
      18 GRUDNIA – SOBOTA
      Wstałam rano i wyruszyłam w miejsce skąd według przewodnika Lonely Planet ma
      wyjeżdżać autobus nr 13. Trafiłam tam bez problemów, wsiadłam i kupiłam bilet
      za 500 LL. Za jakiś czas ruszył, były jednak straszne korki i minęło sporo
      czasu nim udało nam się w ogóle wjechać na ulicę Hamra i ją minąć. Dalsza część
      miasta też była zakorkowana i poruszaliśmy się bardzo powoli. No ale cóż –
      wkrótce miałam powiedzieć: lepszy rydz niż nic, bowiem zgasł nam silnik i nie
      dało się go już ponownie zapalić. Wszyscy pasażerowie musieli wysiąść. Nasz
      kierowca zatrzymał dla nas kolejny autobus tej linii i wsiedliśmy do niego na
      te same bilety. Jednak był on już zatłoczony i nie było żadnych wolnych miejsc.
      Na szczęście jakiś czas później pewien pan ustąpił mi miejsca. W autobusie pod
      sufitem podwieszone są po obu stronach linki ciągnące się przez całą długość
      autobusu – jak się za nie pociągnie, słychać trąbienie, a jest to znak dla
      kierowcy, że ktoś chce wysiąść. Jest to potrzebne, bowiem autobusy tutaj mają
      wyznaczone trasy, jednak bez przystanków, a zatrzymują się dla wsiadających i
      wysiadających gdziekolwiek oni sobie tego zażyczą. Mijamy dworzec Cola,
      jedziemy ulicą Mazraa, przejeżdżamy w pobliżu obozów Sabra i Szetila. Te
      miejsca odwiedzić chcę jutro. Dzisiaj podążam jeszcze dalej.

      Wysiadam w Burj al-Barajna, jednym z palestyńskich obozów dla uchodźców
      palestyńskich. Znajduje się on w pobliżu bejruckiego lotniska. Został założony
      przez Komitet Czerwonego Krzyża w 1948 r. W ciągu lat wojny domowej został
      znacząco zniszczony. Obecnie zamieszkuje go ponad 20 tys. zarejestrowanych
      uchodźców. Dwa lata nie było mnie w obozach. Znów muszę się przyzwyczaić do
      wielu par oczu spoglądających na mnie. Co ona tutaj robi? Kim jest? Czemu robi
      zdjęcia? Dziennikarka? Takie myśli przetaczają im się przez głowy. Uliczki
      strasznie wąskie, nie dla tych, co cierpią na klaustrofobię. Na ścianach
      mijanych domów wiszą plakaty pośmiertne Arafata – różne modele. Mi osobiście
      najbardziej podoba się Arafat na koniu. Widzę też plakaty Szejka Ahmeda
      Yassina, Rantissiego oraz wielu Szahidów. Na murach widnieją liczne napisy i
      grafitti o narodowowyzwoleńczej wymowie, mnóstwo symboliki, nadziei, wiary we
      własną siłę i w powrót do siebie. Bo oni nadal czują się tutaj w Libanie
      gośćmi, a kraj ten traktował ich często jak gości nieproszonych, więc żyją
      wspomnieniami kraju dzieciństwa, bądź kraju rodziców bądź dziadków. Tutaj w
      obozach żyją w otoczeniu podobizn swoich przywódców, palestyńskich flag i
      symboli narodowych. Są tak blisko Palestyny, a jednocześnie tak daleko.
      Plątanina uliczek wiedzie mnie gdzieś przed siebie, na chybił trafił wybieram
      drogę. Czasem przejście staje się tak wąskie, że z trudem mieści się jedna
      osoba, a ja widzę przed sobą tylko ścianę, lecz gdy zbliżam się widzę wąskie
      wyjście po prawej lub lewej stronie, bądź schodki w górę, potem znów w dół.
      Czasem uliczka jest całkiem ciemna, bowiem zabudowa wyższych pięter połączyła
      się, odcinając promieniom słonecznym dostęp do ziemi. Czuję się troszkę jak w
      labiryncie i wątpię, bym była w stanie przy jakiejś kolejnej wizycie w tym
      obozie powrócić do tych samych miejsc.

      Rozmawiam z napotkanymi ludźmi. Trafiam do sklepiku, gdzie miły sprzedawca
      opowiada mi o życiu w obozie. Kilkugodzinny wywiad – dodatkowo, prawie każdy z
      kolejnych kupujących wstępujących tu co chwila, dodaje od siebie przysłowiowe
      trzy grosze. Przychodzi pan, który był dwa tygodnie w Polsce w Gorzowie. Stare
      babeńki opowiadają mi o swoim dzieciństwie w Palestynie, przepięknej,
      wyidealizowanej, najwspanialszej. Na piechotę przyszły tu jako dzieci w 1948
      r., na piechotę wróciłyby tam teraz z powrotem, jeśli by tylko mogły. Ale tak
      naprawdę większość ludzi, z którymi rozmawiam marzy, by móc żyć gdziekolwiek na
      świecie w przyzwoitych warunkach, by móc pracować i zarabiać pieniądze, uczyć
      się i studiować, czuć się bezpiecznie. Wymarzoną przyszłością jest dla nich
      wyjazd do Europy (bądź rzadziej do Ameryki), w każdej rodzinie jest koś już tam
      mieszkający. Czasem takie osoby czynnie wspomagają pozostałych w obozach
      członków rodziny i jeśli to tylko możliwe, ściągają do siebie kolejnych
      ziomków, czasem przysyłają pieniądze z okazji Aid al-Fitr, bądź Aid al-Adha, a
      czasem zapominają o krewnych. Lecz ta ostatnia postawa jest najrzadszą.

      Wędruję dalej po obozie. Ściemniło się już i chodzę nieoświetlonymi uliczkami
      trochę po omacku. Zaproszona jestem do jednego z domów. On, ona, trójka dzieci
      i czwarte w drodze. Śpią na materacach, bo nie ma łóżek. Ściany odrapane. Jeden
      pokój i kuchnia, lecz w obu pomieszczeniach telewizory. Kolejna długa rozmowa –
      o wszystkim. Taka ciekawostka: on chciałby mieć tylko jedno czy dwójkę dzieci,
      ale to żona je cały czas rodzi.

      Odprowadzana jestem na skraj obozu. Nie jeżdżą już o tej porze autobusy. Ale
      mogę złapać serwis. Tymczasem postanawiam się przejść. Są to już przedmieścia
      libańskiej biedoty. Nie różnią się zbyt wiele od obozu, jeśli chodzi o status
      społeczny mijanych domów – jednak uliczki są już szersze, więc przynajmniej
      odpada uczucie, że otaczające mury ciebie ściskają, duszą. Dzieci mają ulice,
      na których mogą pokopać piłkę. O ile obóz był obwieszony plakatami różnych
      przywódców i szahidów palestyńskich, to tutaj na widzę postery przywódców i
      szahidów Hezbollahu i innych pokrewnych organizacji. Tam na miejscu kojarzą się
      one trochę inaczej niż nam tutaj w Europie, bowiem organizacje te prowadzą
      zakrojoną na szeroką skalę działalność pomocową. Przed mijanymi sklepami widzę
      poustawiane puszki z logo Hezbollahu i innych. Wchodzę do sklepu z gadżetami
      Hezbollahu. Dziewczyna i pan tam pracujący są bardzo sympatyczni.

      Spaceruję sobie po okolicy i kupuję sandwicza z falafelem – nagle przypomniałam
      sobie, że dzisiaj jeszcze nic nie jadłam. Później łapię serwis do dworca Cola,
      a stamtąd serwis taxi pod University Hotel.

      Chwilkę odpoczywam, lecz wkrótce wychodzimy już w trójkę na nocny spacer po
      Bejrucie. Poprzez witryny podziwiamy ciuchy, bieliznę, buty, meble itp.
      Jesteśmy w wyśmienitych humorach. Czuję się jeszcze trochę głodna, więc kupuje
      sobie sandwicza z frytkami. Nasze łażenie trwa aż do godziny drugiej w nocy,
      ale jakoś nie czuję się zmęczona.

      Bejrut
      • raja1 Re: 4 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 23.01.05, 14:42
        fajnie piszesz, czekam na kolejny dzien
        • beduinka Re: 4 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 23.01.05, 14:48
          raja1 napisała:

          > fajnie piszesz,

          thx

          > czekam na kolejny dzien

          zawsze miejmy nadzieję, że nastąpi kolejny dzień, a słońce ponownie wysunie się
          zza horyzontu :-P
          • raja1 Re: 4 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 23.01.05, 16:38
            beduinka napisała:

            > raja1 napisała:
            >
            > > fajnie piszesz,
            >
            > thx
            >
            > > czekam na kolejny dzien
            >
            > zawsze miejmy nadzieję, że nastąpi kolejny dzień, a słońce ponownie wysunie
            się
            >
            > zza horyzontu :-P


            :D to będzie już piąty
            • beduinka Re: 4 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 23.01.05, 16:40
              a w Egipcie 13
    • beduinka 5 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 24.01.05, 18:12
      19 GRUDNIA – NIEDZIELA
      Wstajemy późno i leniwie szykuję się do wyjścia. Jeszcze zjadam jakiegoś
      sandwicza z któregoś fastfooda na ulicy Bliss i idę na przystanek mojego
      ulubionego autobusu nr 13. Wsiadam i tym razem dojeżdżam do Szetili bez
      żadnych dodatkowych atrakcji – a więc autobusy te nie psują się zawsze, lecz
      tylko na przywitanie, na mój pierwszy przejazd.

      Wchodzę do Szetili. Byłam już w innej części tego obozu 2 lata temu. Cieszę
      się, że nie było mnie tutaj 22 lat wcześniej. Nazwy Sabra i Szetila trafiły
      wówczas do świadomości tak wielu, a jednak świat nie reagował na trwającą
      masakrę uchodźców palestyńskich, gdy mordowano cywilów, kobiety, starców,
      dzieci. Lecz nowe kobiety i dzieci żyją tutaj, a starcy pamiętają, co działo
      się dwie dekady temu. Żyją, lecz pamiętają o śmierci – np. poprzez wiszące w
      domach portrety zmarłych. Przypominam sobie spotkanego dwa lata wcześniej
      mojego rówieśnika, może kilka miesięcy ode mnie starszego, który przeżył jako
      malutki chłopczyk masakrę, przeżył wtulony w pierś zamordowanego ojca, który
      tułał się po domach dziecka, lecz który obecnie – choć nie zapomniał – potrafi
      się cieszyć z życia, mieć ambicje i cele.

      Ci ludzie nadal tam żyją. Przeszłość była, teraźniejszość trwa, przyszłość
      nadejdzie. I choć o przeszłości nie da się zapomnieć, trzeba troszczyć się o
      teraźniejszość i zaplanować przyszłość. Obecnie w Szetili mieszka ok. 13
      tysięcy zarejestrowanych uchodźców, lecz ze względu na otwarty charakter obozu
      zamieszkuje tu też sporo innej biedoty – Libańczycy, Syryjczycy, Irakijczycy i
      inni. Obóz został założony w 1949 r. przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego
      Krzyża.

      Wchodzę do obozu i widzę zrujnowane budowle, z śladami kul, pocisków, stojące
      nadal po dwóch dekadach od strasznych wydarzeń, jak pomnik ofiar, który
      krzyczy „nie zapomnijcie o nas”. Poniżej w gruzach między walającymi się
      śmieciami – a gdzieżby indziej – bawią się dzieci. Niewinne, skazane omylnie na
      życie w takich warunkach. A warunki w tym obozie są wyjątkowo złe. Baraki są
      przepełnione, wilgotne, dachy przeciekają. Brakuje kanalizacji, więc ścieki
      płyną wgłębieniami pośrodku uliczek, znów tak wąskich, że światło tu nie
      dociera. Woda w obozie jest niezdatna do picia.

      Ludzie witają mnie na uliczkach, serdecznie pozdrawiają. Zaczynam rozmowę z
      chłopcem, który jest studentem na Uniwersytecie Islamskim. Rozmowa trwa długo i
      mnie męczy, bowiem chłopak próbuje mnie nawracać na islam, a mi się nie chce
      prowadzić sporów religijnych.

      Wychodzę z uliczek obozowych i łapię busik na dworzec Cola, a stamtąd kolejny
      na Hamrę. Wracam do hotelu. Troszkę odpoczywam, a następnie wychodzę do kafejki
      internetowej (3000 LL, czyli 2$ za godzinę), gdzie odpisuję na wszelkie maile,
      rozmawiam przez gg z mamą i zaglądam na forum. Odpowiadam na maila Karima –
      mojego kolegi Libańczyka, z którym sporo korespondowaliśmy internetowo, podaję
      mu, w którym hotelu i pokoju mieszkamy – wraz z numerem telefonu do hotelu.

      Jak wracam do hotelu D&T już tam są. Opowiadamy sobie, jak spędziliśmy ten
      dzień, gdy dzwoni Karim. Umawiamy się, że się dzisiaj spotkamy. Podjeżdża pod
      nasz hotel wypasionym czarnym mercedesem o wypolerowanej karoserii. Sam też
      jest wymuskany. Jedziemy (w czwórkę: ja, Dunia, Tomek i Karim) do Ashrafiyyi do
      kawiarni, gdzie ja z Dunią decydujemy się na lody, Tomek na piwo (które zresztą
      wylewa na siebie i na stół), a Karim sączy jakąś kawusię. Karim należy do
      bananowej młodzieży. Właśnie kończy studia na prestiżowej uczelni, ale już
      wcześniej dostał w prezencie od tatusia dobrze prosperującą firmę importującą
      do Libanu mięso z Ameryki Południowej i innych rejonów świata. W portfelu ma
      dowody rejestracyjne czterech autek: spotkanego już Mercedesa, BMW i jeszcze
      dwóch innych, których nie byłam łaskawa zapamiętać. Ma nienaganne maniery przy
      stole, siedzi wyprostowany, wręcz nieco sztywny. Jest elokwentny, wygadany na
      każdy temat, lecz jednocześnie z jego wypowiedzi czuć wyższość. Opowiada o
      swoim domku w górach i drugim nad brzegiem morza. Ale ja i tak czuję się od
      niego szczęśliwsza. W każdym razie zaprasza nas na wyprawianą w dzień następny
      u niego w domu przedświąteczną kolację. Mieliśmy już jutro wyruszyć na
      południe, ale postanawiamy wstrzymać nasz wyjazd o jeden dzień i wziąć udział w
      tej imprezce. Karim zwraca nam uwagę, że powinniśmy się ładnie ubrać. Jest już
      późno – ok. godz. 2 w nocy – gdy Karim odwozi nas do hotelu.

      Bejrut
    • beduinka 6 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.02.05, 17:51
      20 GRUDNIA – PONIEDZIAŁEK
      Rano długo spaliśmy i wstaliśmy naprawdę późno. I wszystko robiliśmy tak jakoś
      leniwie. Następnie ja z D udałyśmy się na Uniwersytet, a Tomek wybrał się
      zwiedzać miasto. Na AUB udałyśmy się do Biblioteki, gdzie pozwolono nam na
      miejscu korzystać z książek, prac magisterskich i doktorskich. Wyszukałyśmy
      więc sobie potrzebne pozycje w komputerowych katalogach, wypełniłyśmy rewersy.
      I mogłyśmy skorzystać z przydatnych nam pozycji – co chciałyśmy – to
      kserowałyśmy. Jest tam taka zasada, że książki można bez problemu kserować, a
      na prace magisterskie i doktorskie istnieje dwuletnie ograniczenie od momentu
      opublikowania – lecz autor może nawet z tych dwóch lat zrezygnować i od razu
      udostępnić swoją pracę do kopiowania. Pani, która pracuje w tej bibliotece
      nazywa się Kniaziewicz i prosiła nas, byśmy znalazły jej jakieś informacje nt.
      jej przodków i przesłali później e-mailem. W bibliotece spędzamy większość
      dnia – i dobrze, bowiem na zewnątrz jest zerwanie chmury, strugi deszczu leją
      się z nieba, woda płynie ulicami. Tymczasem my jesteśmy wewnątrz AUB – i
      marzymy, by móc tu kiedyś studiować. Wysyłamy też smsa do naszej promotorki.
      Jednak by to zrobić, musimy wyjść na zewnątrz, bowiem wewnątrz budynku
      uczelnianej biblioteki zablokowany jest sygnał telefoniczny i komórki nie mają
      zasięgu.

      Wychodzimy późnym popołudniem – miałyśmy jeszcze zamiar pójść z D. na zakupy,
      bym mogła sobie kupić jakąś ładną bluzeczkę na dzisiejszą kolację. W związku z
      tym, że by to uczynić musiałybyśmy chyba płynąć po ulicach, decydujemy się
      zrezygnować z podboju bejruckich sklepów. Po powrocie do hotelu troszkę się
      rozgrzewamy. T. wraca do hotelu taksówką – też cały mokrusieńki. Suszymy
      przemoczone buty suszarką do włosów. Ubieramy się, malujemy się i o siódmej
      wieczorem podjeżdża po nas swoim BMW Karaimek. T. rezygnuje z wykwintnej
      kolacyjki.

      W samochodzie oprócz Karima jest jeszcze jakaś dziewczyna – przykro mi, ale
      zapomniałam już jak ma na imię. Blondynka, raczej farbowana, drobniutka,
      ułożona, dobrze wychowana, o nienagannych manierach, studentka, wymuskana.
      Dojeżdżamy do mieszkania Karima i jego rodziny, które mieści się w Aszrafijji.
      Apartament okazuje się być wypełniony kiczowatym przepychem i ludźmi z
      śmietanki towarzyskiej. Wszystkie kobiety dopiero co wyszły od fryzjera, mają
      takie obszerne fryzury – trochę w stylu bohaterki filmu „Świat wg Bundach”. W
      podobny sposób też się poruszają – jak francuskie pieski. Pewnie tez dlatego
      rozmawiają między sobą po francusku. Czy na pewno jesteśmy w Libanie? Kolejne
      odkrycie jeszcze bardziej pogłębia nasze uczucie bycia w nie tym miejscu
      świata, gdzie sądziłyśmy. Bowiem okazuje się, że obecnie modne jest uczenie się
      chińskiego – a więc, jak oni chcą byśmy ich zrozumiały (obie znamy arabski i
      angielski, ja niemiecki, D. francuski – i jeszcze kilka języków ich nie
      znanych) to rozmawiają ze sobą właśnie w chińszczyźnie. Ups – nie spodziewałam
      się, że by czuć się trendy na przyjęciu w Bejrucie powinnam szczebiotać po
      chińsku. W każdym razie spędzamy większość czasu w młodym towarzystwie – to
      jest ja, D., Karim, jego koleżanka i kuzyn Karima, czasem przyłączają się do
      nas inni. W rodzinie Karima są członkowie parlamentu, główny sędzia Libanu,
      elita biznesu i dzisiaj są oni obecni na przyjęciu. Jestem im przedstawiana i
      prowadzimy przyjęciowe small chat. Krążą też tu dziennikarze podsłuchujący
      rozmowy i pstrykający zdjęcia. Na stołach jakieś ładnie wyglądające – choć mi
      nie za bardzo smakujące potrawy. Pijemy bardzo dużo wina – nie ma niestety
      innych napojów. W każdym razie po raz pierwszy spróbowałam kraju arabskim
      takiego przyjęcia – i nazwijmy to ciekawym doświadczeniem etnograficznym. Karim
      odwozi nas do hotelu około pierwszej w nocy.

      Bejrut
      • raja1 Re: 6 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.02.05, 18:38
        Beduinko, może znajdziemy Twoje zdjęcie w jednym z magazynów. :)
        • beduinka Re: 6 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 15.02.05, 21:46
          podobno miałyśmy się ukazać w Presige czy coś w tym rodzaju - w numerze
          styczniowym... ale nawet się tym później nie interesowałam :)))
    • smokku Re: ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 05.03.05, 14:36
      Moje fotki z wyprawy można pooglądać tu:
      staff.xiaoka.com/smoku/foto/Lebanon_Syria-2004/
      • smokku Re: ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 27.05.05, 22:48
        Po przemeblowaniu zdjęcia wylądowały tutaj:
        staff.xiaoka.com/smoku/foto/wyjazdy/Lebanon_Syria-2004/
    • beduinka 7 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 05.03.05, 15:32
      21 GRUDNIA – WTOREK
      Wstaję dzisiaj bardzo wcześnie rano, bowiem nadszedł czas by opuścić Bejrut.
      Udaję się do Obozu Ar-Raszidiyya – gdzie mieszczą się główne władze Fatahu w
      Libanie. Tam mają się dziś odbyć uroczystości w związku z 40 dniem od śmierci
      Arafata. Czterdzieści dni temu ta wiadomość, że Abu ‘Ammara już nie ma, że
      umarł, że nie dokończy swojej misji, bardzo mnie dotknęła. Choć przez wiele dni
      pobytu Arafata w szpitalu można było się było spodziewać tej śmierci, ja do
      ostatniej chwili miałam nadzieję, że prezydent Jaser Arafat opuści szpital i
      zdrowy powróci do Palestyny. Jednak stało się inaczej, a dzisiaj kończy się
      czterdziestodniowy okres żałoby.

      Spakowałam resztę rzeczy i opuszczam hotel. Idę na pętlę autobusową, by wsiąść
      w autobus nr 13, którym dojeżdżam do dworca Cola. Co ciekawe, w czasie moich
      wcześniejszych przejazdów autobusami, nie byłam zagadywana przez
      współpasażerów. W ogóle nie czuję bym tutaj w Libanie zwracała na siebie uwagę
      moim wyglądem, bowiem jest wiele Libanek o blond włosach (a część z nich
      podobno to natural blond). Ale dzisiaj, gdy jadę autobusem ze swoim dużym
      plecakiem ludzie się do mnie uśmiechają, pozdrawiają, próbują rozmawiać po
      francusku, czyli w języku, którego ja w ogóle nie rozumiem. Później ku ich
      radości przechodzimy na arabski. Za mną siedzi pan i małym chłopczykiem na
      kolanach. Jedzą sandwicza, chcą mnie nim poczęstować. Później pan wyjmuje z
      kieszeni cukierka, daje chłopczykowi do ręki, a ten podaje go mi.

      Wysiadam na dworcu Cola, kupuję bilet autobusowy do Saidy (1500 LL). Jest on
      pośpieszny i szybko mknie wzdłuż wybrzeża. Dojeżdżamy do Saidy, którą
      zwiedzałam dwa lata temu – czuję, jakby nic się nie zmieniło. Zaraz przesiadam
      się w autobus do Sour – okazuje się on jednak tylko kursować po mieście i
      zbierać pasażerów udających się do tej destynacji, ale w ten sposób mijamy
      wiele ciekawych zabytków, więc uznaję to po prostu za miłe City Tour. A co
      ciekawe – za ten autobus się nie płaci. Podjeżdżamy w miejsce, gdzie
      przesiadamy się w inny autobus, który zawozi nas do Sour. Wysiadam w centrum
      miasta, spaceruję trochę po starym mieście, suku. Wypijam świeży sok
      pomarańczowy, a sprzedawca bierze mnie za Egipcjankę… no cóż… można i tak.
      Następnie spaceruję trochę po Corniche, a potem zjadam sandwicza z frytkami.
      Zagaduję w jednym ze sklepików z ubraniami, czy mogę zostawić tam plecak –
      zgadzają się, ale informują mnie, że zamykają o 17, więc muszę zdążyć na czas.

      Wsiadam w samochód osobowy, który funkcjonuje jako transport do obozu Ar-
      Rashidiyya. Opuszczamy Sour i jedziemy dalej na południe. Mijamy miejscowość Al-
      Buss, gdzie także mieści się obóz i skręcamy w prawo. Pamiętam, że dwa lata
      temu był tu posterunek wojskowy, na którym żołnierze libańscy dokładnie
      sprawdzali dokumenty i bagaże, a także przeszukiwali samochody – łącznie z
      otwieraniem maski i spoglądaniem w silnik. Dzisiaj już nie ma takich atrakcji.
      Teraz na posterunku libańskim nikogo już nie ma – a na posterunku palestyńskim
      chłopcy z Fatahu tylko ruchem ręki wyposażonej w kałacha pokazują, by jechać
      dalej. Stoją tu billboardy o tematyce narodowowyzwoleńczej. Droga wiedzie
      jeszcze jakiś czas wzdłuż pól i drzewek pomarańczowych i oliwnych. To tam
      przede wszystkim pracują mieszkańcy Raszidiji, która jest trzecim największym
      obozem dla uchodźców palestyńskich w Libanie. Zamieszkuje go ok. 25 tysięcy
      mieszkańców. Leży on tak blisko Palestyny, że widać jej północne krańce.
      Większość uchodźców w Rashidiyyi pochodzi właśnie z północnej Palestyny, z
      okolic Akki i Hajfy, codziennie więc z daleka widzą swoją ojczyznę, lecz także
      od ponad półwiecza nie mogą tam powrócić.

      Wysiadam z samochodu i zaczynam spacerować po obozie. Dosyć szybko natrafiam na
      hiszpańską dziennikarkę z libańskim kamerzystą, którzy przygotowują dokument
      nt. Raszidijji.

      Obóz składa się ze starszej części, której zabudowa jest bardzo chaotyczna oraz
      z nowszej, gdzie labirynt zaułków został zastąpiony sieciom równoległych i
      prostopadłych uliczek. Po środku prawie każdej uliczki jest wgłębienie, którym
      płyną ścieki. Spływają one bezpośrednio do morza i je niestety zanieczyszczają.
      Z innej strony położenie obozu jest bardzo ładne. Plaże są piaszczyste. Gdy
      patrzymy się w prawo – widzimy wysokie budynki Souru, gdy w lewo – na
      horyzoncie widać Palestynę. Gdy postanawiam to nakręcić – zostaję zalana falami
      morskimi i od tej pory chodzę z mokrymi nogawkami i butami.

      Trafiam do sklepiku z warzywami, gdzie kobiety wciągają mnie na rozmowę,
      częstują herbatą. Cieszą się, że ich odwiedziłam. Idę dalej i słyszę głos z
      góry. Patrzę się, a na dachu stoją ludzie, którzy do mnie machają i wołają, bym
      do nich przyszła. Wchodzę więc przez otwarte drzwi na podwórze, a dalej wchodzę
      schodami na piętro i jeszcze wyżej na dach. Tam oni wszyscy gorącą się ze mną
      witają. Obierają właśnie jakieś warzywa przypominające szpinak, a dokładniej
      mówiąc nie obierają, lecz odrywają część listno-łodygową od korzeniowej.
      Dodatkowo żują tę roślinę, więc i ja robię to samo. Ma ona gorzkawy smak. Jest
      tu cała wielopokoleniowa rodzina – od malutkiego kilkutygodniowego dziecka,
      które zresztą wkrótce trafia w moje objęcia, przez kilkuletnie oseski,
      rozkrzyczanych nastolatków, rozgadane dziewczyny, długorzęsych
      dwudziestokilkulatków, osoby w wieku średnim po staruszków i babeczki. Wszyscy
      roześmiani, czerpiący przyjemność z bycia ze sobą. Gdy dowiadują się, że
      planuję mieszkać gdzieś w Sourze, bądź w Saidzie - namawiają mnie, bym z nimi
      zamieszkała. Jeszcze nie jestem zdecydowana, ale umawiam się, że być może do
      nich wrócę.

      Gdy wychodzę ponownie na ulicę zostaję otoczona przez dzieciarnię – zadają 100
      pytań na minutę, chcą być fotografowani, filmowani. Uśmiechają się, żartują.
      Spędzam z nimi ok. 20 minut i wyruszam dalej.

      Z okna jednego z domów słyszę powitania. Jestem zaproszona do środka. Spotkany
      mężczyzna nazywa się Jahja (czyli na nasze Jan). Poznaję też jego żonę oraz
      czwórkę dzieci: Adnan, Muhammad, Ahmad i Hadi – 8 lat, 7 lat, 4 lata i 11
      miesięcy. Dodam już teraz, że na początku myślałam, że jest to 3 chłopców, a
      najmłodsze dziecko to dziewczynka. Dopiero później zostałam wyprowadzona z
      błędu. Adnan i Muhammad chodzą do szkoły, Ahmad do przedszkola. Ahmad bardzo
      stara się zwracać na siebie uwagę. Jest rozbrykany. Hadi – chodzi w taki
      specjalnym chodziku dla dzieci – ba, nie chodzi, lecz w nim biega. A oprócz
      tego – jak nie jest wstawiony do chodzika do pędzi po całym domu na czworaka, a
      jeśli ma w pobliżu coś do trzymanki, to się za pomocą tego podnosi. Czasem coś
      przy okazji zrzucając. Hadi stanie się moją przytulaną, jest bardzo ufny wobec
      mnie, pięknie się uśmiecha – i usteczkami i dużymi cudnymi ciemnymi oczami.
    • beduinka 8 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 05.03.05, 20:55
      21 GRUDNIA - WTOREK - ciąg dalszy

      Rozmawiam z Jahją i ma dużą wiedzę nt. obozu, jego mieszkańców, problemów, z
      jakimi się borykają itp. Jest zwolennikiem panarabizmu – nie ma według niego
      podziału na Palestyńczyków, Syryjczyków, Egipcjan czy Tunezyjczyków – wszyscy
      oni są po prostu Arabami. Jest on z wykształcenia księgowym, przez jakiś czas
      nauczał ekonomii w szkole, obecnie prowadzi wraz z żoną sklepik z ubraniami.
      Mają duży dom – salon, sypialnię dla dzieci, sypialnię dla rodziców, kuchnię,
      łazienkę, długi korytarz, duży taras i mały taras, a także sklepik. A do domu
      prowadzi kilka wejść – na korytarz, do salonu, do sklepiku i do kuchni. Do
      sklepiku można także wejść z wewnątrz, z korytarza. Dom mają urządzony ładnie –
      w salonie znajduje się zestaw kanap i foteli, a w innej części materace do
      siedzenia po arabsku. Jest tu też nowy komputer, telewizor z video. Kuchnia
      jest urządzona w stylu europejskim i jada się tam posiłki przy stole – co jest
      rzadkie dla tamtej okolicy. Są ładne meble, kuchenka, mikrofalówka, elektryczny
      czajnik, pralka – wszystko to jest takie normalne dla nas, lecz niezwykłe w
      obozie dla uchodźców. W sypialni szerokie łoże, szafy, wiszą tam też ich
      ślubne, a także późniejsze zdjęcia. W pokoju dziecinnym – oprócz łóżka i szafy
      znajduje się także biurko, przy którym dzieci mogą odrabiać lekcje – także
      niecodzienny widok w obozie.

      Nadszedł już czas, by wracać do Sour, bowiem sklep, w którym zostawiłam plecak,
      niedługo zostanie zamknięty. Jahja bardzo mnie namawia, bym pozostała u nich,
      ja dochodzę do wniosku, że jest to doskonała szansa na poznanie życia uchodźców
      od wewnątrz, więc z chęcią się zgadzam. Wychodzę na główną ulicę obozu, łapię
      samochód jadący do Sour (za transport ten płace 1000 LE) i powracam do Sour.
      Idę zjeść kanapkę z frytkami, czyli batatos sandwicz, odbieram plecak ze
      sklepiku. Łapię transport do obozu – gdy dojeżdżam jest już ciemno. Wysiadam
      przed szpitalem i udaję się w stronę domu Jahji mając nadzieję, że odnajdę
      drogę. Orientacja przestrzenna mnie jednak nie zawodzi i udaje mi się odnaleźć
      drogę do celu.

      W domu Jahji spędzamy wieczór oglądając telewizję – serial na temat Arabów w
      Andaluzji. Jednak wkrótce gaśnie prąd, więc dalej siedzimy po ciemku. Prądu nie
      ma w takim momencie w całym obozie – wychodzę na taras, a wokół mnie wszędzie
      ciemność. Żona Jahji mnie rozpieszcza. Przynosi mi różne smakołyki. Jest ona
      młodą roześmianą dziewczyną – ma 28 lat. Jest szczęśliwa w życiu, mąż ją bardzo
      kocha, ona jego. Oboje rozpieszczają swoje dzieci. Bardzo fajnie mi się z nią
      rozmawia, wiele żartuje. Rozmawiamy do późna. Czas iść spać. Ja dostałam pokój
      dziecinny, a chłopcy przenieśli się do pokoju rodziców, gdzie śpią na podłodze
      na materacach. Poszli już wcześniej spać, bowiem rano wcześnie wstają do
      szkoły. Biorę prysznic i kładę się spać. Niestety jest tu dosyć zimno, dom jest
      nieogrzewany, więc kładę się spać w ubraniu, w śpiworze i przykrywam się kocem.
      Dzień był bardzo długi i pełen wrażeń.

      Bejrut – Saida – Sour – Raszidijja – Sour - Raszidijja
    • beduinka 9 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 26.03.05, 01:52
      22 GRUDNIA – ŚRODA

      Budzę się wcześnie rano… gdzie? W obozie dla uchodźców. Słyszę za drzwiami
      mojego pokoju głosy dzieci. W nocy budziłam się kilkakrotnie i było mi zimno.
      Jest to trochę za wczesna pora – ok. 5-6 rano, ale o tej porze jest już w domu
      pełny rozgardiasz – czterech małych chłopców trzeba przecież rozbudzić, umyć,
      ubrać i nakarmić. Dwóch z nich (Muhammad i Adnan) wysłać do szkoły. Nie palę
      się do szybkiego wstawania i jeszcze wyleguję się w łóżku i jeszcze trochę
      sobie drzemię. W pewnym momencie już ok. 7-8 Ahmad otwiera drzwi i wchodzi, a
      za nim Hadi w swoim chodziku. Podchodzi do mojego łóżka i wyciąga rączki. Biorę
      go do siebie, raczkuje u mnie w łóżku, zaczepia mnie, tak więc już wkrótce
      jestem totalnie rozbudzona. Wysuwam się z śpiwora i idę się umyć. W
      międzyczasie Ahmad wychodzi do przedszkolo-zerówki. Siadamy do śniadania. Tym
      razem jem przede wszystkim ja, a oni (tj. rodzice i Hadi) tylko dla
      towarzystwa, bowiem oni już wszyscy jedli śniadanie wcześniej.

      Zbieram sprzęt – tj. kamerę, aparat, dyktafon, a także kwestionariusz z moimi
      pytaniami i udajemy się z Jahją do centrum informacji. Najpierw rozmawiam z
      szefem tej jednostki, moje papierki robią na nim wrażenie. Cieszy się (zresztą
      nie on jedyny), że zdecydowałam się pisać pracę o tej tematyce. Dostaję od nich
      trochę informacji na piśmie, dodatkowo się dopytuję. Lecz do dokładniejszych
      odpowiedzi deleguje mi pracownice. I tutaj postanawiam w końcu wypróbować
      kwestionariusz – taki, jaki przygotowaliśmy go na studiach za wskazówkami
      promotorki i specjalisty z tej dziedziny z PANu – choć ja z niego nie do końca
      byłam zadowolona, bo dodaliśmy do niego z rozpędu pytania dotyczące dziedzin,
      których tak naprawdę nie miałam w planie dotknąć w swojej pracy magisterskiej.
      Choć z drugiej strony od przybytku głowa nie boli – i odpowiedzi na dodatkowe
      pytania mogą się przydać, a gorzej byłoby nie zapytać, a potem po powrocie do
      kraju uznać, że jednak przydałoby się o taką dziedzinę zahaczyć. Przecież tak
      naprawdę za cele tego wyjazdu obrałam nawiązanie kontaktów, wybranie obozu na
      dokładniejsze badania oraz wypróbowanie kwestionariusza, co właśnie niniejszym
      czynię przepytując urzędniczkę z centrum informacji. Lecz niestety nie okazuje
      się ona zbyt gadatliwa, jej głównym zadaniem w centrum jest robienie kawy i
      ksero – więc jej kompetencje nie są na zbyt wysokim poziomie. Jest bardzo
      onieśmielona całą sytuacją, choć próbuję ją rozluźnić luźniejszą rozmową. Na
      wszystkie pytania odpowiada bardzo krótko, jednym słowem, zwrotem, max.
      zdaniem, pomimo, że są to pytania otwarte. Początkowo Jahja mi towarzyszy,
      później idzie do pracy. W każdym razie był to pierwszy i ostatni raz, gdy
      pracowałam z kwestionariuszem – i tak w dużej części znałam go na pamięć, a
      poza tym, wolałam w wywiadach z ludźmi podążać na swobodnym tokiem rozmowy i
      ewentualnie nakierowywać go na wybrany przeze mnie tor, gdy za bardzo
      oddalaliśmy się od moich tematów, a nie przerabiać dziedzina po dziedzinie,
      pytanie po pytaniu mój kwestionariusz. Poza tym w trakcie pobytu w Libanie i
      wywiadów z ludźmi, doszłam do wniosku, że nie ma sensu pytania się każdego o
      wszystko, lecz wystarczy zbieranie informacji z dziedziny, którą ta osoba się
      zajmuje, więc próbowałam dotrzeć do specjalistów, a więc gdy miałam np. pytania
      nt. edukacji – to rozmawiałam z nauczycielem czy dyrektorem szkoły itp.
      Spowodowało to też tyle, że o ile na początku chętnie przeprowadzałam takie
      wywiady z kimkolwiek, to później raczej to sobie odpuściłam – bowiem tacy
      przechodnie nie mając odpowiedniej wiedzy, chcieli się jednak przed kamerą po
      prostu wykazać, więc wymyślali, co popadło, często nawet w trakcie wywiadu
      nagle zmieniając poglądy. Co ważne doszłam też do wniosku, że do wielu rzeczy,
      które słyszę, musze podchodzić z dystansem. Ale i tak informacje, które
      uzyskałam poprzez wywiady są wyjątkowe, jako że kwestia Palestyńczyków w
      Libanie jest tematem rzadko poruszanym w jakichkolwiek pracach naukowych.

      Po skończeniu wywiadu w centrum informacji idę na spacer po obozie. Gdy wracam
      do domu, Jahja zabiera mnie do centrum dla dzieci – lecz nie ma tam akurat
      żadnego kompetentnego pracownika, z którym mogłabym porozmawiać. Wracamy więc
      do domu – wchodzę do siebie do pokoju, by zostawić nagrane kasety i wypstrykane
      filmy i zaraz wołają mnie do salonu, że przyszedł do mnie gość. Co dziwne –
      wita mnie on po polsku. Okazuje się, że Ali – bo tak się nazywa – jest
      absolwentem Prawa i Administracji na Uniwersytecie Wrocławskim, jest obywatelem
      polskim i mieszka w obozie z synem Dawudem – pół-Palestyńczykiem, pół-Polakiem.
      Mamy też w Polsce wspólnych znajomych. Najpierw rozmawiamy w domu Jahji, potem
      idziemy do domu Alego, gdzie częstuje mnie ugotowanym przez siebie rosołem. Tam
      też poznaję Dawuda i przeprowadzam z ojcem i synem bardzo ciekawe wywiady. Ali
      pokazuje mi swoją pracę magisterską – pt. „Funkcje Sejmu PRL”, a także zdjęcia
      z Polski. Później Dawud pokazuje mi jak rozłożyć kałasznikowa na części.
      Wychodzę stamtąd, gdy jest już ciemno. W drodze powrotnej zahaczamy jeszcze o
      kwaterę Demokratycznego Frontu Wyzwolenia Palestyny. Próbuję zapamiętać drogę,
      bowiem na jutro jestem tutaj ponownie zaproszona.

      Gdy wracam do domu, okazuje się, że gospodarze zaplanowali mi jeszcze jeden
      wypad – idziemy do rodziny żony Jahji – gdzie poznaję jej rodziców, braci i
      siostry i ich małżonków i dzieci. Po kolejnym powrocie do domu siadamy do
      telewizora oglądać serial o Arabach w Andaluzji, ale wkrótce gaśnie prąd, więc
      kładziemy się spać.

      Ar-Raszidijja
    • beduinka 10 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 01.04.05, 20:58
      23 GRUDNIA – CZWARTEK

      Kolejny poranek, kolejny raz Ahmad z Hadim u mnie w pokoju i po raz kolejny
      Hadi ląduje u mnie w łóżku. Maluch jest tak cudowny, że mam ochotę porwać go ze
      sobą. Gdy mówię o tym jego mamie, to ona stwierdza, że nie pozwoli mi zabrać
      swojego małego chłopczyka, lecz ma dla mnie radę: weź sobie dużego chłopca i
      zróbcie małego chłopca. ))))

      Jemy śniadanie – kanapki z serem i z zatarem, jajecznicę, oliwki, pomidory.
      Następnie wychodzę. Jestem zaproszona do jednego z mijanych domów. Pan (z
      wyraźnie wybrakowanym uzębieniem) przedstawia się jako dziennikarz. Gdy proszę
      o sprecyzowanie to stwierdza, że jest fotografem – i że robi zdjęcia, a potem
      sprzedaje je i są publikowane jako ilustracja sytuacji w obozach dla uchodźców.
      Mam pewne wątpliwości. To o czym najbardziej marzy, to wyjazd zagranicę –
      najlepiej do Brukseli bądź Londynu, bo w Libanie nie ma dla nich szans na życie
      na przyzwoitym poziomie. Kuzyn dostał zaproszenie do Polski – jest w trakcie
      wyrabiania wizy. Siedzimy najpierw w domu jego starszego brata (gdzie karmią
      mnie pomarańczami), potem przechodzimy do domu jego i jego rodziców. Ojciec był
      ze dwa lata temu na Hadżdż i nadal wiszą dekoracje o tym przypominające.
      Idziemy do studia fotograficznego prowadzonego przez niego i przez jego brata.
      Wcześniej zahaczamy o posterunek Fatahu przed szpitalem – tam jedną z szych
      jest ich ojciec – sympatyczny starszy człowiek z brzuszkiem i wąsami. W studiu
      fotograficznym dowiaduję się, że mój aparat fotograficzny, to taki stary model
      i czemu używam analogowego, a nie cyfrowego. Podobnie z kamerą. No cóż. Tła do
      zdjęć są niezwykle kiczowate – ale to normalka w krajach arabskich, nie tylko
      specjalność tego studia.

      Gdy wychodzę, podchodzę do kolejnego posterunku Fatahu. Rozmawiam tam z
      chłopcami z tej formacji. Oni postanawiają pokazać mi coś fajnego. Idę z nimi i
      trafiamy na strusie. Strusie w obozie dla uchodźców. Nie spodziewałam się
      zobaczyć strusi w takim miejscu. Przecieram oczy, czy dobrze widzę – lecz nadal
      przed moimi oczami jawią się strusie. Niedługo przekonuję się o tym kolejnym
      zmysłem – jeśli przykłada się rękę do ogrodzenia – to strusie starają się
      ciebie dziabnąć. Chłopcy z Fatahu trenują jazdę na strusiach. Czym ja się
      dziwię?? Mi też proponują przejażdżkę. Sprawa jest jednak taka – że wsiada się
      na strusia, natomiast zsiąść nie można – można tylko spaść. A potem być raczej
      skopanym strusią nogą/nogami. Oprócz strusi są tu też różne inne ptaki, np.
      pawie.

      Spacerując główną ulicą – napotykam sklepik z różnymi palestyńskimi gadżetami.
      Kupuję tam sobie palestyńskie breloczki, wisiorki, pocztówki, kasety z
      palestyńską muzyką i inne duperelki. Cały czas ktoś mnie pozdrawia, zagaduje
      mnie. Na mijanym posterunku wojskowym robię „sesję zdjęciową”, przy której mamy
      wiele śmiechu. Przechodzę koło zakładu fryzjerskiego – i tam mnie do środka
      zapraszają. Następnie na jednej z uliczek obozu widzę wystawione krzesła.
      Zapraszają mnie tam do domu i mówią, że są to przygotowania do stypy – w
      związku z tym proszą, bym na trochę z nimi usiadła i częstują mnie kawą i
      daktylami. Gdy wyruszam dalej w obóz – napotykam na orszak żałobny. Idą tylko
      mężczyźni. Ciało niesione jest zawinięte w całun. Na końcu korowodu podąża
      samochód przywódcy Fatahu na Liban. Pancerny mercedes – po którego bokach
      biegną uzbrojeni po zęby komandosi. Plączę się wąskimi uliczkami i co tylko
      wychodzę na większą ulicę to z powrotem trafiam na orszak żałobny i na tego
      pancernego mercedesa. W końcu decyduję się dojść z nimi na cmentarz. Staję
      jednak na skraju, bo nie chcę im przeszkadzać.

      Tam dołącza do mnie jeden z członków Fatahu (nie pamiętam jego imienia, lecz by
      nie był bezimienny nazwijmy go Mahmud), którzy uczestniczyli w mojej „sesji
      zdjęciowej” – zaprasza mnie on do swojego domu, bo chce mnie bardzo przedstawić
      swojej matce. Gdy rozmawiam z nią o Arafacie – zaczyna płakać za tęsknoty za
      przywódcą. Poznaję też jego brata – a raczej budzę go ze snu. Poznaję i siostrę
      Mahmuda i jej córkę. Jego siostra idzie do pobliskiego sklepiku kupić dla mnie
      soczek i wafelki. To jest piękne, że ci ludzie, którzy mają tak niewiele, chcą
      mnie zawsze jak najlepiej ugościć. Podobnie jest, gdy podają mi obiad. Bardzo
      się martwią, że posiłek jest taki skromny i biegną jeszcze dokupić dodatkowe
      rzeczy. A mi ten obiad z tymi tak dobrymi ludźmi niezwykle smakuje. Jeszcze
      przed obiadem Mahmud poszedł do łazienki się ogolić, a następnie nałożył na
      włosy ze dwie tony żelu. Przyniósł mi kuferek, w którym trzyma różne przyrządy
      fryzjera i golibrody – w tym kierunku się kształcił, lecz nie może znaleźć w
      swoim zawodzie pracy. Wchodzimy na dach, gdzie przeprowadzam z nim wywiad. Jego
      żel błyszczy się na słońcu. Opowiada, że on zawsze wierzy Europejczykom, bo oni
      nigdy nie kłamią. Że jest w Fatahu, bo chce pomóc swojemu narodowi. Poszedł
      pożyczyć buty od sąsiada, bowiem chciał się ze mną wybrać do Tyru, a on sam
      żadnych butów oprócz tych od munduru nie ma. Jest młody, lecz przepełniony
      melancholią, widzi, że nie ma żadnych perspektyw rozwoju czy kariery.

      Idziemy do jednego z jego znajomych. Widzę tam najbiedniejszy z domów
      palestyńskich, w których byłam. Są tam tylko jakieś zwinięte koce, na których
      sypia on, jego żona i piątka dzieci (w momencie, gdy ja tam jestem żona z
      dziećmi przebywa u swojej siostry w obozie Ain al-Hilwa). Śpią oni wszyscy
      (siedem osób) w jednym pokoju. Kuchnia jest pod gołym niebem. Kibelek to kilka
      desek razem zbitych. Człowiek ten został poważnie ranny w czasie walk –
      pokazuje mi swoje ciało. Kilka kul przeszło jego tors. I z przodu i z tyłu ma
      po tym rany. Także strzały przebiły jego ramiona, łokieć, nogę, a także kilka
      kul utkwiło w jego głowie (dlatego nie słyszy na jedno ucho). Nie sądziłam, że
      człowiek postrzelony i ranny w tylu miejscach może przeżyć, a najgorsze jest
      chyba to, że osoba, która tyle przeszła, musi żyć w takich warunkach.

      Mahmud pokazuje mi inne części obozu, lecz jako, że wyczerpała mi się bateria w
      kamerze – wracamy do niego do domu. Podłączam kamerę do prądu. On włącza muzykę
      i wyjmuje spod łóżka jakiś list do dziewczyny i czyta mi go (nawet nie wie, jak
      trudno mi skryć śmiech wewnątrz siebie i zachować kamienną twarz). Później
      wychodzę na ponowny spacer po obozie już sama. Wchodzę na wyżej położoną część
      obozu. Skąd dobrze widać Palestynę i tutaj podziwiam zachód słońca. Wieczorkiem
      wracam do domu, gdzie jemy kolację, oglądamy telewizję. Rzucamy się z dziećmi
      piłeczką – nawet Hadi próbuje ją łapać. Gdy gaśnie światło – chłopcy zaczynają
      się wygłupiać – tańczyć, śpiewać. Później kładziemy ich spać. Gdy ponownie
      pojawia się prąd – włączamy komputer. Yahja kupił go niedawno i prosi mnie, bym
      mu co nie co objaśniła. Nie ma tam zbyt wielu programów, natomiast przypadkiem
      napotykam na porno zdjęcia oraz na zdjęcia wrestlingu. Yahja twierdzi, że on
      tego nigdy nie widział i że musiało się to tam znajdować w momencie zakupu
      sprzętu. Zapisuję im w dokumencie wordowskim swój adres, mail i krótką
      informację ode mnie – na kartce mogłoby się to zapodziać, tam mam nadzieję
      pozostanie. Później oglądamy jeszcze telewizję i rozmawiamy. Najfajniej jest
      gdy plotkuję sobie z jego żoną. Są smutni, że już jutro wyjeżdżam, proszą bym
      pozostała z nimi dłużej. Obiecuję im, że na pewno do nich wrócę.

      Ar-Raszidijja
    • beduinka 11 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 03.04.05, 16:44
      24 GRUDNIA – PIĄTEK

      Kolejny poranek w obozie dla uchodźców palestyńskich. Dzisiaj jemy wszyscy
      razem. Jest piątek, więc chłopcy nie idą do szkoły. Lecz także dzisiaj
      rozpoczynają się ferie dla dzieci (z okazji Świąt Bożego Narodzenia – bo Liban
      przecież jest państwem teoretycznie chrześcijańskim) i przez najbliższe dni nie
      będą musiały chodzić do szkoły. Gdy jem śniadanie okazuje się, że Ahmad zaczął
      buszować w moich bagażach i zabrał mój aparat fotograficzny i gdzieś go
      schował. Już wielokrotnie próbował zabierać mój aparat i trzeba go było kłaść
      poza zasięgiem jego rączek, ale teraz gdzieś go schował i nie chce nam wyjawić –
      gdzie. Wcześniej już Yahja dał synkowi ich aparat – żeby odciągnąć go od
      mojego – lecz on wziął go i rzucił nim o podłogę, bo mój aparat jest większy.
      Tym razem musimy znaleźć mój aparat – wszyscy się w to wkręcamy i w końcu
      Muhammadowi i Adnanowi udaje się zlokalizować mój aparat pod łóżkiem, w którym
      sypiałam w czasie pobytu tam. W każdym razie obiecałam Hamadowi, że przywiozę
      mu z okazji mojej następnej wizyty jakiś DUŻY APARAT. Pakuję wszystkie swoje
      rzeczy i wychodzę na ostatni spacer po obozie.

      Kieruję się do domu Alego (tego, który studiował w Polsce). Gdy przychodzę –
      okazuje się, że jeszcze śpią. To tylko w „moim” domu tak wcześnie wstajemy. W
      każdym razie Ali i Dawid budzą się i zapraszają mnie do środka i jeszcze raz
      rozmawiamy. Tym razem wychodzą na jaw jego bardzo radykalne poglądy, a rozmowa
      ma naprawdę ostry przebieg. Jeszcze Ali prosi mnie, bym po powrocie do Polski
      skontaktowała się z jego byłą żoną, a mamą Dawida i dostaję wszelkie namiary.

      Gdy wychodzę okazuje się, że pogoda się popsuła – i zaczęło padać. Koło 11
      wracam do domu. Jahji nie ma, są dzieci i żona. W ramach prezentów rozdaję
      Hadiemu i Ahmedowi maskotki, Muhammadowi i Adnanowi czapki Św. Mikołaja, a ich
      mamie cały strój Świętego Mikołaja. Ona się w niego szybciutko ubiera i
      zaczynamy się wygłupiać po domu. Gdy Jahja wraca do domu każe żonie natychmiast
      to zdejmować i próbuje mi zwrócić ten prezent – twierdząc, że to jest
      chrześcijańskie i wkracza to w ich muzułmański świat wiary. Ups.

      Gdy wychodzę deszcz nadal leje się z nieba. Na dodatek piaszczysto-żwirowa
      dróżka, którą idę zmieniła się w błotnistą, a jako, że wiedzie ona w dół czuję,
      że ześlizguję się po niej – szczególnie, że mam ciężki plecak. Marzę, bym się
      nie wywrócić i nie wypaprać. Gdy przychodzę do głównej ulicy okazuje się, że z
      powodu ulewy wszystko jest opustoszałe i nawet żadnego transportu do miasta nie
      ma. Czekam ok. pół godziny aż coś się pojawi. Deszcz pada, a mój plecak
      przemaka jednak wkrótce pojawia się samochód.

      Gdy opuszczam obóz okazuje się, że pan z tego samego samochodu też udaje się na
      północ (on do Bejrutu), więc wspólnie udajemy się na dworzec autobusowy. Nawet
      upiera się i opłaca za mnie bilet autobusowy. Jedzie z nami sporo młodych
      żołnierzy, którzy pewnie stacjonują na południu i dostali przepustki, by móc
      spędzić święta z rodziną. Autobus ten jedzie aż do Bejrutu, więc mogłabym
      pojechać nim aż do skrzyżowania z drogą odchodzącą w pewnym momencie w prawo w
      góry do Beitedine. Ale nie wiadomo czemu nagle w Saidzie mam ochotę wysiąść – i
      robię to. Gdy już jestem na zewnątrz autobusu zastanawiam się po jakie licho to
      zrobiłam – bowiem ulewa jest tak mocna – że nie da się nic robić – zwiedzanie
      miasta odpada. Kupuję więc sobie sandwicz z frytkami i wsiadam do następnego
      autobusu do Bejrutu, by wyskoczyć przy odpowiednim skrzyżowaniu. Autobus jechał
      powoli, lecz a woda wydawała się już nie tylko lać z nieba, lecz i płynąć po
      ziemi. Dodatkowo wiatr był silny, więc po lewej stronie widać było wzburzone
      morze. Nagle kierowca autobusu jadącego z przeciwka zamachał do nas – i
      zwolniliśmy. Tamten kierowca krzyknął do naszego słowo „busta”, które
      pasażerowie zaczęli sobie przekazywać, wydając jęki, smutne syknięcia i
      westchnięcia. Nie wiedziałam, co znaczy to słowo w dialekcie libańskim, lecz
      domyśliłam się, że musi oznaczać coś złego, jakąś katastrofę, może wypadek
      drogowy. I niedługo okazało się, że miałam rację. Coś strasznego – autobus
      leżący na boku i wbity w filar mostu (+ dodatkowo jeszcze rozbity samochód
      osobowy) – lecz najgorsze było to – że był to ten autobus, którym ja dzisiaj
      jechałam i z którego nie wiadomo czemu w Saidzie wysiadłam. Na miejscu mnóstwo
      karetek.

      Wysiadłam przy zjeździe w góry, przeszłam trochę tą drogą i zaczęłam czekać na
      jakiś transport. Zatrzymał się samochód dostawczy i okazało się, że pan jedzie
      do jakiejś wioseczki w górach (co prawda nie wiedział czy przed czy po
      Beitedine – no ale cóż) i chętnie postanowiłam pojechać na stopa. Wywiązała się
      rozmowa, z której wynikło, że jadę z członkiem Hezbollahu. Dawniej był nawet w
      jednostkach działających na południu Libanu na granicy z Izraelem i
      uczestniczył w działalności zbrojnej. Obecnie wycofał się z niej, dalej
      pozostając jednak w organizacji. Mieszka w Bejrucie i ma żonę i córeczkę –
      podał mi namiary na siebie – i że jeśli będę miała kiedykolwiek problemy to on
      i bracia z jego organizacji mi pomogą.

      Droga wiedzie coraz wyżej, asfalt okręca się wokół zboczy gór, jak szalik wokół
      szyi. Jest pięknie. Gdy spoglądam w górę – spostrzegam, że szczyty pokryte są
      śnieżną czapą. Mijamy Dar al-Qamar i inne miasteczka i wioseczki aż dojeżdżamy
      do Beitedine (Bait ad-Dine). Tam wysiadam na placyku i żegnam się z moim
      kierowcą. Idę do domu znajomych Duni, w którym spędzimy Święta Bożego
      Narodzenia. Pan Atallah skończył w Polsce studia na wydziale archeologii, tam
      poznał panią Tereskę, która została jego żoną i zamieszkała z nim w Libanie.
      Mają dwie córki, starsza z nich jest na studiach w Polsce, młodsza była obecna.
      Gdy zadzwoniłam do drzwi ich domu, który stanowi skrzydło pałacu w Beitedine
      pan z pobliskiej stacji benzynowej zaczął krzyczeć, że to nie tu jest wejście
      do pałacu, że tu jest dom prywatny. Drzwi otworzyła mi Dunia. Wpadłyśmy sobie w
      ramiona. Mówi, że martwiła się, co się ze mną działo (przez te dni miałam
      wyłączoną komórkę – rozładowała mi się), lecz ja jej w przeddzień wyjazdu z
      Bejrutu powiedziałam, że przyjadę do Beitedine 24 grudnia o 15 – i oto jestem
      tu, a jest godz. 15:20. Wchodzę dalej i spotykam Tomka prasującego obrus na
      wigilijną kolację. Spotykam wujka. Tomek odprowadza mnie do naszej części domu.
      Nasz pokój ma osobne wejście. Wszystkie pomieszczenia znajdują się w
      zabytkowych wnętrzach. Są połączone ze sobą (oprócz naszego pokoju), posiadają
      też osobne wejścia z dziedzińca, który otaczają i podobno latem do każdego
      pokoiku wchodzi się po prostu z zewnątrz. Z dziedzińca widzę główny gmach
      pałacu Beitedine, a także pięknie oświetlone wzgórza z okolicznymi wioseczkami.
    • beduinka 12 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 03.04.05, 17:56
      Przebieram się i idę do kuchni poznać panią Teresę. Wkrótce też mam już bojowe
      zadanie i razem z Dunią, a wkrótce przyłącza się do nas także Tomek,
      przygotowujemy kanapeczki z łososiem. Co ciekawe oni mają tutaj od razu w
      sprzedaży takie chlebki, które są wielkości koreczków-kanapek – nie trzeba ich
      już kroić na kawałeczki, a także każda taka kromeczka ma swoją skórkę.

      Wieczorem przyjeżdża druga polsko-libańska rodzina – z dwójką dzieci i tak oto
      jesteśmy w komplecie by rozpocząć kolację. Stół jest przepięknie przygotowany –
      jest to dzieło Oli, która także przewodniczy dzisiejszemu wydarzeniu. Jest to
      taka typowa polska kolacja wigilijna – którą odnalazłam jednak daleko od kraju,
      lecz tak blisko miejsca, w którym wszystko działo się ponad 2000 lat temu.
      Wszystko jest pyszne, lecz najbardziej smakują mi czerwony barszcz, paszteciki,
      sałatki. Gdy przychodzi czas na ciasto – brakuje mi w żołądku miejsca. Jemy
      karłatkę, która tutaj nazywamy jednak szufatką (Karpaty -> Góry Szuf). Po
      kolacji Święty Mikołaj (czyli Wujek ubrany w przywieziony przeze mnie strój św.
      Mikołaja) rozdaje prezenty – gospodarze zadbali nawet o nas i każdy z nas
      dostał po komplecie filiżanek do kawy. Tomek dostał komplet z cukiernicą, o co
      Dunia była zazdrosna ;-))))))

      Później mieliśmy trochę czasu dla siebie i usiedliśmy więc u siebie w pokoju i
      zaczęliśmy rozmawiać o tym, co działo się z nami od momentu rozstania w
      Bejrucie. W telewizji mówiono o tym wypadku, który ja dzisiaj widziałam. Przed
      północą ubieramy się i udajemy się do pobliskiego kościoła na pasterkę. Dzwon
      kościelny dzwoni bardzo głośno, a porusza nim nastoletni chłopiec, który
      pociąga za linę, wieszając się na niej, a więc opada on ku ziemi, to znów
      podnosi go siłą pociągnięcia w górę. Kościół w środku ma wygląd surowy, lecz
      piękny. Nie ma w nim przepychu. W jednym z kątów jest też ustawiona maghara
      (grota), czyli odpowiednik naszej szopki, o którym już wspominałam przy okazji
      mieszkania Zouzou. Pasterka odprawiana jest po arabsku, natomiast wszelkie
      pieśni śpiewane są po aramejsku, czyli w języku, w którym mówił Chrystus.
      Ministrant, który asystuje księdzu, co chwila wyjmuje z kieszeni aparat cyfrowy
      i pstryka zdjęcia.

      Ar-Raszidijja – Sour – Saida - Beitedine
    • beduinka 13 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 30.04.05, 21:53
      25 GRUDNIA – SOBOTA

      Dzisiaj ze snu wybudza nas śpiew Fairuz. Jej melodyjny głos śpiewa dla nas
      kolędy, które są puszczane na całe miasteczko z głośników tutejszego kościoła.
      A więc At-tiflu fi maghara a ja idę łazienki. Ściągam pranie – wczoraj
      wypraliśmy sobie w pralce wszystkie ciuchy. Siadamy wszyscy do wspólnego
      świątecznego śniadania.

      Dzisiaj pan Atallah zaplanował dla nas wycieczkę po okolicy. Wsiadamy więc w
      samochód i wyruszamy. Droga wije się to w dół, to w górę, okrążając wyższe
      szczyty, co rusz mijamy przytulone do zboczy miasteczka i wioseczki. Jest to
      teren w dużej części zamieszkany przez druzów. Pamiętacie, co wam pisałam w
      mojej relacji, pt. Impresje z Egiptu:
      „Przechodzę koło Meczetu Al-Hakima, który jest niestety zamknięty z powodu
      renowacji, ale nawet z zewnątrz jego bryła mnie zachwyca. Szczególne wrażenie
      robi na mnie minaret, który kształtem przypomina solniczkę. Hakim był szóstym
      kalifem fatymidzkim i został władcą Egiptu w wieku zaledwie 6 lat. Podobno jego
      wychowawca nazywał go Małym Jaszczurem – ze względu na odstraszający wygląd i
      paskudny charakter. Więc co Jaszczur zrobił?? Zamordował swojego opiekuna i już
      było po kłopocie. I przez całe jego panowanie – a trwało ono 24 lata – osoby z
      jego najbliższego otoczenia bały się – a obawy te były uzasadnione – o swoje
      życie. Hakim zasłynął jednak także z lepszej strony. Był żywo zainteresowany
      sprawami swego ludu i często zdarzało mu się wjeżdżać w przebraniu na osiołku w
      ulice Kairu, by z bliska przyjrzeć się problemom poddanych. Jego śmierć była
      równie dziwaczna, co całe jego życie. Pewnego dnia wybrał się na samotną nocną
      wędrówkę na wzgórza Muqattam – nigdy z niej nie powrócił. Nie znaleziono także
      jego ciała. Dla jednego z jego zwolenników – Ad-Darizi – był to dowód na
      boskość Hakami. Ad-Darizi założył sektę Druzów, która funkcjonuje po dziś
      dzień, najwięcej wyznawców mając obecnie w Libanie i Syrii.”

      Druzowie tworzą społeczność zamkniętą dla obcych. Śluby biorą jedynie w obrębie
      własnej grupy. Druzem nie można zostać można się nim tylko urodzić. Nie
      przyjmują nowych członków. Wierzą w reinkarnację, a mianowicie sądzą, ż dusza
      umierającego druza wstępuje w ciało druzyjskiego noworodka. Sami siebie
      nazywają muwahhidun, czyli monoteiści – ścisły monoteizm jest jedną z cech
      charakterystycznych ich wierzeń.

      Druzowie dzielą się na dwa odłamy: ukkal – wtajemniczonych, mędrców, oni mają
      dostęp do ezoterycznej wiedzy (teksty religijne druzów zgrupowane są `Kitab Al
      Hikma` czyli Księdze Mądrości). Można ich rozpoznać, po tym, że ubierają się w
      specyficzny sposób – mężczyźni noszą spodnie z nisko opuszczonym kroczem – być
      może to od nich zapożyczyli modę skatowcy. Pozostali wyznawcy to dżuhhal, czyli
      niewiedzący.

      Udajemy się dzisiaj najpierw do Mukhtary – siedziby przywódców druzyjskich.
      Obecnie rezyduje tam Walid Dżublatt. Ma on opinię oryginalnej postaci. Był
      zwolennikiem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich – pomimo swojego
      arystokratycznego pochodzenia i funkcji przywódcy druzyjskiej społeczności.
      Przeżył kilka nieudanych zamachów na swoją osobę. W przeciwieństwie do jego
      ojca Kamala Dżumblatta – który zginął w jednym z ataków. Biografie Kamalu i
      Walida Dżumblatów można przeczytać tutaj: www.cedarland.org/bio.html

      Możemy zwiedzać bez problemu pałac, bowiem jest z nami p. Atallah, kustosz
      pałacu Bait ad-Dine. Także jemu zawdzięczamy bardzo dokładny opis zwiedzanego
      obiektu. Nim wchodzimy, wujek Atallah upewnia się czy dzisiaj wewnątrz nie są
      spuszczone psy obronne Walida Dżumblatta – wytresowane, by go bronić. Pałac
      zbudowany jest z kamienia i wyróżnia się wieloma ciekawymi rozwiązaniami
      architektonicznymi. Wędrujemy poprzez kolejne pomieszczenia, natrafiając na
      dziedzińce i ogrody. W jednym z ogrodów znajduje się wybieg, na którym
      dostrzegamy gazele. W innym miejscu wypływa spod ziemi woda doprowadzana tu z
      wyższych partii gór specjalnymi rurami i płynie kanalikami po ogrodzie aż wpada
      do kamiennej sadzawki. Dzisiaj jest deszczowa pogoda i marmurowa posadzka jest
      bardzo śliska, więc przestrzegają nas byśmy uważali i nie wpadli do któregoś z
      kanałów, bądź sadzawki. W pobliżu znajdują się przykłady mozaik. W środku
      większość pokoi urządzona jest w stylu arabskim, choć trafiamy także do pokoju
      wypełnionego przykładami malarstwa naiwnego – ale także na tematy druzyjskie. W
      pałacu znajduje się wiele portretów przedstawicieli rodu Dżumblattów. Jako że
      niektórzy z tej rodziny kolekcjonowali dzieła sztuki, w tym antyczne, można je
      także tutaj obejrzeć. Duże wrażenie robi rzymski (??) sarkofag stojący na
      jednym z dziedzińców. Z tarasów rozciągają się wspaniałe widoki na okolice.

      Opuszczamy Mukhtarę i udajemy się do jakiejś druzyjskiej wioseczki, której
      nazwy nawet nie znam. Zmarł tam jakiś znajomy p. Attalaha i idzie złożyć
      kondolencje rodzinie. My w tym czasie próbujemy spacerować trochę po okolicy,
      ale przeszkadza nam w tym deszcz, który poda coraz mocniej. Niestety
      architektura wioseczki jest raczej nowoczesna i składa się z mniejszych, bądź
      większych domków otoczonych murami, bądź płotami. W pewnym momencie, gdy z
      garażu domu, który mijamy wyjeżdża tyłem samochód – kierowca, młody chłopak,
      zapatruje się na naszą trójkę tak, że uderza w murek po drugiej stronie ulicy.
      Na szczęście nie jest to nic groźnego.

      Wyruszamy w dalszą drogę. Mijamy jakieś wzgórze i nagle pogoda zmienia się
      diametralnie. Nie ma śladów deszczu, a słońce pięknie oświetla góry.
      Zatrzymujemy się na chwilę przy drodze, by ofotografować cudny pejzaż.

      Jedziemy teraz w dół, mijamy stadko kózek. Myślę sobie, że jest to idealna
      trasa do rowerowych wycieczek. W jednym z miasteczek zatrzymujemy się, by coś
      zjeść. Wszyscy jesteśmy już bardzo głodni. Oni decydują się na hamburgery, a ja
      na chicken sandwicz, do tego są jeszcze frytki, sałatki i herbata. Karmimy
      nasze żołądki, lecz także nasze oczy pożerają piękno – piękno widoków
      roztaczających się za oknem.

      Nadchodzi czas na kolejne zwiedzanie. Tym razem będzie to Qasr Ibn Musa. Jest
      to prywatne muzeum etnograficzne. Z zewnątrz ma formę zameczku – wchodzi się do
      środka po mostku, którego pilnują dwa kamienne lwy. W środku zobaczyć można
      ruchome kompozycje z postaci. Składają się one na scenki prezentujące różne
      tradycyjne zawody, czynności domowe, uroczystości. Każda z figurek jest ubrana
      w typowe dla epoki stroje. Schodzimy niżej – i na jednej ze scenek widzimy salę
      lekcyjną, gdzie nauczyciel bije ucznia. Jest to prawdziwa historia z życia
      założyciela i właściciela tego muzeum. Na lekcji tej nauczyciel ten kazał
      uczniom namalować swój dom. Ibn Musa namalował zamek – nauczyciel skarcił go,
      że oszukuje i uderzył go. Ibn Musa powiedział, że będzie miał kiedyś zamek. I
      jego marzenie się spełniło. W innym miejscu widzimy ruchomą szopkę. Mijamy
      miejsce, gdzie sprzedawca kawy śpiewa tradycyjną libańską piosenkę, później
      docieramy do sklepiku. Dalej kontynuujemy zwiedzanie muzeum i trafiamy do sal,
      gdzie prezentowane są zbiory biżuterii, ubrań i broni.

      Przyjeżdżamy do domu wieczorem, zmęczeni po dniu pełnym wrażeń. Mamy jechać z
      wizytą do tej polsko-libańskiej rodziny, która była tutaj na wigilijnej
      kolacji. Okazuje się jednak, że coś im wypadło – z czego my akurat jesteśmy
      zadowoleni. Siadamy u nas w pokoju i przeżywamy ponownie, to co się wydarzyło i
      planujemy, jak spędzimy resztę naszego wyjazdu. Sprawdzamy też pocztę e-mailową
      i oglądamy telewizję. Dzień kończy kolacja w rodzinnym gronie.

      Beitedine – Mukhtara – druzyjskie wioseczki – Qasr Ibn Musa - Beitedine
    • beduinka 14 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 27.05.05, 20:00
      26 GRUDNIA – NIEDZIELA
      Jest drugi dzień świąt. Słońce ładnie świeci, znikły chmury, z których w
      poprzednich dniach wylewały się strugi zimnej wody. Pewnie dziwicie się, czemu
      podkreślam, że zimnej. Nie wiem, ale po prostu ciepły deszczyk by mi tak nie
      przeszkadzał. Ale wracając do dnia dzisiejszego – nasze twarze jaśnieją na
      widok słoneczka.

      Dzisiaj decydujemy się zwiedzać niezwykły kompleks pałacowy, w którego skrzydle
      przecież mieszkamy. Jest on uważany za jeden z najwspanialszych zabytków w
      Libanie. Pochodzi z XIX w. i jest unikalną mieszanką arabskiego stylu i
      włoskiego baroku. Został zbudowany przez Emira Baszira Szehaba II. Jego budowa
      i misterne wykańczanie zajęły 36 lat. Obecnie większą część kompleksu jest
      udostępniona do zwiedzania i funkcjonuje jako muzeum, fragment pałacu stanowi
      letnią rezydencję prezydenta Libanu, a w części jest mieszkanie p. Atallaha i
      jego rodziny, gdzie i my obecnie pomieszkujemy. Jednak by wejść na właściwy
      teren pałacu (choć jest bezpośrednie przejście przez taras) wychodzimy z domu i
      wchodzimy przez główną bramę. Biletów kupować nie musimy, bowiem jest z nami p.
      Atallah. Wkrótce jednak nas pozostawia samych. Pałac robi ogromne wrażenie. Z
      dużego dziedzińca, na którego środku widnieje wielka gwiazda z czasów romansu
      Libanu z socjalistyczną drogą rozwoju. Kieruję się na lewą stronę, gdzie leżą
      piękne ogrody, w których obecnie rozmieszczono znalezione w okolicy mozaiki. Są
      one także eksponowane w pobliskich pomieszczeniach, m.in. dawnych stajniach.
      Wchodzimy na kolejny dziedziniec, istną perełkę architektoniczną, a stamtąd do
      poszczczególnych pomieszczeń, szczególnie do reprezentacyjnych salonów. Próbuje
      nas tam oprowadzać śmieszny staruszek wyglądający jak Żandarm z Santa Fe – jako
      że opowiada już i tak dla innych turystów po francusku, zgadza się opowiadać
      dla nas po arabsku (angielskiego on nie zna, a my francuskiego). Zwiedzamy
      także dawny hammam, czyli łaźnie, których system jest sprawny aż po dziś dzień
      i czasami na życzenie prezydenta włączany. Są tam miejsca, gdzie zażywało się
      zimnej, ciepłej i gorącej kąpieli. Wchodzimy na piętro, gdzie wystawiono różne
      eksponaty. Są m.in. stroje, broń, biżuteria. Zwraca także uwagę makieta całego
      kompleksu. Bezwzględnie każdemu odwiedzającemu Liban polecam obejrzenie tego
      kompleksu pałacowego. Naprawdę warto.

      Po kilkogodzinnej wędrówce po zakątkach pałacu decydujemy się na przygodę z
      przyrodą, czyli na spacer. Najpierw okazuje się, że dróżka, którą wybieramy
      prowadzi nas do jakiś koszar. Następnie po prostu łazimy po okolicy, zaglądamy
      do stacji czerwonego półksiężyca po materiały dla koleżanki, która pisze na ten
      temat pracę magisterską i po prostu delektujemy się wspaniałymi widokami
      otaczających nas gór Szuf.

      Wracamy do domu na obiadokolację, na którą dzisiaj zaproszono gości. Są to
      m.in. dwójka Polaków, którzy jadą do Syrii na wykopaliska archeologiczne i o
      dziw okazuje się, że jeden z nich widziałam kilka dni temu… na spotkaniu
      delegatów Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Arabskiej, a teraz ponownie tutaj w
      Beitedine w Libanie. Jest tu też nauczyciel matematyki na AUB (American
      University in Bejrut) – także Polak.

      Już w czasie kolacji dowiadujemy się o strasznej tragedii – tsunami. Później
      oglądamy telewizję. Bardzo smutne ; -(

      Beitedine
    • beduinka 15 ZIMA NA BLISKIM WSCHODZIE 03.06.05, 17:47
      27 GRUDNIA – PONIEDZIAŁEK

      Dzisiaj po śniadaniu pakujemy manatki i żegnamy się z p. Tereską i Olą. P.
      Atallah odwozi nas do drogi na Bejrut, a dokładniej zwozi nas z terenów
      górskich aż do samego wybrzeża. Droga wijąca się to w prawo to w lewo jest
      niesamowita. Aż nagrywam jej fragmenty kamerą video i oglądający później tę
      kasetę znajomi stwierdzali, że czują się jakby sami pokonywali te zakręty. Na
      głównej drodze czekamy na autobus, którym jedziemy do Bejrutu. Dojeżdżamy do
      dworca Cola i znowu się rozdzielamy. Dunia i Tomek zostają w Bejrucie Bejrucie
      i jadą taksówką do Univercity Hotel, a ja autobusem (ten przejazd jest
      problematyczny, bowiem okazało się, że te autobusy, które wg przewodnika Lonely
      Planet mają jeździć stąd na ten dworzec, nie jeżdżą i ktoś życzliwy prowadzi
      mnie kilka przecznic dalej i zatrzymuje dla mnie odpowiedni autobus)
      przejeżdżam na drugi dworzec Charles Helou i stamtąd wsiadam do autobusu
      jadącego do Trypolisu.

      Jeszcze z dworca dzwonię do Ahmeda, uchodźcy z obozu Nahr al-Barid (NBC), z
      którym byłam w kontakcie jeszcze przed wyjazdem i który zaprosił mnie bym w
      czasie wizyty w NBC była gościem jego rodziny i umawiamy się na godzinę 13
      przed wieżą zegarową w centrum Trypolisu.

      Autobus opuszcza dworzec i jedziemy najpierw zatłoczonymi ulicami, a potem już
      poza miastem bardzo dobrymi drogami, których Polska mogłaby Libanowi
      pozazdrościć. W Jouniah, do którego planowałam się wybrać, lecz po raz kolejny
      nie zdążyłam, przejeżdżamy pod kolejką linową, którą wjeżdża się na szczyt
      pobliskiego wzgórza. Dojeżdżamy do Trypolisu. Wysiadam z autobusu i idę w
      stronę wieży zegarowej. Staję pod nią i na szczęście szybko podchodzi do mnie
      Ahmed. Po raz pierwszy witamy się w realu, bo dotąd znaliśmy się tylko
      internetowo, no i dzisiaj raz rozmawialiśmy telefonicznie. Idziemy przez miasto
      do placyku, z którego odjeżdżają samochody do obozu. Wkładamy plecak do
      bagażnika i czekamy, aż uzbiera się komplet pasażerów. Wtedy opuszczamy
      Trypolis kierując się jeszcze bardziej na północ. Mijamy zjazd do Beddawi –
      obozu, w którym byłam z wizytą dwa lata temu i dalej podążamy w kierunku
      północnym. W mijanej wiosce widzę stojące koło siebie, sąsiadujące meczet i
      kościół.

      Teraz kilka słów o samym obozie. Jego umiejscowienie możecie zobaczyć tutaj:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=687&w=24734315
      Obóz Nahr al-Barid znajduje się w północnym Libanie, na północ od miasta
      Trypolis przy ujściu rzeki Al-Barid do Morza Śródziemnego. Liczba ludności
      obozu w momencie utworzenia wynosiła 6000 osób, a obecnie przekroczyła 30 000
      ludzi. Obóz został założony przez Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża w
      grudniu 1949 r., który także rozdawał uchodźcom namioty i rozstawiał je w
      równoległe rzędy. Jako że obóz został umiejscowiony w pobliżu rolniczej równiny
      Akkar, część uchodźców zaczęła pracować jako robotnicy rolni na pobliskich
      libańskich farmach, na których uprawiano przede wszystkim bawełnę i trzcinę
      cukrową.

      Mieszkańcy obozu pochodzili w większość z terenów północnej Palestyny, przede
      wszystkim z wiosek w okolicach Akki, Safad, Nazaretu i Hajfy. Co warte
      zauważenia – uchodźcy pochodzący z poszczególnych wiosek w nowopowstającym
      obozie zamieszkali blisko siebie.

      Jako że teren obozu jest za mały, jego zabudowa jest bardzo zatłoczona i
      brakuje miejsca do budowania kolejnych mieszkań. A więc kolejne mieszkania
      budowane są wzwyż na tych już istniejących.

      Dojeżdżając do obozu minęliśmy posterunki wojsk syryjskich. Ale przez nikogo
      nie zatrzymywani wjechaliśmy do środka. Jechaliśmy główną ulicą, na której
      funkcjonują wszelkiego rodzaju sklepy, nie tylko z żywnością i ubraniami,
      lecz także restauracje, rzeźnie, piekarnie, apteki, kantory, a także różnego
      typu wytwórnie, np. lodów. Ta główna ulica stała się centrum handlowym nie
      tylko dla obozu, lecz także dla całej okolicy i Libańczycy z pobliskich wiosek
      i miasteczek przyjeżdżają tu na zakupy z powodu niższych cen.

      Wysiedliśmy z samochodu i weszliśmy w plątaninę uliczek. Kolejny obóz
      odwiedzany to dla mnie kolejny labirynt do zapamiętania. Dochodzimy do domu
      Ahmeda. W środku witam się z jego rodziną. Poznaję jego ojca, matkę Aminę,
      siostrę Amani, no i przede wszystkim brata Ashrafa, z którym to będę
      współpracować w czasie mojego pobytu w obozie. Jest on nauczycielem wychowania
      fizycznego w gimnazjum, menegerem w centrum dla dzieci Nabaa, a także trenerem
      piłki nożnej i zawodnikiem. Wywiad z nim możecie przeczytać sobie pod tym
      adresem www.nahrelbared.org/english1/community/ashraf.htm. Obecnie
      Ashraf gra i trenuje libański zespół Shikka – podkreślam, że jest to zespół
      libański, a o utrudnieniach dla graczy palestyńskich przeczytajcie sobie w
      wywiadzie, który wam już powyżej polecałam.

      Popołudnie spędzam w domu rozmawiając wiele z moimi gospodarzami, a także
      oglądając telewizję – okazuje się, że mają nawet swój obozowy kanał, na którym
      puszczają reklamy i ogłoszenia obozowych sklepików i przedsiębiorstw
      usługowych, nagrania z różnych obozowych wydarzeń lub po prostu przeróżne filmy
      arabskie czy zachodnie. Jestem też odpowiednio dokarmiona, czyli zjadam
      przepyszny palestyński obiad.

      Wieczorem wychodzimy (tj. ja, Ahmed i Ashraf) na spacer po obozie, jest już
      całkiem ciemno i po uliczkach poruszam się trochę po omacku. Jedynie główna
      uliczka obozu jest oświecona i tam toczy się wieczorne życie obozu – niestety
      mieszkańcy nie mają wielkiego wybory i młodzież może decydować się jedynie
      między przesiadywaniem w knajpkach lub w kawiarenkach internetowych. W obozie
      nie ma niestety kin, jakiś klubów itp. A z rozrywek wieczornych Trypolisu nie
      mogą korzystać, bowiem w godzinach wieczorno-nocnych trudno o transport
      powrotny do obozu.

      Po powrocie do domu siadam do Internetu. Akurat nie ma prądu w obozie, ale to
      nie stanowi dla nas problemu. Podłączamy komputer do generatora i już można
      śmigać po internetowych przestworzach. Sprawdzam sobie pocztę, korzystam z
      komunikatorów, u nich na kompie instaluję nawet gg, z którego nota bene
      zapomniałam się wieczorem wylosować i następnego dnia co poniektórzy, gdy ja
      byłam poza domem, rozmawiali poprzez mój numer z Ahmedem. W nocy kładę się spać
      na rozłożonych na podłodze materacach między mamą, a siostrą.

      Beitedine – Bejrut – Trypolis – Nahr el-Bared

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka