beduinka
31.07.07, 09:25
30 lipca pojechalam z Diyarbakir na granice turecko-iracka... przeprawa byla
bardzo sprawna... po stronie irackiej czekal na nas napis "Welcome to Iraqian
Kurdistan" i na poczatek zabrano nas na posterunek wojska kurdysjkiego, gdzie
moglismy troche odsapnac, napic sie wody i herbatki, pograc w pingponga,
obejrzec TV, bylimy dla zolnierzy atrakcja, a ja tym bardziej, bo znajac
arabski mialam najwieksze szanse dogadania sie... zadanie odebrania nas z
granicy i dowiezienia nas w miejsce obozu wyznaczono generalowi armii
kurdyjskiej... cudowny czlowiek, wyksztalcony jako lekarz, pozniej przez 23
lata walczyl w partyzantce przeciwko Saddamowi, mieszkajac w gorach, znal
doskonale kazdy kawalek mijanej okolicy i opowiadal nam bardzo ciekawie... po
drodze zatrzymalismy sie na niesamowitym moscie z czasow abbasydzkich, w
jakiejs wiosce kupic owoce, a takze w pewnym momencie general zatrzymal
samochod i wyslal zolnierza z karabinem by nazbieral dla nas kwiatow...
piekny widok... zreszta piekne widoki gor, dolin otaczaly nas caly czas
takze oboz lezy w pieknym rejonie, w gorach porosnietych lasem, nad
potokiem... gdy dojechalismy na miejsce okazalo sie, ze trwa wizyta ministra
(kurdyjskiego rzadu regionalnego) kultury i od razu z calymi bagazami zabrano
nas na spotkanie z nim... byly tez przygotowane recytacje wierszy, skecze, a
takze koncert pewnej kurdysjkiej piosenkarki, ktora nie tylko fajnie
spiewala, ale miala takze wyjatkowo fajny kontakt z poublicznoscia...
pozniej czekala nas kolacja, a nastepnie zaprowadzono do namiotow...
dostalismy namioty jednoosobowe, przyniesli dla nas materace, spiwory,
poduszki (wszystko nowiutkie, nieuzywane), nawet szampony, mydla...
prysznice sa tylko zimne, ale to akurat nie jest problememe, bowiem
przyjemnie jest sie odswiezyc lodowata woda podprowazona bezposrednio z
gorskiego strumienia...
pozniej wrocilam w centralne miejsce obozowiska, gdzie tanczono dabke i
wkrotce dalam sie wciagnac do tanca... spac poszlam o 2:30, a pobudka byla o
godz. 6 rano, od godz. 7 trening godzinny - z biegiem przez gorzysta okolice,
rozciaganiem, pompkami, po powrocie niektorzy wskakiwali bezposrednio do
potoku, gralismy tez w siatkowke... nastepnie sniadanie i czas wolny - sa
rozne warsztaty, nauka angielskiego, w jedny z duzych namiotow sa stanowiska
komputerowe z (wooooolnym) dostepem do internetu (poprzez talerz satelitarny)
(wlasnie korzystam), sa tez rowery gorskie, mozliwosc gry w siatkowke, pilke
nozna, pingpong, plywania w potoku
oboz jest fajnie zorganizowany, jest ciekawie, a wszyscy o nas niesamowicie
dbaja, pilnuja by nas niczego nie zabraklo, oboz strzezony jest tez przez
armie kurdyjska, ktora ma swoje posterunki wokol obozu, a na nasz poranny
trening biegli z nami zolnierze z kalachami... granice obozu sa obsypane
trucizna majaca uniemozliwosc dostep skorpionom i zmijom, ale juz zdazyly sie
ukaszenia, ale sa lekarstwa i surowica...
planowane sa wycieczki po okolicy... ludzie sa pelni zycia i pozytywnej
energii i jestem szczesliwa, ze tutaj przyjechalam...