tetys
10.09.06, 22:52
Z serii nieujawnione wspomnienia:
Spacerując w tym roku po Tunisie, po kilku godzinach marszu i dającym się we
znaki zmęczeniu postanowiłem posilić się małą czarną. Jako, że po francusku
rzęcholę niezbyt dobrze, a raczej w rozmówkowym stopniu, a znajomość podstaw
arabskiego literackiego czy dialektu egipskiego na niewiele przydaje się w
krajach Maghrebu, błędnie odczytałem napis nad drzwiami. Coiffeur – w moim
mniemaniu to była kawiarnia.
Wchodzę więc do mojej ‘kawiarni’, siadam na krześle i mówię do witającego
mnie gospodarza, że życzę sobie kawę. Klient nasz pan, człowiek nieco
zdziwiony wyszedł(to się często zdarza), za chwile wraca ze szklaneczką pełną
arabskiej ambrozji. Ale coś jest nie tak. Kawiarnia jest pusta. Nikogo oprócz
mnie. Nagle pan przynosi brzytwę i zaczyna zabierać się do strzyżenia. Możecie
wyobrazić sobie, co to za uczucie, gdy ktoś w kawiarni przystawia Wam do głowy
brzytwę...
Śmieliśmy się bardzo długo, pan kulturalnie wyjaśnił mi, że coiffeur to z
francuska po prostu fryzjer. Obyło się bez strzyżenia. Za to kawa była
przesmaczna!