Dodaj do ulubionych

Beduinka w Iraku

31.07.07, 09:25
30 lipca pojechalam z Diyarbakir na granice turecko-iracka... przeprawa byla
bardzo sprawna... po stronie irackiej czekal na nas napis "Welcome to Iraqian
Kurdistan" i na poczatek zabrano nas na posterunek wojska kurdysjkiego, gdzie
moglismy troche odsapnac, napic sie wody i herbatki, pograc w pingponga,
obejrzec TV, bylimy dla zolnierzy atrakcja, a ja tym bardziej, bo znajac
arabski mialam najwieksze szanse dogadania sie... zadanie odebrania nas z
granicy i dowiezienia nas w miejsce obozu wyznaczono generalowi armii
kurdyjskiej... cudowny czlowiek, wyksztalcony jako lekarz, pozniej przez 23
lata walczyl w partyzantce przeciwko Saddamowi, mieszkajac w gorach, znal
doskonale kazdy kawalek mijanej okolicy i opowiadal nam bardzo ciekawie... po
drodze zatrzymalismy sie na niesamowitym moscie z czasow abbasydzkich, w
jakiejs wiosce kupic owoce, a takze w pewnym momencie general zatrzymal
samochod i wyslal zolnierza z karabinem by nazbieral dla nas kwiatow...
piekny widok... zreszta piekne widoki gor, dolin otaczaly nas caly czas

takze oboz lezy w pieknym rejonie, w gorach porosnietych lasem, nad
potokiem... gdy dojechalismy na miejsce okazalo sie, ze trwa wizyta ministra
(kurdyjskiego rzadu regionalnego) kultury i od razu z calymi bagazami zabrano
nas na spotkanie z nim... byly tez przygotowane recytacje wierszy, skecze, a
takze koncert pewnej kurdysjkiej piosenkarki, ktora nie tylko fajnie
spiewala, ale miala takze wyjatkowo fajny kontakt z poublicznoscia...

pozniej czekala nas kolacja, a nastepnie zaprowadzono do namiotow...
dostalismy namioty jednoosobowe, przyniesli dla nas materace, spiwory,
poduszki (wszystko nowiutkie, nieuzywane), nawet szampony, mydla...

prysznice sa tylko zimne, ale to akurat nie jest problememe, bowiem
przyjemnie jest sie odswiezyc lodowata woda podprowazona bezposrednio z
gorskiego strumienia...

pozniej wrocilam w centralne miejsce obozowiska, gdzie tanczono dabke i
wkrotce dalam sie wciagnac do tanca... spac poszlam o 2:30, a pobudka byla o
godz. 6 rano, od godz. 7 trening godzinny - z biegiem przez gorzysta okolice,
rozciaganiem, pompkami, po powrocie niektorzy wskakiwali bezposrednio do
potoku, gralismy tez w siatkowke... nastepnie sniadanie i czas wolny - sa
rozne warsztaty, nauka angielskiego, w jedny z duzych namiotow sa stanowiska
komputerowe z (wooooolnym) dostepem do internetu (poprzez talerz satelitarny)
(wlasnie korzystam), sa tez rowery gorskie, mozliwosc gry w siatkowke, pilke
nozna, pingpong, plywania w potoku

oboz jest fajnie zorganizowany, jest ciekawie, a wszyscy o nas niesamowicie
dbaja, pilnuja by nas niczego nie zabraklo, oboz strzezony jest tez przez
armie kurdyjska, ktora ma swoje posterunki wokol obozu, a na nasz poranny
trening biegli z nami zolnierze z kalachami... granice obozu sa obsypane
trucizna majaca uniemozliwosc dostep skorpionom i zmijom, ale juz zdazyly sie
ukaszenia, ale sa lekarstwa i surowica...

planowane sa wycieczki po okolicy... ludzie sa pelni zycia i pozytywnej
energii i jestem szczesliwa, ze tutaj przyjechalam...
Obserwuj wątek
    • joanna_xx Re: Beduinka w Iraku 31.07.07, 11:14
      Fajnie, a jak dlugo tam bedziesz?
      pozdrawiam i uwazaj tam na siebie
    • absztyfikant twardzielka:) 31.07.07, 11:16
      >prysznice sa tylko zimne, ale to akurat nie jest problememe, bowiem
      >przyjemnie jest sie odswiezyc lodowata woda podprowazona bezposrednio z
      >gorskiego strumienia...
    • camel_3d a po co tam leziesz? 01.08.07, 09:11
      potem zostaniesz porwana i rzad bedzie musial z kieszeni polskich podatnikow
      kase na uwolnenie wyciagac.
      • gajasirocco Nie potrzebna nam kieszeń polskich podatników! 01.08.07, 13:09
        Nie martw się, wyciągnę ją bez pomocy polskiego rządu i napewno nie sięgnę do
        kieszeni polskich podatników!
        A Beduinka lezie tam, gdzie ma ochotę, gdzie jest mile widziana i gdzie jest
        potrzebna (bo ma serce-zamiast kieszeni)!
        • chaladia Re: Nie potrzebna nam kieszeń polskich podatników 01.08.07, 13:33
          Gaju, uważam że wjazd do Iraku (nawet jeśli to Iracki Kurdystan) to jest
          ryzykowne posunięcie. Nie ufaj zanadto swoim możliwościom "wyciągania"
          kogokolwiek z Iraku. Zwłaszcza, że porwanie jest pomijalnym niebezpieczeństwem
          z porównaniu z wlezieniem na podłożoną minę albo zostaniem przedziurawioną kulą
          jakiegoś snajpera...

          Jak się dowiem, że Beduinka wyjechała z iraku, spory kamień spadnie zmi z
          serca...
          • gajasirocco Nie potrzebna nam kieszeń polskich podatników! 01.08.07, 15:10
            Kochany Chaladio, wiesz że bardzo się martwię o Beduinkę, nawet o naszych
            dzielnych żołnierzy... ale świat jest jeden i nie możemy zamykać się w swoich
            własnych granicach, które też nie są dosyć bezpieczne, nie możemy ulegać
            paranoicznym lękom, powinniśmy poznać trudne życie innych nacji, by nie nazywać
            kilkugodzinne czekanie na naprawę samolotu w 5*hotelu z wersją all "koszmarem".

            Gdybym miała takie możliwości, wiedzę, umiejętności, kontakty...jak Beduinka,
            wolałabym wolne chwile spędzać w górach Kurdystanu, a nie z naszymi turystami w
            5* hotelach!
            Beduinka dotarła i zawsze docierała w najdalsze zakątki bez pomocy finansowej
            polskich podatników, przez długie lata pracowała wszędzie jako wolontariuszka i
            mogę Was uspokoić, że nie nadwyręży polskich kieszeni (przecież nie jest na
            pielgrzymce!)
          • beduinka Re: Nie potrzebna nam kieszeń polskich podatników 07.10.07, 00:53
            chaladia napisał:

            > Jak się dowiem, że Beduinka wyjechała z iraku, spory kamień
            spadnie zmi z
            > serca...
            >

            spadł??
      • sekwana2005 Re: a po co tam leziesz? 01.08.07, 14:51
        Szanowny wielbłądzie (camelu)
        Kiedyś Beduinka napisała, iż - dziwna rzecz - w tamtych krajach czuje się
        bezpieczniejsza, niż na polskich ulicach...
        A jakoś w czasie, gdy do Kurdystanu wjeżdżała, znaleziono nagiego trupa 11-
        letniej dziewczynki ostatni raz widzianej na kieleckim dworcu...
        Desant z Iraku czy Klewek to zrobił?
        Podejrzewam, iż Beduinka jest tam bezpieczniejsza, przyjeżdżając ze znajomością
        języka i życzliwością wobec "tubylców" niz "nasze dzielne żołnierzyki"...
        • absztyfikant Re: a po co tam leziesz? 01.08.07, 15:08
          Arabowie w Iraku morduja sie nawzajem bez opamietania, kazdego dnia trup sie
          sciele gesto, a jakas zblakana kula moze nam Beduinke trafic.

          Dziennikarz BBC Alan Johnston cale zycie plul na Izrael jednoczesnie
          wychwalajac tzw. bojownikow (hehehe) i zostal porwany.
    • japolak Re: Beduinka w Kurdystanie 01.08.07, 15:27
      Ale ci zazdroszczę. Ja kiedyś tylko część tureckiego Kurdystanu poznałem
      Choć już widać było góry na granicy z Iranem i Irakiem
      Ale może pochwal się, jaki i dlaczego tam trafiłaś, bo juz bedą cię
      podejrzewać, że "za pieniądze polskich podatników" na jakimś obozie dla
      terrorystów jesteś...
      Ty wiesz, może gaja też - ale inni zaczynają się bać - i o ciebie, i ciebie...
      Swoją droga mogłaś mnie spakować do plecaka lub laptopa - po skompresowaniu
      dużo miejsca bym nie zajął.
      Pamiętam twoje relacje ze święta Kurdów, zdaje się syryjskich? Zabawy zwykłych
      ludzi, także i ciebie zapraszajacych do swojego grona
      A dziś z ciebie taka "prominentka", że tylko z generałami i ministrami się
      spotykasz?
      Cieszę się, że ludzie fajni a przyroda piekna, woda zimna - ale namawiam na
      więcej szczegółów, mimo powolnego tam internetu...
      Wiem, że autora uwag poznajesz nie tylko po nicku, ale i po marudzeniu!
      ALE MNIE NIE WYKASUJ !!!
      Niewiele jest osób bardziej niż ja ci życzliwych...
    • gajasirocco Do Beduinki: 01.08.07, 17:00
      "... ludzie sa pelni zycia i pozytywnej energii i jestem szczesliwa, ze tutaj
      przyjechalam..."

      -Cieszę się, że jesteś szczęśliwa, bierz wszystkimi zmysłami tę pozytywną
      energię, zwiedzaj, ucz się życia, poznawaj nowych ludzi, a w razie najgorszego
      pamiętaj, że możesz zawsze na mnie liczyć. Poruszę niebo i ziemię, by Ci pomóc!
      Bądź ostrożna!
    • tetys Re: Beduinka w Iraku 01.08.07, 18:50
      Jak zwykle pięknie opisujesz, czekam na dalsze relacje! Trzymaj się!:)
    • beduinka Beduinka w Kurdystanie 02.08.07, 09:47
      Kolejne dni mijaja nam tutaj szybciutko, bardzo duzo sie dzieje, nie mamy czasu
      sie nudzic.
      Mielismy juz przedwczoraj teoretyczne kilkugodzinne szkolenie obslugiwania
      broni, a nastepnie sami musielismy sobie zorganizowac w gorach strzelnice...
      wkopac w ziemie tablice, na ktore przyczepiane byly tarcze, nasypac w worki
      piasku i przeniesc je w odpowiednie miejsce i przygotowac stanowisko
      strzeleckie, wyrwac osty i inne trawska miedzy tym stanowiskiem a tarcza (25
      m), usunac kamienie (najpierw kopiac je noga by upewnic sie, ze nie ma pod nimi
      skorpinow)...a wczoraj mielismy juz praktyczne strzelanie - bylo fajnie, jedyny
      problem, e przy temperaturze ponad 40 C w cieniu, a o wiele wyzszej na sloncu
      bron byla niesamowicie nagrzana, dotkniecie magazynku wywolywalo syk i "aaaaa",
      bo palil...

      wczoraj bylismy tez (nasza grupka 5 Polakow) w polskiej miejscowosci...
      przyjechal po nas nauczyciel angielskiego z tego miasteczka, bowiem okoliczna
      ludnosc bardzo sie cieszy, ze tutaj jestesmy, przychodzi do campu pytac czy
      czgos nie potrzebujemy i deklaruje chec jakiejkolwiek pomocy... pojechalismy
      pick'upem... z dwoma zolnierzami z karabinami na pace... chodzac po miastczku
      mielismy z nami tych naszych zolnierzy, mielismy z nimi niezly ubaw...
      organizatorzy o nas tutaj bardzo dbaja - o nasze bezpieczenstwo i dobre
      samopoczucie... wszedzie bylismy bardzo symatycznie witani... stwierdzilismy,
      ze chcielibysmy wziasc ich ze soba do domciu... bylismy z wizyta w domu u tego
      nauczyciela angielskiego, poznalismy jego zone i dzieci...

      codziennie rano mamy trening sportowy, troche biegania, cwiczen silwych,
      kondycyjnych, rozciagajacych

      Kurdowie kochaja muzyke, ciagle tancza, spiewaja, graja na roznych
      instrumentach, wciagaja nas w to wszystko, lyzymy sobie nad brzegiem rzeki, w
      cieniu drzew, graja na bebenkach i innych instrumentach ;-) my Slowianie
      jestesmy o wiele mniej muzykalni... tak przy okazji - mamy przygotwac
      prezentacje na temat Polski - cos ogolnego + o kulturze, tradycjach... jesli
      znacie jakies strony interentowe, gdzie mozna znalezc cos przydatnego, co
      moglibysmy wykorzystac, przerobic, dostosowac to dajcie znac...

      chlopcy znalezli u na w obozie skorpiona - sporego, wielkosci dloni, chcieli go
      zabic, ja wyprosilam u nich litosc dla niego... wypuscili go, ale po odcieciu
      koncowki ogona z jadem (mam nadzieje, ze w ten sposob bardziej go nie
      skrzywdzlismy), zreszta mam zdjecie z tym skorpionem chodzacym mi po rece...

      dzisiaj od rana sprzatalismy caly oboz i jego okolice ze smieci...

      karmia nas tutaj dobrze, choc troche monotonnie, mam zamiar postarac sie nie
      przytyc... ale ludzie z miasteczka dowoza nam np. ciasteczka...

      wlasnie przyjechala telewizja kurdyjska i moment, gdy wystukuje te slowa jest
      przez nich nagrywany...

      dzisiaj wieczorem przyjedzie do naszego obozu pieciu ministrow Regionalnego
      Rzadu Kurdystanu.... bedziemy mogli z nimi porozmawiac, podyskutowac...

      w ogole prowadzimy tutaj z uczestnikami (znowu nie telewizja nagrywa, a ja
      musze uche od nas odganiac) ciekawe dyskusje - zazwyczaj najwieksza ochote i
      wene mamy od polnocy do trzeciej, czwartej w nocy, wtedy pojawiaja sie
      najtrudniejsze tematy i najszcersze odpowiedzi... ludzie ci - pozbawieni
      zazawyczaj mozliwosci wyjechania stad i poznania bezposrednio innych krajow -
      sa bardzo zainteresowani jak jest, gdzie indziej, zadaja duzo pytan o Polske,
      Unie Eropejska, rozmawiamy o tolerancji, homoseksualizmie, religiach,
      kobietach, mniejszosciach, relacjach miedzyludzkich, relacjach miedzy
      mezczyznami i kobietami... nie moge teraz pisac wiecej, bo wlasnie wolaja nas
      na wycieczke do Amedii... papa i nie martwcie sie - nic z kieszeni polskich
      podatnikow nie pojdzie na moje uwalnianie...
      • gajasirocco Jesteś WIELKA, cudowna...tylko bez skorpionów! 02.08.07, 10:10
        Nie bierz ich do łapek (skorpionów, i gorącej broni), nie objadaj się
        ciasteczkami, nie odpędzaj telewizji....przekaż Kurdom nasze najszczersze
        (karawanserajowe)pozdrowienia!!!
        Korzystaj z uroków górskiego życia wśród życzliwych Ci ludzi, bo w Europie może
        Ci tego zabraknąć (a masz tam napewno milej, niż na stypendium w Austrii, a
        może nawet bezpieczniej!)
        • arusa Re: Jesteś WIELKA, cudowna...tylko bez skorpionów 02.08.07, 18:08
          Kochana Mirko,
          Bardzo sie ciesze, ze podoba Ci się w Iraku i że dostajesz tyle życzliwości od
          ludzi :))) Nie musze sie wstydzić za rodakow ;) mam nadzieje, ze nadal będzie Ci
          tam dobrze, jak sama dobrze wiesz w Kurdystanie jest bezpieczniej niz w centrum
          kraju. Jestes wspaniala, ze pomagasz poraz kolejny zreszta jako wolontariuszka i
          wiele osob zazdrości Ci napewno odwagi i serca.
          Trzymaj się, sciskam mocno!
        • beduinka Re: Jesteś WIELKA, cudowna...tylko bez skorpionów 07.10.07, 01:30
          gajasirocco napisała:

          > Nie bierz ich do łapek (skorpionów, i gorącej broni), nie objadaj
          się
          > ciasteczkami, nie odpędzaj telewizji....

          odpędzałam muchę a nie telewizję...
      • beduinka Re: Beduinka w Kurdystanie 07.10.07, 01:24
        beduinka napisała:

        > wczoraj bylismy tez (nasza grupka 5 Polakow) w polskiej
        miejscowosci...

        miało być do "pobliskiej", a nie do "polskiej"... sorry za błędy,
        ale wszystko było wówczas pisane na szybko...
    • beduinka 3 Beduinka w Iraku 05.08.07, 09:37
      Przedwczoraj bylismy na wycieczce w Amedi. Zwiedzilismy ruiny pobliskiego
      uniwersytetu sprzed kilkuset lat, gdzie nauczano przed kilkoma wiekami
      przedmiotow humanistycznych i scislych. Chociaz w okolicy panuja upaly - to
      wewnatrz dawnych murow odwiedzajacych wita przyjemny chlod. Osoba, ktora nas
      oprowadzala powiedziala, ze uczelnia ta powstala ok. 900 lat i uczylo sie tutaj
      ok. 400 studentow.

      W Amedi - miasteczku polozonym na trudno dostepnym wzgorzu, dawnej stolicy,
      obejrzelismy mury je otaczajace wraz z ciekawymi pod wzgledem architektonicznym
      bramami, a takze udalismy do grobowca Sultana Huseina (i jego zony i dzieci),
      ktory rzadzil okolica.

      Nastepnie udalismy sie w okolice wodospadow, gdzie przy dzwiekach splywajacej
      wody, do ktorej nie dbajacy o srodowisko mieszkancy niestety wrzucaja butelki -
      zjedlismy obiad. I ruszylismy w droge powrotna do campu, gdzie juz czekali na
      nas ministrowie i inne szychy. Z ciekawostek mielismy pokaz komandosow. A
      nastepnie wszyscy komandosi po kolei chcieli miec ze mna zdjecia... zreszta dla
      calej naszej polskiej piatki byl to dzien w swietle reflektorow - byli liczni
      dziennikarze (telewizja, radio, prasa) i robili z nami wywiady...

      byl tez koncert jakies znanego piosenkarza kurdyjskiego, do ktorego dolaczyla
      tez nasza obozowa gwiazdka - ok. 10-letnia dziewczynka nie tylko o anielskim
      glosie, lecz takze bardzo silnej osobowosci scenicznej... prawie wszyscy
      obozowicze tanczyli ;-)

      Ogloszono tez, ze nastepnego dnia sa dwie wycieczki - jedna wspinaczka na pewna
      fajna gorke, na ktora droga tam i z powrotem trwa 12 godz. Oraz wycieczke do
      Suleymaniji. Mialam ochote na obie i trudno bylo mi podjac decyzje. W koncu
      wybor padl na Syleymanije. Poszlam spac o 3:30, o 5 rano byla pobudka i wyjazd.
      Jadac cieszylismy oczy niesamowitym gorskim krajobrazem, po drodze byla przerwa
      na sniadanie, a nastepnie na rozprostowanie kosci w jakiejs innej miejscowosci.
      Gdy dojechalismy do Suleymaniji najpierw udalismy sie na obiad do fajnej
      restauracji, a nastepnie zostalismy zakwaterowani w hotelu - coz za odmiana
      spac w lozku, bez zagladania w spiwor czy nie chowa sie tam skorpion, w
      toalecie nie sikac naszczurce na glowie, wziasc normalny prysznic, byc w
      klimatyzowanym pomieszczeniu... ale mi nie chcialo sie zostac w hotelu,
      ciagnelo mnie w miasto. Byla 4 po poludniu, ale zarzadzono nam przerwe do 6.
      Punktualnie stawilam sie pod autokarem, a z powodu niezastania innych
      uczestnikow wycieczki - ruszylam dokonywac pobudki. W pol godziny udalo mi sie
      uch wyciagnac na podboj Suleymaniji... ale... nie pojechalismy zwiedzac miasto,
      lecz naszym celem byla kregielnia... w pierwszym odwiedzanym miescie irackim
      mialam ochote na inna rozrywke... na parterze ludzie popychali kule w kierunku
      bialych pacholkow, na drugim - jedli w ekskluzywnej restauracji, na trzecim -
      byly przerozne automaty do gry - zabili go i zabil, lecenie statkiem kosmicznym
      i strzelanie w jakies glazy, zjazdy narciarskie, plywanie skuterem i rozne inne
      dziwactwa... najmlodsi (+ kierowca, ktory po tylu godzinach prowadzenia
      autokaru nie mial dosc - on zdecydowal sie na automat do gry z wyscigami
      samochodowymi) ruszyli sie bawic, ale wiekszosc sie raczej nudzila, szczegolnie
      dziewczyny - ja tez... wyszlismy z jednym z superviserow campu na poszukiwanie
      kafejki z nargilami - jako ze kregielnia (Bowling Center) lezala na
      przedmiesciach - musielismy przejsc kilka kilometrow. Na szczescie znalezlismy,
      wypalilam fajeczke, a wkrotce przyjechal po nas autokar i udalismy sie do
      lunaparku, gdzie mozna bylo sie przejechac roznymi kolejkami i tymi roznymi
      dziwactwami, jakie w lunaparkach mozna spotkac... ja po calym dniu w autokarze
      i przy tak upalnej pogodzie nie mialam juz na nic takiego sily... a poza tym
      spodziewalam sie innego typu rozrywki... po powrocie do hotelu od razu
      zasnelam... rano nie moglam doczekac sie godz. wyjazdu... czas ciagnal sie
      niemilsoernie... dziewczyny godzinami nakladaly na twarz kilogramy makijazy co
      chwila cos jeszcze muszac poprawic... z hotelu wyjechalismy dopiero o 10:50.
      Najpierw pojechalismy do muzeum masakry, znajdujacego sie w miejscu dawnej
      siedziby partii Baath i mieszczacego takze wiezienie, gdzie przesladowano i
      torturowano tysiace Kurdow... sa tez sale gdzie wisza zdjecia pokazujace zycie
      Kurdow oraz straszne rzeczy, jakie im sie przytrafialy... W Pozniej
      pojechalismy do muzeum etnograficznego, gdzie na dwoch pietrach prezentowano
      ekspozycje pokazujaca rzne aspekty zycia Kurdow, ich kultury materialnej,
      wystroju domostw, strojow itp.

      No i w tym momencie oczekiwalam pozwiedzac miasto, choc troche przejsc sie jego
      ulicami, a tu niestety nic z tego nie wyszlo... zostalismy z powrotem spakowani
      do autokaru i opuscilismy Suleymanije. Na poczatku czuam rozgoryczenie, lecz
      pozniej postanowilam cieszyc sie tym co dostaje, czyli towarzystwem wspanialych
      ludzi, a w celu zwiedzenia miejsc - powrocic innym razem i zobaczyc je na
      wlasna reke... w ogole jazda z nasza wycieczke autokarem oznacza multum
      smiechu, spiewu i tanca... nigdy sobie nie wyobrazalam tanczenia dabki w
      jadacym autobusie, a tu dodatkowo autobus ten jechal gorskimi drogami, gdzie
      spadek wynosil czasem nawet 20%. Co jakis czas podskakiwal porzadnie na
      wybojach, a wtedy caly nasz szereg tanczacych byl wybijany w gore... prawie
      caly czas mielismy otwarte drzwi - czasem siadalismy sobie na schodkach w tych
      drzwiach - byla to miejscowka z najlepszym widokiem na mijana okolice...

      bylo dla mnie bardzo poruszajacym doswiadczeniem sluchac spiewu piesni
      narodowowyzwolenczych, w jezyku kurdysjkim, ktorego nie rozumiem, ale tak
      naladowanych emocjami, tesknota, nadzieja, gdy spiewajacy pokazywal mi
      znaczenie slow spiewanej piosenki rekami, np.ze Masud Barazani poleci na
      skrzydlach Kurdystanu... tak w ogole jest wsrod nas bardzo duzo Kurdow, ktorzy
      nie znaja ani arabskiego ani angielskiego, ale i tak zawsze probuje sie
      dogadywac, a ja ucze sie coraz wiecej slow kurdyjskich, czym wzbudzam ich
      radosc...

      na obozie, a takze na naszej dzisiejszej wycieczce jest sporo par - czego sie
      tutaj nie spodziewalam, na miejscu obozu mniej, a podczas naszej wycieczki w
      wiekszej skali - chodza za raczki, jada w autokarze przytuleni, glaszcza sie
      nawzajem... dalszych swawoli nie zauwazylam ;-)

      pojechalismy jeszcze do znajdujacej sie za Suleymanija jaskinii zawierajacej
      starozoytne groby i bardzo ciekawe rzezby. Symbole slonca wskazywaly na
      zoroastryjskie powiazania tego miejsca...

      Jadac dalej mijalismy wielka tame, pozniej zatrzymalismy sie na obiad.... w
      ogole mam uczucie, ze bardzo duzo czasu traci sie tutaj na jedzenie posilkow...
      ruszylismy znowu w droge i po jakims czasie pojawil sie pomysl, by pojechac
      jeszcze gdzies indziej, a nie bezposrednie do campu... udalismy sie do
      miasteczka Koya, a pozniej do Erbilu - stolicy irackiego Kurdystanu... tym
      razem naszym celem bylo centrum handlowe Naza Mall... Mialam ochote poczekac na
      nich przed wejsciem, ale zostalam wciagnieta przez nich do srodka i razem z
      nimi spacerowalam miec polkami z cornflakami, pampersami, liptonem, chipsami,
      cola i innymi produktami... moje dalsze zwiedzanie Erbilu obejmowalo drugie
      pietro mallu, gdzie znajdowaly sie stoiska z ubraniami, obuwiem, bizuteria,
      zegarkami i innymi rzeczmi - wszystko w stylu zachodnim... a wiec podobna
      refleksja co w przypadku Suleymaniji - trzeba wrocic by na wlasna reke zobaczyc
      Erbil... siedlismy w jednej z poblskich kafejek by palic nargile... bylo wiele
      smiechu, rozmow, zawodow, kto nadluzej bedzie ciagnal dym z fajki,

      poznym wieczorem wyruszylismy w droge powrotna... zatrzymalismy sie jeszcze na
      kolacje (w tym samym miejscu, gdzie wczoraj na sniadanie). pan tam pracujacy
      znal bardzo dbrze arabski, a z powodu zamilowania do Koranu lubil fushe i mial
      ogromna frajde z rozmawiania ze mna... gdy wsiedli
      • beduinka 3a (cd) Beduinka w Iraku 05.08.07, 09:50
        poznym wieczorem wyruszylismy w droge powrotna... zatrzymalismy sie jeszcze na
        kolacje (w tym samym miejscu, gdzie wczoraj na sniadanie). pan tam pracujacy
        znal bardzo dbrze arabski, a z powodu zamilowania do Koranu lubil fushe i mial
        ogromna frajde z rozmawiania ze mna... gdy wsiedlismy do autokaru czulam sie
        coraz bardziej spiaca... zasypialam, budzilam sie, by troche poklaskac
        tanczacym i spiewajacym i znowu zasypialam... w pewnym momencie autokar
        zatrzymal sie i wybieglismy przywitac sie z uczestnikami wracajacymi z innej
        wycieczki (Dohuk) - od tamtej pory wracalismy na dwa autokary, ktore scigaly
        sie na gorskich drogach, przy akompaniamencie naszych oklaskow... nasz autkar
        zajal pierwsza pozycje ;-) Dojechalismy do obozu o godz. 3:30 w nocy...
        • gajasirocco Oj-czyta się z zapartym tchem! Dzieki za relacje!! 05.08.07, 10:01
          Ty jesteś tam, a ja podróżuję po mapie KURDYSTANu.
          • tetys Re: Oj-czyta się z zapartym tchem! Dzieki za rela 05.08.07, 14:37
            Opisuj, ale też nie zapominaj o robieniu zdjęć!
            • beduinka Re: Oj-czyta się z zapartym tchem! Dzieki za rela 10.08.07, 10:57
              tetys napisał:

              > Opisuj, ale też nie zapominaj o robieniu zdjęć!

              robie, robie
              ale polaczenie mam za slabe, by je wrzucac do netu...
        • japolak Beduinka się 3 ma... 10.08.07, 07:00
          Dziewczyno - jak ci zazdroszczę
          Choc tańczyć w autobusie nie potrafię...
          Udało ci się uciec do jakiegoś cywilizowanego kraju ze świata, gdzie
          minister do ministra pisze "pan jest świnia"...
          Więc jednym z nielicznych powodów do usmiechu jest dla mnie czytanie
          twoich relacji
          Wzorem innych absztyfikantów piszę - kocham cię, moja Beduinko !
    • beduinka 4 Beduinka w Iraku 10.08.07, 10:27
      U mnie wszystko ok, ale tyle sie dzieje (+ dodatkowo internet jest
      powolutki), ze nie mam czasu pisac tutaj.

      Dzien po powrocie z Suleianiji powiedziano mi, ze jedziemy nad rzeke
      plywac... ubralam sie wiec w stroj kapielowy, spodnice, bluzeczke i
      klapeczki... pojechalismy autokarem, wysiadamy, ale zamiast plywania
      mamy wspiaczke... w strone polozonego w gorach wodospadu... wszyscy
      sa w dobrych butach, spodniach - tylko ja ubrana odpowiednio to
      innej czynnosci niz lazenie po gorach... jestem zawzieta i decyduje
      sie lezc... tylko ze klapeczki nie sa odpowiednim obuwiem, a
      spodnica zaczepia sie o osty i kamienie... zaciskam zeby i decyduje
      sie isc, po jakims czasie mam juz wszystkiego dosc, ale nadal
      trzymam sie w czolowce... docieramy do jakiegos tam miejsca
      (bynajmniej nie wodospady), robimy przerwe, troche nie wytrzymuje i
      wygarniam im to nieporozumienie jezykowe... w droge powrotna
      wyruszam na bosaka, bo obawiam sie zeslizgniecia, z lzami w oczach i
      splywajacych po policzkach po ostach i skalach jak najszybciej
      staram sie przebyc te droge... natomiast Kurdowie staraja sie mnie
      pocieszac, kobiety przytulac, chca niesc mi plecak itp. - czym mi
      tylko przeszkadzaja... jakis chlopak zdejmuje buty i chce mi je
      odstapic, ale ja ich nie chce - uparlam sie juz dojsc w taki sposob
      do autokaru... na znak solidarnosci dwoch chlopcow decyduje sie
      takze lezc po gorach na bosaka... gdy docieramy do autobusu - pomimo
      tego ze w drodze bylam marudna i uparta - oni sa cudowni, przede
      wszystkim mysla o tym bymja miala zimna wode, wachluja mnie
      kapeluszem - szczegolnie Avin, nasza 12-letnia piosenkareczka... a
      mi jest glupio, ze dasalam sie na nich w drodze... ale ci ludzie
      jakos nie chowaja urazy, zaraz zaczynaja speiwac, klaszczemy,
      tancza... sa cudownymi ludzmi... szefunio obozu Asus, ktory tez tu
      przyjechal samochodem, lecz lazil po okolicy na wlasna reke znalazl
      kilka z licznych pociskow, ktorymi dwa dni wczesniej armia turecka
      zbombardowala okolice, chcac zabic ludzi z PKK...

      wracamy do obozu, jest spokojnie, wypocznkowo, nie-nierobieniowo

      nastepnego dnia mamy miec wycieczke do Zahko z wyjazdem po 9,
      powrotem ok. 14... wycieczka spontanicznie staje sie jednak o wiele
      dluzsza i wracamy do obozu ok. 22:40... najpierw jedziemydo Zahko,
      gdzie z abbasydzkiego mostu (z naprawde niebezpiecznej wysokosci)
      dzieci skacza do na glowke do rzeki (a woda nie jest tam bardzo
      gleboka)... pozniej idziemy do restauracj zjesc obiad... jedziemy
      nad rzeczke, gdzie przy wodospadach sa fajne kafejki - w jednej z
      nich pale narghile... pozniej jedziemy nad jezioro i chlopcy na 10
      min wskakuja do wody poplywac... ogladamy zachod slonca... na jednym
      z pobliskich wzgorz nad okolica goruje (obecnie zrujnowany) dom
      Saddama... pozniej jedziemy do jaskini-groty, w ktorej panuje
      przyjemny chlod, sa stoliki by mozna cos sobie wypic czy zjesc (w
      ciemnosci) - oni nazywaja te jaskinie jaskinia Qaisa i Leili, choc
      tej parze z Hidzazu byloby tutaj troche daleko... wieczor w obozie
      spedzamy na tancach...

      nastepnego dnia jedziemy do Erbilu(stolicy irackiego Kurdystanu) by
      przedluzyc wizy... jedziemy picupem - zaladowani na maxa - 3 osoby z
      przodu, 4 na tylnym siedzeniu... 5 Polakow lub 2 Kurdow, ktorzy nam
      we wszystkim pomagaja i sie nami opiekuja... czujemy sie jak
      sardynki w puszce wiec wypraszamy by pozwalali nam zmieniac nam sie
      w jezdzie na pace... my mamy ubaw - podobnie jak mijani podrodze
      Irakijczycy, trabia do nas, machaja, usmiechaja... robim przerwe na
      sniadanie w tej same knajpce co w drodze do Suleymaniji, znowu
      decyduje sie na smaczniutki swierzutki miod w plastrch... do Erbilu
      dojezdzamy miedy godz. 1 a 2. Spotykamy Nemira, ktory byl z nami
      wczesniej na obozie, lecz wrocil do Erbilu, bowiem jego przyjaciel i
      brat zostali ranni w zamachu bomowym w Bagdadzie... jedziemy
      dourzedu paszportowego - tam nas splawiaja i kaza wrocic jutro rano
      z listem rekomendacyjnym z ministerestwa sportu i mlodziezy, ktorego
      jestesmy tutaj goscmi... jedziemy do ministerstwa - tam mowia nam ze
      przygotuja list na nastepny dzien rano - natomiast daja naszym
      opiekunom pieniadze na wydatki na nasz pobyt tutaj... jedziemy do
      pobliskiej miejscowosci Masiv (pelnej eleganckich willi) do cukierni
      na ciastka - ufff... strasznie jest sie tak przeslodzic, pozniej
      jedziemy do oddalonego o kilkadziesiat kilometrow dalej miasteczka
      Shaqlawa by popalic narghile... wieczorem wracamy do Erbilu...
      jedziemy na pace, na stojaco, machajac do ludzi, oni nam odmachuja,
      trabia radosnie... w Erbilu lazimy po centrum, przyciagajac wzrok
      okolicznych przechodniow, wstepmujemy do pijalni sokow owoowych - ja
      decyduje sie na sok wyciskany z granatow... pycha... pozniej
      jedziemy zrobic sobie zdjecia do dkumntow - wygladamy na nich jak
      jacys kryminalisci, wszystkie robione na wprost, nie z profilu, po
      kilkunastu godzinach w samochodzie... ruszamy na poszukiwanie
      hotelu... zajmuje to troche czasu i czesc osob od nas z grupy traci
      humor, cierpliwosc i okazuje objawy zniecierpiliwienia i
      naburmuszenia, ja staram sie wszystko lagodzic, widzac, ze nasi
      Kurdowie moze nie do konca radza sobie z organizacja, ale bardzo sie
      staraja... w koncu trafiamy do jednego z lepszych hoteli... Royal
      Palace, mozemy sie odswiezyc, schodzimy na kolacje, jemy pyszne
      jedzenie, choc przy takiej pogozie bez wielkiego entuzjazmu i
      apetytu... spimy w klimatyzowanym pomieszczeniu... spimy od godz. 2
      do 8 co jest chyba szczytem dlugosci spania od poczatku naszej
      wyprawy...

      rano (my dziewczynki) schodzimy na sniadanie, fajnie jest miec jakas
      odmiane od obozowych posilkow... mniam... chlopcy sie dlugo kokosza,
      my u siebie w pokoju ogladamy po raz pierwszy od wielu dni
      telewizje - polskie wiadomosci... choc tak naprawde lepiej jest byc
      z dala od polskiej polityki... wyjezdzamy z hotelu ok. 10...
      jedziemy do ministerstwa - listu rekomendacyjnego jeszcze dla nas
      nie ma, dopiero zaczynaja pisac, obiecanej mi mapy z pokoju
      kierownika obozu=dyrktora jednegho z departamentow w ministerstwie -
      tez nie ma... gdy im o tym przypominam - wpuszczaja mnie do jego
      gabinetu i kaza mi sobie mape samej znalezc... patrze sie tylko na
      wierzchu, glupio jest mi robic gruntowne przeszukiwanie gabinetu w
      ministerstwie pod niebecnosc jego wlasciciela... otrzymujemy nasz
      list, jedziemy do do urzedu paszportowego: pierwsza kontrola -
      oddaje sie komorki, aparaty fot., papierosy, nastepnie przeuszukanie
      osobiste -faceci na widoku, kobiety za zaslonka, jeden pokoj, biurko
      przed budynkiem, fbiale formularze, dac zdjecie kopie paszportu,
      okienka w srodku budynku - rozowe formularze, inne okienko -
      komputer + pieczatka, wychodzimy na zewnatrz i wchodzimy przez inne
      drzwi, tutaj mamy byc przesluchiwani, wchodzimy pojedynczo, ja
      jestem pytana tylko o to czy mam meza, a nastepnie - dlaczego nie...
      pozniej tylko idziemy do szefa departemntu, kotry decyduje dac na
      wize miesieczne, nasi Kurdowei nastepnie oplacaja je, co na 5 osob
      kosztuje 170 dolarow... mamy juz wszystko wbite w paszporty i
      gotowe... wpadamy jeszcze do ministerstwa, gdzie daja nam kase, na
      ostatni tydzien funkcjonowania calego campu, jako ze daja ja luzem,
      odtad noszona jest przez ktorgos z naszych Kurdow w mojej damskiej
      torebce (a my ich naszywamy Tunky Winky)... jedziemy pod muzeum -
      jest zamkniete, jedziemy na obiad do jedne z najlepszych restauracji
      w Erbilu, obsluga, smak i wyglad jedzenia sa po prostu niesamowite,
      a porcje ogromne, zamowiony przeze mnie koktajl okazuje sie skladac
      z czesci pitnej, do ktorej moge dostac sie slomka + piramidy
      kawalkow przeroznych owocow, orzechow i czekoladek podoczepianych
      wykalaczkami, az strach do jesc, zeby sie nie rozpadlo... po
      obiedzie decyduje sie na narghile, tak pysznej chyba nigdy nie
      palilam... tyton jest wlozony nie do cybucha, lecz do polowy
      pomaranczy,
      • beduinka 4a Beduinka w Iraku 10.08.07, 10:54
        po obiedzie decyduje sie na narghile, tak pysznej chyba nigdy nie
        palilam... tyton jest wlozony nie do cybucha, lecz do polowy
        pomaranczy, niesamowite... nastepnie czas na zwiedzanie - manara -
        piekny park izabbytek: minaret dawnego meczetu... pozniej
        niesamowita cytadela (gdy wroce do Erbilu na wlasna reke postaram
        sie ja zwiedzic dokladniej)... wyruszamy w droge powrotna... jako ze
        w Erbilu wymienilismy szczuplego Polaka na grubszego Polaka - nasza
        sardynkowatosc jest jeszcze bardziej poglebiona szczegolnie, ze nie
        pozwalaja nam juz przesiadac sie na pake... po drodze nasz Kurd
        troche bladzi, widac, ze jest zmeczony, co wywoluje
        zniecierpliwienie i niezadowolenie niektorych osob od nas z grupy,
        ja raczej staram sie rozmawiac z nim podczas jazdy o czymkolwiek,
        byle tylko nie przysnal, jest on dobra, choc troche nieuporzadkowana
        duszyczka, takim moim nowym mlodszym bratem... w drodze powrotnej
        zatrzymujemy sie w Dohouk i idziemy do supermakretu dostac cos do
        przegryzienia... w supermarkecie wzbudza podejrzenie ochrony to, ze
        jeden z naszych Kurdow chodzi z damska torebka i jest wziety na
        przeszukanie, wychodzi na to, ze ja mowie, ze do moje osobiste
        rzeczy (i pieniadze) i dostaje torebke z powrotem i dalej chodze po
        supermakrecie z ochrona w postaci moich dwoch Kurdow... ciekawe czy
        dbaja o mnie czy o to bym nie uciekla z kasa na utrzymanie kilkuset
        osob na obozie przez tydzien (nie wiem ile kasy tam bylo - na oko
        duuuuuuuzo)... dojezdzamy do obozu ok. godz. 2 w nocy... wiekszosc
        idzie spac, ja, Asia i Heavy siadamy do dalszej rozmowy, ide spac o
        godz. 4 w nocy...

        gdy wczoraj rano wstaje - okazuje sie, ze Asia i Heavy dalej siedza
        na krzeslach bowiem tam przysneli i nie poszli do swoich namiotow...
        sniadanko, a nastepnie ja i Asia idziemy prac nasze ciuchy -
        recznie, w wodzie z potoka, uzywajac ne proszku, lecz szamponu,
        pozniej rozwieszamy je na bramce do pilki noznej, wysycha w pol
        godziny... spedzamy czas na roznych rozmowach, dyskusjach,
        szczegolnie z grupa studentow medycyny w Sulymaniji, bardzo madrzy,
        kulturalni, o szerokich horyzontach, czesc z nich przeniosla sie do
        Suleymaniji z uniwerstetu w Bagdadzie... sa zgrana grupa - sa wsrod
        nich Arabowie, Kurdowie, Turkmeni... jestem oskarzona o kradziez
        aparatu fotograficznego, przeszukuja mi plecaczek, mam juz
        wszystkiego dosyc, wzywam na pomoc majora - dowodce oddzialu
        zolnierzy pilnujacych bepieczenstwa obozu - okazuje sie to ich
        zabawa w ukryta kamere - czyli nabralam sie... maja ze mnie ubaw ;-
        ))))))))) po obiedzie studenci medycyny urzadzaj mini-koncert -
        graja i spiewaja piosenki - jest cos niesamowitgo w Arabach na
        kurdyskim obozie spiewajacych arabskie piosenki pod kurdyjska
        flaga.... nastepnie w rozkladze dnia mamy strzelanie, biore karabin
        i ide w miejsce, gdzie urzdzilismy sobie strzelnice, major na
        poczatek, gdy wszystko jest przygotowywane laduje mi naboj i mowi,
        ze mam sobie wybrac jakikolwiek cel w gorach i strzelic... smiejemy
        sie, ze przy moim szczesciu w cos/kogos tam trafilam, np. w kogos z
        PKK... przy strzelaniu mamy tym razem po 2 strzaly 2 kazdej pozycji
        (lezacej, kleczcej i stojacej), 25 m od celu, trafiam 3 z 6
        pociskow - ale za to w sam srodek tarczy... wiem, ktora pozycja mi
        nie pasuje - stojaca... tak czy siak wychodzi na to, ze strzelam
        lepiej niz wielu tutejszych facetow... po kolacji jest competition
        miedzy przedstawicielami dwoch miast - quiz wiedzy i rozne zadania
        do wykonania... okazuje sie, ze dzisiaj w nocy jest mozliwosc
        uczestnictwa w wycieczce w gory - na jeden z najwyzszych szczytow w
        okolicy... start o godz. 3 w nocy... w zeszlym tygodniu tez byla
        taka wycieczka... przy rozpoczeciu drogi o godz. 3 w nocy dotarli na
        szczy o godz. 11... nastepnie do godz. 14-15 zrobili sobie przerw na
        szczycie, a potem schodzili... powrocili do obozu ok. godz. 22 czy
        23... postanowilam sie sprawdzic i zapisalam sie na wycieczke, jako
        ze byla juz polnoc, a wyjscie mialo byc po 3, stwierdziam, ze nie ma
        sensu klasc sie spac... o godz. 2 w nocy zostalam poinforowana, ze
        zmienili plany i wymarsz bedzie jednak nastepnego dnia o godz. 12 w
        poludnie... dalabym rade wspinac sie w nocy, o poranku, ale nie w
        moencie najwiekszego upalu, wiec wypisalam sie z tej przyjemnosci...
        jako ze z obozu wczesnym rankiem wyjezdzaly 3 autokary ludzi - nie
        szli oni spac, spedzalismy czas razem na ostatnich rozmowach....
        poszlam spac ok. godz. 5:30

        Namioty juz od ok. godz. 7 rano sa nagrzane i przypominaja saune
        wiec chcac nie chcac trzeba wstac... oboz wyglada dzisiaj na bardzo
        opustoszaly, tak jakos smutnaow gdy jest mniej osob...
    • beduinka ;-) 15.08.07, 21:07
      melduje sie
      krociutko i zwiezle
      kilka dni temu skonczyl sie oboz
      podrozuje, wszystko jest ok, kiedy indziej cos wiecej opisze
      teraz jestem w Erbilu
      spedzilam juz tez cudny czas na wsi
      • gajasirocco Re: ;-) 15.08.07, 21:37
        Odzywaj się częsciej-może być krótko, treściwie, ale regularnie!
        Powodzenia w podróżach- lecz powoli wycofuj się w bezpieczniejsze rejony!
    • gajasirocco czekam na info- gdzie jesteś i co porabiasz! 17.08.07, 23:51
      Miłego zwiedzania i szybkiego powrotu do Karawanseraju!
      Czekamy na Ciebie!
    • beduinka 5 Beduinka w Iraku 18.08.07, 10:35
      10.08
      Juz po moim ostatnim wpisie tutaj na forum podczas kolacji okazalo sie, ze oboz
      nie trwa tak jak myslelismy to 15 sierpnia, lecz konczy sie nastepnego dnia…
      zaczelam wiec szybko myslec co by dalej ze soba poczac… reszta Polakow
      nastepnego dnia wyjezdzala juz do Polski, z campu wszyscy sie rozjezdzali, a ja
      mialam ochote na podboj Kurdystanu na wlasna reke… dziewczyna, ktora w tym roku
      skonczyla anglistyke na uniwersytecie w Suleymani zaprosila mnie do siebie, wiec
      pomyslalam, ze to swietna okazja… wieczorem mielismy koncert jakiego slawnego
      kurdyjskiego piosenkarza (choc jego postac mi – a pewnie i wam nic nie mowi –
      Haval Ibrahim)… w kazdym razie bawilismy sie swietnie, przetanczylismy kilka
      godzin, chociaz ja beztalencie taneczne nadal przy tych roznych dabkach mam
      potrzebe patrzenia sie na nogi swoje i innych osob… wokol szyi mialam zawiazana
      – opadajaca mi na ramiona i plecy flage kurdyjska…
      multum pozowania do fotek, nocne dyskusje, ostatnia noc w obozie – wiec nie chce
      sie spac, o 4 w nocy wyjzdzaja autokary wywozace czesc obozowiczow, jest smutno
      sie zegnac, wyjezdza “Ciasteczko” – chlopak, ktory cudownie tanczy – taniec
      brzucha, hip hop, dabke, wszystko, niesamowicie panuje nad kazdym skrawkiem
      swojego ciala… oboz sie wyludnia

      11.08
      Gdy idziemy na sniadanie – oboz wyglada na strasznie wyludniony, tak tu pusto,
      chociaz nadal jest sporo osob, to wielu sympatycznych twarzy juz mi brakuje… po
      sniadaniu siadam do kompa i przegrywam zdjecia, robie tez foldery dla roznych
      osob, ktory prosily mnie o swoje foty z mojego aparatu… jednoczesnie puszczam w
      obozie jako muzyke polskie reggae – ale szczerze mowiac jakos nie ruszaja ich te
      rytmy

      Po obiedzie dowiaduje sie, ze dziewczyna z Sulkeymaniji nie moze jednak mnie
      nocowac, tak czy siak mam jednak zamiar jechac do Suleymaniji, potem okazuje
      sie, ze autokar jadacy do Suleymaniji dojedzie dzisiaj tylko do Dahuk, tam
      zostana na nocleg I nastepnego dnia pojada dalej… coraz mniej mi sie to podoba,
      szczegolnie, ze w autokarze trafily mi sie wapniaki-szcztywniaki… w kazdym razie
      w autkarze jada tez Polacy, ktorzy w Dahuk maja sie oddzelic I pojechac do
      granicy… zatrzymujemy sie w jakiejs wioseczce na przerwe przed sklepem, w tym
      momencie okazuje sie, ze nasi znajomi z obozu (wspolorganizatorzy)
      (Brwa-Staniczek, jego brat Halwest-Hoszka, Misiu Gumisiu – Balin, Havi –
      Ciezki), ktorzy mielis opuscic go dopiero jutro lub pojutrze jednak tez
      wyjechali I dopedzili nas samochodem… z Asia przesiadam sie do ich samochodu na
      czas przejazdu do dahuk, w miedzczasie prawie udaje nam sie przekonac Asie na
      pozostanie dluzej w Kurdystanie, a ja zmieniam cel swojej wycieczki I zamiast do
      Suleymaniji postanawiam jechac z nimi do Erbilu… mam zamieszkac z rodzina
      Heviego… w Dahuk przenosze swoje bagaze do samochodu i jade z chlopcami do
      Erbilu… po drodze nastepuje u mnie kolejna zmiana planow… Brwa propnuje mi wypad
      nastepnego dnia do jego krewnych na wies, wiec decyduje sie nocowac te noc
      jednak nie u rodziny Heviego, lecz rodziny Brwa… gdy dojezdzamy do Erbilu,
      zatrzymujemy sie w restauracji na kolacji a nastepnie odwozimy najpierw Heviego
      do jego domu, nastepnie Misia Gumisia, a potem ja z Brwa i Halwestem jedziemy do
      ich domu, gdzie poznaje jeszcze kolejnych dwoch braci oraz matke… biore prysznic
      – bez ogladania sie czy towarzysza mi skorpiony i modliszki i podobnie jak
      reszta rodziny klade sie spac na jednym z lozek rozstawionych na dachu, gdzie
      jest chlodniej niz w domu…
      • sekwana2005 Ropa w Iraku 19.08.07, 08:20
        Już po Twojej 5 wiadomości w polskim dzienniku przecztałem - co
        streszczam i komentuję:
        Po ataku USA na Irak wybuchł mały skandal, gdy amerykańscy żołnierze
        swe obozy nazywali imionami amerykańskich koncernów naftowych. Czym
        prędzej Waszyngton nakazał usunięcie tych nazw, przypominając iż
        wojna jest nie o ropę naftową, lecz wolność i demokrację. Później
        krążyły zapowiedzi, iż z wydobycia ropy finansowana będzie odbudowa
        Iraku oraz powstanie dobrobyt, jako lekarstwo na terroryzm i wojnę
        domową.
        Dziś czytam, iż dla Iraku powstaje nowe prawo. Piszę „dla Iraku”,
        gdyż przygotowują je amerykańscy eksperci na zlecenie amerykańskich
        władz. Irak formalnie pozostanie właścicielem swojej ropy – ale odda
        nad nią kontrolę inwestorom, którzy zwolnieni będą z obowiązku
        zatrudniania „tubylców” czy reinwestowania części dochodów na
        miejscu. Na takie umowy nie zgadza się dziś ani Arabia Saudyjska,
        ani Rosja, ani inne kraje próbujące budować swą zamożność na
        wydobyciu ropy naftowej.
        „Nie wiadomo dlaczego” przeciw projektom nowego prawa protestują
        irackie związki zawodowe przemysłu naftowego, szyici i Kurdowie. Jak
        to dzikusy. Chcą pracy, chcą inwestycji usuwających nędzę. A chodzi –
        bagatela – o jakieś 30 miliardów ton ropy, drugie pod względem
        zasobności złoża świata.
        Więc chyba Irak nie rozpadnie się na państwa szyitów, sunnitów i
        Kurdów – lecz „państwa” kilku koncernów i bantustany dla tubylców. Z
        porozumieniem ”wy nam oddacie ropę, my wam sprzedamy karabiny, by
        nasi ochroniarze nie nudzili się i mieli do kogo postrzelać…”
        Jak już w czasie pierwszego ataku USA na Irak śpiewał Kazik
        Staszewski –
        …to nie jest wojna boża,
        to wojna o ropę blisko morza…
        A my narzekamy, iż warszawska ambasada USA pisząc do naszego MSZ od
        razu dołącza projekt „polskiej” odpowiedzi na amerykańskie
        propozycje…
        Dobrze, że przynajmniej ropy naftowej niemal w Polsce wcale nie
        mamy !
    • beduinka 6 Beduinka w Iraku 19.08.07, 09:43
      12.08
      Spimy na dachu, a wiec wraz z pojawieniem sie slonca, lepiej skryc sie przed
      jego promieniami do domu... Jemy sniadanie, a nastepnie matka, jej czworo synow
      (w wieku 10, 16, 20 i 23) oraz ja wsiadamy w samochod. Brwa prowadzi. Boli go
      glowa... Jedziemy do jego krewnych na wies. Mijamy most na rzece, nastepnie
      skrecamy z asfaltowej drogi w jakas piaszczysta droge prowadzaca do nikad...
      dojezdzamy do wioseczki... jego wujkowie z zonami i dziecmi teraz w lecie
      rezyduja w budynku szkolnym... wypijam z nimi herbatke... za brama gromadza sie
      dzieci, co chwila wysuwaja sie ich glowki i nas obserwuja, pozniej sploszone
      naszymi spojrzeniami sie chowaja, pozniej znowu wychylaja... wychodze do nich na
      ulice, rozmawiamy, gdy wracam do materacy, na ktorych siedzimy przed budynkiem,
      Brwa prosi wujka a kalasznikow, rozkladam go na czesci, skladam, nastepnie
      wychodzimy na ulice i strzelamy sobie w strone gor... kolejna atrakcja, ktora
      przewidziano dla mnie jest przejazdzka na osiolku... najpier jezdzi na nim Brwa,
      potem ja, pozniej Hoszka... wracamy pod budynek, gdzie czestowani jestesmy
      arbuzem... pozniej wsiadamy z Brwa i jego kuzynem do samochodu i jedziemy za
      wioske na pola, lazimy po okolicy, gdy wracamy po drodze zabieramy innych jego
      kuzynow do samochodu i jedziemy do domostwa innych krewnych... dzieci przed
      domem dla ochlody oblewaja sie woda, dom zbudowany jest z gliny wymieszanej z
      sloma... niby proste materialy, a jednak za ich pomoca uzyskuje sie chlod w
      pomieszczeniach... dziecko bujane w kolysce, miejsce na wypiekanie chleba, stado
      koz... wymyslono dla mnie kolejna atrakcje - przejazdzke trakorem... Brwa
      prowadzi traktor, ale coraz bardziej boli go glowa, jedzie z nami na traktorze
      jeszcze gromadka jego braci i kuzynow, przekraczamy asfaltowa droge i po jej
      drugiej stronie wjezdzamy na pole, tam zbieramy melony i inne warzywa i z
      powrotem wsiadamy na traktor, w drodze powrotnej dosiada sie na nasz -
      przeladowany juz i tak ludzmi - traktor policjant, ktorego podwozimy do
      wioski... po powrocie do wioski ja, Brwa, jego brat i dwoch czy trzech kuzynow
      wsiadamy w samochod i jedziemy do wiekszej wioski (w poblizu rzeki i mostu),
      bowiem Brwa musi odnowic swoj dowod osobisty... on wchodzi do urzedu, a my
      schodzimy w dol nad rzeke, przekraczamy ja skaczac po kamieniach i wchodzimy do
      sadow po drugiej stronie - tam zrywamy z drzew granaty i sie nimi zajadamy,
      pozniej wracamy pod urzad, chlopcy biegna kupic do sklepu napoje, nie moge
      usiedziec w miejscu wiec ja i Hoszka wyruszamy pieszo wzdluz drogi w strone,
      ktora pozniej Brwa bedzie jechal samochodem, kuzyni zostaja pod urzedem by mu o
      tym powiedziec... po pol godzinie marszu podjezdza po nas Brwa... jedziemy do
      domu/szkoly... wchodzimy do klasy szkolnej i wraz z dzieciakami piszemy i
      rysujemy rozne rzeczy na tablicy... pozniej przechodzimy do innego
      pomieszczenia, do ktorego kobiety przynosza nam obiad... kazdy dostaje po
      miseczce gotowanych warzyw, przede wszystkim baklazanu, oraz drugiej, gdzie jest
      ryz i kurczak, dodatkowo pijemy jogurt... po obiedzie jest czas na lenistwo,
      sieste, Brwa lyka kolejne tabletki na bol glowy, bawimy sie z dzieciakmi,
      szczegolnym rozrabiaka jest Pirot... niektorzy przysypiaja, dziewczynki bawia
      sie w czesanie moich wlosow... jest to czas nicnierobienia i tak jakos mi z tym
      wszystkim dobrze i przyjemnie... gdy robi sie troche chlodniej - przenosimy sie
      znowu na materace przed budynkiem i pijemy herbate... nadchodzi czas
      pozegnania... gdy wychodzimy wszyscy przed budynek i mamy wsiadac do samochodu -
      przyjezdzaja babcia i dziadek brwa, bezzebna babcia tuli mnie i nie chce
      wypuscic, chce bym zostala... obiecuje wrocic kiedy indziej...

      gdy dojezdzamy do Erbilu zostawiamy matke i braci w domu i jedziemy do miasta...
      Brwa sie zle czuje... zatrzymuje samochod, kreci mu sie w glowie, opuszcza
      oparcie siedzenia, odczekujemy tak pol godziny, pozniej upiera sie, ze juz mu
      lepiej i jedziemy do parku Erbil, tam jednak znowu zaczyna byc zle, nie
      wychodzimy wiec z samochodu, Brwa lezy, ja staram sie z nim rozmawiac, trzymac
      za reke, jest rozpalony goraczka, po godzinie decydujemy wracac do domu, Brwa
      nie chce pojechac do lekarza, w poblizu domu zatrzymujemy sie jednak przy
      aptece, Brwa dostaje tam zastrzyki i jakies proszki przeciwbolowe, gdy wsiada do
      samochodu i ruszamy w strone domu - znowu jest mu gorzej, zatrzymujemy sie pod
      brama, lecz nikt nam nie otwiera, Brwa odlatuje, trzymam go za reke, a jego
      cialo, rece i nogi staja sie sztywne, gdy ma jakies spazmy, nie slyszy mnie juz,
      po kilku minutach wraca do siebie... jego brat otwiera brame, nastepnie jest ok.
      50 metrowy podjazd do garazu, Brwa rusza, ale traci przytomnosc majac noge na
      gazie, przekrecam kluczyki w stacyjce, wylaczajac silnik i wychodze z samochodu,
      pokazuje jego mamie, by przyszla, ona jednak tylko stoi i placze, wiec ja
      wyciagam Brwa z samochodu i trzymajac go prowadze do domu... jest zle, ja siedze
      przed nim i trzymam go za rece, sciskam je by mial jakies bodzce zewnetrzne,
      mowie, jego mama probuje stosowac jakies swoje techniki - obwija jego glowa
      mocno zawiazana opaska, daje pieprz do wachania, masuje mu kark i ramiona, po
      jakims czasie Brwa wraca do siebie... matka przynosi kolacje, Brwa troche je, ja
      nie mam na nic ochoty, Brwa nie chce isc spac, woli sie czyms zajac, wlaczam
      laptop i wkladam DVD z moimi fotami z obozu i wszyscy je ogladamy, po jakims
      czasie jego rodzina idzie spac, my dalej siedzimy i ogladamy foty i
      rozmawiamy... pozniej on zasypia w jednym salonie, ja w drugim... w nocy mama
      przeprowadza go do tego samego pomieszczenia, gdzie ja spie i gdzie zrobilo sie
      chlodniej, przekrecajac sie rozbijam swoje okulary, pech to pech, jest goraco i
      tej nocy ciezko sie budze, to byl pelen wrazen dzien - najpierw wiele sie dzialo
      na wsi i mialam okazje poznac nowe, nieznane mi jescze oblicze Kurdystanu, a
      pozniej Brwa zaaplikowal nam nowe "atrakcje"
      • tetys Re: 6 Beduinka w Iraku 19.08.07, 10:08
        ładne dodatkowe atrakcje...
        baw się dobrze, ale uważaj na skorpiony ;)))
        • beduinka Re: 6 Beduinka w Iraku 07.10.07, 01:42
          tetys napisał:

          > baw się dobrze, ale uważaj na skorpiony ;)))

          czyżby jakaś niecheć wobec skorpionów?
          jak tak można? to takie miłe zwierzaczki...
    • beduinka 7 Beduinka w Iraku 19.08.07, 14:45
      13.08.2007
      Caly dzien spedzamy leniwie w domu. Z Brwa jest juz lepiej, ale jest nadal
      oslabiony, a mi sie samej nie chce nigdzie ruszac... wiec spedzam caly dzien w
      domu z jego mama i bracmi... Majid - czlowiek z ministerstwa caly czas dzwoni,
      ze trzeba zrobic prace papierkowa dot. obozu... chcac nie chcac musimy jechac do
      ministerstwa... decyduja sie zrobic to ok. 5-6 wieczorem... wyjezdzamy wiec z
      domu, zabieramy Misia Gumisia i Majida - przyjezdzamy pod ministerstwo, ktore
      jest juz zamkniete, ale my mamy klucze... okazuje sie jednak, ze przed
      ministerstwem pelnia warte calkiem nowi zolnierze, ktorzy nie pozwalaja nam
      wejsc... jedziemy wiec do parku Erbil... sa osobne wejscia dla mezczyzn i
      kobiet... wsrodku sa ogromne tereny zielone, ludzie siedza na laweczkach, badz
      na rozlozonych na trawnikach kocach, spozywaja przyniesione ze soba jedzenie,
      badz korzystaja z licznych kawiarni lub restauracji, spaceruja, jest tu tez
      jezioro, gdzie ludzie plywaja motorowkami lub rowerami wodnymi... w parku
      znajduje sie tez pomnik ku czci ofiar... my siadamy przy laweczce, saczymy cole,
      wlaczamy laptop, przegladamy jakies prezentacje Majida, ale chlopcy jakos sie
      nie rwa do pracy papierkowej, ktora mieli wykonac... w koncu namawiam na spacer
      - Majid i Misiu cierpia jednak na lenia i zostaja na laweczce a tylko ja i Brwa
      wychodzimy na spacer po parku...
      pozniej mamy telefon od Majida, ze musimy (tj. Brwa musi) jednak jechac na camp,
      by dopilnowac wszystkiego... mowie Majidowi, ze Brwa jest zbyt chory i oslabiony
      by jechac... Majid odpowiada, ze wszyscy organizatorzy sa po prostu przemeczeni...
      w drodze powrotnej jedziemy jeszcze na suk kupic owoce, jajka i inne rzeczy do
      domu...

      jemy kolacje i ok. polnocy kladziemy sie spac, bowiem juz o drugiej w nocy mamy
      wyjezdzac w strone campu... szybko zasypiam, ale okazuje sie, ze nawet przez sen
      mama Brwa chce o mnie zadbac i probuje mnie karmic bananem... przenosze sie spac
      z dachu do wewnatrz domu...
      • persepolis1 Re: 7 Beduinka w Iraku 19.08.07, 19:52
        Hej,

        Podziwiam Cię że zdecydowałaś się na Irak- ja nie mam tyle odwagi na pewno + nie
        znam arabskiego.
        Napisz coś wiecej o tym obozie- co to było , na czym twój udział w tym polegał,
        kto to organizował ? (może o tym pisałaś, nie wiem bo jakis czas na forum nie
        zagladalam)

        Też w te wakacje byłam w Salonikach, i uważam ze to najładniejsze duze miasto w
        Gracji :)

        Podziwiam tez tego stopa na odcinku do Stambułu - a tak z ciekawości musialas
        byc w konkretnym terminie na lotnisku by złapać samolot, nie denerwowałaś się ze
        przez podróz stopem sie spoznisz ?

        pozdr
        ania
        • beduinka Re: 7 Beduinka w Iraku 25.08.07, 13:02
          persepolis1 napisała:

          > Hej,
          >
          > Podziwiam Cię że zdecydowałaś się na Irak- ja nie mam tyle odwagi

          polecam trzy polnocne "wojewodztwa" - sa przepiekne i bezpieczne.. sa to Erbil,
          Suleymaniya i Duhuk

          na pewno + ni
          > e
          > znam arabskiego.

          tak sie sklada, ze wiecej przebywam wsrod Kurdow niz Arabow - wiecej uzywam wiec
          angielskiego niz arabskiego, ale ten drugi tez mi sie przydaje

          > Napisz coś wiecej o tym obozie- co to było , na czym twój udział w tym polegał,
          > kto to organizował ? (może o tym pisałaś, nie wiem bo jakis czas na forum nie
          > zagladalam)

          tu jest info nt. obozu
          www.mosy-krg.org/articles/detail.asp?smap=01030000&lngnr=12&anr=12215&rnr=194
          >
          > Też w te wakacje byłam w Salonikach, i uważam ze to najładniejsze duze miasto w
          > Gracji :)

          Saloniki mnie urzekly... piekne miasto + spotkalam tam (podobnie jak spotykam
          prawie wszedzie na swiecie) wspanialych ludzi...
          >
          > Podziwiam tez tego stopa na odcinku do Stambułu - a tak z

          niestety w Grecji ludzie nie sa przyzwyczajeni do austostopowiczow, ale jakos
          poszlo...

          ciekawości musialas
          > byc w konkretnym terminie na lotnisku by złapać samolot, nie denerwowałaś się z
          > e
          > przez podróz stopem sie spoznisz ?

          mialam wszystko tak ustawione - ze zaplanowalam sobie caly dzien na stopowanie,
          nastepnie wieczorem mialam mozliwosc nocnych wypadow po klubach Stambulu,
          nastepnego dnia - moglam pospacerowac po miescie, a wylot do Diyarbakir mialam
          dopiero poznym popoludniem... wszystko poszlo bez problemow, a nawet jesli by
          wystapily - mialam duzo czasu w zapasie ;-)
    • beduinka 8 Beduinka w Iraku 22.08.07, 11:37
      14.08.2007

      moj dzien rozpoczyna sie w nocy... wstajemy o godz. 2:30, o 3 wychodzimy z domu,
      jedziemy po Misiu Gumisiu, troche na niego czekamy i o 3:30 wyjezdzamy z Erbilu
      w strone campu... zaplanowalam sobie spanie w samochodzie, klade sie na tylnym
      siedzeniu z spiworem pod glowa i zasypiam... budze sie w Sziladze, wiosce tuz
      przed campem... jest godz. 6:30 - w zaledwie 3 godz. przejechalismy cala trase
      (gdy wracalismy z Hevim i innymi Polakami z Erbilu zajelo to nam 6 godzin, ale
      wtedy tez jechalismy wyladowanym pick'upem, a takze jechalismy dluzsza, lecz
      bezpieczniejsza droga.... gdzie jest mniejsze prawdopodobienstwo spotkania
      terrorystow, porywaczy itp... teraz tym sie juz nie przejmowali, zreszta ja tez
      i jechalismy droga na Mosul... w Sziladze Misiu i Brwa musza zalatwic
      rozliczenie wydatkow z rzeznia, ktora dostarczala mieso do obozu (nie sprawia mi
      przyjemnosci siedzenie w samochodzie zaparkowanym tuz kolo zarzynanej krowy)...
      pozniej zalatwiaja sprawy w sklepie spozywczym, nastepnie w piekarni... ja
      ponownie zasypiam w samochodzie, nawet nie zauwazam kiedy wracaja do samochodu i
      ruszamy, budze sie dopiero w obozie, gdy wychodze z samochodu okazuje sie, ze
      Brwa, Misiu i inni koncza wlasnie sniadanie... podchodze do nich, dosiadam sie i
      cos tam przegryzam... spaceruje po campie, a raczej miejscu, gdzie kiedys byl
      camp... jest tu tak cicho, tak spokojnie, tak pusto, zamykam oczy i przywoluje
      obrazy i dzwieki, ktore pamietam... Brwa i Misiu maja dopilnowac pakowanie
      "dobytku" obozowego, ale ciezarowki jeszcze nie przyjechaly... siedam nad rzeka,
      wstawiam krzesla do rzeki, woda przeplywa pode mna, co jakis czas macham sobie w
      niej dla ochlody nogami, czytam, rozwiazuje krzyzowki, czekajac az chlopcy
      wykonaja swoja prace... ale oni tez nie maja co robic, dosiadaja sie do mnie,
      rozmawiamy, na obiad dostajemy tylko ryz z koncentratem pomidorowym, bo juz nic
      wiecej na campie nie ma, namawiam Brwa na wycieczke jego samochodem po okolicy,
      wyglupiamy sie jezdzac szybko i zatrzymujac samochod hamulcem recznym tak by
      obrocil sie w miejscu... wracamy do obozu... Brwa znow sie zle czuje, ma bol
      glowy, siedze wiec z nim w samochodzie, jest zle, po jakims czasie decyduje, ze
      chce wyjsc z samochodu, bierzemy go z Misiem w strone rzeki, lecz osuwa sie na
      ziemie, siada, ja przynosze z samochodu swoj spiwor, on kladzie sie na nim,
      wszyscy w obozie martwia sie o niego, siedze przy nim, staram sie cos tam mowic,
      co jakis czas na moja prosbe otwiera oczy, choc nawet to jest dla niego
      wysilkiem... Major Muhammad, ktory jest w drodze z Erbilu do campu jest
      informowany o sytuacji i kaze nam na siebie czekac... na terenie campu sa gory -
      gory zlozonych namiotow, gory poduszek, gory spiworow, gory materacy i inne
      gory, wzgorza i pagorki... przynosze stamtad poduszke dla Brwa... dopiero wtedy
      inni zaczynaja myslec i jeden z nich idzie tam po materac, poduszke i posciel
      dla Brwa... czas strasznie sie dluzy, lepiej byloby juz teraz odwiezc Brwa do
      lekarza/szpitala, ale Misiu nie wie, gdzie zadzwonic po ambulans i w ogole mamy
      czekac na dowodce naszego oddzialu... no i czekamy... w koncu dojezdza,
      zabieramy Brwa do samochodu, siadam z nim z tylu, kladzie sie na siedzeniu z
      glowa na moich kolanach, trzymam jego glowe i cialo na tyh wybojach, gdy
      jedziemy gorska piaszczysta droga (mijaja nas tez ciezarowki, do ktorych mieli
      pakowac wszystko co zostalo na obozie i na ktore czekalismy caly dzien), a potem
      asfaltowa, drugim samochodem jedzie Major, Czalek i jeszcze ktos inny...
      najpierw decydujemy sie pojsc do lekarza w Sziladze... jedziemy do przychodni...
      lekarz przyjmuje tam pacjentow bez zamykania drzwi, to jest gdy rozmawia z
      poprzednim pacjentem i jego rodzina, my cala grupa pakujemy sie do srodka,
      pozniej gdy bedziemy obslugiwani - inni tez bez jakiegos skrepowania stana w
      drzwiach i bede sobie wszystkiego sluchac, a nawet wleza do srodka, gdy dzwoni
      lekarzowi komorka - ten przerywa badanie pacjenta na rzecz pogadania sobie z
      kims tam o czyms tam, lekarz przepytuje Brwa, nastepnie wysyla go do okulisty
      (chociaz nie za bardzo rozumiem po co), ale w gabinecie okulisty nie ma pradu,
      wiec przenosza ta tablice, na ktorej u nas w Europie sa rzadki liter roznej
      wielkosci, a u nich jest cos co przypomina litere E - normalna, lustrzana,
      obrocona do gory i do dolu - do pokoju tego pierwszego doktora i tam Brwa jest
      przepytywany z tego co widzi... Lekarz cos tam pisze i wysyla nas do szpitala w
      Dahuk... wyruszamy w droge, znowu Brwa lezy mi na kolanach, ta cala sytuacja w
      przychodni w Sziladze troche go rozbudzila, wiec rozmawiamy, to wszystko co sie
      dzieje poza samochodem jest jakies dalekie dla nas, raz sie zatrzymujemy i Major
      przychodzi sprawdzic czy wszystko jest ok, drugi raz jak sie zatrzymujemy - w
      oknie pojawia sie Majid (przyjechal chyba jakims innym samochodem) i dosiada sie
      do samochodu z Majorem i Czalekiem i jeszcze kims innym... w Dahuk jedziemy do
      szpitala i okazuje sie, ze mamy nie jednego, lecz dwoch chorych - Majid ma
      jakies problemy zoladkowe i ma brzuch opuchniety jakby byl w 6-miesiacy ciazy...
      w szpitalu rozpoczynamy wycieczke po roznych pokojach, jakis lekarz go przyjmuje
      i przepytuje, pozniej idziemy do kolejnego, ktory juz robi dokladniejsze badania
      - a jako ze to ja bylam wiekszosc czasu z Brwa - wypytuje sie mnie o wszystko po
      angielsku, wyglada na osobe, ktora ma pojecie o swojej pracy, jest tez
      symaptyczny, slysze jednak od niego pytanie, ktore zadawane jest mi wielokrotnie
      kazdego dnia "how is Kurdistan?", Brwa jest wysylany jeszcze do labolatorium,
      gdzie pobieraja mu krew, dostaje tez skierowanie do szpitala i ma pozostac tutaj
      na noc... wychodzimy najpierw jednak przed szpital, gdzie jeden z pracownikow
      Majora czeka na nas z zakupionym dla nas jedzeniem, siadamy na trawniku przed
      wejsciem do szpitala i robimy piknik - rozne salatki, kanapki, napoje gazowane,
      czyli junk food - w sam raz dla chorych ;-) przyniosl on tez nowo zakupione koce
      i poduszki, bo pacjenci przychodza tutaj zazwyczaj do szpitali z wlasna
      posciela... spedzamy sporo czasu na rozmowach, Brwa wyglada i czuje sie o wiele
      lepiej... wracamy jednak do szpitala, by zostawic tam Brwa... lecz wszystko jest
      juz do gory nogami, jest straszny harmider, policja czy wojska wypraszaja
      przypadkowych ludzi (nas nie - jest z nami major wojska, ktoremu nie podskocza),
      sanitariusze wyprowadzaja przed szpital coraz wiecej wozkow i noszy...
      dowiadujemy sie, ze tylko dwie godziny drogi stad byl ogromny zamach, w ktorych
      zginelo i jest rannych kilkaset ludzi... czesc z nich wioza do szpitali w
      Mosulu, czesc tutaj, czesc gdzies indziej... teraz, gdy jestem w miejscu, do
      ktorego maja przywiezc poszkodowanych, rannych, poparzonych, porozrywanych w
      zamachu terrorystycznym - dociera do mnie, jak blisko jestem od tego
      wszystkiego, od tego nieszczescia... oczywiscie nie moga w szpitalu przyjac Brwa
      ani innych chorych, bo potrzebuja miejsca dla ciezko rannych ludzi z Sandzaru...
      do mnie nie dociera chyba jeszcze skala tego, co sie wydarzylo, dopiero majac
      dostep do mediow w nastepnych dniach, zrozumiem jaki ogromny do byl zamach
      (podobno najwiekszy od czasu 11 wrzesnia 2001 r.)... tymczasem my wracamy do
      obozu... w drodze powrotnej Brwa znowu lezy mi na kolanach, ale ja przysypiam,
      bo jestem juz tym wszystkim zmeczona i czasem na jakis wybojach samochod
      podrzuca nas, bowiem on oslabiony, ja zaspana - jestesmy troche bezwladni, nawet
      nie zauwazam kiedy dojezdzamy do obozu... w obozie chca dla mnie rozkladac
      namiot, lecz upewniam ich, ze nie trzeba, nie potrzebuje, chlopcy zasypiaja na
      lozkach rozstawionych w obozie, a ja w samochodzie na tylnym siedzeniu... dzieki
      temu, ze mam dni tak wypelnione wrazeniami - nie mam zadnych problemow z
      zasnieciem....

    • beduinka 9 Beduinka w Iraku 22.08.07, 11:51
      15.08
      wstaje rano, wyspana, ide zrobic pobudke reszcie, czesc spi, czesc siedzi na
      lozkach i rozmawia... dosiadam sie, a raczej dokladam na ktores z wolnych
      lozek... szkoda tylko ze zdekonstruowano juz prysznice, bo jest to cos o czym
      marze... myje wiec tylko twarz, rece, nogi i zeby w rzece, objadamy sie tez nad
      rzeka arbuzem, pozniej idziemy do kuchni i wynajdujemy sobie jakies tam rzeczy
      do zjedzenia i wcinamy sniadanko... chlopcy (oprocz Brwa, ktory juz sie lepiej
      czuje, ale nadal jest oslabiony) zajmuja sie jakims zawodowymi dyskusjami, a
      takze wszystkim pracownikom wyplacane sa wynagrodzenia za prace podczas obozu...
      troche laze, troche sie nudze, rozkladam spiwor na ziemi nad rzeka, probuje
      robic troche rozciagania, brzuszkow, kopniec, ciosow, zolnierze siadaja i patrza
      sie na moj trening, dostaje od Brwa bure, ze nie wypada, ide sie wiec nudzic do
      samochodu, rozwiazuje krzyzowki, Brwa tez wsiada do samochodu, wlacza silnik i
      bawi sie pedalem gazu i kolami tak by wzbudzac chmury pylu i piasku, ogarniajace
      grupke wspolpracownikow - chyba ich tym troche denerwujemy... po jakims czasie
      Brwa decyduje, ze nie bedziemy juz wiecej na nich czekac i wyruszamy sami w
      droge powrotna...
      prosze go o zatrzymanie sie przy dawnym domu Saddama Hussaina, wchodzimy do
      srodka, pomieszczenia sa spladrowane, na scianach sa graffiti z roznymi napisami
      po kurdyjsku, arabsku i angielsku... chodzimy po jego dawnych pokojach, zagladam
      do lazienki, gdzie sie myl i kibelka, gdzie chodzil za potrzeba... dom znajduje
      sie na wzgorzu... cale wzgorze plus otaczajace go kilka (kilkanascie?) hektarow
      otoczone sa wysokim murem, co jakis czas na murze sa wiezyczki straznicze, droga
      wjazdowa na wzgorze w kierunku domu tez otoczona jest dodatkowym murem... z domu
      roztacza sie piekny widok na cala okolice.
      wyruszamy w dalsza droge, ktora nam szybko mija... po dojechaniu do Erbilu
      najpierw idziemy do restauracji cos zjesc, ja nie jestem glodna i zadowalam sie
      muqabbalatami (przystawkami)... umawiamy sie telefonicznie, ze Hevi przyjedzie
      do domu Brwa i mnie odbierze, bowiem teraz przeprowadzam sie do jego rodziny...
      gdy dojezdzamy do domu mama i bracia Brwa sa niezadowoleni, ze sie
      wyprowadzam... pakuje swoje rzeczy, przyjezdza Hevi i odjezdzam z nim...
      najpierw jedziemy do Iskan, gdzie idziemy do kafejki internetowej, ale
      polaczenie jest fatalne, a wkotce calkiem zanika... nastepnie namaiwam Heviego
      na nargile, ale w poblskiej kawiarni jej nie serwuja, wiec jedziemy do jego
      domu... witam sie z jego siostra, babcia i mama... tata juz spi... cos tam
      jeszcze sobie rozmawiamy, biore prysznic (uff jak dobrze, bo
      dwudniowej-bezprysznicowej wycieczce) i klade sie razem z kobietami spac w
      salonie, gdzie jest w miare najchlodniej, a raczej najmniej duszno i goraco...
      • sekwana2005 Re: 9 Beduinka w Iraku 22.08.07, 17:20
        Beduinko droga...
        Ty dla tych biednych ludzi groźniejsza jesteś niż Armia Czerwona,
        Wehrmacht, Bin Laden i US Marines razem...
        Na bóle brzucha sałatkami na trawniku cżęstujesz?
        Na sniadanie, skoro facet ma spuchniety brzuch jak kobieta pod
        koniec ciąży - arbuza?
        A wcześniej ich wysyłasz, by "swoje sprawy" załatwili w piekarni?
        Ale dobrze, ze przynajmniej sobie krzywdy nie robisz...
        I by nikt tobie nie zrobił nigdy...
        Ja właśnie usłyszałem rzecznika naszego MON, ze skoro zagraniczne
        media wygadały, iz polscy żołnierze w Afganistanie trochę cywilów
        zastrzelili, bo od terrorystów nie odróżniali, to MON obiecuje
        odszkodowanie dla starszyzny wioski...
        To już mało smieszne, zarówno dla Polaków jak i Afgańczyków...
        Dawno temu, zanim jeszcze Rosjanie do Afganistanu weszli, mój kolega
        był tam na trekkingu - pożyczyłem potem od niego i szpanowałem czapą
        afgańską z jakimiś chyba owczymi "dredami"...
    • beduinka 10 Beduinka w Iraku 26.08.07, 10:44
      16.08.2007
      Rano wstaje, ojciec jest juz na nogach, wiec sie z nim witam, matka i babcia tez
      juz wstaly, siostra wkrotce tez sie podrywa, Heviego trzeba budzic... jemy
      sniadanie (Hevi nie - bo on sie strasznie powoli do wszystkiego przygotowuje, on
      pozniej sam podjada)... jajko sadzone, sery, jogurt, dzem z fig, trzy rodzaje
      pieczywa, popijane herbata...

      Pozniej jade z Havim i jego siostra do Ministerstwa Turystyki, gdzie dostaje
      mape, ulotki na temat Kurdystanu, natomiast moje pytania pozostaja bez
      odpowiedzi lub odpowiedz na nie jest bardzo ogolna i nijaka... no coz... pozniej
      jedziemy do Muzeum Archeologicznego, ktore posiada ciekawe zbiory... niestety
      czesc z nich to kopie - bo orginaly zostaly zabrane do Muzeum w Bagdadzie i
      najprawdopodobniej bezpowrotnie utracone... dla Heviego i jego siostry jest to
      pierwsza wizyta w tym muzeum... (prawie) wszystkie zbiory posiadaja opisy po
      kurdyjsku, arabsku i angielsku...

      Nastepnie jedziemy do cytadeli... zwiedzamy dwa muzea... w pierwszym sa
      prezentowane przede wszystkim rozne rodzaje dywanow - z roznych rejonow,
      uzyskiwane roznymi metodami, w drugim jest misz masz wszystkiego - rozne
      bibeloty, zabytkowe przedmioty, sa rzeczy ladne i raczej cenne pomieszane z
      totalnymi lapaczami kurzu... jest tego poupychane tyle, ze nie wiadomo, gdzie
      uczepic wzrok... oprocz przedmiotow nalezy tutaj podziwiac tez sam zabytkowy
      budynek, w ktorym ulokowano to muzeum.... pozniej wchodzimy do galerii, w ktorej
      jest wystawa nowoczesnej europejskiej i amerykanskiej sztuki...

      Chce jeszcze pochodzic po cytadeli, ale Hevi goni mnie, ze musimy juz wracac do
      domu... przechodzimy wiec juz tylko przez bazar, m.in. przez jego uliczke z
      produktami spozywczymi... jednym z przysmakow sa slodycze, wiszace na
      specjalnych sznureczkach, o kolorze ciemnobrazowym i ksztaltem przypominajace
      odchody - w zwiazku z tym moim skojarzeniemi - od tej pory bede nazywac to cos
      "shit", nawet nie pamietajac prawidlowej tego nazwy...

      Wracamy do domu, gdzie czeka juz na nas obiad... mama Heviego naprawde sie
      stara, stara sie by mi smakowalo, stara sie mnie utuczyc ;-) po obiedzie troche
      odpoczywamy, a nastepnie ruszam z Hevim do parku publicznego Erbil, by popalic
      nargile, siedzimy wiec sobie w parku, w kawiarni, przed nami jest jezioro, po
      ktorym ludzie plywaja na rowerach wodnych ksztaltem przypominajacych labedzie i
      trudno mi uwierzyc, ze jestem w Iraku... nargila jest pyszna, rozmowa troche
      ckliwa... po jakims czasie dolacza do nas Balen (Misiu Gumisiu)... wracamy do
      domu juz po polnocy...

    • beduinka Beduinka juz nie w Iraku 28.08.07, 14:40
      Beduinka juz nie w Iraku
      Beduinka jest w Turcjı

      Spedzılam w Iraku cudowny mıesıac - jakos nıkt mnıe nıe porwal ı nıe
      trzeba mnıe bylo na koszt polskıego podatnıka oswobadzac - jak to
      nıektorzy krakalı
      Poznalam cudownych ludzı ktorzy otowrzylı przede mna swoje serca ı
      domy ı z radoscıa ı troska pokazywalı mı swoje strony
    • beduinka Re: Beduinka w Iraku 07.10.07, 01:52
      zauważyłam, że moje opisy urwały się na 16 sierpnia, a ja byłam w
      Iraku do 26 sierpnia... niedługo się zmobiluje by opisać kolejne
      dni...
      • tetys Re: Beduinka w Iraku 07.10.07, 11:13
        właśnie właśnie, proszę się nie lenić tylko opisywać! :P
    • beduinka moje zdjęcia z Iraku 08.10.07, 15:27

      zapraszam do obejrzenia moich zdjęć z Iraku

      picasaweb.google.co.uk/beduinkainiraq
      • aisza5 Re: moje zdjęcia z Iraku 07.10.08, 14:32
        picasaweb.google.co.uk/beduinkainiraq/Camp#5118783645564625362
        - jedni się modlą, inni w tym czasie przenoszą pociski...
    • aisza5 "Mniej zabitych w Iraku " GW 07.10.09, 22:55
      Jak dobrze, że sytuacja w Iraku się normalizuje i może za jakiś czas
      bedzie mozna zaplanować podobną wyprawę, jak nasza Beduinka?????????


      Mniej zabitych w Iraku

      wyborcza.pl/1,75477,7101159,Mniej_zabitych_w_Iraku.html
      W sierpniu w atakach rebeliantów i zamachach bombowych w Iraku
      zginęły 203 osoby czyli połowę mniej niż w lipcu gdy życie straciło
      456 osób. To także najmniejsza liczba ofiar od maja. Zdaniem części
      obserwatorów spadek liczby ofiar to efekt stabilizacji następującej
      po wycofaniu się armii USA z miast i przekazaniu ich irackiej
      policji i wojsku. Ale są też głosy, że było mniej zabitych dzięki
      ramadanowi, świętemu miesiącowi muzułmanów.
      ...
    • aisza5 Re: Beduinka w Iraku 27.09.10, 10:26

      up

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka