skiela1
27.02.06, 02:21
Szefowie Polskiej Grupy Farmaceutycznej w Katowicach wymyślili sobie, że skoro
z magazynów ginie towar, to pracownicy na pewno przemycają go w intymnych
częściach ciała. Pracownicy hurtowni przed wyjściem z pracy są szczegółowo
rewidowani
- To po prostu nas upadla - żali się jeden z pracowników firmy - Jesteśmy
zastraszeni. Boimy się o utratę pracy, dlatego musimy się zgadzać na takie
poniżające traktowanie.
W firmie pracuje kilkaset osób. Na trzy zmiany. Z hurtowni da się wyjść tylko
przez jedna bramę - pilnowaną przez firmę ochroniarską. Po zakończeniu pracy
wychodzący ludzie ustawiają się w kolejce do bramy. Wcześniej jednak każdy z
nich musi nacisnąć przycisk. Jeśli zadzwoni, oznacza to, że należy skierować
się do kontroli osobistej. Wtedy delikwent przechodzi za parawan i musi
rozebrać się do rosołu. Kobiety, których tu jest najwięcej, przeżywają
koszmar. Wybieranie ofiar jest losowe - relacjonuje "SE".
Tak restrykcyjny sposób kontroli wprowadzono kilka dni temu. - Gdyby nie było
kradzieży nie byłoby takich rewizji. Musimy pilnować towaru. Mamy tu
lekarstwa, ale też specyfiki z grupy narkotyków i anabolików. Musimy się
zabezpieczać - wyjaśnia Ewa Juzek z kierownictwa firmy.
Pracownicy firmy są zdesperowani. Boją się sprzeciwić i mają poczucie krzywdy.
Z obmacywania i rozbieranek nie są też zadowoleni sami ochroniarze. - Musimy
to robić, bo to nasza praca. Ale to nie należy do przyjemności. - mówią.
Ciekawe czy kierownictwo firmy tez jest w ten sposob kontrolowane.